Jeśli ktoś zniszczy Rosję, nie będą to komuniści, ani anarchiści, ale przeklęci liberałowie.
F. M. Dostojewski
Aby mieć czas na pracę nad swoją nową książką, Borys Rudniew, w porozumieniu z agitpropem, został formalnie wpisany na listę członków redakcji Domu Cudów. Ale większość czasu siedział w domu i z ołówkiem w dłoni polował na nowy typ narodu sowieckiego – homo sovieticus.
Któregoś dnia Borys przechodził przez ulicę Gorkiego. Nagle rozległ się ostry milicyjny gwizdek. Stary znajomy, sierżant Kowalczuk, stał na posterunku i uśmiechał się:
„Życzę zdrowia, towarzyszu Rudniew! Jak się masz, co robisz?”
„Dobrze, powoli piszę”.
„Ja też piszę protokoły”.
„Piszę i piszę, ale z marnym skutkiem”.
„A co piszesz?”
„Książkę. O nowym typie narodu sowieckiego”.
„No cóż, takie typy, to jest mój zawód. Kogokolwiek przyprowadzą, od razu widzę po mordzie, co to za typ. Posłuchajcie tylko starego milicjanta, towarzyszu pisarzu. To wszystko są stare typy w nowym wydaniu: pijak jest pijakiem, złodziej jest złodziejem, a oszust, tak jak był oszustem, pozostaje oszustem. Ogólnie rzecz biorąc, garbatego grób naprawi”.
Żegnając się, sierżant powiedział dziarsko spod daszka:
„Jeżeli Wy, towarzyszu Rudniew, potrzebujecie typów do książki, to przyjdźcie do naszego komisariatu. Nasza piwnica jest zawsze pełna wszelkiego rodzaju typów. Może uda nam się znaleźć kogoś do twojej książeczki”.
Tymczasem w demokracjach ludowych Europy Wschodniej znów zapachniało nieporządkami. Takie były skutki liberalnych rozluźnień wprowadzonych po śmierci Stalina: powstania w Berlinie Wschodnim w 1953 r., następnie w Budapeszcie w 1956 r. W takich przypadkach, zgodnie z prawem kija i marchewki, używano czołgów i... propagandy.
W oczekiwaniu na nowe niepokoje, w przebiegłym domu agitpropu zaczęli przygotowywać wszelkiego rodzaju pigułki uspokajające. A jednocześnie przypomnieliśmy sobie książkę Borysa Rudniewa „Dusza Wschodu”.
Książka ta opisuje życie sowieckich oficerów okupacyjnych w Niemczech Wschodnich. Została napisana dość przyjaźnie wobec pokonanych, co wywołało niezadowolenie wśród agitpropu.
„Mówią, że miałeś tam szury-mury z niemieckimi kobietami”, – powiedzieli autorowi. – „Więc cię propagowali”.
W związku z tym autor został przeniesiony z Berlina do Nowego Jorku, a książka ukazała się w małym nakładzie. Teraz miłująca pokój „Dusza Wschodu” przydała się do uspokojenia narodowych namiętności. Nawet bez pytania autora, książka została pospiesznie przetłumaczona na język niemiecki, wydrukowana w Lipsku i przekazana do dystrybucji berlińskiemu wydziałowi agitpropu.
Zwykle takie publikacje są rozdawane za darmo i nikt ich nie czyta. Ale ku wielkiemu zaskoczeniu agitpropowej przebiegłości, Niemcy nie tylko czytali „Duszę Wschodu”, ale nawet ją kupowali. Książka sprzedawała się jak dobra powieść. W Lipsku brzęczały prasy drukarskie, a agitatorzy z zadowoleniem zacierali ręce.
W końcu Borys został zaproszony do agitpropu, pogratulowano mu sukcesu i zaproponowano, że weźmie trochę powietrza: poleci do Berlina Wschodniego, aby wygłosić kilka wykładów w Towarzystwie Przyjaźni Radziecko-Niemieckiej, które również było jedną z komórek agitpropu. W rezultacie po kilku przemówieniach przed publicznością uniwersytecką i związkową, Borys Rudniew został nawet wybrany na członka zarządu Towarzystwa Przyjaźni Radziecko-Niemieckiej.
Aby umocnić tę przyjaźń w praktyce, Borys postanowił odwiedzić swoje byłe dziewczyny, które poznał podczas służby w Berlinie. To prawda, że od tego czasu minęło kilka lat. Rodzice Helgi przywitali go bardzo serdecznie i powiedzieli, że już dawno wyszła za mąż. Na pamiątkę wręczyli mu nawet zdjęcie Helgi – z mężem. Spojrzał: tak, była dobrą dziewczyną, jedyną kobietą, przy której dosłownie tracił przytomność ze szczęścia. Zwykle takie rzeczy są pisane tylko w książkach, ale czasem zdarza się to w życiu. Trzeba umieścić to zdjęcie w swoim albumie rodzinnym.
Potem poszedł do Margot. Drzwi otworzył grzeczny blond Niemiec. Wtedy z kuchni wyszła uśmiechnięta Margot. Wszystko wskazuje na to, że była w dziewiątym miesiącu ciąży. Margot była bardzo szczęśliwa ze spotkania i wyjaśniła, że blondyn to jej mąż, który wrócił z sowieckiej niewoli.
„Och, dobrzy Niemcy! – pomyślał Borys, schodząc po schodach. – Inny wdałby się w bójkę lub pobił żonę. A tu wszystko jest ciche i spokojne. A Margot jest świetna, nawet okiem nie mrugnęła!”
Potem poszedł do Kitty, która tańczyła w programie rozrywkowym. Była już zamężna, urodziła dziecko i rozwiodła się. Ale Kitty miała też swoje problemy – straciła zainteresowanie mężczyznami! Znając Kitty dość blisko, Borys był zaskoczony: – „Jak to tak?”
„Tak, właśnie o to chodzi” – Kitty uśmiechnęła się żartobliwie. – „Pewnego dnia występowaliśmy w Dreźnie. Po występie podchodzi do mnie pani. Bardzo dobrze ubrana, młoda, interesująca. I podziwia: ty, mówi, jesteś kochaną, niesamowitą artystką, cudowną! Cóż, zapraszam cię do odwiedzin. Głupia ja, nie wiedziałam o co chodzi, więc poszłam. Jest żoną lekarza, wspaniałe mieszkanie, ale lekarza nie ma. Piłyśmy wino i ona dodała mi do niego morfinę. A rano obudziłam się w jej łóżku… Okazała się jedną z tych… Potem odwiedziłam żonę tego lekarza jeszcze kilka razy. I wtedy coś mi się stało... W ogóle ta wiedźma mnie zepsuła”.
„Słuchaj, przecież byłaś zupełnie normalną kobietą. Czysty ogień!”
„A teraz jestem zupełnie zimna” – westchnęła Kitty. Pogłaskała swoją trzyletnią córeczkę po głowie:
„Rosemary, usiądź i nie wygłupiaj się. Inaczej będziesz taka, jak twoja mama”.
„Dlaczego się rozwiedliście?” – zapytał Borys.
„Nie wiem” – Kitty uśmiechnęła się smutno.
* * *
Towarzystwem Przyjaźni Radziecko-Niemieckiej kierował pan Gil de Brandt. Był słodkim pół-Żydem o migdałowej skórze, rozmarzonych oczach i ospałych manierach. Był zasłużonym pacyfistą: w czasie wojny, aby nie służyć w armii Hitlera, udawał szaleńca i większą część wojny spędził w szpitalu psychiatrycznym. Pod każdym innym względem był osobą bardzo uprzejmą i nawet trochę czarującą.
Kiedy Borys poskarżył się, że wszystkie jego byłe dziewczyny powychodziły za mąż, pan Gil de Brandt mrugnął przyjaźnie:
„Chodźmy, zobaczymy coś nowego”.
Aby gość z Moskwy nie nudził się i nie tracił czasu, pan Gil de Brandt zabrał go do swoich dobrych przyjaciółek. Były to dwie urocze studentki Akademii Sztuk Pięknych, Margit i Annusch, przyszłe artystki, które mieszkały w dwóch urokliwych pokojach na poddaszu pod dachem przy Waldstrasse. Prawdziwa berlińska bohema wysokiej klasy.
Śliczne dziewczyny zaczęły przygotowywać kawę dla gości. Jednak pan Gil de Brandt, powołując się na to, że jest zajęty, grzecznie ukłonił się i natychmiast wyszedł. Najpierw szepnął Borysowi, że najlepiej napić się kawy z rumem, który sprzedawano na kolejnym rogu.
Z okna na poddaszu widać było dachówki Berlina. Wieczorne słońce chowało się za dachami. W półmroku korony drzew szeptały cicho. Ech, bardzo dobrze! A dziewczyny są takie dobre. Szczególnie po kawie w połowie z rumem.
Annusch jest taka duża, wręcz majestatyczna. Ale wszystko ma niezwykle harmonijne. Nie pierś, ale Morze Bałtyckie. W burzliwą pogodę. Nie biodra, ale czysty zawrót głowy. Czarne włosy, kręcona grzywa do ramion. Można się w tym pogubić i utonąć. Prawdziwa Walkiria! A twarz? Oczy jak śliwki. Policzki jak brzoskwinie. Usta jak mokre wiśnie. Prawdziwa klasyka martwej natury. To nie jest jedna z tych kobiet o zielonych włosach i czerwonych oczach, które malują modernistyczni artyści.
I blondynka Margit też jest cholernie ładna. Tylko trochę szczuplejsza i chłodniejsza, że tak powiem, trochę mniej kulturalnie. Po piątym kubku kawy z rumem blond Margit zamieniła się w prawdziwą ondynę. Minnesingers komponowali ballady o takich i przebijali swoje serca sztyletem.
Niemiecki rum okazał się zdradliwy. Kiedy nadszedł czas powrotu do domu, apostoł przyjaźni radziecko-niemieckiej nie wiedział już, gdzie są okna, a gdzie drzwi. A klasyczne figury przyszłych artystek rozmywały się przed jego oczami, jak na obrazach surrealistycznych artystów.
Walkiria i ondynka spojrzały na siebie: żeby gość nie skręcił sobie karku na schodach. Chociaż ondyna wydawała się zimna, jej serce okazało się cieplejsze niż serce Walkirii. Założyła żakiet i poszła odprowadzić gościa.
Zegar pokazywał, że jest już po północy. Księżyc wyłaniał się zza gęstych kasztanowców i wszystko było pełne romantyzmu. Po prostu nie było taksówek ani autobusów.
„Wiesz co?” – powiedziała ondyna. – „Nie wrócisz do domu w takim stanie”.
„Tak naprawdę nie chcę wracać do domu” – przyznał gość.
„Dobrze, w takim razie zostań ze mną. Tylko cicho, spokojnie. Ciii, żeby Annusch nie usłyszała”.
„Jakie to ma dla niej znaczenie? To jest demokracja ludowa”.
„Jej matka była rosyjską hrabiną. Dlatego jest bardzo skrupulatna w sprawach intymnych. Ciii, bo inaczej zrobi mi taki skandal…”
Następnego ranka w Towarzystwie Przyjaźni Radziecko-Niemieckiej odbyła się konferencja prasowa, której głównym mówcą był Borys Rudniew. Prelegent przyszedł na konferencję nieogolony i lekko wymięty. Czasami kręcił głową i słuchał, jakby sprawdzał, czy wszystko jest w porządku. Z powodu wczorajszego rumu, relacjonował ochrypłym, basowym głosem, jak dobry bosman, ale był wyraźnie w ruchu i mówił o przyjaźni radziecko-niemieckiej z takim ciepłem i szczerością, że Herr Gil de Brandt uśmiechnął się z zadowoleniem.
Następnym razem, gdy Borys spotkał Margit, przekazała mu smutną wiadomość. Pomimo wszelkich środków ostrożności, Annusch odgadła, co dzieje się w sąsiednim pokoju. Rano, gdy Borys agitował za przyjaźnią radziecko-niemiecką, dwie niemieckie przyjaciółki pokłóciły się straszliwie: Walkiria oskarżyła ondynę o niemoralne zachowanie, naruszenie wszelkich zasad dobrego wychowania między przyjaciółkami, wywołała przez nią straszliwą scenę zazdrości, a potem zebrała pędzle i farby i przeprowadziła się do innego mieszkania.
Po nieoczekiwanym sukcesie w Niemczech Wschodnich, „Dusza Wschodu” ukazała się w niemal wszystkich demokracjach ludowych, nawet w rewizjonistycznej Jugosławii. Przebiegli ludzie z przebiegłego domu agitpropu poczuli, że przechytrzyli samych siebie i nakazali szybkie ponowne wydanie książki, także w języku rosyjskim. Tak niespodziewanie Borys Rudniew nagle znalazł się w centrum uwagi opinii publicznej.
Studenci zatrzymywali autora na ulicy i wszczynali z nim dyskusje polityczne. Entuzjastyczne uczennice pisały pełne miłości listy i zamieszczały swoje zdjęcia w strojach kąpielowych. A jedna z czytelniczek, poznawszy Borysa, z rozczarowaniem podniosła ręce:
„Kiedy cię czytałam, śniło mi się, że jesteś tym poetyckim, szczupłym blondynem o niebieskich oczach. No wiesz, taki, który zabiera duszę kobiety i gra na niej jak na pianinie. Ale wcale taki nie jesteś. Zniszczyłeś wszystkie moje marzenia! Byłoby lepiej, gdybym cię nie spotkała”.
W Domu Cudów, gdzie Borys znalazł się w gronie członków redakcji, witano go jako bohatera dnia. Portier Nazar nie czytał książki, ale uścisnął autorowi dłoń i pochwalił go:
„Dobrze! Tak to powinno być napisane…”
Błąkając się po holu, Ostap Ogłojedow, serdecznie pocałował Borysa w oba policzki:
„Boreńka, pozwól mi zapalić papierosa! Pokażemy Ci także jak pisać książki. Napiszemy o tym więcej...”
„Zaoraliśmy! – powiedziała mucha, siedząc na wole” – zauważył flegmatyczny Filimon.
Rozszalały Artamon skorzystał z okazji, aby ochłonąć po kacu i wypił z Rudniewem resztki po wczorajszej pijatyce. A geniusz finansowy Sarkisjan potrząsnął głową: – „Czym jest sława? Plusk – i nie ma! Byłoby lepiej, gdybyś przywiózł krzesiwa do zapalniczek z Berlina. Zarobilibyśmy więcej niż na książce”.
* * *
Liderzy wojny psychologicznej muszą także znać pewne prawa psychologii administracyjnej. Na przykład każdy dobry szef wie, że od czasu do czasu trzeba zorganizować jakąś hałaśliwą imprezę. Wstrząsnąć, żeby ludzie nie spali w pracy. I żeby najwyższe autorytety to podziwiały.
Nadszedł zatem czas na hałaśliwe wstrząsy w przebiegłym domu agitpropu. Na porządku dziennym była reorganizacja Domu Cudów i legionu cudzoziemskiego. Ale to nie jest dokładnie ten legion, którego imię brzmi legion.
W agitpropie pewne kategorie cudzoziemców, którzy utknęli w Związku Radzieckim, nazywano legionem cudzoziemskim. Byli to głównie uciekinierzy i dezerterzy z amerykańskich, brytyjskich i francuskich sił okupacyjnych oraz instytucji alianckich w Niemczech Zachodnich i Austrii.
Zachodnia prasa z reguły pisze wyłącznie o sowieckich uciekinierach, którzy „wybierają wolność”, aby „powiedzieć światu prawdę” przez mikrofony „Głosu Ameryki” czy radia „Wyzwolenie”. Lecz w rzeczywistości przepływ uciekinierów szedł w obie strony. Czasami do Niemiec Wschodnich uciekało tak wielu amerykańskich dezerterów, że straż graniczna Volkspolizei po prostu odganiała ich pałkami, wiedząc, że większość z nich to po prostu przestępcy lub narkomani.
W wojnie psychologicznej znaczącą rolę odgrywa nie tylko psychologia, ale także zimne statystyki. Z punktu widzenia tych statystyk, legion cudzoziemski został podzielony na trzy kohorty.
Pierwsza kohorta, największa, uciekła z powodów romantycznych. Niektórzy Amerykanie, aby pozbyć się żon, byli gotowi ukryć się nawet za żelazną kurtyną. Inni wręcz przeciwnie, robili to w poszukiwaniu nowego szczęścia z młodą Niemką, wierząc, że dezercja jest łatwiejsza niż rozwód. Byli też tacy, którzy zamiast popełnić samobójstwo uciekli do ZSRR przed nieszczęśliwą miłością. Tak czy inaczej, była to głównie kohorta bigamistów. Druga kohorta, również dość liczna, uciekła z powodu drobnych wykroczeń karnych i administracyjnych. A trzecia kohorta składała się z poszukiwaczy przygód i idealistów.
Po sprawdzeniu przez władze bezpieczeństwa, wszystkich tych legionistów przekazywano do dalszego przetwarzania do agitpropu. Tam natychmiast zaczęto ich określać mianem emigrantów politycznych i początkowo, gdy byli jeszcze świeżymi, wykorzystywano ich w radiu „Liberty” lub w Domu Cudów. Potem, gdy tracili swoją aktualność, agitprop nie wiedział, co z nimi zrobić i przekazywał ich do dalszego rozmieszczenia Międzynarodowej Organizacji Pomocy Bojownikom Rewolucyjnym – MOPR lub stowarzyszeniu charytatywnemu Czerwonego Krzyża.
Pierwsza kohorta, ofiary Kupidyna, czyli bigamiści, prędzej czy później zakładali rodziny, znajdowali pracę i opuszczali scenę polityczną.
Druga kohorta, miłośnicy mrocznych czynów, nawet w czasach socjalizmu, wracali do normalnego trybu życia i lądowali w więzieniu. Ale po odbyciu kary zwykle pojawiali się ponownie w radiu „Liberty” lub w Domu Cudów i przedstawiali swoje wspomnienia, w których opisywali swoje świeże doświadczenia z sowieckich więzień jako okropności świata kapitalistycznego.
Co dziwne, to właśnie ta druga grupa elementów aspołecznych stanowiła złoty fundusz propagandy agitpropu. A srebrnym funduszem była trzecia kohorta – poszukiwacze przygód i idealiści.
Sztab-kwatera Legionu Cudzoziemskiego mieściła się we wsi pod Moskwą, która w czasie wojny pełniła funkcję obozu dla niemieckich jeńców wojennych. Kiedy Niemcy opuścili obóz, w tym obozie chętnie osiedlali się bezdomni obywatele sowieccy.
Skupiło się tu wielu przedstawicieli moskiewskiej bohemy i wszelkiego rodzaju nieudaczników, których tak nazywano – nieudacznikami. W pobliżu znajdowała się wioska wakacyjna, w której mieszkali znani radzieccy pisarze i poeci, Przerobiewo { Переделкино }. Dlatego sąsiednią wioskę, w której mieszkali biedacy bohemy oraz wszelkiego rodzaju niedorobieni nieudacznicy, zaczęto nazywać Niedorobiewo { Недоделкино }. Tak utrwaliła się nazwa – niedorobieni z Niedorobiewa { недоделки из Недоделкино }.
W tym Niedorobiewie schronił się także legion cudzoziemski. Początkowo uzupełnianie tego obcego legionu odbywało się grawitacyjnie. Ale stopniowo źródło zaczęło wysychać, a następnie Instytut Badawczy NII-13 opracował specjalne metody. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać.
W ambasadzie amerykańskiej w Moskwie pracował niejaki Vikki Crawson, który przez długi czas współpracował z wywiadem sowieckim. Następnie nakazano mu wrócić do domu, do Ameryki. Albo ambasada dowiedziała się o jego powiązaniach z wywiadem sowieckim, albo Vikki po prostu się przestraszył, ale tak czy inaczej Vikki zdecydował się pozostać w Związku Radzieckim i ogłosił się uchodźcą politycznym. Ponieważ był teraz bezużyteczny dla wywiadu, został natychmiast przekazany na mydło – do agitpropu.
Dzięki skandalowi dyplomatycznemu sprawa ta zyskała światowy rozgłos. Dlatego w przebiegłym domu agitpropu zrobili wielką aferę z małym Vikki i zdecydowali, że powinien napisać książkę. Vikki siedział i sapał, lecz nic z tego nie wychodziło. Więc do napisania książki wyznaczono anielskiego Adama Abramowicza Bałamuta. Ale w połowie książki Vikki pokłócił się ze swoim aniołem-zbawicielem.
Dokończenie książki powierzono Czumkinowi mieńszewikowi, który był ojcem Czumkina bolszewika i który mieszkał w pobliżu radia „Wolność” jako konsultant do spraw rewolucyjnych. Tytuł książki był krótki i jasny: „Wybrałem komunizm!” Kiedy ta zbiorowa praca została ukończona, wyraźnie cuchnęło mieńszewikami i trockistami. Trockistowski zapach pochodził od upadłego anioła Bałamuta, który w głębi serca był trochę trockistą.
Książka została oczywiście opublikowana pod nazwiskiem Vikki Cravson, który następnie musiał podzielić się tantiemami z Bałamutem i Czumkinem. Ale kiedy przyszło do dzielenia się, Vikki nagle oznajmił, że sam napisał książkę i nie dał im ani kopiejki. Sfrustrowani ghostwriterzy chodzili po Moskwie i przeklinali Vikkiego na każdym rogu.
Dowiedzieli się o tym zagraniczni dziennikarze i Vikki został oskarżony o oszustwo. Aby zaostrzyć efekt propagandowy, przebiegły dom agitpropu zdecydował się na zorganizowanie w Pradze międzynarodowego procesu, w którym zarzuca się dziennikarzom oczernianie uczciwego Vikki.
Nawet była żona Vikkiego przyjechała do Pragi jako świadek strony przeciwnej. Płakała głośno i powtarzała, że Vikki to jakiś wariat, że nie chce dzieci i ciągle ją zmusza do aborcji. Podczas procesu Vikki zrobił sobie wspaniałą trwałą ondulację, rzucał się na wszystkich z pięściami i przeklinał słowami, których nie dało się wydrukować. A gdy wyszedł na ulicę, bał się, że go zabiją, i zażądał dwóch ochroniarzy.
„Napad agresywności i mania prześladowcza” – stwierdził szef agitpropu. – „Typowy schizofrenik”.
Oczywiście agitprop wygrał proces. Potem Vikki poślubił jakąś starszą kobietę, ale wkrótce się rozwiódł. Aby uchronić się przed wrogami, błagał o pistolet i wkrótce zastrzelił mężczyznę, który omyłkowo zapukał do jego drzwi. Odtąd za każdym razem, gdy biedny Vikki wychodził, zakładał sztuczną brodę i długie wąsy.
Ale wszyscy wiedzieli, gdzie go znaleźć – w restauracji „Odeska Herbaciarnia” w Odessie. Zwykle siedział tam, skulony w ciemnym kącie, z przyklejoną sztuczną brodą i wąsami, a także w czarnych okularach. Czasami znikał na jakiś czas. Powiedzieli, że trafił do szpitala psychiatrycznego.
W końcu Vikki Crawson zastrzelił się z tej samej broni, o którą prosił dla swojego bezpieczeństwa. Dla odwrócenia uwagi rozeszły się pogłoski, że Vikki stał się ofiarą niektórych agentów.
Gdy tylko sprawa Crawsona ucichła, na horyzoncie pojawiła się nowa gwiazda. Zanim stała się sławna, Gemma Caussin służyła w tej samej ambasadzie amerykańskiej jako skromna nauczycielka dzieci pracowników ambasady. Potem z jakiegoś powodu zdecydowała się uciec.
Reakcja łańcuchowa! – zdecydowali w agitpropie.
Początkowo uciekająca Gemma znajdowała się pod opieką Czerwonego Krzyża. Jednak uciekinierka szybko zmieniła zdanie i wróciła do ambasady. Następnego dnia znowu zmieniła zdanie i wyskoczyła na ulicę z okna trzeciego piętra. Została podniesiona ze złamaną nogą – i z chwałą.
Kiedy Gemma przebywała w szpitalu, w przebiegłym domu agitpropu, pod jej nazwiskiem szybko przygotowali książkę „Skok do socjalizmu”. Po wyjściu ze szpitala Gemma otrzymała swoje honorarium, kupiła sobie samochód, wjechała w drzewo i znalazła się z powrotem w szpitalu, ale ze złamaną czaszką. Kiedy załatali jej czaszkę od zewnątrz, okazało się, że coś jest nie w porządku wewnątrz. Musieliśmy wysłać ją do trzeciego szpitala. Tym razem do kliniki psychiatrycznej.
„Nic nie rozumiem!” – naczelny agitpropu rozłożył ręce. – „Czy to już po skoku do socjalizmu? Czy to było po wypadku? A może jest całkowicie stuknięta?”
Wraz z Gemmą inny nauczyciel uciekł z tej samej ambasady i ogłosił się dezerterem. Nie wyskoczył przez okno i dlatego nie stał się gwiazdą. Właśnie ostrzyli ołówki w agitpropie, żeby napisać za niego książkę, gdy nadeszła wiadomość, że siedzi już w domu wariatów.
W tym momencie naczelny agitpropagandy nie mógł już tego znieść:
„To diabeł wie co! Wywiad naciska na wszelkiego rodzaju psycholi. A potem będziemy musieli się nimi opiekować…”
Po długich spotkaniach z NII-13, przebiegły Dom Agitpropu zdecydował, że legion cudzoziemski powinien zostać oddany do dyspozycji Domu Cudów. A jednocześnie Dom Cudów potrzebuje nowego przywódcy. I wtedy naczelny agitpropu doznał objawienia.
W końcu po sukcesie „Duszy Wschodu”, Boris Rudniew ma teraz głośne nazwisko. Ponadto jest pełnoetatowym instruktorem agitpropagandy – i nic nie robi, wziął urlop naukowy – i pisze książkę. I szef agitpropu nacisnął odpowiednie przyciski.
* * *
Arcybiskup Pitirim zadzwonił przez telefon do Borysa Rudniewa i poprosił o spotkanie w domu pod złotym kogutem. Był to ten sam arcybiskup Pitirim, dla świata generał-pułkownik bezpieczeństwa państwowego Pitirim Fiodorowicz Dobronrawow, który był prawą ręką naczelnika 13 Wydziału KGB – nowej inkwizycji sowieckiej. A dom pod Złotym Kogucikiem, w którym mieszkał Maksym, służył jako rodzaj kryjówki, w której spotykał się wewnętrzny krąg czerwonego papieża.
Kiedy Borys przybył, Maksima nie było w domu, a arcybiskup Pitirim spacerował w mundurze generała KGB. Na pagonach połyskiwały skrzyżowane topory, odznaki służby technicznej KGB, które w tym przypadku przypominały nieco średniowieczną inkwizycję.
„Cóż, Borys Aleksanycz, gratulacje!” – uśmiechnął się Generał-arcybiskup. – „Szef agitpropu proponuje Twoją kandydaturę na stanowisko prezesa Domu Cudów, w skład którego wejdzie także legion cudzoziemski. Szef agitpropu mówi, że pod waszym przywództwem stworzymy nowy typ organizacji politycznej. No to zróbmy trochę hałasu całemu światu…”
„Co?” – powiedział Borys. – „Legion cudzoziemski? Ale to jest przecież gang dezerterów, bigamistów, złodziei i oszustów. Chcesz, żebym z ich pomocą wywrócił cały świat do góry nogami?”
„Dlaczego nie? Nie zapominajcie, że Lenin i Trocki, jeśli na to tak spojrzeć, również byli dezerterami i mieszkali za granicą. Stalin rozpoczął karierę polityczną przez napad na bank. A Litwinow pomógł wyprać te pieniądze”. Borys pokręcił przecząco głową, a generał-arcybiskup kontynuował z uśmiechem: „Zwróć uwagę, że Juliusz Cezar na początku swojej kariery był także oszustem i poszukiwaczem przygód, a nawet został publicznie wychłostany”. A najbliższym współpracownikiem Lenina był Roman Malinowski, szef frakcji bolszewickiej w Dumie Państwowej, który był wcześniej sądzony za kradzież i gwałt. I największa postać Kominternu, Karl Radek-Sobelson, także był sądzony za kradzież: nawet jego pseudonim K. Radek po polsku znaczy „kradek”, czyli złodziej. Ogólnie, Borysie Aleksanyczu, w roli prezesa Domu Cudów czeka cię całkiem ciekawa praca”.
„Nie, nie, Pitirimie Fiodoryczu, dziękuję za ten zaszczyt”.
„Dobrze, w takim razie zdradzę ci mały sekret. Tak między nami, reorganizacja Domu Cudów to nowy i raczej tajny projekt specjalny naszego Instytutu Badań Naukowych – NII-13. To jeden z obiektów wojny psychologicznej. I ta wojna psychologiczna toczy się obecnie nie od środka, ale w oparciu o poważne prace badawcze”. – Generał-arcybiskup pogładził swoją gęstą brodę. – „A jeśli chodzi o personel, to... Proszę mi wierzyć, wszystkie organizacje rewolucyjne, czy powiedzmy, wywrotowe, składały się z ludzi tego rodzaju. Pewnego razu, jeszcze przed rewolucją, zapytano Lenina, na kogo stawia. I w chwili szczerości towarzysz Lenin powiedział krótko i wyraźnie: «Na swołocz!”» A towarzysz Stalin później, po rewolucji, rozstrzelał tą całą swołocz. Rewolucja ma swoje ukryte prawidłowości, o których trudno pisać w podręcznikach historii”.
„Tak, ale dom cudów to tylko banda alkoholików. Szantrapy!”
„To tak wygląda z zewnątrz. A wewnątrz jest to bardzo złożony i delikatny mechanizm. To rodzaj laboratorium. Pożywny bulion, w którym hoduje się specjalne bakcyle psychowojenne. Nawiasem mówiąc, dla twojej informacji, ten specjalny projekt nazywa się „Związek Zawodowy Świętych i Grzeszników”.
„Nie widziałem żadnych świętych w tym Domu Cudów” – zauważył sceptycznie Borys.
„Tak, zawsze jest więcej grzeszników niż sprawiedliwych” – zgodził się generał-arcybiskup sowieckiej inkwizycji. – „Poza tym są też grzeszni święci i święci grzesznicy. Jest też dobre zło i złe dobro. Ale nie każdy to widzi”.
Chodził po pokoju z rękami założonymi za plecami: – „Kiedyś Dostojewski ostrzegał, że jeśli ktoś zniszczy Rosję, to nie będą to komuniści, nie anarchiści, ale przeklęci liberałowie. Dostojewski dobrze wiedział, co mówi – i miał rację. Dlatego przylgnął do liberalizmu przydomek – zgniły liberalizm. A taki zgniły liberalizm jest trucizną duchową, trupim jadem. To jest bardzo dobre zło, które wygląda dobrze, ale w rzeczywistości jest złem. Dlatego poszukujący diabła filozof Bierdiajew, wynalazca dobrego zła i złego dobra, nazwał liberalizującego się hrabiego Lwa Tołstoja „prawdziwym trucicielem studni życia”. Odnosi się to do filozofii religijnej Tołstoja w drugim okresie jego życia, kiedy był już osobą chorą psychicznie. Z tego powodu Tołstoj został ekskomunikowany z Cerkwi. Ale sam Bierdiajew był dokładnie tym samym „trucicielem studni życia”. Dlatego sąd Świętego Synodu w 1915 roku skazał Bierdiajewa na wieczne zesłanie na Syberię. Dlatego Lenin wysłał Bierdiajewa za granicę – i jeszcze 300 takich samych sinych much. Sine muchy to trupie muchy. I rozsiewają trupi jad”.
„No dobrze, liberalizm to dobre zło” – stwierdził Borys. – „A co to jest złe dobro?”
„To właśnie robimy” – generał-arcybiskup sowieckiej inkwizycji uśmiechnął się subtelnie, jak jezuita. – „Trupia trucizna zgniłego liberalizmu – dobre zło – przybyła do Rosji z Zachodu. I to był jeden z powodów rewolucji, która kosztowała Rosję 50 milionów istnień ludzkich. Narodziny nowego społeczeństwa. Jednakże Zachód podrzuca nam na tę truciznę i teraz – pod przykrywką humanizmu, w postaci tzw. dysydentów, którzy w istocie są neotrockistami i neobierdiajewcami. A my, tajna policja nowej młodej Rosji, po cichutku pompujemy tę truciznę z powrotem – ze Wschodu na Zachód. Służy temu także specjalny projekt „Związek Zawodowy Świętych i Grzeszników”. Twoja praca będzie więc całkiem interesująca. Rodzaj profilaktyki sanitarnej i politycznej”.
„Pitirim Fiodorowicz, ale mam urlop naukowy – i piszę książkę…”
„Znam idealny naród sowiecki nowego typu – homo sovieticus. Ale ten temat jest znacznie trudniejszy, niż myślisz. I chciałbym Ci pomóc. Dlatego popieram Twoją kandydaturę na prezydenta Domu Cudów. Gwarantuję, że w tym „Związku Zawodowym Świętych i Grzeszników” będziesz miał najszersze możliwości poznania tych homo sovieticus w praktyce”.
„Hmm, ale co to właściwie za praca?”
„Czy znasz różnicę między białą i czarną propagandą?”
„Wiem tylko, że czarna propaganda to pornografia i wszelakie rzeczy, których nie da się wydrukować. Dla upadku moralnego wroga”.
„Tak, ale to ściema. Zajmujemy się sprawami na znacznie wyższym poziomie ideologicznym. Jeden z naszych bacilli siedział w pobliżu prezydenta Roosevelta i nawet doradzał mu, co ma robić. Sprawa atomowego szpiega Fuchsa to także nasze dzieło. Mamy do tego specjalny mózgowy trust: profesorów, lekarzy, naukowców, głowaczy, półbogów”.
Generał-arcybiskup uniósł palec ku niebu i kręcił nim jak korkociągiem.
„Różni nowi filozofowie i teolodzy, socjolodzy i biolodzy... Na przykład cała wojna psychologiczna opiera się w zasadzie na tzw. „kompleksie Lenina”, który z ludzi robi prawdziwych rewolucjonistów. Ale to wszystko jest skomplikowane i mylące. Prawie jak czarna magia”.
Instruktor agitpropu skrzywił się:
„Ale ja nigdy nie mieszałem się w te brudne rzeczy”.
„Nie ma problemu, będzie i czarno-biało. Twoja część jest tylko biała. A inni wykonają brudną robotę. Gwarantuję, że tego nie zobaczysz. Za połączenie białej i czarnej magii – jako Mefistofelesa – będziesz miał Sosiję Isajewicza Gilruda. A jest to bardzo oryginalny człowiek, prawdziwy czarownik. Później przydzielimy Ci specjalnego anioła stróża”.
„Ale co to za czarna magia, której nawet nie zobaczę?”
„Z czasem może zobaczysz. W ramach przygotowania teoretycznego polecam przeczytać książkę Goethego „Lata szkolne Wilhelma Meistera”. Przeczytaj także „Złoty osioł” Apulejusza, który mówi, że aby osiągnąć prawdziwą mądrość, trzeba najpierw wejść w oślą skórę. Życzę powodzenia w pisaniu książki o homo sovieticus. Zobaczmy, co możesz zrobić”.
Opuszczając dom Złego Dobra, w którym mieszkał czerwony papa Maksym Rudniew, Borys spojrzał na zadziornego złotego kogucika, który wirował na dachu jak wiatrowskaz, i pomyślał:
Niech was diabli z waszą czarną magią! Nie pozwalają człowiekowi żyć w spokoju.”
Tak więc inżynier ludzkich dusz, Borys Rudniew, został prezesem Domu Cudów i szefem specjalnego projektu „Związek Zawodowy Świętych i Grzeszników”.
* * *
Z legionu cudzoziemskiego na czoło Domu Cudów dostała się tylko jedna osoba – Michael Dunduk, którego wszyscy nazywali Muszerem. Ojciec Muszera uciekł do Anglii po rewolucji i poślubił Angielkę. Dlatego Muszer mówił płynnie zarówno po angielsku, jak i rosyjsku. Dzięki temu, w stopniu majora angielskiego w armii Jego Królewskiej Mości trafił do Rady Kontroli w Berlinie. A w sowieckiej legii cudzoziemskiej Muszer odnalazł się dzięki swojemu miękkiemu sercu.
Choiaż Muszer miał żonę i dwójkę dzieci w Londynie, w Berlinie zakochał się w piosenkarce Dianie. Jednej z tych, które nie tyle śpiewają, co eksponują gołe nogi. Potem Diana zaszła w ciążę i zaczęła jęczeć i płakać. Muszer nie mógł znieść kobiecych łez i aby rozwikłać tę trudną sytuację, uciekł z Dianą do sowieckiej strefy Niemiec, skąd major armii Jego Królewskiej Mości został przetransportowany do Moskwy.
Więksi uciekinierzy, jak atomista Pontecorvo czy dyplomaci-pedryle Burgess i McLean, urządzili się dobrze w daczach w pobliżu Przerobiewa. A takie drobne płotki jak Muszer i Diana wylądowali w Niedorobiewie. W tym cudzoziemskim legionie, wśród niedorobionych w Niedorobiewie, Diana wkrótce dała Muszerowi uroczą córkę.
Diana pochodziła z Alzacji, dlatego mówiła biegle zarówno po niemiecku, jak i po francusku. A ponieważ jej matka była polską Żydówką, Diana wkrótce mówiła płynnie po rosyjsku. To ona nadała swojemu mężowi przydomek Muszer, co po francusku oznacza „mój drogi”. Potem wszyscy go tak nazywali – Muszer i Muszer.
W Anglii Muszer ukończył uniwersytet, i nawet miał tytuł magistra w jakiejś dziedzinie sztuk wyzwolonych. Ale w Związku Radzieckim te sztuki wyzwolone nie miały zastosowania i Muszer musiał pracować jako prosty malarz na budynkach. Mimo to Muszer nie stracił ducha i szczerze kochał swoją żonę i córkę. Ale Diana, która marzyła o wielkiej karierze, często narzekała, że zamieniła „szydło na mydło” { шило на мыло }.
Po połączeniu legionu cudzoziemskiego z Domem Cudów, Muszerowi zaproponowano stanowisko wiceprezydenta ds. społecznych. Znając skład Domu Cudów, Muszer zaczął odmawiać:
„Dziękuję, wolę pozostać malarzem”.
Ale tutaj interweniowała Diana:
„Muszer, ale tam możesz zrobić karierę! Zgodź się!”
Diana zawsze upierała się, że skoro jest pół-Żydówką, jest mądrzejsza od innych. A niedorobieni z Niedorobiewa, którzy znali Dianę, mówili, że jest nie tyle mądra, co półmądra.
Tak czy inaczej, Muszer musiał zgodzić się ze swoją żoną.
W taki sposób Muszer Dunduk, były major armii Jego Królewskiej Mości, rozpoczął swoją karierę w Domu Cudów.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści