1.
W miękkim półmroku sali, pod ogromnymi kryształowymi żyrandolami, unoszą się kołyszące fale muzyki. Powietrze między marmurowymi kolumnami wypełnione jest ciepłem ludzkiego ciała, pobudzającym zapachem wykwintnych perfum, charakterystycznym oddechem życia stolicy. Wkładam palce za ciasny skórzany pasek i chciwie rozglądam się dookoła.
Nie mogę uwierzyć, że jeszcze wczoraj kamienie berlińskiego chodnika trzęsły się pod moimi butami od eksplozji, a ludzie w szarych szynelach padali wokół mnie i nigdy już nie powstali. Wydaje mi się, że moja kurtka wciąż jest przesiąknięta ostrym zapachem Berlina – mieszanką sadzy, pyłu wapiennego i dymu prochowego.
Ze sceny płyną znane słowa piosenki z pierwszej linii – tak proste, szczere i drogie. Gdzie słyszałem je ostatnio? Tak, czołgisto, starszy sierżancie Petrenko! Młody i zdesperowany chłopak, często śpiewał tę piosenkę przy akompaniamencie akordeonu. To był dobry facet! Petrenko prawie dotarł do Berlina; spłonął żywcem w czołgu na piaskach Brandenburgii.
Starszy porucznik Bielawski odchylił się na krześle obok mnie. Spotkawszy się ze mną w Akademii, powiedział mi, że ma bilety na koncert Zasłużonych Artystów ZSRR, który miał się odbyć tego wieczoru. „Chodź, idziemy! Potrzebujesz świeżego powietrza” – powiedział, klepiąc mnie po ramieniu. Tak więc drugiego dnia po powrocie do Moskwy znalazłem się w Sali Kolumnowej Domu Związkowego.
W przerwie po pierwszej części koncertu wychodzimy do foyer. Spędziwszy dwa miesiące na linii frontu, znów patrzę na Moskwę głodnymi oczami. Po krótkiej nieobecności, rzeczy, na które nie zwracasz uwagi, mieszkając ciągle w stolicy, nagle stają się widoczne.
Największą grupę publiczności stanowili oficerowie, pracownicy Ludowego Komisariatu Obrony i jednostek Garnizonu Moskiewskiego, studenci akademii wojskowych oraz żołnierze pierwszej linii, którzy znaleźli się w Moskwie na kilka dni i skorzystali z okazji, aby wziąć udział w koncercie. Prawie wszyscy zdrowi mężczyźni noszą mundury wojskowe. Osoba ubrana po cywilnemu jest postrzegana albo jako beznadziejny kaleka, albo jako osoba podejrzana. Wielu inwalidów wojennych nosi ten sam mundur wojskowy, ale bez naramienników. Wielu mężczyzn, nawet w ubraniach cywilnych, posiada ordery lub baretki orderów wojskowych.
W czasie wojny autorytet stopni wojskowych osiągnął niespotykany dotąd poziom. Przed wojną stopień oficerski nie cieszył się dużą popularnością; oficerów uważano za leniuchów i pasożytów. W czasie wojny korpus oficerski uzupełniono dużą liczbą oficerów rezerwy. Wojsko stało się integralną częścią każdej rodziny. Służbę wojskową zaczęto postrzegać jako konieczny i zaszczytny obowiązek. Reformy zewnętrzne i wewnętrzne w armii i w kraju zmusiły wszystkich do ponownego przemyślenia poglądów na temat stopni wojskowych. Dziś oficer bojowy był najbardziej honorowaną osobą.
Jeśli przed wojną cywile patrzyli na wojsko z pewną pogardą, to teraz sytuacja jest odwrotna. Ludzie w ciemnoniebieskich garniturach z szewiotu sprawiają wrażenie istot drugiego rzędu. Większość z nich wygląda na wyczerpanych i bladych. Gorączkowy, nieregularny harmonogram pracy odcisnął swoje piętno. Na twarzach i ubraniach większości kobiet widnieje to samo szare, depersonalizujące piętno chronicznego niedożywienia, codziennych trosk i lęków. Głód i zimno, ciężka, ogłupiająca praca, a także brak wszystkiego, co podstawowe i niezbędne, nauczyły tych ludzi nie cieszyć się i nie uśmiechać. Twarze wszystkich są obojętne, blade, zmęczone. Nawet młodzież straciła dawną swobodę i wszechogarniającą młodzieńczą beztroskę lat przedwojennych.
Zmęczenie wojną jest o wiele bardziej widoczne na tyłach niż na froncie.
Osobną grupę stanowią tzw. „narkomatczycy” {"narkomat" – Komisariat Ludowy} – dobrze ubrani, dobrze odżywieni i zadowoleni z siebie aż do mdłości. W mieście można ich bezbłędnie rozpoznać po jasnobrązowych skórzanych płaszczach, które pewnej nocy nagle założyli. W 1943 roku Amerykanie, wraz z setkami tysięcy samochodów dostarczonych w ramach Lend-Lease, wysłali te skórzane kurtki jako specjalną odzież dla kierowców. Samochody pojechały do miejsca przeznaczenia na froncie, a skórzane płaszcze pozostały w Moskwie jako specjalna odzież dla czołowych pracowników Komisariatów Ludowych. Dla kierowców na pierwszej linii frontu jest to zbędny luksus, a od czasów rewolucji radzieccy działacze partyjni mają dziecięcą słabość do wszelkiego rodzaju skórzanych kurtek.
Po Moskwie krąży plotka, że Amerykanie są bardzo zaskoczeni, gdy spotykają przedstawicieli radzieckiego biznesu ubranych w kombinezony szofera. Być może z naiwności uważają, że jest to przejaw proletariackiej skromności radzieckich szefów.
Błąkając się bez celu po holu pośród blasku medali i bladych, głodnych twarzy, porucznik Bielawski i ja podeszliśmy do szklanej gabloty bufetu. Za szkłem mienią się najwykwintniejsze przysmaki, jakie można było kupić w Moskwie w najlepszych latach przedwojennych, i dla nas, w astronomicznych cenach. Ale ceny! Żenujące jest patrzeć, jak ludzie po tym, jak krążyli wokół bufetu jak wokół wystawy muzealnej, oblizując wargi i połykając ślinę, wracają z pustymi rękami.
„Dobrze, że nie mamy żadnych kobiet” – zauważa stoicko Bielawski – „I po jaką cholerę to wszystko jest wystawione na pokaz?! Lepiej byłoby, gdyby nie drażniły wyobraźni”.
W drugiej części koncertu wystąpi Państwowy Zespół Jazzowy pod dyrekcją Zasłużonego Artysty RFSRR Leonida Utiesowa jako jego wizytówka. Utiesow jest najpopularniejszym liderem jazzowym w Związku Radzieckim, któremu powierzono delikatne zadanie dostosowania zachodnioeuropejskiej muzyki jazzowej do często zmieniających się potrzeb porządku społecznego. Jego interpretacja jazzu na przemian inspiruje publiczność fokstrotem, melodiami stachanowskimi i marszem, który rozwala aroganckich imperialistów. Dziś, przy pomocy puzonów i saksofonów, wbija osikowy kołek w grób nazistowskich Niemiec.
Otyły, bezczelny mały człowieczek wygłupia się na scenie. Ma na sobie tradycyjny artystyczny frak i wykrochmaloną klatkę piersiową. Zamiast chryzantemy na butonierze błyszczy Order Czerwonego Sztandaru Pracy. Trzęsąc dłońmi w przypływie patriotycznej gorączki, Utiesow wyciska ostatnie krople „Fal leningradzkich” ze spoconej orkiestry.
Utiesow zyskał największą sympatię publiczności dzięki swojemu słynnemu MC: „Moja rodzina żyje bogato i dostatnio! Ja sam zarabiam około dwudziestu tysięcy... Moja córka zarabia trochę więcej, około pięciu tysięcy... No i oczywiście jej mąż, inżynier, pomaga... Całe sześćset rubli!” Nagrodzili go gromkimi brawami, ale wkrótce konferansjer położył temu kres. Mówią, że potem sporo go ciągano po NKWD.
Na sali zapada chwila ciszy. W orkiestrze słychać wahanie, szepty i zamieszanie. Nagle za widownią zapalają się lampy łukowe, tworząc na scenie jasny, migoczący punkt. Utiesow stoi na tle łukowych lamp, trzyma w ręku kartkę papieru, a rozrzucone pasma włosów opadają mu na spocone czoło. Maska klauna została zdjęta, a cała postać pulchnego mężczyzny emanuje autentyczną inspiracją.
- „Towarzysze! Przyjaciele!” – słychać jego głos.
W sali panowała atmosfera napięcia i oczekiwania. Ludzie wstrzymali oddech. Słychać, jak ktoś trzeszczy krzesłem w tylnych rzędach.
Utiesow, ściszając słowa i łamiącym się głosem, rzuca powoli i rozważnie w pełną niepokoju ciszę sali: „Rozkaz... Naczelnego... Dowódcy...!”
Ludzie zamarli w pełnym napięcia oczekiwaniu. Słyszę, jak serce wali mi w piersi i jak starszy porucznik Bielawski konwulsyjnie ściska uchwyt krzesła. Rozkaz mógł być tylko jeden.
„Dziś, 2 maja 1945 roku, wojska 1 Frontu Ukraińskiego we współpracy z wojskami…” – ze sceny dobiega wibrujący głos.
Nie wiem, skąd dochodzi ten głos. Trzepocze mi w piersi, podnosi się do gardła jak mój własny głos. Oto jest – Zwycięstwo! Rzeczywiście, w trzęsących się kamiennych szybach berlińskich ulic, w pancernej wieży czołgu sztabowego, w codziennym życiu żołnierza, patos bitew i zwycięstw wydaje się o wiele prostszy i bardziej zwyczajny niż wśród marmurowych kolumn tej sali. Tam jest tylko realizacja misji bojowej, raporty z placu, ruch liczb, metalu, ludzkich istnień. Są to lata pełnego napięcia oczekiwania, bezgranicznej radości i dumy narodu. Każdy krok naprzód armii jest odbierany z bolesną trwogą jako krok ku zwycięstwu, nie dla samego zwycięstwa, ale jako koniec dni strachu o życie męża, ojca, brata. Serca drżą w oczekiwaniu na koniec dni nieludzkiego głodu i beznadziejnej pracy tyłów dla frontu. Każdy ma w sercu jedno: życzę sobie, aby koniec nadszedł jak najszybciej. Jak najszybciej!
Ludzie na tyłach cierpią na chroniczną psychozę. Są niezachwianie pewni, że dzień zwycięstwa, dzień zakończenia wojny, natychmiast, niczym w dziecięcej baśni, nie tylko przyniesie ulgę od koszmarów czasu wojny, ale także da coś większego, lepszego, niż znali przed wojną. Ta masowa psychoza ostatnich dni wojny pulsuje w oczach każdego. To niewidzialny i niedostrzegalny fluid, który napełnia nadzieją zrozpaczone dusze ludzi. Zaciskając szczęki, idą ku zwycięstwu jak biegacze do mety, oddając ostatnie siły, widząc tylko cenną linię. Ostatnim szarpnięciem dotknij tej linii klatką piersiową – i padnij martwy. Będzie tam dobrze. Jest słodki odpoczynek, jest zasłużona nagroda za bezinteresowną pracę, za pot, za krew.
Zamykam oczy, żeby nie widzieć mężczyzny na estradzie.
W ciszy sali podnosi się i nabiera siły głos: „Dziś nasze wojska, po zaciętych i krwawych walkach, zdobyły serce hitlerowskich Niemiec – miasto Berlin...” Głos Utiesowa załamuje się w chrapliwym, triumfalnym krzyku.
Powodowani jednym wewnętrznym impulsem, widzowie, niczym jedna osoba, podnoszą się na nogi. Grzmiący, ogłuszający ryk spontanicznych braw wstrząsa marmurowymi kolumnami. Mało prawdopodobne, aby te ściany kiedykolwiek słyszały coś podobnego. Starszy porucznik Bielawski i ja klaskamy w dłonie, aż nas zabolały, i patrzymy sobie w oczy. Podczas oficjalnych oklasków ludzie radzieccy wolą nie patrzeć sobie w oczy. Nie mamy się czego wstydzić, nie mamy czego udawać.
Rozglądam się. Nie jest to sztucznie zaaranżowana owacja na cześć przywódców Partii i Rządu, kiedy każdy kątem oka obserwuje, czy sąsiad bije brawo, a w sercu czeka na zakończenie pobłażliwych oklasków przewodniczącego prezydium, dyrygenta widowiska – oficjalnego znaku zakończenia owacji. To prawdziwa owacja. Po raz pierwszy w życiu nie wstydzę się klaskać. Po raz pierwszy w życiu widzę tak szczere i pełne pasji wyrażenie uczuć przez tak liczną publiczność. Oklaski grzmią i nie ustają. To naród rosyjski wstaje i dziękuje rosyjskiemu żołnierzowi za jego ciężki żołnierski trud, za przelaną krew.
Gdzieś z daleka, zagłuszone burzą oklasków, słychać słowa: „Na pamiątkę zwycięstwa nad Berlinem rozkazuję: dziś, 2 maja 1945 r., o godzinie 22.00 czasu moskiewskiego, oddać 20 salw honorowych z 220 dział w Moskwie oraz w miastach-bohaterach: Stalingradzie, Leningradzie, Odessie...”.
Opuszczamy salę koncertową i udajemy się na plac Swierdłowa. Czerwona smuga o zachodzie słońca jeszcze nie zniknęła. Niebo nad zwycięskim miastem jest jasne, zatopione w wieczornym zmierzchu. Dachy domów wydają się czarne, wyglądają jak dziwaczne sylwetki na tle blednącego, lazurowego nieba. Wieczory w Moskwie w maju są cudownie piękne. Wyglądają wspaniale, rozświetlone światłami zwycięstwa, w zwycięskiej koronie chwały wojennej.
Gdzieś daleko na Zachodzie leży kolejne miasto pogrążone w ciemnościach. Miasto rzucone na kolana. To nie jest przyjemne dla tego miasta i jego mieszkańców. Ruiny przytulnych domów, w których kwitło ciche, spokojne życie, wciąż dymią. Na ulicach nadal leżą ciała tych, którzy jeszcze wczoraj nie myśleli o śmierci. Żywi siedzą zamknięci w swoich mieszkaniach bez światła i ognia, drżąc na każdy szelest za drzwiami. Przyszłość owiewa ich zimnym powiewem. Rzadko myślą o przyszłości. Nie są w stanie jeszcze zrozumieć, nad jak wielką głębię przepaści zaprowadziła ich ludzka pycha.
„Tak! Czasami nawet Moskwa może być piękna” – mimowolnie wyrywa się z piersi starszego porucznika Bielawskiego, który zawsze krytykuje Moskwę na korzyść Leningradu.
Gasną światła ostatniego pokazu fajerwerków. W zapadniętej ciszy w uszach zabrzmiały mi ostatnie słowa rozkazu: „Cześć i chwała bohaterom poległym w walce o wolność i niepodległość naszej Ojczyzny!”
Niech Wasza przelana krew nie pójdzie na marne…
2.
Każdy Moskwianin zna pomnik Minina i Pożarskiego. Od wielu lat na Placu Czerwonym, w pobliżu murów Kremla, stoją rosyjscy patrioci z brązu. Obmywają je ponure jesienne deszcze, grudniowe wiatry drapią ich brody kłującym śniegiem, a wiosenne słońce pieści je swoim ciepłym oddechem. Dlatego lata mijają nad nimi, jak chmury na niebie. Ludzie rodzą się, by umrzeć. Carowie i władcy przychodzą i odchodzą za murami Kremla, ale brązowe olbrzymy nadal stoją na swoim starym miejscu.
Starsze kobiety w Moskwie, potajemnie żegnając się, szepczą z ust do ust, że czasem olbrzymy z brązu opuszczają ciężkie rzęsy i zamykają zimne oczy, żeby nie widzieć, co się dzieje wokół nich.
Ale pewnego dnia, tylko raz w ciągu tych wszystkich długich lat, brązowi giganci wzięli głęboki oddech, wyprostowali się na całą swoją wysokość, spojrzeli sobie w oczy, mocno się objęli i pocałowali. Stare kobiety przysięgają, że zimny brąz płakał wtedy. Brąz płakał łzami radości, i my, naród rosyjskiej ziemi, płakaliśmy łzami radości.
Wierzę, że ja sam i każdy Rosjanin, który był w Moskwie tego słonecznego poranka 9 maja 1945 roku, może to potwierdzić.
Już kilka dni wcześniej po Moskwie krążyły niejasne pogłoski o jakichś tajnych negocjacjach między aliantami a przedstawicielami niemieckiego naczelnego dowództwa. Nikt tak naprawdę nic nie wiedział, ale napięcie rosło, atmosfera oczekiwania stawała się coraz bardziej napięta do granic możliwości.
Prawdziwe okoliczności kapitulacji nigdy nie zostały ujawnione opinii publicznej w Związku Radzieckim. Kapitulacja Niemiec miała miejsce w kwaterze głównej generała Eisenhowera, małej szkole w pobliżu Reims we Francji, 7 maja 1945 r. o godzinie 14:41 czasu środkowoeuropejskiego. Kapitulację po stronie niemieckiej podpisał szef sztabu niemieckiego, generał pułkownik Jodl, po stronie aliantów szef sztabu generała Eisenhowera, generał porucznik Walter B. Smith, a po stronie radzieckiej generał Susłoparow. Ostateczny tekst kapitulacji podpisano 8 maja o godzinie 12:01 czasu środkowoeuropejskiego na berlińskim przedmieściu Karlshorst. W tym samym czasie oficjalnie ogłoszono kapitulację. W Związku Radzieckim kapitulację ogłosił Stalin w przemówieniu radiowym w nocy 9 maja.
Rano 9 maja obudziło mnie trzęsienie ziemi. Ktoś trząsł mną za ramiona jak szalony. W szeroko otwartych, radosnych oczach starszego porucznika Bielawskiego odczytałem wszystko bez słów.
W gorączkowym pośpiechu ubrałem się i drżącymi, nieposłusznymi palcami zapiąłem marynarkę. Bielawski mnie pogania. Ja też się spieszę i nie wiem dokąd. Trzeba wyczyścić buty – w taki dzień buty powinny błyszczeć jak słońce. Trzeba zapiąć nowy kołnierzyk i nadać ostateczny połysk guzikom płaszcza. Nigdy nie miałem takiej wewnętrznej potrzeby, aby błyszczeć w wojskowym mundurze, jak właśnie tego dnia. Machinalnie schowałem rzemień koalicyjki oficerskiej pod naramiennikami. Pas i rzemień koalicyjki nosi się na kurtce tylko podczas parady i pełnienia służby wartowniczej. Ale czyż dzisiejszy dzień nie jest paradą? Niech ktoś dzisiaj spróbuje wskazać mi naruszenie regulaminu. A teraz biegnijmy! Tam, gdzie są ludzie, gdzie jest radość, gdzie jest świętowanie i radość.
Kiedy szybkim krokiem przekroczyliśmy bramy Akademii, wartownik przy bramie przywitał nas szczególnie energicznie i uśmiechnął się, jakbyśmy znali ten sam sekret. Tak, zwycięstwo! Podpisano bezwarunkową kapitulację.
W Akademii szumi niczym we wzburzonym ulu. Wszyscy studenci ustawili się w szeregu według wydziałów na placu apelowym, aby wysłuchać rozkazu Naczelnego Wodza. Słońce pali na niebie. Szeregi oficerów, zamarłe na komendę „Równanie do sztandaru!”, płoną od medali. Rozbrzmiewają trąbki trębaczy. W towarzystwie asystentów z dobytymi szablami, czerwony jedwab ze złotymi frędzlami powiewa na wietrze. Chorąży i asystenci – Bohaterowie Związku Radzieckiego. Szef Akademii odczytuje rozkaz Stalina, podsumowujący cztery lata bohaterskiej walki narodu rosyjskiego z nazistowskimi Niemcami. Następnie do publiczności przemawia szef Wydziału Zachodniego, pułkownik Jachno. Ale wszystkie te słowa brzmią zbyt słabo. Nie są w stanie w pełni wyrazić wielkości chwili, ku której tak długo zmierzaliśmy, za tak wysoką cenę.
Chcę szybko przedostać się w sam środek tłumu, gdzie niepohamowana radość zwycięstwa aż pieni się ze wszystkich stron. Z grupą oficerów, nawet nie jedząc śniadania, spieszę do centrum Moskwy.
Po drodze zatrzymujemy się w barze „American”, gdzie możemy napić się czegoś na stojąco. Zamówiliśmy po kuflu piwa. Niedawno w Moskwie pojawiło się piwo w cenie 16 rubli za kufel. Dzienny żołd oficera wynosi pół litra piwa. Niektórzy z naszych towarzyszy nie mają nawet w kieszeniach pieniędzy na piwo, ale pomagają im towarzysze.
„Na froncie jest lepiej niż na tyłach” – mówi jeden, posypując piwo solą i patrząc na bąbelki unoszące się z dna. „Tam przynajmniej jest coś do picia”.
„Wszystko w porządku. Wszystko wkrótce będzie dobrze” – pociesza inny. – „Widzisz, piwo już jest. Za kilka miesięcy będziemy żyć jak w bajce. Nie bez powodu walczyliśmy! Teraz poczekaj i zobaczysz, co się stanie”. W jego głosie słychać niezachwianą pewność, że wydarzy się jakiś cud. Tak jakby wiedział, że przygotowano dla niego prezent, ale na razie nie może o tym mówić. Jeśli ktoś wątpi w jego słowa, oskarży go prosto w twarz o zdradę. On sam nie wie, co to za zdrada, ale będzie uważał tę osobę za zdrajcę.
Niewiele się o tym mówi, poza fragmentami zdań. O tym nie pisze się otwarcie w gazetach, ale jest to dość transparentnie sugerowane. Ta tajemnicza i nieuchwytna substancja unosi się w powietrzu. Chciwie wdychamy ją całą piersią i ona nas upaja. Nie myślimy, nie rozumujemy, tylko czujemy. Nazwa tego upojnego uczucia brzmi – nadzieja. Mamy nadzieję na coś. Jest to coś tak ogromnego, tak niepojętego i pożądanego przez nas, tak zepchniętego w najdalsze zakamarki naszej świadomości, że nie ośmielamy się o tym mówić, a nawet myśleć.
Na co liczymy? Nie można przywrócić starego, nie można wskrzesić zmarłego. Może cieszymy się, że powrócimy do spokojnego, przedwojennego życia? Ale niewielu z nas będzie z tego powodu zadowolonych. Naszą pierwszą radością jest to, że dziś stoimy u progu, u progu końca najciemniejszego okresu naszego życia i u progu początku nowego, nieznanego okresu. I każdy z nas ma nadzieję, że ten okres, niczym tęcza po burzy, będzie jasny, słoneczny i szczęśliwy. Gdybyśmy zapytali, na co liczymy, większość ludzi odpowiedziałaby zapewne po prostu: „Do diabła ze wszystkim, co działo się przed wojną!” A każdy z nas dobrze wie, co działo się przed wojną.
Widziałem wiele moskiewskich świąt i parad. Kolumny demonstrantów maszerowały ulicami, a ludzie stali na chodnikach i gapili się. Podczas takich świąt odczuwało się przede wszystkim jedno – ludzie chcieli naprawdę świętować i dobrze się bawić, a nie obnosić się ze swoją radością i wesołością. Był to teatrzyk małp, w którym w głębi duszy budziło się nieprzyjemne uczucie fałszu. Większość starała się nie myśleć, że główną motywacją do obchodzenia tych świąt był ukryty cel: „Mam nadzieję, że nie zwrócą na ciebie uwagi, jeśli nie pójdziesz!”
Dzisiaj jest inaczej. Nie odbywają się żadne zorganizowane demonstracje. Ale to wcale nie jest konieczne. Od krawędzi do krawędzi, niczym bezkresne morze, ulice Moskwy wypełnione są ludźmi. Ludzie na jezdniach, ludzie na chodnikach, w oknach, na dachach domów. W centrum Moskwy ulice są tak zatłoczone, że nie widać różnicy między chodnikiem a nawierzchnią. Od jednego rzędu domów do drugiego ciągnie się jednolity, kipiący strumień ludzi. Syreny samochodów, które utknęły w tłumie i nie mogą zrobić nawet jednego kroku, brzmią bezradnie. Cała ludność Moskwy rzuciła się do centrum.
Oto grupa dziewcząt w lekkich, wiosennych sukienkach. Są radosne i podekscytowane. Tańczą tak, jakby miały skrzydła na stopach. Pełne radości. Dziewczyny trzymają kwiaty w rękach. Kwiaty w wojennej Moskwie są tak samo rzadkie jak na Biegunie Północnym. Bukiet kwiatów w rękach moskiewskiej dziewczyny wiosną 1945 roku! To... To, według europejskich standardów, jest droższe niż bukiet czarnych orchidei lub czerwonych róż w styczniu.
Przed nami kilku oficerów-pilotów prowadzi ożywioną rozmowę. Zwykli ludzie, żołnierze lotnictwa. Jeden z nich jest ubrany po cywilnemu. Pusty rękaw jego prawej ręki zwisa bezwładnie. Cała lewa strona kurtki jest gęsto usiana medalami; na samej górze, nad kieszenią, z której cywilom wystają jedwabne chusteczki, błyszczą dwie złote gwiazdy Bohatera Związku Radzieckiego o spiczastych rogach.
Dziewczyna o oczach błyszczących jak gwiazdy wzbija się w stronę pilotów niczym trąba powietrzna. Wyglądało to tak, jakby czekała i szukała tych ludzi od dłuższego czasu. Całuje jednego, całuje drugiego... Całuje tych miłych chłopaków namiętnie, którzy wyraźnie się wstydzą. Po co właściwie? Przecież jesteśmy tacy sami jak wszyscy inni!
Dziewczyna całuje ich wszystkich po kolei. Całuje ich mocno i szczerze, tak jak siostra całuje ukochanego brata, dając mu drogi prezent. Na oczach całej Moskwy, z dumą i radością, całuje ludzi, którzy oddali życie za niebo Moskwy.
Niepełnosprawny pilot niezręcznie przycisnął lewą ręką bukiet kwiatów do piersi. Delikatne płatki muskają zimny metal orderów. Dziewczyna jest szczególnie czuła dla inwalidy, nie chce wypuścić go ze swoich objęć. Nic do siebie nie mówią. Uczucia, gorące ludzkie uczucia są silniejsze niż wszelkie słowa.
Dziewczyno, jak bardzo chciałbym cię pocałować! Po prostu mnie pocałuj za to, że tak dobrze ci idzie dziękowanie żołnierzowi.
Oto staruszka w białej chuście na głowie. Rozejrzała się wokół zdezorientowana, szukając kogoś w tym kipiącym ludzkim żywiole. Najwyraźniej rzadko wychodzi na ulicę i nie jest przyzwyczajona do hałasu. Prosta rosyjska matka. Spotykaliśmy tysiące takich matek we wsiach, gdzie trwał front. Nazywaliśmy je tak od pierwszego kroku przez próg – "Matko!" Bez słowa wsadzały nam kawałek chleba do kieszeni płaszcza i ukradkiem za nami stawiały znak krzyża.
Dwóch starszych żołnierzy w zniszczonych frontowych szynelach opiera się o boczną ścianę domu. Mają nieogolone, pokryte zarostem twarze i chude torby podróżne na ramionach. Najwyraźniej jechali z frontu lub na front. Dzień Zwycięstwa niespodziewanie zastał ich w Moskwie. Dziś nie mają dokąd się spieszyć, nie muszą się obawiać patroli komendantury. Spokojnie wygrzewają się na słońcu, patrząc na ludzi ze zdziwieniem, nie rozumiejąc, dlaczego ci ludzie popadają w szaleństwo. Tak jak na skrzyżowaniu dróg frontowych, palą cenioną machorkę w gazecie. Czego jeszcze potrzebuje żołnierz? Kawałka chleba w torbie na plecach, sporo machorki w kieszeni a słońce świeci dookoła.
Starsza kobieta w białej chuście na głowie przeciska się przez tłum małymi, typowymi dla staruszki krokami. Podchodzi do żołnierzy wygrzewających się na słońcu, rozmawia z nimi o czymś podekscytowana i ciągnie ich za rękaw. Żołnierze wymieniają spojrzenia. Nie można odmówić. Przecież ona – matka!
Ilu synów dała w ten słoneczny poranek? Wychowała synów, którzy byli jej wsparciem i pociechą na starość. A teraz... Nie wymieniła cennej butelki wódki na bochenek chleba. Było głodno i zimno. Ale butelka wódki była święta. Spodziewała się synów. Kola zginął pod Połtawą. Matros Pietka zginął w bitwie morskiej. Długo czekała. Czekała, może przynajmniej rozwiązły Griszka, który zniknął bez śladu, pewnego dnia wróci do domu.
Dziś serce starej matki nie wytrzymało i wyszła na ulicę, aby szukać swoich synów, zaprosić do odwiedzin pierwszych żołnierzy, których spotkała, i pogratulować im zwycięstwa. Dziś ci żołnierze będą jej synami, wracającymi do domu zwycięsko. Dowiedzą się, czym jest serce starej matki, o której śpiewali swoje pieśni frontowe. Dzisiaj otworzą cenną butelkę wody żywej. Wypiją za Kolę, niech spoczywa w pokoju w ziemi w pobliżu Połtawy. Niech mu będzie puchem łabędzia, delikatnym jak pieszczota matki. Wypiją za to, żeby ogrzały matrosa Pietkę zimne bałtyckie fale. Grzały i pieściły jak panna młoda w ciemne noce. Wypiją też za rozpustnego Griszkę, aby on, jeśli żyje, nie zapomniał drogi do progu domu matki.
Och, wypiję za was wszystkich! Wypiłbym do dna i roztrzaskał szklankę o ziemię, jak to się robi na pogrzebie żołnierza.
Plac Kominternu. Przy budynku ambasady amerykańskiej, między hotelem Metropol a budynkami Uniwersytetu Moskiewskiego, znajduje się to samo bezkresne morze ludzi, co wszędzie w centrum. Kobiety w niezwykle kolorowych jak na Moskwę strojach ciekawie wyglądają z otwartych okien Ambasady. Aparaty fotograficzne pstrykają. W Ambasadzie jest cicho i spokojnie. Gwiaździsta flaga w paski leniwie powiewa na wietrze.
Ludzie na placu spoglądają z zainteresowaniem. Wygląda na to, że oczekują, że amerykański ambasador pojawi się na balkonie i coś im powie. Tłum krąży wokół Ambasady niczym woda w basenie. Ale ambasador jest zajęty na Kremlu. Co go obchodzi ta szara, bezosobowa masa? Poza tym dyplomaci nie mają w zwyczaju przemawiać do ludzi, nie stojąc na czele rządu.
Powoli, nieustannie dając sygnały, samochód konsularny przemierza ludzkie morze. Amerykański oficer w jasnokremowych spodniach, zielonej kurtce i krawacie próbuje podejść do budynku ambasady. Jeśli wcześniej nie znał rosyjskiego zwyczaju „kaczat'”, to bardzo się przestraszył, gdy poczuł, że wylatuje w powietrze. Wzbija się na łeb na szyję w błękitne niebo, miękko ląduje na rękach Moskwian, by znów bezradnie chwycić powietrze swoimi rękoma. Tak więc, ponad głowami ludzi, rzucanymi przez dziesiątki rąk, udaje się do budynku Ambasady. Poprawiając swój potargany garnitur i trzymając czapkę w dłoni, wspina się po schodach budynku, uśmiechając się zdezorientowany i prawdopodobnie nie wiedząc, co powinien powiedzieć – „Okej!” lub „Niech to szlag!” {"God damn!"}
Słońce czule spogląda na rozradowaną Moskwę. Ludzie obejmują się i całują na ulicach. Obcy zapraszają obcych do odwiedzin. Postaw wszystko na stole – nie bądź skąpy. Wywróć kieszenie – nie żałuj. Było ciężko, ale przetrwaliśmy. Pozostaliśmy twardzi i wygraliśmy. Teraz nadszedł koniec krwawej walki, koniec wszelkich trudności i niedoli. Wódz podziękuje ludziom za wierną służbę ojczyźnie. Wódz nie zapomni!
Każdy bawi się najlepiej jak potrafi. Na Kremlu przywódcy i wodzowie popijają szampana. Zagraniczni dyplomaci, w geście solidarności, gromadzą się w „Vodca Visitor’s”, ucieleśnieniu rosyjskiej duszy w oczach cudzoziemców. Większość ludzi na ulicach Moskwy jest pijana radością i dumą ze Zwycięstwa.
Psychiatrzy doskonale zdają sobie sprawę ze zjawiska masowej psychozy. Masowy charakter tych zjawisk jest niewytłumaczalny.
Każdy, kto był w Moskwie 9 maja 1945 roku i przeżył to, co przeżył każdy Rosjanin w czasie wojny, wie doskonale, czym jest masowa psychoza. Widziałem i doświadczyłem czegoś takiego tylko raz w życiu i mało prawdopodobne jest, abym kiedykolwiek jeszcze doświadczył czegoś podobnego. To było rozładowanie baterii nerwów. Uwolnienie tego, co nagromadziło się przez lata. Wielu tego nie rozumiało, ale każdy to czuł. W Moskwie zapanował szał.
Gdy byłem studentem ostatniego roku w Instytucie Przemysłowym, okres egzaminacyjny był dla nas trudnym okresem. Na froncie, przed bitwą, rzadko widywałem żołnierzy widzialnie zmartwionych. Ale pamiętam bardzo dobrze, jak studenci dosłownie dostawali nerwowych konwulsji przed drzwiami sali egzaminacyjnej. Na froncie człowiek może stracić tylko swoje życie. Podczas egzaminów ryzykowaliśmy utratą nadziei, wielu lat nadziei. Chodziło o coś więcej, niż tylko o duszę człowieka. Różnica potencjałów psychicznych była znacznie większa.
Osobiście byłem na zewnątrz spokojny podczas sesji egzaminacyjnej, nie czułem nawet żadnego zauważalnego niepokoju. To była skumulowana energia. Jednak po zakończeniu sesji leżałem cały dzień w łóżku, jakbym został sparaliżowany. To był rozładowany akumulator.
Tak samo jest dziś w Moskwie. Jest to wyraz długotrwałego i złożonego procesu psychologicznego zachodzącego w duszy narodu. Początek wojny dał ludziom pierwszy impuls. Ludzie postrzegali wojnę jako ulgę, jako szansę na uwolnienie się od nienawistnych warunków panujących w tamtym reżimie. Krzywa psychicznego procesu ulgi stopniowo opadała, w miarę jak ludzie przekonywali się o bezpodstawności swoich nadziei. Nastał pewien okres stabilizacji, w którym ludzie czuli tylko jedno – daremność wszelkiej nadziei. Następnie rozpoczęło się doładowywanie biegunów w duszach ludzi. W tym samym czasie, gdy narastał negatywny stosunek do zewnętrznego czynnika wojny, zasiewała się i kiełkowała nowa nadzieja – lepszą przyszłość można osiągnąć własnym wysiłkiem, w tym celu trzeba wypędzić zewnętrznego wroga. W tym czasie czynnik zewnętrzny stał się ich wrogiem. Pomimo potwornych trudności ludzie szli ku zwycięstwu, powodowani nienawiścią do wroga i wciąż rosnącą nadzieją na lepszą przyszłość po wojnie. Rosjanie zabijali Niemców w odwecie za swoje niesłuszne nadzieje i rozwiane marzenia. A gwiazda przewodnia nowej nadziei prowadziła ich jeszcze dalej. Nigdy nie podjęliby walki o zachowanie ojczyzny, którą znali przed wojną. Początkowo nie chcieli walczyć, licząc, że Niemcy przyniosą im Mesjasza, ale teraz walczyli, bo widzieli Mesjasza z drugiej strony.
Człowiek prostacki powie, że nadzieja to błahostka. To rzecz niematerialna, nie można jej dotknąć rękami ani włożyć do ust. Ale lekarze doskonale wiedzą, jak wielkie znaczenie ma nadzieja. Często w przypadku osoby ciężko rannej lub chorej nadzieja jest czynnikiem decydującym o jej życiu lub śmierci. Odbierz człowiekowi nadzieję w krytycznym momencie, a umrze. Tchnij nadzieję w duszę umierającego człowieka, a on przeżyje. Ta niematerialna rzecz ma wielką moc. Jest to jedno ze źródeł, które kierują działaniami człowieka, społeczeństwa i narodu.
Dziś mamy przed oczami wspaniały obraz. Krzywa ładowania baterii umysłowej narodu osiągnęła swój limit. Iskry na biegunach powstają wskutek przepięcia. To ukoronowanie długiego procesu, który odbywał się w najtrudniejszych warunkach, jakich kiedykolwiek doświadczył naród. Takie rzeczy zdarzają się raz na sto lat. Nic dziwnego, że w Moskwie wrze, nic dziwnego, że obcy ludzie nas przytulają i całują tylko dlatego, że mamy na sobie mundur wojskowy, nic dziwnego, że ludzie płaczą na ulicach bez powodu.
W pobliżu Muzeum Historycznego spotykam starszą lejtnant Walentynę Grinczuk. Na jej twarzy pojawia się lekko zdezorientowany uśmiech, jakby nie rozumiała, skąd tyle hałasu i podniecenia wokół. Niezawodnie odnajdywała się w gęstych lasach partyzanckich, ale tutaj sprawia wrażenie małej dziewczynki zagubionej w gęstym lesie ludzkiego żywiołu. Walia nawet nie zauważa pełnych podziwu spojrzeń ludzi odwracających się, by na nią spojrzeć.
„No cóż, Waliusza! Szczęśliwego Zwycięstwa!” – Mówię jej to, co już mówiłem dzisiaj dziesiątki razy. Patrzę w chabrowo-niebieskie oczy Walii, chwytam ją za brodę jak dziecko i podnoszę jej głowę ku niebu. Niebieskie oczy spoglądają na mnie poważnie i trochę smutno.
„Szczęśliwego Zwycięstwa, Waliusza!” Pochylam się i mocno całuję pełne usta Walii. Nie stawia oporu, po prostu bezradnie patrzy w dal szeroko otwartymi oczami. Pod sztywnym pasem mieczyka wyczuwam kruche ciało dziewczyny.
Walia, wyglądasz dziś na tak maleńką. Co z tobą? Przecież masz do tego dnia więcej praw, niż ktokolwiek inny. Otwórz szerzej swe niebieskie oczy, dziewczyno z medalami na piersi i ranami na dziecięcym ciele! Uchwyć na całe życie ten dzień, któremu oddałaś swoją młodość.
Chcę wziąć Walię w ramiona i powiedzieć: „Rozejrzyj się po rozradowanej Moskwie, Waliuszo!” Przecież dziękują tobie, dzielne dziecko Polesia! Oto twoja nagroda – za noce spędzone na śniegu, za dni walki, za komendę "Ognia!", za ostatni granat na twoim pasie. Nie bałabyś się zerwać pierścienia granatu, przyciskając go do piersi. Nie bójmy się więc dziś radować się tym dniem, do którego zmierzaliśmy przez wiele dni i lat! Przeszliśmy przez dym i płomienie pożarów, po popiołach swoich domów, po ciałach swoich towarzyszy broni.
Walia i ja długo wędrujemy po mieście – ulicą Gorkiego, w pobliżu Teatru Wielkiego, wzdłuż nabrzeża wokół Kremla. Chcę chłonąć wszystko, czym dziś oddycha zwycięska stolica. Chcę wznieść się ponad świat, chłonąć wszystko, co dzieje się wokół mnie i na zawsze uchwycić ten dzień w całej jego wyjątkowej okazałości. W końcu nie każdy miał to szczęście, żeby znaleźć się w Moskwie tego dnia, w centrum wielkich wydarzeń.
Walia i ja idziemy w milczeniu, każde pogrążone w swoich myślach.
Jeśli na świecie istnieje absolutne szczęście, to ja muszę być dziś absolutnie szczęśliwy. Złote marzenie ludzkości o pokoju na świecie spełniło się na Ziemi w ten słoneczny dzień dziewiątego maja. Ciemne siły zostają obrócone w pył. Majestatyczne hymny zwycięskich mocarstw unoszą się nad światem. Głoszą ludziom wolność. Wolność od strachu o swoje życie. Wolność od rasowej nienawiści nazizmu, od klasowej wrogości komunizmu. Wolność od strachu o swoją wolność. Czy słowa Karty Atlantyckiej nie brzmią wspaniale?
Nasi przywódcy porzucili doktrynę o niemożności współistnienia w jednym świecie systemów kapitalistycznego i komunistycznego. Wielkie zachodnie demokracje przypieczętowały niezniszczalną przyjaźń narodów naszych krajów krwią swoich żołnierzy. W ogniu wojny kształtowało się wzajemne zrozumienie między ludźmi i narodami, państwami i rządami. Takie kataklizmy historyczne zmywają systemy polityczne i państwa z powierzchni Ziemi i zmieniają mapę polityczną świata. Wojna, która dziś wygasła, nieuchronnie musi doprowadzić do zasadniczych zmian w systemie sowieckim. Nie bez powodu Partia i Rząd dały to jasno do zrozumienia ludziom w ostatnich latach wojny.
O czym myślała dziewczyna z medalami na piersi? Czy pamięta popioły swojej rodzinnej wioski lub huk wykolejonych pociągów? Krzyk żurawi nad ojczystymi bagnami Polesia jest ci droższy niż radosny hałas moskiewskich ulic. Dziecko natury, chwyciłaś za broń nie myśląc o Stalinie i sprzecznościach systemów państwowych. Nacisnęłaś spust karabinu snajperskiego tylko dlatego, że człowiek na celowniku wszedł na twoją ziemię, ponieważ spalił twój dom, ponieważ zabiłby cię, gdybyś ty nie zabiła jego.
Kątem oka zerkam na Walię.
„Czemu jesteś taka smutna, Walia?” – Pytam, – „O czym śnisz?”
„Po prostu tak”, odpowiada, „To trochę smutne. Kiedy była wojna, po prostu walczyliśmy. Gdybyśmy o tym myśleli, to chodziło tylko o to, że koniec nadejdzie szybciej. Ten koniec wydawał się tak cudowny, ale okazał się tak prosty. Teraz ten dzień minie i znów…”
Walia nie kończy zdania, ale rozumiem, co myśli.
Nagle zrobiło mi się jej żal. Najwyraźniej pamięta strzechy na Polesiu, żuraw przy studni i małą bosą dziewczynkę z wiadrami w rękach. Ona odbija w swojej osobistej świadomości pytanie, przed którym teraz stoi każdy z nas. Brzmi to jak rodzący się strach, że nadzieja, którą żyliśmy w czasie wojny, może zniknąć, a potem znów…
Wraz z zapadającym nad miastem zmierzchem aluminiowe cygara uwiązanych balonów zaporowych powoli unoszą się w stronę nieba. Dziś powstają po raz ostatni, by wziąć udział w końcowym salucie zwycięstwa. Wokół Kremla rozmieszczono reflektory obrony przeciwlotniczej. Dziewczęta w szarych płaszczach są zajęte sprawdzaniem gotowości wielkich elektrycznych oczu. Dziś po raz ostatni spojrzą w moskiewskie niebo.
Pożegnałem się z Walią i ponownie dołączyłem do grona oficerów naszej Akademii. Powoli zmierzamy w kierunku Placu Czerwonego. Już wkrótce odbędzie się pokaz fajerwerków. Najlepszym miejscem do oglądania będzie Plac Czerwony.
Żadna inna świąteczna demonstracja nie zgromadziła przed Kremlem tak wielkiej liczby ludzi. Strumień ludzi kipi w przejściu między Muzeum Historycznym, niczym gęsta, opalizująca masa. Tutaj nie da się pójść, dokądkolwiek się chce. Możesz jedynie przyłączyć się do nurtu i pozwolić mu się ponieść.
Wśród tego szalejącego ludzkiego żywiołu, niczym zamek zaczarowany snem, Kreml stoi cicho i bez życia. Platforma mauzoleum wznosi się nad tłumem niczym granitowy sześcian, gdzie pod szklaną kopułą spoczywa na wieki woskowa figura założyciela Państwa Radzieckiego. Na tej platformie, podczas parad i manifestacji, popisują się przywódcy i wodzowie, uśmiechając się życzliwie do ludzi z bezpiecznej odległości za linią bagnetów uzbrojonych strażników NKWD. Ale dziś granitowa platforma jest pusta. Nie ma też linii kordonu bagnetów. Dziś Plac Czerwony należy wyłącznie do ludu, tak jak setki lat temu, gdy ludzie wychodzili, by świętować lub buntować się pod murami Kremla.
Setki tysięcy głów. Niezliczone, szeroko otwarte oczy. Wypełniają Plac Czerwony od wczesnego poranka, rozglądając się dookoła, jakby czegoś się spodziewając. Potężne głośniki są ciche, a wokół nich czernieją liczne baterie. Siedzą cicho jak zawstydzony dłużnik, udający, że nie poznaje wierzyciela. Coraz więcej ludzi gromadzi się na placu. Co ich tu wszystkich przyciąga?
Kreml wciąż pogrążony jest w sennej ciszy. Srebrzyste jodły zastygły niczym strażnicy w pobliżu starożytnych murów. Ostre szczyty wież Kremla znikają w czarnym niebie. Wysoko, na niewidocznych iglicach wież, świecą rubinowe gwiazdy Kremla.
Kiedyś, gdy byłem jeszcze dzieckiem, uczono nas, że czerwona pięcioramienna gwiazda jest symbolem komunizmu, symbolem krwi przelanej przez proletariat na pięciu kontynentach. Tak, wiele krwi przelano dla was, rubinowe gwiazdy Kremla.
Ziemia zadrżała pod stopami. Plac Czerwony zadrżał, budząc się ze snu. Wybuch ognia zabarwia niebo na różowo nad czarnymi sylwetkami Kremla. Błyskawice wystrzeliwane z luf setek dział rozświetlają blankowane mury, spiczaste wieże, ciężką bryłę mauzoleum, morze ludzkich głów skierowanych ku niebu. Setki ognistych smug, rozdzierających ciemność nocy, przebijają niebo zwycięskiego miasta. Światła szybko nabierają wysokości i wznoszą się coraz wyżej. Zatrzymane na moment w zenicie, rozpadają się z hukiem, zamieniając się w błyszczące, wielobarwne gwiazdy. Gwiazdy drżą, powoli, jakby niechętnie, przesuwając się w kierunku ziemi; spadają coraz szybciej, niknąc w locie. Zanim ostatnie iskry zdążyły zgasnąć, w powietrzu przetoczył się donośny huk salwy. Pierwsze saluty ostatniego zwycięstwa! Ostatnie sekundy wielkiej epopei! Otwórz oczy, otwórz duszę, złap te sekundy na zawsze.
Ziemia znów drży, znów błyskawice zwycięskiego salutu rozświetlają mury Kremla, czarne niebo i duszę ludu. Znów światła wznoszą się na niebo, znów, niczym promyk nadziei, drżące gwiazdy rozbłyskają i gasną. Oto ono, zwycięstwo w koronie świateł! Widzisz go, czujesz jego oddech na swojej twarzy.
Strumienie ogromnej fontanny w kształcie piramidy na wyspie Łobnoje Miesto mienią się jak tęcza. Woda pluska niczym strumień pod naszymi butami, spływając z fontanny prosto na plac. Niebo rozbłysło od fajerwerków. Reflektory tańczą. Starożytna Katedra św. Bazylego wygląda ponuro w blasku fajerwerków. Ludzki żywioł bez końca i bez granic szaleje pod murami Kremla.
Na moich oczach z mgły przeszłości wyłania się kolejny Plac Czerwony.
Był ponury i ołowiany poranek 7 listopada 1941 roku. Nad Moskwą zawisła zasłona padającego śniegu. Ta sama szara zasłona spoczywała na twarzach i duszach ludzi. Serca gości Kremla zamarły z powodu okropnego strachu. W Kremlu powiał wiatr zmian. Wróg jest u bram! Moskwa jest atakowana! Poszarpane szczyty murów Kremla majaczyły mrocznie w zimowym półmroku. Kopuły cerkwi kremlowskich chmurzyły się pod śnieżnymi czapami. Tego dnia na Placu Czerwonym było zimno i nieprzyjemnie.
W zwartych szeregach, w pełnym rynsztunku bojowym, żołnierze maszerowali przed granitowym grobowcem. Jak żebrak na ganku, z platformy mauzoleum mężczyzna w płaszczu wyciągnął rękę w stronę żołnierzy. Wojska maszerowały w marszowym szyku. Mężczyzna w dywizyjnym szynelu wyciągnął rękę i odpędził dywizje maszerujące z Placu Czerwonego wprost do bitwy na obrzeżach Moskwy.
Do dziś w uszach dźwięczą mi słowa pieśni marszowej z tamtych dni: „Za Moskwę moją, za stolicę moją...” Wypełniliśmy przysięgę, Wodzu. Teraz wszystko zależy od Ciebie.
Kreml milczy. Rubinowe gwiazdy na wieżach krwawią. Nikt nie wie, co myślą ludzie na Kremlu. Dziś odnieśli zwycięstwo ręka w rękę z ludźmi. Czy jutro ta ręka znów sięgnie do gardła ludzi?!
Dwóch starszych robotników chwieje się niedaleko nas. Na głowach noszą czapki z połamanymi daszkami, a kołnierzyki ich białych koszul są rozpięte. Ledwo utrzymują się na nogach, pomagając sobie nawzajem. Najwyraźniej piwo na pusty żołądek uderzyło im do głowy.
„Chodźmy do domu, Stiopa!” – mówi jeden z nich, z rudymi wąsami pożółkłymi od tytoniu.
„Dom? Nie chcę wracać do domu!” – upiera się drugi.
„Czego jeszcze tu potrzeba? Msza się skończyła. Chodźmy!” – mówi wąsaty mężczyzna.
„Poczekaj, Iwan... Dekret nadejdzie”.
„Masz już dekret – nie zaśpij jutro do pracy...”
„A ja ci mówię, Iwan, będzie urlop. Czy ty rozumiesz, co to jest dekret, czy nie? Jak tylko dwunasta – wtedy dekret. Jak tylko gwiazda wzejdzie na niebie... Spójrz – gdzie jest gwiazda?” – Zatacza się, podnosi głowę ku niebu i wykonuje palcem ruch w kółko.
„Oto twoja gwiazda” – wąsaty mężczyzna kiwa głową w kierunku czerwonej gwiazdy na wieży Kremla. – „A gwiazdy świecą w spodniach... Chodźmy!”
„Czegoś brakuje” – mówi jeden z moich towarzyszy, zwracając się do mnie. – „Patrz, jest już dwunasta, a ludzie wciąż kręcą się i nie zamierzają się rozejść. Wiedzą przecież, że nic więcej się nie wydarzy, ale na coś czekają”.
„Wracamy do domu czy co?” – Sugeruję.
„Nie, czekaj” – waha się. – „Poczekajmy jeszcze trochę. Może coś się naprawdę wydarzy”.
Przez jakiś czas błąkamy się bez celu po placu. Ludzie patrzą na siebie, rozglądają się dookoła, wciąż mając nadzieję na opóźniony cud. W końcu, gdy wskazówki zegara na Wieży Spasskiej zbliżają się do godziny pierwszej w nocy, cały tłum ludzi spieszy na stacje metra. Metro kursuje do godziny pierwszej. Trzeba iść do domu. Aby nie przespać jutro pracy.
„Wiesz, szkoda, że ten dzień minął tak szybko” – mówi mój towarzysz. „Czegoś wyraźnie brakuje”.
Jedziemy metrem do domu. Naprzeciwko nas siedzi starsza kobieta w zniszczonym mundurze wojskowym. Wygląda na to, że żołnierka dopiero dziś wróciła z frontu. Zamknęła oczy ze zmęczenia i zdrzemnęła się, kołysząc się na boki w rytm ruchu pociągu.
Na następnym przystanku do wagonu wsiada porucznik. W wagonie nie ma nikogo stojącego, ale nie ma też wolnych miejsc. Porucznik spogląda po kolei na naramienniki wszystkich siedzących żołnierzy. W Moskwie obowiązuje ścisły porządek: osoba niższej rangi musi ustąpić miejsca osobie wyższej rangi.
Wzrok porucznika pada na drzemiącą kobietę w mundurze żołnierskim. Porucznik podchodzi do niej i głośnym, niegrzecznym głosem wydaje rozkaz: „Wstać!” Kobieta otwiera oczy ze zdumienia, tak jak wszyscy wojskowi, przyzwyczajeni do rozkazów, machinalnie zrywa się na nogi. Porucznik odsunął kobietę na bok i siadł na jej miejscu.
„Oto twoja nagroda zwycięzcy” – mówi mój przyjaciel – „wstań i ustąp miejsca innym”.
3.
Rzadko się zdarza, żeby majowy dzień przyniósł tak paskudną pogodę jak dziś, 24 maja 1945 roku. Od wczesnego rana nad Moskwą wisiała zasłona drobnego deszczu przypominająca pył wodny. Na próżno podnosimy głowy ku niebu w nadziei, że deszcz przestanie padać. Horyzont pokrywa płaska, brudnoszara masa. To tak jakby niebiańskie moce celowo postanowiły zepsuć nam świąteczny nastrój.
To dla nas wielkie święto. Dzisiaj, na specjalny rozkaz Naczelnego Dowódcy, na Placu Czerwonym wyznaczona wielka Parada Zwycięstwa. Pokaz najlepszych z najlepszych. Demonstracja sił, które rzuciły nazistowskie Niemcy na kolana.
Paradę przygotowano starannie i z dużym wyprzedzeniem. Już w kwietniu najbardziej wyróżniający się w walce żołnierze i oficerowie z jednostek frontowych zostali wysłani indywidualnie do Moskwy. Głównym kryterium wyboru była liczba odznaczeń wojskowych, orderów i medali na piersi kandydata. Nikt wówczas nie wiedział, dlaczego wysłano ich do stolicy. Tutaj wszyscy zostali przeformowani w połączone jednostki. Każdy front wystawił jeden połączony pułk, w którego skład wchodziły jednostki odpowiadające rodzajom sił zbrojnych. Połączone jednostki otrzymały nowe, ceremonialne mundury, które wcześniej znali tylko ze zdjęć. Specjalne ćwiczenia przygotowujące do parady trwały ponad miesiąc. Mieszkańcy Moskwy często zadawali sobie pytanie, dlaczego do cholery te dzielne kompanie i bataliony, od stóp do głów pokryte medalami, maszerują dzielnie, w ceremonialnym kroku, przez ulice, kiedy na froncie toczą się zacięte bitwy.
Studenci naszej Akademii, wybrani do udziału w Paradzie Zwycięstwa, zużyli więcej niż jedną parę butów, odbywając codziennie cztery godziny ćwiczeń na kamiennym placu apelowym. Przeszliśmy wyjątkowo rygorystyczne szkolenie, ponieważ w Akademii ćwiczenia fizyczne uważano za przedmiot drugorzędny i w normalnych czasach prawie w ogóle ich nie wykonywaliśmy. Teraz byliśmy zmuszeni nadrobić utraconą mądrość piechoty. Znacznie łatwiej jest dowodzić batalionem według azymutu niż ćwiczyć ustawienie 24 ludzi w rzędzie, jednocześnie unosząc nogi pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, skręcając szyję i wybałuszając oczy na komendę „W prawo patrz!”. A także musisz krzyczeć "Hurra!".
Przygotowując się do parady, wypolerowaliśmy guziki i klamry pasków, aby olśniewająco błyszczały, starannie dopasowaliśmy nowe dwurzędowe mundury, które zostały specjalnie wydane uczestnikom parady, i przyszyliśmy nowe pagony. Dostaliśmy nawet nowe czapki i chromowane buty kategorii „A”, które otrzymują jedynie starsi oficerowie. Najwyraźniej właściciele Kremla nie skąpili na nadchodzący występ. Jednak pozostali słuchacze, którzy nie zaznali tej hojności, zapewnili nas, że po paradzie wszystkie prezenty zostaną zabrane.
A teraz ten deszcz nie ma końca i nie ma końca. Z powodu złej pogody parada cywilna została odwołana. W programie znajdzie się jedynie parada wojskowa. Dla żołnierzy moknięcie w deszczu nie jest czymś nowym.
Kiedy nadszedł czas, aby udać się na Plac Czerwony, byliśmy już przemoczeni jak kurczaki. Ale pomimo tego, że woda spływa nam po kołnierzykach, nasz nastrój jest doskonały.
Plac Czerwony. Na budynkach Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego i Muzeum Historycznego zawisły ogromne czerwone banery. W świetle dziennym plac wygląda zupełnie inaczej niż w nocy, gdy rozbłyskują fajerwerki. Czysty i prosty. To tak, jakby droga nie kończyła się w tym miejscu, lecz dopiero zaczynała. Szara droga do szarej przyszłości.
Równaj w prawo! W kamiennym obrocie głowy, w zamrożonym ustawieniu oczu, mury Kremla przesuwają się obok nas wraz z marszem. Tam, na trybunie mauzoleum, dokąd zwrócone są oczy połączonych pułków maszerujących w paradzie, stoi Wódz, nasz smutek i nasza chwała. Aby uczcić zwycięstwo, przełamał dziś swoją zwykle podkreślaną skromność w ubiorze. Dziś lśni wspaniałą postacią generalissimusa. Podpisując rozkaz nadania towarzyszowi Stalinowi stopnia wojskowego Generalissimusa Związku Radzieckiego, Józef Wissarionowicz zapewne skrzywił się, wspominając swoich kolegów Franco i Czang Kajszeka.
Jako pierwszy przez Plac Czerwony przemaszerował połączony pułk Ludowego Komisariatu Obrony i Garnizonu Moskiewskiego. Pierwsi z pierwszych, najlepsi z najlepszych. Za nim, w równym szyku, maszerował połączony pułk 1 Frontu Ukraińskiego, który cały czas był na kierunku głównego natarcia i szturmował Berlin.
Połączone pułki zwycięstwa i chwały maszerują. Zawierają wiele różnorodnych grup: czołgistów w niebieskich kombinezonach i skórzanych hełmach, oddziały kawalerii Kozaków w czerkieskich płaszczach z czerwonymi i niebieskimi kapturami, złotoskrzydłych pilotów. Dzielna piechota maszeruje niczym niekończąca się szaro-zielona wstęga. Wiele osób ma inny kolor skóry i inny język. Łączy ich jedno – pierś każdego z nich płonie ogniem oznak męstwa i bohaterstwa, orderów i medali Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, dowodów wiernej służby bojowej Ojczyźnie.
Na czele każdego połączonego pułku maszerowali generałowie poszczególnych frontów. Szaro-niebieskie mundury, srebrne pasy ceremonialne i naramienniki niklowanych mieczy, lakierowane cholewki butów. Złoto na guzikach, czapkach, orderach. Gwiazdy świecą, medale płoną. Kiedyś skromni generałowie proletariatu teraz się zmienili.
W stronę zwycięskiej armii rozbrzmiewają na Placu Czerwonym powitania przywódców Partii i Rządu, wzmacniane przez dziesiątki potężnych głośników.
U stóp mauzoleum, łopocząc w ostatnim locie, jeden po drugim padają zdobyte sztandary niemieckich dywizji, sztandary szturmowych oddziałów SS – ozdoba dawnej chwały, która niegdyś dumnie maszerowała przez Europę. Teraz leżą w nędznej, bezkształtnej stercie pod naszymi stopami, pod murami Kremla.
Pomimo deszczu i pomimo tego, że nasze mundury są przemoczone, nasze dusze są lekkie i radosne. To ostatni uroczysty akt wielkiej walki. Wiele oddaliśmy za ten dzień – kwitnące miasta i wsie, miliony istnień najlepszych ludzi naszej ojczyzny. Krwawe rany zadane krajowi przez poszukiwaczy „przestrzeni życiowej” będą się jeszcze długo goić. Przez wiele lat pług rolnika będzie potykał się o kości innych pod rosyjską ziemią, przez wiele lat spalone korpusy czołgów będą górować pośród pól zboża.
Ale to wszystko już za nami. Wyszliśmy z bitwy jako bohaterowie i zwycięzcy. Dzięki ciężkiej pracy uleczymy rany zadane przez wojnę i będziemy żyć spokojnie i szczęśliwie. Zaczniemy nowe życie – prawdopodobnie lepsze niż przed wojną. Mając świadomość zwycięstwa, zapominamy o wielu rzeczach i z nadzieją patrzymy w przyszłość.
Starszy, krępy sierżant chodzi ciężkim krokiem. Skała, nie człowiek. Tacy ludzie nie wołają matki w godzinie śmierci; tacy ludzie umierają w milczeniu, przywierając zębami do ojczystej ziemi. Gęste wąsy z czasów Siczy Zaporoskiej. Opalona słońcem skóra twarzy, zorana zmarszczkami, niczym dziewicza gleba pod pługiem. Na piersi starego sierżanta znajduje się cały ikonostas orderów.
Przez całe życie sierżant wymachiwał sierpem i młotem, ale nie znosił tych obrazków na czerwonym tle z różnymi komunistycznymi hasłami. Mimo to dziś wypina pierś niczym koło zamachowe, gdzie do każdego orderu przyklejone są te irytujące symbole.
Na froncie sierżant obawiał się nie tyle o głowę, co o bujne, zaporoskie wąsy. W latach kolektywizacji zapewne, jeśli nie golił, to przynajmniej znacznie przycinał wąsy, aby nie mylono go z kułakiem. Było wtedy straszniej niż na froncie. Nikt wtedy nie wiedział, kto i kiedy zapuka do drzwi. I teraz poczuł powiew wolności. Możesz nawet zapuścić wąsy.
W czasie wojny wielu ludzi, nawet młodzi żołnierze i oficerowie, zapuszczało wąsy i brody. Przed wojną takie swobody były niebezpieczne. Mała broda to broda trockistowska, broda łopatkowata to broda kułacka, a długa broda to broda popa. Były też brody kupców, biskupów i generałów. Z wąsami też nie było lepiej. Małe wąsy – białogwardyjskie, a duże – policyjne. Za takie zewnętrzne cechy socjalne można trafić za kratki.
A dziś stary sierżant nie wie, z czego ma być bardziej dumny – ze swoich wąsów czy ze swoich medali.
Wiele zmieniło się w czasie wojny. Bardzo. Czy ktoś odważył się powiedzieć choć słowo o Krzyżach Świętego Jerzego przed wojną? Nie wspominając o trzymaniu ich w domu i pokazywaniu komukolwiek. Rycerze św. Jerzego wyrzucali je lub zakopywali głębiej i głębiej w ziemi. A dziś stary sierżant dumnie przechadza się po placu Czerwonym, pod murami Kremla, a na jego piersi, obok radzieckich orderów, widnieją cztery wizerunki św. Jerzego. A teraz spróbujcie powiedzieć komuś dzisiaj, że władza radziecka się nie rozwinęła, że kołchozy nie zostaną jutro zniesione? Ale czy cerkwie nie zostały otwarte? Czy dzwony nie dzwonią na wieżach?
Do wojny zlikwidowano setki tysięcy kapłanów jako „opium dla ludu”. Ludzie radzieccy wiedzieli na pewno tylko jedną rzecz o tych nielicznych, którzy, jako wyjątki, pozostali na wolności: wszyscy oni byli informatorami NKWD. Co tydzień, pod osłoną nocy, zaglądali do siedziby NKWD z kolejną informacją o swojej trzodzie.
Teraz ogłoszono wolność wyznania. W Moskwie otwarto seminarium duchowne i... Specjalny Komitet do Spraw Religii przy Radzie Komisarzy Ludowych ZSRR (SNK – Rada Komisarzy Ludowych – przyp. red.) pod przewodnictwem towarzysza Karpowa. Cerkiew została przykuta łańcuchami do służby państwu. Teraz jest nauczana i będzie słuchać.
W całej tej komedii jedna rzecz nas zaskakuje: nowo otwarte cerkwie są pełne ludzi. Śluby cerkiewne stają się nową modą, szczególnie na wsiach. Mimo wszystko religia nie została wykorzeniona z dusz ludzi. Nawet mnie kilka razy ciągnęło, aby wejść przez otwarte drzwi cerkwi. Ale jako student Akademii Kremlowskiej, niektóre rzeczy wiem aż za dobrze. Nie chcę później dostać zdjęcia w cerkwi z rąk Naczelnika Akademii, któremu towarzyszy uwaga: „Zapewne zapomniałeś, że studentom Akademii surowo zabrania się fotografowania gdziekolwiek, poza specjalnymi fotografiami akademickimi?”
Takie błędy są często podstawą do wydalenia z Akademii.
Obecnie w całej Moskwie od czasu do czasu rozbrzmiewają cudownie zachowane dzwony. Księża w pośpiechu wracają z Syberii: z ciężkich robót – prosto na chór. Odciski od topora na rękach kapłana jeszcze się nie zagoiły, ale już odprawiał nabożeństwo modlitewne o zwycięstwo i... zdrowie Wodza. Ludzie słuchają dźwięku dzwonów z nieukrywaną radością. Jednocześnie nie mają wątpliwości, że nowi księża są przyjaciółmi NKWD.
Tak właśnie działa NKWD – nie zapomina o swoich starych klientach. Większość więźniów NKWD po odbyciu kary ośmiu lub dziesięciu lat otrzymuje po zwolnieniu propozycję zostania informatorem NKWD. „Uzasadnij zaufanie, którym cię obdarzamy, uwalniając cię!” – tak mówią w tym przypadku. W krajach reakcyjnych więzień odsiaduje karę, a następnie zostaje zwolniony. U nas wszystko jest zorganizowane z wielką dbałością o człowieka. Otrzymuje wolność jako łaskę i nadal musi być za nią wdzięczny i pracować nad okazanym „zaufaniem”.
Plac Czerwony płonie od medali. W latach wojny pojawiło się wiele nowych orderów. Niektóre również wycofano. Ordery żołnierskie „Chwała” trzech stopni i medal „Za udział w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941-1945” wprowadzono w 1944 roku. Zapożyczyli od cara czarno-pomarańczową wstążkę św. Jerzego. W Marynarce Wojennej wprowadzono Ordery Uszakowa i Nachimowa dla admirałów i kapitanów, a dla marynarzy medale o tej samej nazwie. W wojsku generałowie szczycą się orderami Suworowa i Kutuzowa, a wyżsi oficerowie – orderami Aleksandra Newskiego i Bohdana Chmielnickiego. Najpopularniejszym orderem jest obecnie order „Wojny Ojczyźnianej”. Nie byle jaka wojna, ale Wojna Ojczyźniana. Dla marszałków ustanowiono specjalne ordery „Zwycięstwo”, wykonane ze złota, platyny i diamentów, o wartości 200 tys. rubli w złocie. Gwiazdy orderów, chociaż nadal pięcioramienne, zaczęły świecić i wyglądały bardzo podobnie do gwiazd z czasów Katarzyny. Wprowadzono Gwardię, sztandary i odznaki Gwardii. A przedtem? Nie daj Boże, abym miał wypowiedzieć to słowo.
Nowy statut wprowadza oficjalne pozdrowienie: „Życzę zdrowia!” Zamiast bezosobowego „Dzień dobry, towarzyszu pułkowniku!” Podczas gdy żołnierze wrzeszczą na cały głos, ucząc się nowego „Zdra-a-a...”, batalion po batalionie, całkiem poważnie mówią, że wkrótce do generałów będzie trzeba zwracać się „Wasza Ekscelencjo!”.
A ile są warte złote pagony? Wszakże przedtem najgroźniejszym oskarżeniem, jakie padało z ust śledczego NKWD, było „złote naramienniki”. A pasy na maszerujących w paradzie generałach są dokładnie takie same jak na portretach byłych oficerów carskich – srebrne z cętkami. „Międzynarodówka” została zastąpiona nowym „Hymnem Związku Radzieckiego”. Uporczywe hasło „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!” zniknęło ze swojego znanego miejsca nad nagłówkiem „Prawdy”.
Nieważne co powiesz, lody zostały przełamane! Jeśli tak dalej pójdzie, to kołchozy zostaną wkrótce zlikwidowane. Jak zwykle – „Biorąc pod uwagę sukcesy budownictwa socjalistycznego…”
Gdyby Lenin podniósł się teraz spod stóp swego ucznia i spojrzał z platformy mauzoleum na Plac Czerwony, z pewnością byłby przerażony takim odrzuceniem wszystkich zasad, w imię których dokonano rewolucji proletariackiej w 1917 roku. Dokąd doszliśmy? Albo dokąd zmierzamy?
Przecież zgodnie z najnowszym dekretem Rady Najwyższej ZSRR generałowie w stanie spoczynku otrzymują działkę ziemi w dożywotnie użytkowanie i bezpłatną pożyczkę na budowę dworu. Tyle o dworzanach w socjalizmie! Jedyną przeszkodą na drodze do osiągnięcia tych wszystkich korzyści jest fakt, że ponad połowa radzieckich generałów kończy swoją karierę w NKWD.
Tak, w głowie mi się kręci od tych wszystkich innowacji!
Zwycięska armia paraduje na Placu Czerwonym. Odgłos kroków odbija się echem w mojej piersi. Dziś wojsko to dla mnie nie tylko służba wojskowa – to właśnie w wojsku poznałem swoją Ojczyznę. Wcześniej czułem się po prostu jak ameba marksistowskiej klasyfikacji. Przed wojną żyłem w iluzorycznym świecie nowych pojęć – komunizmu, socjalizmu, sowchozów, kołchozów. Widziałem w gazetach imponujące liczby, piękne słowa i slogany, traktory i fabryki, nowe domy i nowe budowy. Ponadto, poprzez moje osobiste doświadczenia, ja i wszyscy ludzie znosiliśmy nieludzkie trudności i okrucieństwo, ale usprawiedliwiałem to wszystko koniecznością „wielkiego przełomu”.
Gdy wybuchła wojna, zobaczyłem całą żałosną bezradność świata, w którym żył naród radziecki, zahipnotyzowany propagandą. Potem dowiedziałem się czegoś ważniejszego: dowiedziałem się o narodzie. Po raz pierwszy poczułem, że jestem członkiem narodu, a nie jednostką klasyfikacji marksistowskiej. To przyszło nie tylko do mojej duszy, ale do dusz milionów ludzi. Nie było to wynikiem manewru politycznego Kremla skierowanego ku temu, co narodowe i wewnętrzne. Manewr Kremla jest tylko konsekwencją, wymuszonym wyjściem z obecnej sytuacji.
Wojna wstrząsnęła krajem do głębi, ujawniając to, co było ukryte w jego głębinach. Wszystkie sztuczne dekoracje zeszły na dalszy plan, a prawdziwa siła znów dała o sobie znać – człowiek, taki, jaki jest. Człowiek rodzi się we krwi i bólu, a we krwi i bólu ludzie poznają się nawzajem.
Na froncie spotkałem starszych ludzi, którzy nigdy w życiu nie widzieli kolei. Jednak leśni nie cofnęli się ani o krok przed czołgami, trzymając w rękach butelkę benzyny, która dla żołnierza jest tak samo przydatna jak aspiryna dla martwego człowieka. Żołnierze z entuzjazmem opowiadali o grzybach i jagodach, pszczołach i ptakach, które znali w swoich rodzinnych stronach. Następnie, zirytowani nieoczekiwaną przeszkodą, odpierali atak bombowców nurkujących. Każdy z nich, na swój sposób, w milczeniu lub w oszczędnych, naiwnych słowach, świadczył o jednej rzeczy, która nas wszystkich łączyła – o człowieku, który kształtował się przez wieki, który kochał swój sposób życia, swój kraj i swój naród. To nie był powrót do przeszłości. To było po prostu poszerzenie horyzontów, spojrzenie na rzeczy bez propagandowych klapek na oczach, gdy nic nie widzisz za sobą, ani po bokach ścieżki.
W świetle realnego życia, wśród żywych ludzi, wszelkie teorie materializmu dialektycznego blakły i zaczęły sprawiać wrażenie martwego schematu. Zrozumiałem, że wszystko, dla czego przez ćwierć wieku ponieśliśmy potworne ofiary, było jeśli nie szalonym pomysłem eksperymentatora, to w każdym razie eksperymentem, który wymagał wielu korekt. Dziś, spacerując po placu Czerwonym, nie widzę wyjścia, ale jestem głęboko przekonany, że to, dla czego żyliśmy przed wojną, jest fałszywe.
Parada Zwycięstwa przemaszerowała przez Plac Czerwony. Odważni żołnierze w niebieskich kombinezonach wychylali się z otwartych włazów ciężkich czołgów i dział samobieżnych. Wyraźnie sygnalizują to czerwonymi flagami, dumni ze swoich złotych naramienników i wstążek św. Jerzego. Salutują murom Kremla i Wodzowi, który ma na ramionach gwiazdy wielkości puszek konserwowych.
Generalissimusie, dziś witamy Cię i gratulujemy Ci zwycięstwa, tak jak Ty witasz i gratulujesz nam!
Ale przypomnimy tobie – czy pamiętasz lato 1941 roku? Czy pamiętasz jak zaśpiewałeś Lazara – "Drodzy bracia i siostry, obywatele i obywatelki..." Wtedy nie mogliśmy uwierzyć własnym uszom. Przez ćwierć wieku nastawiałeś brata przeciwko siostrze, a siostrę przeciwko bratu. Do tej pory słowo „obywatel” słyszano zazwyczaj przy stole śledczego NKWD jako przemówienie skierowane do obcego elementu. Gdzie podziali się twoi komuniści, komisarze, politruki i inni „towarzysze”? Miałeś rację, gdy zwracałeś się do nas „obywatele i obywatelki”. Nie byliśmy waszymi towarzyszami! Czując pętlę wokół szyi, wezwałeś ludzi na pomoc. Poszliśmy. Ginęli, ale walczyli. Głodowali, ale pracowali. I zwyciężyliśmy. My, my, a nie generalissimus Stalin i Partia Komunistyczna. W przyszłości pamiętaj o przeszłości! A dziś, ku czci Zwycięstwa, wkładam całą siłę płuc w gromkie, potrójne „Hurra!” Niech zadrżą mury Kremla.
I tak nadeszło Zwycięstwo. Za każdym razem, gdy wspominam te dni, zawsze będę pamiętał to słodkie drżenie w piersi, to uczucie narastające w gardle, które bulgotało we mnie w dniach Zwycięstwa. Zatem z głową podniesioną ku gwiazdom zwycięzca śpiewa swą wilczą pieśń. Raduje się z otwartej drogi naprzód, w przyszłość.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści