1.
Niedawno w Akademii wydarzył się wypadek. W biały dzień jeden z oficerów padł ofiarą absurdalnego przypadku. Miał stopień kapitana, niedawno ukończył ostatni rok służby w departamencie japońskim, otrzymał wyjątkowo dobre przydziały do pracy za granicą i był szczęśliwie żonaty. Wydawało się, że mężczyzna stanął na progu bezchmurnego szczęścia. Kto mógł przewidzieć, że za kilka godzin spotka go tak tragiczny los?!
Fasada Akademii zwrócona jest w stronę ulicy Wołoczajewskiej. Pięćdziesięciometrowy odcinek między budynkami ogrodzony był zwykłą kratą. Generał Biazi, który przywiązywał wielką wagę nie tylko do wyglądu swoich uczniów, ale i budynków, nakazał zburzenie starego ogrodzenia i wybudowanie na jego miejscu czegoś bardziej majestatycznego.
Po zburzeniu ogrodzenia słuchacze mieli bardzo wygodne wyjście prosto na przystanek tramwajowy. Przedtem trzeba było zrobić spory objazd przez punkt kontrolny. W rezultacie cała Akademia zaczęła przechodzić przez nowe bramy. Widząc ten nieporządek, generał rozkazał postawić wartę w wyłomie i dał jej wyraźne polecenie, aby nikogo nie przepuszczać. Ale czy pojedynczy wartownik może utrzymać pięćdziesięciometrowy odcinek frontu przeciwko całej Akademii, a nawet własnym towarzyszom? Wówczas generał osobiście zrugał wartownika i zagroził, że wyśle go do aresztu.
„Co mam zrobić, towarzyszu generale?” – błagał wartownik. – „Strzelać?”
„Tak, strzelaj! Posterunek to miejsce święte. Znasz zasady?” – odpowiedział generał.
Zajęcia dobiegły końca, a przez szparę ponownie wbiegła grupa funkcjonariuszy, spieszących się, by zdążyć na tramwaj. Na próżno wartownik krzyczał i groził, aż stracił głos – nic nie pomagało. W tym samym momencie w oddali pojawiła się okrągła postać generała wykonującego swój zwykły obchód. W tym momencie japoński kapitan przeszedł obok wartownika, jak wszyscy inni, nie zwracając uwagi na zakaz.
„Zatrzymać się!” – krzyknął wartownik z rozpaczą.
Kapitan szedł dalej, nie odwracając się, pogrążony w myślach.
„Stój! Strzelam!” – krzyknął ponownie wartownik.
Kapitan oddalił się, a postać generała się zbliżyła.
Nie zastanawiając się, wartownik podniósł karabin i strzelił, nie celując. Była czwarta po południu, ulica była pełna ludzi, wartownik był tak podekscytowany, że gdyby strzelał do celu, to raczej by nie trafił. A jednak śmiertelna kula nie chybiła ofiary! Kapitan bezgłośnie padł na chodnik z przestrzeloną czaszką. Spędzić całą wojnę na głębokich tyłach, nigdy nie usłyszeć świstu kul – i kilka dni po zakończeniu wojny zginąć od kuli towarzysza na ulicy Moskwy! Cóż pozostaje jeszcze do powiedzenia? Los!
Oczywiście, nic się nie stało wartownikowi. Choć incydent był ewidentnie skandaliczny, generał złożył wartownikowi ustne podziękowania za „świetne wykonanie obowiązków wartowniczych”. W takich przypadkach nie należy karać wartownika, aby nie wywierać niepożądanego wrażenia na innych. „Stojąc na straży, lepiej zabić niewinnego człowieka, niż pozwolić wrogowi przejść” – takie jest prawo wojskowe.
To zdarzenie mimowolnie każe mi myśleć o losie. „Nie uciekniesz przed przeznaczeniem!” – mówili nasi dziadkowie. Ale teraz już w to nie wierzymy. Albo raczej, uczono nas, abyśmy nie wierzyli. Aby było więcej miejsca na wiarę w Wodza.
Dzisiaj mam więcej powodów niż kiedykolwiek, żeby zastanowić się nad swoim przeznaczeniem. Akademia ukończona i teraz stoję u progu nowego etapu mojego życia, mówiąc obrazowo – na rozdrożu losu. Te drogi są dla mnie zupełnie jasne, a co więcej, jedno jest dla mnie jasne: jeśli raz pójdziesz jedną z nich, nie będzie już odwrotu. Dziś nadal mam wybór i muszę dokładnie przemyśleć swoją drogę.
W ostatnim czasie kilkakrotnie dotarły do mnie pogłoski, że zostałem nominowany jako kandydat na stanowisko etatowego nauczyciela w Akademii. Właściwie, nie można sobie nawet wymarzyć bardziej świetlanej perspektywy. To największa szansa dla absolwentów Akademii. Struktura kadrowa Akademii jest niezwykle elastyczna. W rzeczywistości jest to gorąca rezerwa Sztabu Generalnego, po którą sięgają za każdym razem, gdy zachodzi potrzeba specjalnej misji za granicą. Dzisiaj istnieje możliwość wyjazdu służbowego do Europy, jutro – do Ameryki. Podróżujesz jako członek rangi pomocniczej w ramach szacownych delegacji, ale zawsze masz do wykonania niezależne i odpowiedzialne zadanie specjalne. Po powrocie do Moskwy należy się zgłosić nie do instytucji, która wysłała delegację, lecz do właściwego wydziału Sztabu Generalnego.
Niedawno jeden z nauczycieli Akademii został wysłany na wycieczkę do Czechosłowacji, Austrii i innych krajów Europy Środkowej. Pojechał jako „tłumacz” światowej sławy radzieckiego profesora botaniki, który był członkiem Akademii Nauk ZSRR. Nietrudno zgadnąć, jakie kwiaty profesor będzie zbierał przy pomocy takiego „tłumacza” i kto komu będzie podporządkowany.
Będąc członkiem Akademii, nieustannie znajdujesz się u źródeł obiecujących dróg. Pracownicy są bardzo dobrze poinformowani o tym, co dzieje się za kulisami Sztabu Generalnego. Tutaj można mówić o osobistym podejściu, patronacie i kontaktach. Zawsze istnieje możliwość wpływania na swój los, nie będąc zauważonym. To już nie jest ślepy traf, który wyrwał mnie w środku nocy z lasów Frontu Leningradzkiego i wrzucił do wrzącego kotła Akademii Kremlowskiej. Krótko mówiąc, praca w naszym zespole to najlepsza droga do kariery, o jakiej marzy większość absolwentów Akademii.
Gdy dowiedziałem się o swojej kandydaturze, miałem mieszane uczucia.
Z jednej strony mamy Moskwę, nową dworską atmosferę i duże możliwości. Przed nami ogromne pole do aktywnej pracy i kuszące perspektywy na przyszłość.
Ale... Jest jedno poważne i ważkie „ale”. Ta ścieżka prowadzi tylko do przodu. Wystarczy, że spojrzysz do tyłu lub na bok, a już nie żyjesz. Aby podążać tą drogą, potrzebujesz absolutnej harmonii wewnętrznej i pewności co do słuszności swojej sprawy. Są oczywiście substytuty: hipokryzja, chęć zrobienia kariery za wszelką cenę, brak skrupułów w dysponowaniu środkami. Jestem dzieckiem ery stalinowskiej i jestem przekonany, że te substytuty odgrywają znaczącą rolę w życiu Związku Radzieckiego. Ale nadal są to zamienniki i nie zajdziesz z nimi daleko. Nie jestem ani chłopcem, ani filantropem, i potrafię uzasadnić konieczność stosowania wątpliwych środków w celu osiągnięcia wyższego celu. Aby to jednak zrobić, musisz być pewien integralności końcowego celu. Wbrew własnym chęciom, nie zyskałem jeszcze dziś tej pewności.
Czasami ta wewnętrzna nierównowaga mnie irytuje. Po co przeglądać własną duszę? Z tej strony cały czas panowałem nad sobą. Nie można dać upustu uczuciom „inteligencji”. Tacy ludzie są skazani na zagładę. Aby przetrwać w sowieckich warunkach, trzeba mieć wilcze zęby i lisi ogon. Atakował z przodu i zacierał ślady od tyłu. Czasem wracam myślami do swojej przeszłości w poszukiwaniu szkodliwej „miękkości”. Nie, nie sądzę, żebym miał taką wadę.
Potrzebuję przerwy, podczas której będę mógł uporządkować swoje myśli i uczucia. Po prostu lata wojny wytrąciły mnie z równowagi psychicznej. Potrzebuję na jakiś czas zmiany otoczenia, aby móc trzeźwo ocenić wszystko z innej perspektywy. W ten sposób artysta przygląda się owocom swojej pracy, odchodząc od sztalugi lub przykładając soczewkę do oczu.
Po burzliwych dniach zwycięstwa atmosfera w Moskwie jest zbyt szara i monotonna. W Europie wieje świeży wiatr, w kraju dokonuje się wielki historyczny przewrót. Studenci akademii powracający z Zachodu po krótkoterminowych podróżach służbowych opowiadają ciekawe historie. Nie zaszkodziłoby mi osobiście spotkać się z pacjentem, którego mam leczyć z racji mojego stanowiska.
Najbardziej odpowiednim rozwiązaniem dla mnie byłoby udanie się do pracy do okupowanych krajów Europy. Tam, w nowym otoczeniu, w samym centrum tego, co osiągnęliśmy w tej wojnie, w pracy twórczej ponownie odnajdę utraconą równowagę i powrócę do Moskwy z pełną wiarą w to, co jest konieczne w mojej przyszłej pracy i życiu. Tak czy inaczej, nadal jestem w rezerwie Sztabu Generalnego.
Biorąc pod uwagę te rozważania, rozmawiałem z podpułkownikiem Taubem.
Podpułkownik, profesor i baron von Taube jest jednym z zastępców pułkownika Gorochowa do spraw akademickich. W Akademii jest on swego rodzaju eksponatem muzealnym, ale jednocześnie niezastąpionym dzięki swojej wyjątkowej wiedzy i umiejętnościom. Pomimo jego kompromitującej przeszłości, nazwisko podpułkownika Taube ma znaczenie, a jego słowa często są decydujące. Wśród swoich studentów uchodzi za wyjątkowo kulturalnego, rzeczowego i uważnego oficera-wychowawcę, z którym można porozmawiać szczerze.
Oprócz podpułkownika Taube, w Akademii znany jest także generał major Ignatiew. W młodości był paziem ostatniego cara, absolwentem carskiej Akademii Sztabu Generalnego i przez wiele lat attaché wojskowym cara w Paryżu. Po rewolucji przez dłuższy czas przebywał na wygnaniu, ale w latach trzydziestych, z jakiegoś powodu, udał się do Canossy. Jego dwa wspomnienia, „Pięćdziesiąt lat w służbie”, cieszą się dużą popularnością wśród młodzieży studenckiej. Dziś były kawalerzysta i hrabia Ignatiew ponownie otrzymał mundur generalski, a nawet operetkowe stanowisko historiografa Armii Czerwonej. Oczywiście, nie cieszy się zaufaniem, a jego głównym zadaniem jest pokazanie tolerancji władzy radzieckiej tym, którzy okazują skruchę. W swoich wspomnieniach dość niejasno podaje powody, które skłoniły go do powrotu. W Moskwie otwarcie mówią, że po prostu ma dość zmywania naczyń w paryskich restauracjach.
W ostatnim roku wojny zdarzyło się kilkakrotnie, że do ZSRR wracali emigranci, mniej lub bardziej znani. Niedawno do Moskwy przybył niegdyś sławny pisarz Kuprin. Mieszkańcy Moskwy opisują jego przybycie w następujący sposób. Wysiadając na dworcu moskiewskim, Kuprin odłożył walizki i klęknąwszy, publicznie ucałował swoją ojczystą ziemię. Gdy wstał i sięgnął po walizki, walizek już nie było.
Niedawno Bielawski i ja słuchaliśmy koncertu Aleksandra Wiertinskiego. Fakt jego publicznego wystąpienia był dla nas zaskoczeniem, a dla większości osób satysfakcją, gdyż stanowił potwierdzenie liberalizacji nowej linii rządu. Pozwolono mu jednak występować jedynie w małych klubach na obrzeżach Moskwy. Fakt ten był istotnie bardziej znaczący i przyjemniejszy niż sam Wiertinski i jego sztuka. Stara ruina w towarzystwie młodej żony, piosenkarki, ze sceny unosi się zapach morfiny, a cała postać żałośnie i nudno przypomina: „Dajcie coś byłemu człowiekowi!” Dym przeszłości jest przyjemniejszy niż trup wskrzeszony z grobu.
Co było, to było. „Gutta cavat lapidem” – mawiali Rzymianie. Kropla drąży kamień, a czas drąży człowieka. Na próżno niektórzy o tym zapominają, zamykają się w iluzorycznym świecie przeszłości, nie chcą się pogodzić z miejscem i pozycją, które przygotowała im historia, którą sami stworzyli. Oczywiście, Wiertinski nie jest duchowym ideałem ani modelem przeszłości. Ale mieliśmy jeszcze inne okazje, aby sprawdzić czas historyczny.
Władze radzieckie, być może nieświadomie, wykonały mądry gest, pokazując stare oblicze nowemu pokoleniu. Na własne oczy, bez żadnej propagandy, zrozumieliśmy wyraźnie, jak daleko czas i nasze interesy posunęły się do przodu.
Podpułkownik Taube uważnie wysłuchał moich zewnętrznych argumentów; oczywiście nie wspomniałem ani słowem o moich wewnętrznych pobudkach, a obiecałem, nie wycofując swojej kandydatury do Akademii, że zwrócę się do najwyższych władz o skierowanie mnie za granicę.
Oprócz podpułkownika, naciskałem jeszcze kilka innych przycisków, które miały wpływ na przydzielanie absolwentom zadań. W tej sprawie trzeba działać ostrożnie i wiedzieć, co i komu powiedzieć. W niektórych przypadkach, aby osiągnąć pożądany rezultat, trzeba stworzyć pozory zupełnie przeciwnego pragnienia. Ci, którzy bezpośrednio wyrażają zainteresowanie wyjazdem za granicę, nigdy za nią nie wyjeżdżają.
Po pewnym czasie wezwano mnie do gabinetu pułkownika Gorochowa. Pułkownik przywitał mnie jak starego przyjaciela.
„Ach, majorze Klimow! Miło cię widzieć” – zaczął tak uprzejmie, jakby tylko marzył o spotkaniu ze mną.
Stałem się wewnętrznie ostrożny. Im bardziej serdeczne będzie przemówienie pułkownika, tym bardziej nieoczekiwany może być wynik rozmowy.
„Ostatecznie mnie nie posłuchałeś. Uciekłeś od Wschodniego” – pułkownik kręci głową, jakby łajał niegrzecznego chłopca – „Nigdy bym ci tego nie wybaczył, gdyby nie dobre opinie na twój temat”.
Milczę, czekając, aż pułkownik przejdzie do rzeczy. Oczywiście nie zadzwonił do mnie, żeby mi złożyć komplementy.
„Więc chcesz pracować na zewnątrz?” – brzmi jak przyjacielskie pytanie.
Uniosłem brwi ze zdziwieniem.
„Najpierw chcieliśmy cię tu zostawić”, mówi pułkownik, „ale teraz są propozycje, aby dać ci możliwość pracy i sprawdzenia się gdzie indziej. Myślę, że twój osobisty wpływ był tutaj zaangażowany…”
Spojrzał na mnie pół pytająco, pół ironicznie. Niewątpliwie, w pewnym momencie domyślił się mojej roli w sprawie mojego przeniesienia z Wydziału Wschodniego na Zachodni.
„Nie mam nic przeciwko pańskiemu oddelegowaniu” – mówi pułkownik po chwili milczenia. – „Myślę, że tobie też to nie przeszkadza.”
Siedzę z pustym wyrazem twarzy. Nadmierna ciekawość i zadawanie pytań są przeciwwskazane u oficerów Sztabu Generalnego. Tutaj, bardziej niż gdziekolwiek indziej, sprawdza się stara zasada: mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Mało kto zdaje sobie sprawę, że sztuka milczenia i słuchania jest wśród ludzi dość rzadką cechą. Większość ludzi próbuje się popisać, zamiast poznać swojego rozmówcę.
„Masz tylko jedną wadę” – kontynuuje pułkownik. – „Dlaczego jeszcze nie jesteś członkiem partii?”
„Jestem w tej Akademii dopiero od roku, towarzyszu pułkowniku” – odpowiadam. „Aby wstąpić do Partii, potrzebuję rekomendacji od trzech członków Partii, którzy muszą mnie znać ze wspólnej służby od co najmniej dwóch lat”.
„No a co wcześniej?”
„Nigdy nie miałem okazji zostać w jednym miejscu dłużej niż dwa lata”.
Mam na końcu języka, żeby powiedzieć pułkownikowi szczerze: „Uważam, że człowiek powinien przyjść do partii będąc już zasłużonym członkiem społeczeństwa, a nie traktować partii jako trampoliny do kariery”.
Przecież większość „prawdziwych” komunistów dzisiaj postępuje dokładnie w ten sposób. To oni robią najwięcej hałasu, starając się pokazać swoją lojalność wobec linii partii. Ci, którzy wychowali się dzięki własnym wysiłkom, a potem z konieczności wstąpili do Partii, są z reguły jedynie biernymi i milczącymi towarzyszami podróży.
Ale czy można tak powiedzieć? W końcu oznacza to pewnego rodzaju wahanie, niepewność. A człowiek radziecki, jeśli chce żyć, musi od dnia narodzin bezwarunkowo wierzyć w nieomylność linii partii. Byłbym złym studentem akademii dyplomatycznej, gdybym zdecydował się szczerze porozmawiać z pułkownikiem. „Nigdy nie poddawaj się pierwszemu odruchowi serca, bo jest on najszczerszy i najczystszy!” – powiedział Charles Talleyrand.
„Mam nadzieję, że gdy się spotkamy ponownie, weźmiecie już pod uwagę tę wadę” – podsumowuje pułkownik. – „W takim razie Twoje referencje są nienaganne. Twoja teczka osobowa zostanie przekazana do Głównego Zarządu Personalnego w celu wykorzystania jej w pracy praktycznej”.
Po rozmowie z pułkownikiem Gorochowem spodziewam się, że zostanę wezwany na kolejną kontrolę przeszłości na najwyższym szczeblu.
Zazwyczaj, nawet studenci naszej Akademii, którzy już przeszli wyjątkowo rygorystyczną selekcję, są przed wysłaniem do pracy za granicą wzywani na drugą kontrolę kwestionariuszową przez komisję kwalifikacyjną Głównego Zarządu Armii Czerwonej (GUK RKKA) i Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii do pracy za granicą. Czujność nigdy nie zawadzi. Być może u kogoś wytworzył się tunel czasoprzestrzenny w duszy albo zaszły zmiany u jego krewnych lub krewnych jego żony.
Jedną z najbardziej nieprzyjemnych instytucji naszego istnienia jest zbiorowa odpowiedzialność krewnych. Człowiek może być nieskazitelnym członkiem społeczeństwa radzieckiego, ale wystarczy, że ktoś z jego dalszych krewnych trafi do NKWD – i automatycznie zostanie zaliczony do kategorii „politycznie niepewnych”.
W czasie wojny w radzieckich biurach rejestracji i poboru wojskowego istniała specjalna kategoria osób „niepewnych”, których nie przyjmowano do służby wojskowej. Niektórych z nich wykorzystano w batalionach roboczych. Nie dano im broni i trzymano z dala od linii frontu. Były to osoby, których krewni zbyt blisko znali NKWD. Ci, którzy osobiście byli represjonowani lub znajdowali się na czarnej liście NKWD, zostali aresztowani i internowani już w pierwszych dniach wojny. Jeżeli któryś z „niepewnych” osobników, wpisanych na specjalne rejestry w wojskowym biurze rejestracji i poboru, składał meldunek z prośbą o wysłanie go na front jako ochotnika, był natychmiast aresztowany i wysyłany do obozów NKWD. Biura rejestracji i poboru do wojska dobrze zdawały sobie sprawę z wartości tego patriotyzmu. Władze radzieckie zdają sobie sprawę, że mimo długich lat reedukacji, w duszy rosyjskiej wierność ojcu, matce i więzom krwi ojczystej jest silniejsza niż wszelkie pozostałości szkoły komunistycznej.
W ostatnich latach wojny, z powodu niedoboru kadr, „niesolidnych” częściowo powołano, oprócz batalionów roboczych, także do regularnego wojska. Wszyscy poszli na front jako zwykli żołnierze, chociaż większość z nich stanowili intelektualiści i oficerowie rezerwy. Kiedy przed wojną spotykałem się z żołnierzami, którzy byli nauczycielami lub inżynierami, wiedziałem już, bez kwestionariusza, co się za tym kryje.
Liczba osób represjonowanych w ciągu długich lat radzieckich eksperymentów osiągnęła tak kolosalną liczbę, że grupa automatycznie „niepewnych” stanowi dziś bez wątpienia główną grupę społeczną nowego społeczeństwa radzieckiego. Obie strony muszą znaleźć wyjście z obecnej sytuacji. Ludzie chcą żyć, a władzom potrzeba pracowników. Pomiędzy tymi dwiema potrzebami znajduje się kwestionariusz jako nieprzekraczalna bariera. Wiele osób nigdy w życiu nie widziało swojego „złego ducha”, nie ma z nim nic wspólnego i naturalnie nie pisze o nim w ankietach. Władze zdają sobie sprawę z nieścisłości w kwestionariuszach, ale czasami zmuszone są ich „nie zauważać”. Radziecka polityka terroru doprowadziła do ślepego zaułka – według radzieckiej klasyfikacji w ZSRR jest dziś mniej nienagannie czystych i godnych zaufania obywateli niż trzydzieści lat temu. Z tego powodu w przypadkach mało istotnych i wtedy, gdy zachodzi potrzeba ujawnienia konkretnej osoby, urzędy nie sprawdzają danych osobowych tak rygorystycznie. Kiedy jednak pojawia się poważniejsza sprawa, te same organy, uwikłane w wytworzone przez siebie sprzeczności, nie ufają żadnym kwestionariuszom, ani nawet swoim własnym charakterystykom danej osoby, a kandydata sprawdzają z histeryczną nieufnością i skrupulatną starannością. Okres kontroli przed wysłaniem za granicę wynosi od trzech do sześciu miesięcy. Wystarczy, że podczas sprawdzania danych osobowych na wniosek NKWD w miejscu zamieszkania okaże się, że ktoś z dalszych krewnych zaginął w akcji z nieznanych przyczyn – a kandydat zostaje usunięty z misji. Wszystko co nie jest jasne jest zawsze uważane za czynnik negatywny.
Zamiast spodziewanego telefonu do Wydziału Personalnego Sztabu Generalnego, po kilku dniach otrzymałem rozkaz stawienia się u Szefa Akademii. Wykraczało to poza zakres normalnych formalności, jakie muszą spełnić absolwenci przed wysłaniem ich do pracy, więc kiedy miałem spotkać się z generałem, nie mogłem powstrzymać się od zastanowienia się nad powodem wezwania.
W Akademii krążą najróżniejsze plotki na temat generała Bijaziego. Niektórzy ze słuchaczy z podejrzanym hałasem podziwiają niezwykłe talenty generała i opowiadają o tym, jaki to człowiek o wyjątkowo wysokiej kulturze, niegdyś ambasador radziecki we Włoszech, i jak nie tylko doskonale mówi wszystkimi językami, którymi mówi się w Akademii, ale nawet ma zdolność czytania w ludzkich duszach i odgadywania ich niewypowiedzianych myśli. Nie ma wątpliwości, że słuchacze, którzy w taki sposób opisują swoich przełożonych, odniosą większy sukces w służbie dyplomatycznej niż ci, którzy twierdzą, że generał Bijazi zaczynał swoją karierę od sprzedaży chałwy i owoców na targach w Tyflisie, a jedyną jego wyróżniającą się cechą jest zewnętrzny blask, maniery i mowa słodka jak turecka rozkosz.
Często na dziedzińcu Akademii słychać ostrzegawczy szept: „Uwaga! Generał znowu cudaczy!” Wtedy słuchacze, nauczeni doświadczeniem, ostrożnie oddalają się od dziedzińca i z bezpiecznej odległości obserwują, co się dzieje. Z zewnątrz generał jest wyjątkowo miły i uprzejmy, widać, że jest zadbany i elegancki. Żaden słuchacz, który pojawi się na jego drodze, nie przejdzie obok oczu generała bez poddania go szczegółowej i krytycznej analizie.
„Co ty robisz, mój drogi? Chodzisz jak kobieta po targu?” – generał zatrzymuje ziewającego kapitana na środku dziedzińca. – „No dalej, chodźcie jak prawdziwi oficerowie!”
Następnie rozpoczyna się przedstawienie. Ludzie mogą podziwiać spektakl z okien na drugim piętrze.
„Dlaczego nie wypastowałeś butów, mój drogi?” – pyta generał słodkim głosem. – „Buty powinny być jak lustro – aby można było się golić!”
„Na podwórzu są kałuże, towarzyszu generale” – usprawiedliwia się nieszczęśnik, szeroko otwierając oczy.
„I uważaj bardziej! Nie łap wron! Kto każe ci łazić po kałużach?! To właśnie takie buty powinieneś mieć!” I generał wysuwa swoją małą, grubą stopę, odzianą w błyszczący, lakierowany but na wysokim obcasie.
„Tak jest, towarzyszu generale!”
„Czyli naprawdę tak witasz swojego szefa? No, powiedz to jeszcze raz!”
Generał prowadzi kapitana tam i z powrotem po dziedzińcu, ćwicząc salut. Następnie generał włącza się do akcji i zaczyna pokazywać, jak tę skomplikowaną rzecz należy zrobić „naprawdę”.
„Kiedy byłem młody... nie byłem takim mięczakiem... jak ty, młodzieńcze...”, prycha generał.
„Kiedy byłeś młody, sprzedawałeś jabłka” – myśli ofiara z irytacją. – „Kiedy do cholery mnie puści!?”
„O! Co to jest?” – generał z udawaną grozą głaszcze po policzku kapitana, który stoi jak zamarły z ręką na czapce. – „Oh-oh-oh! Pewnie nie chodzisz do dziewczyn z taką brodą... To wstyd, wstyd... I powinienem się rumienić za was wszystkich…”
Nasyciwszy się zabawą, generał rusza dalej w poszukiwaniu kolejnej okazji do przywrócenia porządku. Jego tłuste oczy błyszczą triumfem, twarz posmutniała od cichego smutku – jak twarz troskliwego ojca, któremu liczne dzieci za wszystkie troski odpłacają jedynie smutkiem.
Kapitan wzdycha z ulgą, lecz wkrótce przekonuje się, że jego radość jest przedwczesna. Adiutant generała, niczym cichy cień kroczący u jego stóp, pozostał, by uregulować rachunki. Wyjmuje z kieszeni notes i daje znak kapitanowi palcem. Następnego dnia sprawca otrzyma stosowne powiadomienie. W przypadku funkcjonariuszy areszt domowy oznacza wstrzymanie wypłaty wynagrodzenia na czas odbywania kary.
Nie bez racji można powiedzieć o generale - miękkie posłanie, ale twarde spanie. Kiedy idziesz na audiencję do generała, nigdy nie możesz być pewien wyniku audiencji. Akademia jest pełna niespodzianek. Przykładowo, ostatnio niemal cały Wydział Japoński, z wyjątkiem kursów dla starszych stażem, został zreorganizowany i przekształcony w krótkoterminowe kursy kształcenia wojskowych tłumaczy języka japońskiego. Rozczarowanych dyplomatów pociesza fakt, że jest to rozwiązanie tymczasowe i że wszyscy będą mieli później możliwość kontynuowania studiów jak dotychczas. W międzyczasie siedzą od rana do nocy i opracowują japońską terminologię wojskową. Reorganizacja nastąpiła zaraz po konferencji krymskiej, a tempo szkoleń jest tak przyspieszone, że studenci wymieniają między sobą dość jednoznaczne spojrzenia. Z programu nauczania można dokładnie wywnioskować, kiedy zakończy się szkolenie i... Generalnie tajne punkty Traktatu Krymskiego nie są dla nas tajemnicą. Nie bez powodu każdego dnia przypomina nam się, że pracownicy ambasad zagranicznych chętnie poznaliby każdego z nas bliżej. Jeżeli ktokolwiek z nas, bez specjalnego pozwolenia, zdecyduje się zamienić kilka słów z obcokrajowcem na ulicach Moskwy, oznacza to, że stawia zbyt wysokie wymagania swojemu aniołowi stróżowi.
Niektórzy studenci muszą odbyć jeszcze jeden delikatny kurs specjalny, zanim zostaną wysłani do pracy – zasady dobrego wychowania i pewne dodatkowe niuanse zachowania za granicą. Często kurs ten jest dostosowywany indywidualnie, w zależności od przyszłego celu podróży danej osoby. Czasami każą zwrócić szczególną uwagę na nowoczesne tańce zachodnie lub na szkołę średnią, w radzeniu sobie z kobietami o złamanych sercach, przez które wiedzie droga do dyplomatycznych sejfów. Czasami instrukcje dotyczą takich szczegółów, jak kolor piżamy, intymne wyznania z pamiętników pokojówki czy przepisy z kuchni Mefistofelesa i Casanovy. Główną rolę odgrywa tu niezmiennie sam generał Bijazi, pierwszy rycerz Akademii.
Czym zamierza mnie uszczęśliwić? Może specjalnym kursem.
Biorąc pod uwagę wszystkie te przesłanki, byłem bardzo zaskoczony, gdy generał Bijazi krótko mi oznajmił, że najwyższe władze wyraziły zgodę na mój przydział do Sztabu Generalnego Radzieckiej Administracji Wojskowej w Niemczech. Najwyraźniej jestem uważany za osobę na tyle dobrze sprawdzoną i godną zaufania pod każdym względem, że w tym przypadku nie ma już potrzeby dodatkowej weryfikacji bezpośrednio przed wyjazdem za granicę.
„Masz wszystko, co sprawia, że jesteśmy z ciebie dumni” – mówi generał. Jego twarz i maniery w niczym nie przypominały teraz zwykłej, przesłodzonej maski. Mówi krótko i formalnie. Jest to rozmowa między starszym oficerem a młodszym kolegą, podczas której generał uważa, że efekty zewnętrzne są zbędne. Problem został już rozwiązany, a on tylko mnie o tym informuje.
„Pamiętaj, że gdziekolwiek jesteś, nadal jesteś naszym człowiekiem” – generał podkreśla słowo „nasz”, „Będziesz do dyspozycji innego dowództwa, ale możemy cię w każdej chwili odwołać. W razie potrzeby masz prawo skontaktować się z nami, nie zwracając uwagi na swoich przyszłych przełożonych. W armii jest to zabronione, ale w tym przypadku jest to wyjątek od reguły”.
„Twoje przyszłe przeznaczenie będzie zależało od tego, jak pokażesz się w pracy praktycznej. Mam nadzieję, że spotkamy się ponownie w przyszłości…”
Słucham generała z dziwnym spokojem. W czasie wojny płonąłem, martwiłem się, dążyłem do czegoś. Teraz wypełnia mnie jedynie lodowaty spokój. Poczułem dokładnie ten sam spokój, gdy po raz pierwszy dowiedziałem się o wybuchu wojny w czerwcu 1941 roku. Było to pełne napięcia oczekiwanie na nadchodzące wydarzenia. Co to dzisiaj oznacza, nadal nie mogę zrozumieć. Nasz świat wewnętrzny jest odbiciem otaczającej nas rzeczywistości. W czynnej pracy, w tyglu międzynarodowych interesów, odnajdę racjonalne ziarno naszego istnienia. Trudno byłoby wybrać korzystniejsze miejsce niż Berlin.
Teraz świadomie wystawiam swój świat wewnętrzny na próbę.
„Jestem przekonany, że z honorem zasłużycie na zaufanie, jakim obdarzyła was Ojczyzna, wysyłając was na najbardziej krytyczny odcinek frontu powojennego. Praca tam jest ważniejsza i poważniejsza niż w czasie wojny” – mówi generał, ściskając mi dłoń na pożegnanie. – „Życzę wam powodzenia, towarzyszu majorze!”
„Tak jest, towarzyszu generale!” „Odpowiadam, patrząc w oczy Szefowi Akademii i stanowczo odwzajemniając uścisk dłoni. Przecież jadę do Berlina, żeby stamtąd wrócić jako lepszy obywatel mojej ojczyzny, niż jestem w stanie być dzisiaj.
2.
W środku zimy tajemnica otaczająca życie Żeni przestała być dla mnie tajemnicą.
W styczniu matka Żeni wróciła do Moskwy. Podczas wojny, aby być bliżej męża, pracowała jako lekarz wojskowy w szpitalach frontowych. Teraz została zdemobilizowana z wojska i wróciła do domu.
Anna Pietrowna była całkowitym przeciwieństwem Żeni. Największą przyjemność sprawiało jej rozmawianie o mężu. Musiałem wykazać się ogromną cierpliwością, żeby po raz dziesiąty z zainteresowaniem wysłuchać tych samych opowieści – o tym, jak się pobrali, o tym, jak męża nigdy nie było w domu, poświęcał cały czas służbie, o tym, jak ciężko jest być żoną zawodowego wojskowego. Opisała ze szczegółami jego i jej skromnych rodziców, ich stopniowy awans po szczeblach kariery i wreszcie zawrotną karierę swojego męża w czasie wojny. Anna Pietrowna była wyjątkowo miła i spontaniczna. Jako żona generała majora nie była wcale dumna ze swojego nowego położenia i opowiadała mnóstwo dowcipów o analfabetyzmie i przeciętności nowej arystokracji. Nie było w tym żadnej sprzeczności. Sama Anna Pietrowna doskonale rozumiała, jaką odpowiedzialność nakładała na nią nowa pozycja męża, starała się więc we wszystkim podążać za czasami i za swoim mężem. Dziś, zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie, w pełni uzasadniła swoją pozycję w społeczeństwie.
W szerszych kręgach nową arystokrację postrzega się raczej sceptycznie, jako „parweniuszy”. Stało się tak w dużej mierze dlatego, że podczas rewolucji na szczyt wyszli nowi, nieznani ludzie. W czasie rewolucji było to naturalne. Po rewolucji zajmowali kierownicze stanowiska rządowe, do których często nie nadawali się ani pod względem wykształcenia, ani pod względem przydatności do pełnionych przez siebie funkcji. Jedyne, czego nie można odmówić radzieckim przywódcom, to ich kipiąca energia i nieskończona wytrwałość. Z biegiem czasu ta gwardia rewolucyjna stała się przestarzała, wyczerpała swoje dni, a jej nieprzydatność do nowych zadań stawała się coraz bardziej oczywista.
W tym samym czasie w różnych dziedzinach kształcili się nowi specjaliści radzieccy. Pochodzili z mas, ale mieli już niezbędne wykształcenie, specjalistyczne szkolenie i praktyczne doświadczenie w przywództwie.
Początek wojny niczym ropień przedarł się przez biurokratyczne bagno. Trzeba było zastąpić zbutwiałych bohaterów rewolucji nowymi kadrami młodych liderów szkoły radzieckiej, którzy lepiej nadawali się do swoich zadań. Tutaj nie liczyły się przeszłe zasługi, ale umiejętności. Nie jest przypadkiem, że w czasie wojny, szczególnie w wojsku, ujawniło się wielu nowych, utalentowanych dowódców, którzy wcześniej pozostawali w zapomnieniu.
Przedwojenna arystokracja partyjna i biurokratyczna gniła w luksusie i nadużyciach, które niegdyś zarzucano arystokracji carskiej. Podczas wojny do ich zastąpienia, lub być może tylko tymczasowo, wzywano najlepsze siły narodowe, aby ratowały sytuację. Jednym z nich był ojciec Żeni.
Anna Pietrowna jest uosobieniem troski o swojego męża, rodzinę, dom. Mimo że była dumna z kariery męża, często nieświadomie wyrażała żal, że kariera ta praktycznie pozbawiła ją życia rodzinnego.
Stopniowo tak bardzo zaprzyjaźniłem się z Anną Pietrowną, że niekiedy tworzyliśmy z nią zjednoczony front przeciwko Żeni. Przyzwyczajona do samodzielnego życia Żenia w ogóle nie chciała liczyć się nawet z autorytetem matki. Jedyne, co jeszcze na nią działało, to groźba: „Poczekaj, napiszę do ojca, jak się tu zachowujesz...”. Po czym Żenia na jakiś czas się z tym godziła.
Podczas egzaminów państwowych, aby się skupić i nie dać się odciągnąć od intensywnej pracy, nie spotykałem się z Żenią, a jedynie rozmawiałem z nią przez telefon.
Po przydzieleniu mnie do pracy w Berlinie, po długiej przerwie odwiedziłem Żenię. Spodziewałem się wszystkiego po Żeni, ale nie ciepłego powitania.
Ku mojemu niewypowiedzianemu zdziwieniu Żenia przywitała mnie tak burzliwie, że nawet Anna Pietrowna z wyrzutem pokręciła głową: „Przynajmniej wstydź się przy mnie!”
„Grisza!” – Obróciła mnie jak trąba powietrzna na korytarzu. – „Tata był tutaj... Przez całe dwa tygodnie... Wyobrażasz sobie – całe dwa tygodnie!”
Żenia kocha i ubóstwia swego ojca bezgranicznie. Ale jest równie zazdrosna o jego pracę i tęskni za nim, prawie nigdy nie widując go w domu.
„Zobacz, co mi przywiózł!”
Zabiera mnie ze sobą i zaczyna z dumą pokazywać mi całe stosy skarbów, które ojciec przywiózł jej w prezencie. Już wcześniej do ich mieszkania przywożono całe pudła różnych trofeów. Za każdym razem, gdy któryś z oficerów sztabowych jechał do Moskwy, przywoził ze sobą prezenty od generała. Było to powszechne zjawisko wśród wszystkich rodzin wojskowych podczas marszu Armii Czerwonej przez Prusy Wschodnie. Młodsi oficerowie wysyłali do domów szmaty, starsi wysyłali solidniejsze rzeczy, w tym pianina i meble. Prawnie rzecz biorąc, jest to rozbój; w języku wojennym, to trofea. Jeśli chodzi o Niemców, dług należy spłacić. O moralności możemy porozmawiać później.
W Moskwie krąży popularny dowcip. Jeden z oficerów wysłał swojej żonie pudełko mydła z frontu. Nie zastanawiając się dwa razy, sprzedała całe mydło na targu. Kilka dni później otrzymała list od swojego męża. W liście czytamy, że w każdej kostce mydła znajduje się złoty zegarek. Niektórzy gawędziarze, w zależności od gustu, twierdzą, że żona powiesiła się, inni, że się utopiła, a jeszcze inni, że się otruła.
Filozofowie lubią mawiać, że ubóstwo uszlachetnia człowieka. W pewnych granicach i pod pewnymi warunkami jest to możliwe. Jednakże chroniczne i powszechne ubóstwo poniża godność człowieka i daje początek wielu obrzydliwym rzeczom, niegodnym człowieka.
Na podłodze w salonie stoi olbrzymi odbiornik radiowy, wielkości człowieka. Na pierwszy rzut oka na błyszczącą klawiaturę przycisków i dźwigni zawahałem się – czy to odbiornik radiowy, czy stacja radiowa. Rzeczywiście, generał odnalazł odbiornik radiowy odpowiadający jego stopniowi. Na koniec jestem przekonany, że jest to ultranowoczesny model superheterodyny dużej mocy.
Wyciągam rękę i chcę podłączyć przewód zasilający do gniazdka w ścianie.
Anna Pietrowna podnosi palec ostrzegawczo: „Grisza! Tylko proszę nie włączaj tego. Kolia surowo zabronił”.
„Tak, no cóż... Czego się bać?” – Sprzeciwiam się.
„Nie, nie... Dopóki zakaz nie zostanie zniesiony, nie jest to dozwolone. Nawet sam Kolia tego nie włączył”.
No i proszę! Miesiąc po zakończeniu wojny zwycięski radziecki generał nie ośmiela się słuchać radia, dopóki Kreml nie wyrazi na to zgody.
„Grisza, słyszałeś nowy dowcip?” – Anna Pietrowna odciąga mnie od radia.
„O szyi?” – pytam, przyzwyczajony już do opowieści Anny Pietrowny o żonach generałów.
„Nie... Nowe! Pewien generał przysłał żonie fortepian z frontu. Otóż, gdy go transportowali, fortepian się rozpadł, wezwali stroiciela. Nastroili go i ustawili w pokoju. Żona zdecydowanie chce, żeby stał w widocznym miejscu.
„Tam nie można tego zrobić” – mówi stroiciel. – „Nie będzie żadnego rezonansu”.
„O, bzdura!” – żona macha ręką. – „Napiszę do mojego generała i on wyśle odpowiedź”.
Żenia nam przerywa.
„Grisza, spójrz. Mam coś jeszcze” – szybko wpada do następnego pokoju. – „Złoty pistolet!”
Spodziewam się zobaczyć oryginalną zapalniczkę albo damską pamiątkę. Żenia z całej siły rzuca mi na kolana coś ciężkiego w żółtej skórzanej kaburze.
„Przeczytaj, co jest napisane!” – rozkazuje nad moją głową.
Rozpinam żółtą skórę. Pozłacany niemiecki Walther lśni tępym pyskiem w mojej dłoni. Na płaskiej krawędzi znajduje się misterna ligatura z wygrawerowanych liter gotyckich. Uwagę przyciągają dwie drapieżne, zygzakowate błyskawice – znak SS.
Na pistolecie znajduje się napis:
„Generałowi SS Andreasowi von Schönau w imieniu Wielkich Niemiec. Führer.”
Honorowa złota broń! Prezent od samego Hitlera dla generała SS. Dawno, dawno temu, ten błyszczący kawałek metalu napełniał dumą serce człowieka, który uważał się za lepszego od innych stworzeń. Teraz siedzi w obozie jenieckim i zbiera niedopałki papierosów, podczas gdy dumny drobiazg lśni równie obojętnie w rękach zwycięzców. Tak, nie ma nic bardziej zmiennego i kapryśnego niż ziemska chwała!
„Nie zadzieraj ze mną teraz.” – Żenia naciska zatrzask magazynka. – „Pełen komplet amunicji!”
Magazynek wysuwa się na poduszkę sofy. Czerwone główki nabojów wystają ze szczeliny.
„Jednak ojciec wpadł na pomysł, żeby darować takie zabawki” – mówię i odkładam magazynek od pistoletu. – „A co ważniejsze – komu?”
„Nie martw się. Jeśli będziesz się dobrze zachowywać, to nie jest niebezpieczne” – zapewnia mnie Żenia.
„Potem tata przywiózł jeszcze dwa Ople” – ćwierka. – „Zatrzymał „Admirała” dla siebie, a „Kapitan” jest teraz mój. Rozumiesz? Mój! Jutro powinieneś tu być. Nauczysz mnie kierować. Powtórz rozkaz!”
„Słuchaj, Grisza, jakie masz plany na przyszłość?” – pyta żartobliwie, zapominając już o swoich nowych zabawkach. Z tą samą łatwością, z jaką posługuje się swoim złotym pistoletem, kładzie moją głowę na swoich kolanach i pisze palcem znak zapytania na moim czole.
W jej głosie słychać żartobliwe wyzwanie. Odwieczny instynkt kobiecej zalotności wcale się nie zmienił w sercu córki radzieckiego generała.
Nie chcę psuć Żeni dobrego nastroju. Gdzieś głęboko w środku czuję żal, że jutro będę musiał rozstać się ze wszystkim, co mnie otacza. Ale to jest konieczne i poza tym nie trwa wiecznie.
„Jutro lecę do Berlina...” – mówię powoli, patrząc w sufit. Wypowiadam te słowa tak cicho, jakbym był winny czegoś.
„Co-o-o?” – mówi Żenia z niedowierzaniem. – „Znów te twoje głupie żarty?”
„To nie żart…”
„Nigdzie nie pojedziesz. Zapomnij o tym! Zrozumiano?!”
„To nie zależy ode mnie…”
Wzruszam bezradnie ramionami.
„Boże! Jak bardzo chciałabym zedrzeć z ciebie skórę!” – wykrzykuje Żenia. – „Idź na operetkę, jeśli naprawdę chcesz zobaczyć obce kraje. Nie żal ci znowu wyjeżdżać i zostawiać mnie, żebym wkuwała te głupie całki?!”
Patrzy na mnie niemal błagalnie. W jej spojrzeniu widać coś więcej, nie tylko prośbę czy kaprys.
„To nie zależy od mojej chęci, Żeniu... Obowiązek...”
„Obowiązek, obowiązek...” – Żenia powtarza moje słowa jak echo. – „Słyszę to zbyt często – obowiązek!”
Nagle ulatnia się z niej cała beztroska i radość. Jej głos staje się smutny i poważny.
„Byłam tak nieskończenie szczęśliwa, że nie jesteś zawodowym żołnierzem. Myślisz, że jestem szczęśliwa w domu? W końcu jestem sierotą!”
Żenia wyprostowała się, jej twarz zbladła, jej cienkie palce nerwowo bawiły się jedwabnym frędzlem sofy.
„Przez całe moje życie widziałam mojego ojca tylko przez tygodnie... W końcu jesteśmy praktycznie obcymi ludźmi. Dlaczego myślisz, że obsypuje mnie prezentami? On też to czuje. Czasami w Chinach, czasami w Hiszpanii, czasami gdzie indziej... I tak przez całe moje życie…”
Głos Żeni drży ze wzburzenia, a jej oczy napełniają się łzami. Nie ma nad sobą żadnej kontroli, słowa wylatują z jej ust niczym pełne pasji oskarżenie, niczym skarga na los.
„Moi przyjaciele mówią, że mam szczęście – pierś mojego ojca jest usiana medalami... Ale ja nienawidzę tych medali... Zabrali mi ojca... Każdy z nich to lata rozłąki. Spójrz na moją matkę! Zanim jej łzy radości wyschną, że mój ojciec wrócił, cały i zdrowy, znów płacze. Znów go gdzieś odprowadza, nawet nie wie gdzie... Czasami przez rok nie ma listów…”
„...Mówi też – obowiązek, obowiązek... A teraz ty... Nie chcę żyć jak mama... Nie chcę żyć według twoich listów...”
Żenia zakrywa twarz dłońmi. Jej ramiona trzęsą się konwulsyjnie. Upada twarzą do dołu na poduszki sofy. Na aksamitnych poduszkach, niczym obrażone dziecko, zraszając łzami złoty dar Führera, jego nowa właścicielka gorzko płacze.
W milczeniu głaszczę rozrzucone chaotycznie na czerwonym aksamicie włosy Żeni i patrzę na zalane słońcem dachy domów za oknem, w błękitną mgiełkę letniego nieba. Wygląda na to, że szukam tam odpowiedzi. Co powinienem zrobić? Tu, obok mnie, jest moja ukochana i kochająca kobieta. Gdzieś daleko, daleko stąd czeka na mnie obowiązek.
Czym jest obowiązek? Czy nie jest to tylko wymówka, której się trzymamy, aby usprawiedliwić się przed własnym sumieniem? A może jest to najwyższy przejaw naszego sumienia? Wszystko zależy od podstawowej zasady. Obowiązek jest pochodną wiary w nieomylność podstawowej zasady.
Moim obowiązkiem jest znaleźć tę wiarę. To jest obowiązek podniesiony do kwadratu.
Wieczorem siedzę z Anną Pietrowną w salonie. Żenia, jak na grzeczną dziewczynę przystało, rozłożyła książki na stole i żuła ołówek, przygotowując się do egzaminów końcowych. Biały kot angorski, ulubieniec Żeni, uporczywie wspina się na moje kolana. Anna Pietrowna, jak zwykle, narzeka na swoje samotne życie.
„Zaoferowali mu miejsce w Dowództwie Artylerii, ale nie – wraca do piekła. Przebiło mu głowę pod Koenigsbergiem – to wciąż za mało. Wygląda na to, że ma dość medali i wysoką rangę. Teraz ma jedno na myśli – zostać marszałkiem. Sam Stalin powiedział mu to na przyjęciu. Teraz powtarza to jak kukułka”.
Na kilka dni przed kapitulacją Niemiec, gdy zwycięstwo było już przesądzone, generał został pośpiesznie odwołany do Moskwy. 10 maja 1945 roku wziął udział w uroczystym przyjęciu na Kremlu, wydanym przez Biuro Polityczne Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) na cześć zwycięstwa nad Niemcami.
Kolejny Order Lenina ozdobił jego szeroką pierś, a na jego złotych generalskich naramiennikach umieszczono kolejną gwiazdę. Jednak Anna Pietrowna nie cieszyła się długo spotkaniem z mężem. Otrzymał nowe tajne zadanie, całe dnie spędzał w Sztabie Generalnym, a na wszystkie pytania Anny Pietrowny, dokąd idzie, odpowiadał monosylabami: „Otrzymasz list z adresem poczty polowej”.
Anna Pietrowna dowiedziała się o jego miejscu pobytu dopiero kilka miesięcy później, gdy wybuchła wojna z Japonią. A i tak o tym dowiedziała się dopiero z gazet, z Dekretu Prezydium Rady Najwyższej o odznaczeniu generała za szczególne zasługi w walkach z Japonią.
Futrzany pupil Żeni nie przestaje mnie denerwować wylewnością swoich uczuć. Po jego pieszczotach jestem zawsze pokryty białym futrem od stóp do głów. Chwytam mruczącego zwierzaka tak ostrożnie, jak to możliwe, za kark i wyrzucam za drzwi.
„Jak może zostać marszałkiem, skoro wojna się skończyła?” – pytam Annę Pietrownę, – „Wojna z Japonią, nawet jeśli się wydarzy, nie potrwa długo. Z kim będziemy walczyć?”
„Nie wiem” – wzdycha Anna Pietrowna – „Nie rozmawia ze mną zbyt wiele o polityce. To po jego ostatniej wizycie na Kremlu zrobił się taki nadęty. Muszą tam o czymś myśleć, skoro rozmawiają. Dla niego Stalin jest końcem i początkiem. Kiedy Stalin mu powie: „Będziesz marszałkiem”, będzie się wspinał do nieba, żeby zdobyć gwiazdę tego marszałka”.
„Co to za diabelstwo?” – przelatuje mi przez myśl. – „Kreml nie rzuca słów na wiatr”.
Wtedy nic nie powiedziałem Annie Pietrownej. W tym względzie generał ma rację. Nie ma nic głupszego niż rozmowa z kobietami o polityce. Dla młodych ludzi jest to błąd taktyczny, dla dorosłych – nieostrożność lub, w najlepszym razie, strata czasu. Ale czasami warto posłuchać kobiet.
Słowa Anny Pietrowny przypomniałem sobie i zrozumiałem dopiero później, przy stole konferencyjnym Sojuszniczej Rady Kontroli w Niemczech. To, co dla innych stało się jasne znacznie później, dla mnie było jasne po pierwszym spotkaniu.
Tak spędziłem mój ostatni dzień w Moskwie.
Następnego ranka jestem na lotnisku w Moskwie. Jest jeszcze wcześnie, a poranna mgła rozprzestrzenia się nad ziemią, osiadając na samolotach niczym zimna, matowa rosa. Wszystko wokół jest nieruchome, panuje cisza i spokój. Liczne samoloty transportowe, wszystkie marki „Douglas”, rozkładają swoje zielone skrzydła na lotnisku.
Moja dusza jest lekka jak świeże poranne powietrze wokół mnie, spokojna i cicha jak to lotnisko rozciągające się wokół mnie, obmyte rosą. Chyba każdy podróżnik choć raz doświadczył nieuniknionego uczucia lekkości i przestrzeni, które ogarnia duszę człowieka przed wyruszeniem w długą podróż.
Jednocześnie już teraz z utęsknieniem wyczekujesz przyszłego powrotu na znane brzegi, do rodzinnego środowiska, do domu twego ojca.
Za rok znowu wrócę do Moskwy. Wtedy będzie mi ona jeszcze bliższa i droższa niż teraz.
Podchodzą do mnie dwaj oficerowie, najwyraźniej lecący tym samym samolotem.
„No i co, majorze?” – wita mnie jeden z nich. – „No więc, dajesz do Europy?”
„Nie zaszkodziłoby zobaczyć, czym naprawdę jest stara Europa” – dodaje drugi.
Na lotnisku robi się coraz bardziej gwarno. Kilka kolejnych osób przybywa z rozkazem wyjazdu do kwatery głównej radzieckiej administracji wojskowej. SWA ma własne samoloty operujące na trasie Berlin-Moskwa. Z Niemiec samoloty latają prawie przylegając do ziemi brzuchami pod ciężarem szczególnie ważnych i pilnych ładunków. Ale z Moskwy do Berlina lecą w połowie puste. Więc nasz pilot po chwili oczekiwania machnął ręką i dał znak dyspozytorowi o zgodę na start.
Samolot, jakby żegnając się, zatacza koło nad Moskwą. Jakże mała jesteś z góry, stolico! Leżysz jak czerwone cielę na zielonej łące. Na obrzeżach rozsiane są wiejskie domy ze zgniłymi, drewnianymi dachami, a dookoła, tak daleko jak okiem sięgnąć, rozciąga się zielona trawa, krzewy i drzewa.
Próbuję ponownie uchwycić coś wzrokiem, ale chmury już unoszą się pod skrzydłem samolotu.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści