I poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli.
Jan. 8:32
Motto na fasadzie Centralnej Agencji Wywiadowczej USA
Duże i małe wydarzenia przelatywały nad Moskwą, jak chmury na niebie. Organy bezpieczeństwa państwa zmieniały swoje nazwy: MWD – MGB – KGB. Ale 13 Wydział Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (MWD) nie zmienił swojej nazwy. Po prostu dlatego, że oficjalnie było to puste miejsce.
Filozofowie twierdzą, że diabeł przede wszystkim stara się udowodnić, że nie istnieje, że jest nikim i niczym. Dlatego inkwizycja radziecka, znając formułę diabła, także udawała, że nie istnieje, że też jest nikim i niczym.
Filozofowie twierdzą, że diabeł wszystko robi w ciemności, od tyłu i odwrotnie. Inkwizycja radziecka działała dokładnie tak samo. Usadowiony z tyłu 13 Wydział kontrolował wszystkie pozostałe dwanaście wydziałów MWD – MGB – KGB. I nie tylko to. Przecież Biblia mówi, że diabeł jest księciem tego świata. A ten, kto włożył uzdę temu księciu, ten może sterować wieloma sprawami tego świata.
Już wcześniej dla wyższych urzędników ministerstwa spraw zagranicznych ZSRR wprowadzono oficjalne stopnie radcy stanu I, II i III stopnia oraz odpowiedni mundur paradny ze złotymi ozdobami i frędzlami, coś w rodzaju generałów służby cywilnej czasów carskich. Ale niewiele osób wiedziało, że wtedy wprowadzono, jeszcze bardziej staromodny, najwyższy stopień – tajny radca stanu, coś w rodzaju imperatorskiego «geheimrata».
Czasami ci tajni radcy pojawiali się w mundurach generalskich Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ale z naramiennikami 13 Wydziału Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i odpowiednimi odznakami – albo tarczą z brązu, jak tarcza prawników wojskowych, albo wężem, jak lekarze, lub skrzyżowanymi toporkami, jak inżynierowie czy strażacy. I nikt tak naprawdę nie wiedział, z kim walczą ci prawnicy, kogo leczą ci lekarze i co gaszą ci strażacy. Zazwyczaj tajni radcy woleli pozostawać w cieniu. Ale członkowie rządu wiedzieli, że słowo geheimrata {Tajnego Radcy} jest prawem.
W kręgach rządowych cicho szeptano, że choć przywódcy w ZSRR się zmieniają, to jeden człowiek w Moskwie się nie zmienia – jakiś wyjątkowy tajny radca przywódców sowieckich, który zasiada z tyłu sowieckiego tronu, jako czerwony papież. Potem, rozglądając się, szeptali, że ten czerwony papież czasami spaceruje po Moskwie, albo w ubraniu prostego robotnika, albo robotnika z kołchozu, a czasami nawet żebraka. W takie dni czerwony papa zdejmuje wszystkie najwyższe odznaczenia Związku Radzieckiego i nosi na piersi jedynie prosty medal „Za ratowanie tonących”.
Nawet w naszej trzeźwej epoce socrealizmu na świecie jest tyle wszelakich cudów. Ale po prostu ich nie zauważamy. Weźmy na przykład tę wspaniałą historię.
Po śmierci Stalina Dmitrij Szepiłow zrobił najbardziej zawrotną karierę w Związku Radzieckim. Wcześniej, prawie nieznany człowiek, nagle w błyskawicznym tempie został członkiem KC, następnie członkiem wszechwładnego Prezydium KC, a następnie redaktorem naczelnym głównego organu partii, gazety «Prawda» i wreszcie Ministrem Spraw Zagranicznych ZSRR.
Jednak minister spraw zagranicznych, Szepiłow, wkrótce zaangażował się w sprawę «grupy antypartyjnej» Mołotowa i Kaganowicza, i jego zawrotna kariera równie szybko potoczyła się w odwrotnym kierunku. Został wydalony z Prezydium KC, następnie z KC, usunięty ze stanowiska redaktora naczelnego głównego organu partii, gazety „Prawda” i ze stanowiska ministra spraw zagranicznych ZSRR. Wraz z Mołotowem i Kaganowiczem, antypartyjny członek Szepiłow nagle zniknął z moskiewskiego horyzontu.
Dalsza kariera Dmitrija Szepiłowa została wówczas szczegółowo opisana w prasie zachodniej. I to nawet w tak wiarygodnym źródle, jak amerykański wywiad.
Podobnie, jak wielu starszych pracowników, Szepiłow cierpiał na wrzód żołądka. Jednak kiedy przez dawne powiązania trafił do kremlowskiego szpitala, wysłano go do szpitala dla zwykłych śmiertelników. A w szpitalu dla zwykłych śmiertelników został wysłany, nie na oddział dla pacjentów żołądkowo-jelitowych, ale na oddział dla chorych psychicznie. Tam przez kilka miesięcy leczono jego chorą duszę, po czym uznano go za inwalidę i nawet uprawniono do emerytury – 60 rubli miesięcznie, co równa się zarobkowi robotnika. A potem powiedzcie, że w Związku Radzieckim nie ma demokracji!
Podczas gdy były minister spraw zagranicznych ZSRR przebywał w szpitalu dla psychicznie chorych, jego książka „Polityka zagraniczna ZSRR” została wycofana z obiegu i wysłana na makulaturę, a on sam został pozbawiony stopnia generała-majora armii, wyrzucony z Akademii Nauk ZSRR i Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej.
Według wywiadu amerykańskiego, 13 lipca 1959 r., antypartyjny poseł i emeryt Szepiłow, wrócił ze szpitala psychiatrycznego do swojego moskiewskiego mieszkania przy ul. Leniński Projezd nr 13. Niektórzy przesądni ludzie unikają liczby 13, uważając ją za czartowski tuzin. Ale antypartyjny poseł, Szepiłow, najwyraźniej uważał zupełnie odwrotnie.
Tak czy inaczej, wkrótce potem, Szepiłow, aby przywrócić mu spokój ducha, otrzymał nakaz pójścia do pracy w kołchozie – kopania obornika. Marszałek bezpieczeństwa państwowego, Rudniew, dotrzymał słowa. Teraz nie rozstrzeliwano skompromitowanych członków rządu, jak poprzednio, lecz zastosowano tołstojowską metodę „leczenia poprzez pracę”.
Kiedy były minister spraw zagranicznych ZSRR odmówił budowania komunizmu własnymi rękami, ostatecznie uznano go za chorego psychicznie i osadzono w zakładzie dla obłąkanych. Pierwszym grzechem śmiertelnym jest pycha i tutaj okazała się silniejsza niż rozsądek.
Wywiad amerykański poinformował o tym z takim wielkim żalem i współczuciem, jakby naprawdę chciał, żeby minister spraw zagranicznych ZSRR był szaleńcem. Ale wywiad sowiecki wcale się tym nie zdziwił. Mózg profesora Rudniewa doskonale wiedział, że chociaż szef amerykańskiego wywiadu, Allen Dulles, mimo tego, że jego brat był sekretarzem spraw zagranicznych USA, to syn jego trafił do domu wariatów. Papa Dulles wiedział wszystko i o wszystkich na świecie, ale jego syn nawet własnego ojca nie rozpoznawał.
W Moskwie mówiono, że jeśli Szepiłow oszalał, to był bardzo, bardzo przebiegłym szaleńcem, jeśli udało mu się wspiąć tak szybko i tak wysoko i nikt nic nie widział. Inni twierdzili, że tę nicość wyraźnie dostrzegli równie przebiegli staliniści Mołotow i Kaganowicz, którzy właśnie z tego powodu wyciągnęli Szepiłowa na szczyt. Dlatego wszyscy zostali wyrzuceni razem. Najwyraźniej nawet ci przebiegli ludzie natknęli się na kogoś superprzebiegłego.
Oczywiście, z punktu widzenia Socjologii Wyższej nie ma w tym nic szczególnego. Na przykład, przez długi czas Rudolf Hess był prawą ręką Hitlera i wielu wpływowych ludzi tego świata pochlebnie ściskało jego dłoń. A potem, przez dziesięciolecia ten sam Hess siedział w więzieniu, jako zbrodniarz wojenny, łapał wróble, które wlatywały do jego okna, i oficjalnie uznano go za szaleńca.
Ale jeśli przypatrzyć się uważnie, jest to wśród urzędników państwowych, jakby choroba zawodowa. Tak więc polski prezydent Piłsudski w młodości, kiedy był rewolucjonistą, także przebywał w domu wariatów. A później, kiedy został dyktatorem Polski, oświadczył, że tylko udawał to szaleństwo. Albo, dawno temu, żył w USA taki minister wojny, Forrestal. A działo się to już podczas wybuchu bomby atomowej. A potem, ten sam atomowy minister został nagle umieszczony w szpitalu dla chorych psychicznie, skąd wkrótce wyskoczył przez okno i popełnił samobójstwo.
Ale w Ameryce każdy, nawet ten, kto nie jest szaleńcem, wie, że w zakładach dla psychicznie chorych dla zwykłych śmiertelników, wszystkie okna są tak rozmieszczone, że absolutnie nie da się z nich wyskoczyć. Może w zakładach nie dla zwykłych śmiertelników okna są inaczej rozmieszczone?
Dlatego niektórzy twierdzili, że Forrestal został wtrącony do domu wariatów przez swoich przeciwników politycznych. A inni twierdzili odwrotnie – że przyjaciele polityczni wyrzucili go przez okno jako balast polityczny.
Jednocześnie przypomnieli, że po zabójstwie amerykańskiego bohatera narodowego, prezydenta Lincolna, wdowa po nim także przez pewien czas przebywała w zakładzie dla psychicznie chorych – aby nie gadała za dużo.
Tak czy inaczej, w porównaniu z demokratycznym Forrestalem, który wyleciał przez okno, totalitarny Szepiłow i tak miał dużo szczęścia. Były minister spraw zagranicznych ZSRR po prostu siedział w domu wariatów i śpiewał piosenkę:
Tutaj alkoho-oliki jak kró-óliki siedzą.
A wszyscy schizofre-eniki miotełki wiążą…
Tymczasem zbliżał się XXII Zjazd KPZR. Najbardziej oszałamiającą atrakcją tego zjazdu była stara bolszewiczka, Dora Mazurkina. Była to stara kobieta o wyglądzie marynowanego grzyba, kulawa i koślawa, zasłużona rewolucjonistka i towarzyszka broni samego Lenina, która w nagrodę za swoją rewolucyjną działalność była następnie marynowana w stalinowskich koncłagrach przez ponad dwadzieścia lat. Ale nawet za drutem kolczastym głosiła komunizm z pianą na ustach, za co współłagiernicy przezywali ją Dora Pridurkina {Przydurna}.
Nawet gdyby na scenę Kongresu Komunistycznej Partii ZSRR wypuszczono nagle stado nagich baletnic z paryskiej kawiarni, nie wywołałyby one tak oszałamiającej sensacji jak pokrzywiona starsza pani Dora.
Gdy tylko na scenie pojawiła się położna rewolucji rosyjskiej i intymna przyjaciółka żony Lenina, zjazd Komunistycznej Partii Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich nagle zamienił się w seans spirytystyczny, podczas którego zapachniało cudami zaświatów. Dora Mazurkina-Pridurkina szczerze i otwarcie przyznała się na Wysokim Kongresie, że często rozmawia z duchem wielkiego Lenina, a nawet otrzymuje instrukcje od towarzysza Lenina z zaświatów, co należy robić, aby zbudować komunizm.
Dora nie przyznała się tylko do jednego: że właśnie za to kontaktowanie się z duchami została kiedyś wywieziona na Sybir, bo uznano to za działalność organizacji antyradzieckiej, zgodnie z art. 58 ust. 10 i 11. W innych krajach byłby to niewinny krąg wszelkiego rodzaju ekscentryków, parających się spirytyzmem. Ale w ZSRR było to postrzegane jako kontrrewolucyjne podziemie, gdzie szatan węszył z antychrystem. A potem rozpoczyna się sojusz bierdiajewowski szatana i antychrysta, w którym porozumienie zostaje podpisane krwią w formie małżeństw mieszanych w oczekiwaniu na królestwo księcia tego świata.
Premier ZSRR, zasiadając w prezydium kongresu, pochylił się w stronę swojego radcy, który siedział obok niego i cicho, tak, aby inni nie słyszeli, powiedział:
„Uch, czortowska wiedźma... Szkoda, że od razu jej nie rozstrzelali”.
„Nie rozstrzelasz nas wszystkich!” – krzyknęła nagle Dora ochrypłym męskim głosem. – „Nie ma wystarczającej liczby kul! Bo nazywamy się Legion!”.
„Uch, przeklęta” – sapnął zaskoczony premier – „Pojęła moją myśl. Jak w radiu! Więc ona naprawdę rozmawia z duchem Lenina?!”.
„Nie martw się” – radca zapewnił premiera – „Podsłuchujemy wszystkie te rozmowy. Swoją drogą, wiecie kim jest ta stara wariatka?.. To moja była teściowa...”.
„Cóż, jeśli tak, to szczerość za szczerość” – Premier uśmiechnął się, ale jakoś smutno – „Przecież moja pierwsza żona też była jedną z nich – z marsjan. Przecież po rewolucji, nieważne gdzie splunąć, wszyscy tacy byli. Ale ja sam pochodzę ze środowiska świniopasów i nic z tego nie rozumiałem. A podczas Wielkiej Czystki zmieciono także moją marsjankę... A Stalin kazał mi tańczyć hopaka. Powiedz mi, Maksymie Aleksandryczu, czy miałeś dzieci?”
„Była jedna córka. Ale zmarła jako dziecko.”.
„Masz szczęście. A u mnie jest gorzej – mam córkę i syna z tą marsjanką. Gdy tylko córka podrosła i osiągnęła dojrzałość płciową, zaczęły się różne dziwne rzeczy. Nie patrzy na mężczyzn. I w końcu poślubiła marsjanina”.
„To ta sama historia, co w przypadku dzieci Stalina” – kiwnął głową radca.
„Tak, ale przez to wcale nie jest mi lżej” – westchnął premier. – „A kiedy syn dorósł, zamiast biegać za kobietami, biegał za motylami. Nie człowiek, ale diabeł wie co... Jak Nabokow ze swoją „Lolitą”. I wtedy, jak widzę, marsjanie już się do niego zbliżają. Od razu to poczuli. Ogólnie rzecz biorąc, ożenił się także z marsjanką. Nieważne jak nakarmisz wilka, on i tak patrzy w las. A to wszystko na starość na mojej siwej głowie... Ach, gdybym to wiedział wcześniej... Należało to wprowadzić jako przedmiot obowiązkowy w ostatnich klasach liceum”.
„Ale nigdzie na świecie nie znajdziesz podręcznika na ten temat” – stwierdził radca. – „Ani w żadnej bibliotece. A jeśli się pojawi, spalą go”.
Tymczasem Dora Mazurkina-Pridurkina pilnie raportowała Kongresowi Partii Komunistycznej o tym, jak komunikuje się ze światem astralnym. Okazuje się, że duch towarzysza Lenina gorzko skarży się, że obrzydliwe jest dla niego leżenie w Mauzoleum obok mumii Stalina, który najpierw przeniósł wszystkich prawdziwych leninistów do koncłagrów, a teraz rozłożył się w pobliżu, w formie astralnej i nęka samego towarzysza Lenina.
Z audytorium zadano pytanie:
„Czy przywoływałaś ducha towarzysza Stalina?”
„Przywoływałam” – odpowiedziała Dora ochrypłym, basowym głosem – „Ale on tylko przeklina jak szewc. Słowami nie do druku. Chcecie posłuchać?”
„Dziękujemy” – powiedzieli z widowni – „Już ci wierzymy”.
Biorąc pod uwagę powagę sytuacji, gdyż Lenin i Stalin nie dogadują się nawet po śmierci, Zjazd Komunistycznej Partii ZSRR postanowił spełnić prośbę ducha towarzysza Lenina i jednomyślnie podjął decyzję o wyrzuceniu towarzysza Stalina z Mauzoleum”.
Kiedy w sali zgasły światła reflektorów filmowych, a operatorzy kronik filmowych zaczęli zbierać sprzęt, premier ponownie pochylił się w stronę swojego radcy:
„Wiesz, byłbyś dobrym reżyserem filmowym. Inscenizacja jak w filmach. I nawet teściowa jako gwiazda filmowa. Będziemy musieli przyznać ci jakiś medal laureata. A może chcesz tytuł Zasłużonego Artysty ZSRR?”
Wkrótce na Placu Czerwonym, obok Mauzoleum, pojawił się nowy grób z ciężką kamienną płytą i napisem „Stalin”. W tym samym czasie w Moskwie rozeszły się pogłoski, że mumia wielkiego Stalina została po prostu spalona i wrzucona do kanalizacji, aby każdy mógł mu odpłacić, zgodnie z jego zasługami, „jakie relikwie taki i olej” {по мощам-де и елей}*.
Co więcej, powiedzieli, że pod płytą z nazwiskiem Stalina zakopano prochy nieznanego więźnia koncłagru: jeśli ktoś chce kłaniać się Stalinowi, niech kłania się nie jemu, ale temu więźniowi. Ale najbardziej zaskakujące było to, że te pogłoski pochodziły skądś z góry.
Moskwiczanie byli zaskoczeni: – „Ech, to tak, jakby ktoś chodził po mieście i podsłuchiwał nasze myśli i uczucia”.
„A może to on chodzi?”
„Kto?”
„No wiesz kto... Czerwony Papa…”
Po śmierci Stalina jego syn, generał-lejtnant Wasilij Stalin, zniknął gdzieś bez śladu. Niektórzy twierdzili, że przebywa w izolatce dla nieuleczalnych alkoholików, inni, że w szpitalu psychiatrycznym, a jeszcze inni zapewniali, że obie instytucje są pod jednym dachem.
Potem zmarł Wasilij Stalin. Niektórzy twierdzili, że popełnił samobójstwo, inni, że zmarł w wyniku zatrucia alkoholem, a jeszcze inni twierdzili, że to jest to samo – że po prostu popełnił samobójstwo alkoholem. Jednocześnie przypomnieli sobie, że wyglądało na to, że żona Stalina i matka Wasilija również popełniła samobójstwo i że drugi syn Stalina, Jakow, będąc jeszcze nastolatkiem, również próbował popełnić samobójstwo.
Oczywiście, jeśli przyjrzeć się uważnie, z punktu widzenia Wyższej Socjologii, to wszystko to jest częstym zjawiskiem w rodzinach niezwykłych ludzi.
Tak więc, podczas gdy Moskwa zastanawiała się nad losem Wasilija Stalina, jedna z córek sir Winstona Churchilla, Sarah, została uznana przez sąd za nieuleczalną alkoholiczkę i osadzona w szpitalu psychiatrycznym. W międzyczasie druga córka Churchilla, Diana, pracowała dla organizacji charytatywnej, która odciągała ludzi od popełniania samobójstwa. A potem Diana była tym wszystkim tak zmęczona, że sama popełniła samobójstwo.
A córka Stalina, Swietłana, zachowała się znacznie prościej. Była tak zmęczona komunizmem, który budował jej tata, że uciekła do kapitalistów. A kapitaliści, których niszczeniu jej tata poświęcił całe życie, byli z tego powodu tak szczęśliwi, że przywitali ją jak przemiłą siostrzyczkę.
Pierwszą rzeczą, jaką z pomocą amerykańskiego wywiadu zrobiła Swietłana, był wyjazd do Szwajcarii, która, oprócz szwajcarskiego sera, słynie także z tajnych numerowanych kont bankowych, na których amerykańscy gangsterzy i dyktatorzy z całego świata przechowują oszczędności pracy. Potem oficerowie amerykańskiego wywiadu, niczym doświadczeni gangsterzy, pomogli Swietłanie otworzyć konto bankowe w Księstwie Liechtensteinu – mały trick, aby uniknąć płacenia amerykańskich podatków, w tym podatków od otrzymanych spadków. Wtedy w prasie amerykańskiej rozległ się krzyk, że Swietłana przywiozła ze sobą – najwyraźniej pod spódnicą – swoje wspomnienia, za które obiecano jej już miliony. Tak więc w Ameryce pojawiła się kolejna bogata panna młoda.
Komuniści krzyczeli za nią, że nowa księżniczka dolarowa to po prostu chora psychicznie psychopatka, która porzuciła w Moskwie gromadkę mężów i dzieci. A kapitaliści, niczym dobrzy bracia, krzyczeli wręcz odwrotnie – że niedawno została ochrzczona w wierze chrześcijańskiej i dlatego jest już prawie świętą. I nikt nic nie rozumiał: kim ona była: świętą grzesznicą czy grzeszną świętą?
Oczywiście z punktu widzenia dialektycznego chrześcijaństwa wszystko to jest bardzo proste. Wystarczy tylko wiedzieć, dlaczego w Biblii napisano: „Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, ale wewnątrz są drapieżnymi wilkami: poznacie ich po ich owocach”.
Ponadto warto wiedzieć, dlaczego biblijne drzewo poznania nazywane jest drzewem poznania dobra i zła. I dlaczego to drzewo jest zakazane? I czym są te klucze poznania, o których mowa w Biblii? I dlaczego niektórzy, znający się na rzeczy ludzie mówią, że te klucze są zatrute?
* * *
W procesie destalinizacji trust mózgowców profesora Rudniewa został przemianowany na Instytut Badań Naukowych – NII-13 {Научно-исследовательский институт – НИИ-13}. Ponadto wraz z NII-13 utworzono także Instytut Socjologii Wyższej w Akademii Nauk ZSRR.
Dawno, dawno temu w ZSRR istniał Instytut Czerwonej Profesury, w którym po rewolucji naprędce wypiekano nowe czerwone kadry. Teraz w nowym Instytucie Wyższej Socjologii doskonalono najwyższe kadry partii i rządu ZSRR. I ta instytucja edukacyjna była ściśle tajna. A u wszystkich profesorów, spod białych fartuchów, niczym diabelskie ogony, wystawały mundury 13 Wydziału MSW, czyli NII-13.
Dlatego też, nieoficjalnie, analogicznie do dawnego Instytutu Czerwonej Profesury, wkrótce tę nową instytucję zaczęto nazywać Instytutem Czarnej Profesury. A posłuchawszy tej Wyższej Socjologii, sami słuchacze wkrótce zmienili jej nazwę na czarną socjologię.
W salach wykładowych zasiadali specjalnie wybrani przywódcy partii i rządu ZSRR, członkowie Rady Najwyższej, ministrowie, generałowie sił nuklearnych i admirałowie flotylli atomowych. Część z nich narzekała, że na starość, w stopniach generalskich, musi uczyć się na nowo. Lecz po wysłuchaniu kilku wykładów, już nie narzekali.
Inni marudzili, że testy i selekcja na te kursy są zbyt rygorystyczne, że podczas badania na syfilis pobierają jedną próbkę krwi, a tutaj pobrali kilka próbek krwi. Co więcej, sprawdzali wszystkich krewnych, nie tylko żywych, ale także zmarłych. Wyglądało na to, że przeprowadzali badania na jakąś chorobę, znacznie gorszą od syfilisu. Ale te skargi ustały, gdy jeden ze słuchaczy, zasłużony generał, nagle zastrzelił swoją żonę i trójkę dzieci, a następnie zastrzelił się, zostawiając tajemniczą notatkę: «Nie mogę już z nimi żyć. I nie mogę bez nich żyć. Lepiej, by było, żebym tego nie wiedział!».
Socjologia Wyższa rozpoczęła się od krótkiego przeglądu kultów religijnych. Jak rodziły się i umierały formacje społeczne, państwa i religie; jak u schyłku niektórych starożytnych cywilizacji pojawiły się dziwne kulty falliczne; jak zginęła genialna Hellada, jak upadł dumny Rzym, jak na gruzach pogańskiego Cesarstwa Rzymskiego wyrosła nowa religia – chrześcijaństwo.
Następnie profesorowie sięgnęli do Biblii i posługując się marksistowską metodą materializmu dialektycznego, rozszyfrowywali biblijne klucze poznania. Ponieważ w niebie mieszka Bóg, a na ziemi diabeł, a Biblia mówi, że diabeł jest księciem tego świata, specjaliści Instytutu Badań Naukowych NII-13 nie tracili czasu i brali tego diabła za rogi. Okazuje się, że z punktu widzenia dialektycznego chrześcijaństwa, diabeł jest po prostu złożoną chorobą społeczną, zwaną zwyrodnieniem lub degeneracją. A ten zwyrodnieniowy diabeł składa się z trzech części: chorób psychicznych, perwersji seksualnych i pewnych fizycznych deformacji ciała. To wszystko. Takie proste.
Jednakże ta biologiczna degeneracja odegrała bardzo znaczącą rolę w procesie upadku i śmierci starożytnej Grecji i Rzymu. Biorąc to pod uwagę, chrześcijaństwo, które powstało na gruzach Grecji i Rzymu, w średniowieczu zaczęło po prostu palić degeneratów na stosach, nazywając ich czarownicami i czarownikami. Aby to potwierdzić, profesorowie inkwizycji sowieckiej czytali protokoły średniowiecznej inkwizycji. Niektórzy członkowie rządu radzieckiego siedzieli przy biurkach i ziewali. Albo rysowali diabły w swoich zeszytach.
„Nawiasem mówiąc” – powiedział generał-profesor Dobronrawow – „z punktu widzenia Socjologii Wyższej, Karol Marks, Lenin, Trocki, Stalin i Hitler byli dokładnie takimi samymi degeneratami. W starych, dobrych czasach, po prostu skończyliby na stosie Inkwizycji”.
Po takim bluźnierstwie ziewanie na sali ustało. Słuchacze, zszokowani, pokręcili głowami i czekali, co będzie dalej.
A potem był omawiany «kompleks władzy», który tworzy tak zwanego urodzonego przywódcę, zaczynając od czarnych czarowników i szamanów syberyjskich, a kończąc na Leninie, Stalinie i Hitlerze.
Kiedy zachodni uczeni-socjolodzy zaczęli badać murzyńskich czarowników, odkryto dziwną rzecz. Z jednej strony, większość tych czarowników, z klinicznego punktu widzenia, to ludzie, których w krajach o wysokiej kulturze nazywa się psychopatami, psychotykami lub neurotykami, czyli chorymi psychicznie. Z drugiej strony, jeśli chodzi o seks, większość z nich miała perwersje seksualne. Oznacza to, że większość z nich była typowymi degeneratami. A jednocześnie, w warunkach prymitywnego murzyńskiego społeczeństwa, że tak powiem, w najbardziej naturalnych warunkach prymitywnej demokracji, ci degeneraci, z jakichś tajemniczych powodów, stają się czarownikami, kapłanami lub przywódcami swojego społeczeństwa. Pytanie – dlaczego?
Kiedy rosyjscy uczeni, jeszcze przed rewolucją badali, w podobny sposób, syberyjskich szamanów, odkryli tam to samo dziwne zjawisko. Większość syberyjskich szamanów, to tacy sami psychopaci, z epilepsją, psychotycy, neurotycy i zboczeńcy seksualni, podobnie jak czarni czarownicy. W zupełnie innych częściach świata – i to samo zjawisko. Jest to, zatem, pewien wzorzec. Ale jaki?
Aby poznać tę tajemnicę, wysłano do szamanów specjalną ekspedycję 13 Wydziału NKWD. Oczywiście NKWD w ogóle nie przejmowało się syberyjskimi szamanami i czarnymi czarownikami. Interesował ich jednak bardziej praktyczny problem: czy ta zadziwiająca prawidłowość dotyczy także przywódców współczesnego cywilizowanego świata?
Tutaj, aby związać luźne końce, specjaliści z Instytutu Badawczego NII-13 przenieśli się do innego obszaru – obszaru psychopatologii seksualnej. Klucz do kompleksu władzy ukryty był w ciemnym kącie, do którego zagląda niewielu ludzi, w tym brudnym i ponurym kącie, zwanym sadyzmem.
Omawiając sadyzm, większość autorytetów naukowych dochodzi do wniosku, że psychologicznym korzeniem sadyzmu jest wola władzy, czyli bolesna, patologiczna potrzeba dominacji, dowodzenia i rządzenia. A kiedy ma się władzę, przed takim sadystą, już przez to samo, otwierają się perspektywy torturowania innych, nie tylko psychicznie, lecz także i fizycznie.
„Na przykład” – powiedział psychopatolog, generał Karpow – „pod pretekstem wymuszonej kolektywizacji i industrializacji. Nazywa się to sublimacją sadyzmu w polityce”.
Filozofowie często nazywają diabła dwulicowym, ponieważ symbolizuje on połączenie dwóch skrajności: geniuszu i szaleństwa, sadyzmu i masochizmu, morderstwa i samobójstwa. A jeśli rozpatrywać degenerację jako drzewo zła, to drzewo to jest strasznie splątane. Na przykład, sadyzm tworzy kompleks władzy, który często prowadzi do władzy. Ale sadyzm jest tylko jedną gałęzią tego drzewa zła. Zwykle sadyzm jest w ten czy inny sposób jeszcze kojarzony z homoseksualizmem – pełnym lub częściowym, otwartym lub ukrytym, jawnym lub stłumionym. To rodzaj zapłaty za władzę, za chwałę i wielkość.
I wszystko tutaj jest bardzo, bardzo zwodnicze. Można na przykład naturalnie pomyśleć, że najgorszą rzeczą jest całkowity i otwarty homoseksualizm. A w rzeczywistości jest zupełnie odwrotnie. Najwięcej chorób psychicznych, w najostrzejszej postaci, jest spowodowanych ukrytym, częściowym lub stłumionym homoseksualizmem. Ponadto, na każdego uczciwego, otwartego pederastę przypada dziesięciu ukrytych, częściowych lub stłumionych pederastów. I to właśnie ta mglista kategoria produkuje największą liczbę psychopatów, którzy stają się zawodowymi rewolucjonistami, anarchistami, nihilistami, terrorystami, ekstremistami, komunistami lub nazistami, a jeśli odniosą sukces, dyktatorami, przywódcami, premierami lub prezydentami.
„Dlatego filozofowie mówią” – stwierdził profesor Toptygin – „że diabeł jest niebezpieczny nie wtedy, gdy się pojawia i nas przeraża, ale wtedy, gdy go nie widzimy. Zapamiętajcie sobie tę formułę na zawsze {Зарубите себе эту формулу на носу}. I zaznaczcie to w swoich notatkach, które nazywacie «Czerwoną Ewangelią».”
Po rozszyfrowaniu formuły władzy nastąpił kurs, zatytułowany «Drzewo Zła». Generał-profesor Bykow powiesił dużą mapę, która faktycznie przedstawiała coś w rodzaju wysuszonego drzewa z masą gałęzi, gałązek, sęków i zawijasów.
„Jak widać” – pokazał profesor wskaźnikiem – „korzeniami tego drzewa zła jest kazirodztwo, czyli przesadna, bolesna miłość między bliskimi, która najpierw tworzy bolesne przywiązanie, fiksację psychiczną, a w skrajnych przypadkach dochodzi do bezpośredniego stosunku seksualnego. Zwróćmy uwagę, jak diabeł degeneracji od samego początku kryje się za, najszlachetniejszymi z pozoru, ludzkimi uczuciami, doprowadzając je do absurdalnej skrajności. Już tutaj diabeł jest ekstremistą”.
W starożytnym Egipcie małżeństwa między krewnymi były powszechne w rodzinach faraonów. W naszych czasach Albert Einstein i prezydent Franklin Roosevelt zawarli podobnego rodzaju małżeństwa faraonowe z kuzynkami. Matki Einsteina i jego drugiej żony Elsy, były siostrami, a ich ojcowie byli kuzynami. Z tego małżeństwa nie było dzieci. A syn Einsteina z pierwszego małżeństwa, Eduard, był już w szpitalu psychiatrycznym.
I produktem podobnego małżeństwa faraonowego był niejaki Adolf Hitler. Ojciec Hitlera poślubił córkę swojej kuzynki, co oznacza, że rodzice Hitlera byli krewnymi trzeciego stopnia. I sami znacie tego skutki. Dlatego też, znając te korzenie zła, Cerkiew prawosławna zabraniała zawierania małżeństw pomiędzy krewnymi nawet do siódmego stopnia powinowactwa.
W małżeństwach między krewnymi, ze względu na wielokrotne nakładanie się identycznych cech genetycznych, rodzą się dzieci, które mają nadmiernie rozwinięte niektóre cechy, ale kosztem tego jednocześnie słabo rozwinięte inne. I skutkiem tego rodzą się ludzie niezrównoważeni psychicznie, a ostatecznie – geniusze lub idioci. Albo, co gorsza, genialni szaleńcy, tacy jak Hitler. A potem szalony Hitler zaczyna polować na genialnego Einsteina, za którego głowę Hitler wyznaczył nawet nagrodę specjalną, w wysokości 20.000 marek.
Po przeanalizowaniu korzeni drzewa zła, profesor podszedł do pnia tego drzewa. Tym pniem był homoseksualizm we wszystkich jego postaciach: otwarty i ukryty, pełny lub częściowy, jawny lub stłumiony, aktywny lub pasywny, męski i żeński. To, co kiedyś nazywano diabłami inkubami i sukkubami, które zamieniają mężczyzn w kobiety, a kobiety w mężczyzn.
A na gałęziach tego drzewa zła osiadły wszelkiego rodzaju inne demony, które w naszych czasach nazywane są po prostu chorobami nerwowymi, psychicznymi lub duchowymi: paranoja, urojenia wielkości, urojenia prześladowcze, schizofrenia lub rozdwojenie jaźni, depresja maniakalna, egocentryzm i egomania, narcyzm, kompleks samozniszczenia, kompleks kastracji, epilepsja, histeria, hipochondria, alkoholizm, narkomania, nimfomania, satyriaza lub kompleks Don Juana, sadyzm, masochizm, sadomasochizm, fetyszyzm, podglądactwo, wampiryzm, kanibalizm, ekshibicjonizm, koprofilia, urinofilia, kompleks Lolity, erotyka oralna, cunnilingus i fellatio, transwestytyzm, hermafrodytyzm, porażenie nerwowe, zwyrodnieniowa demencja starcza, kleptomania, klaustrofobia i agorafobia, zoofilia i kadaweryzm i tak dalej i tak dalej. Czego tu nie było! Wszystko, łącznie z prostytucją i pornografią, męską impotencją i kobiecą oziębłością, które, w większości przypadków, nie są tylko tym, lecz rodzajem bolesnej psychozy.
Dlatego mówią: „Jeśli będzie człowiek, to paragraf się znajdzie”.
„Jeśli weźmiemy pod uwagę degenerację jako jedną całość” – kontynuował profesor Bykow – „wtedy reprezentuje ona jakby starzenie się i obumieranie całej grupy społecznej, klasy lub narodu. A najlepszym lekarstwem na zwyrodnienie jest domieszka świeżej krwi, gdy różne klasy, lub sąsiednie ludy i narody żyją w pokoju i przyjaźni, zawierają małżeństwa i mieszają swoją krew. Dlatego, jednym z głównych postulatów chrześcijaństwa jest: «Wszyscy ludzie są braćmi!».
Dlatego apostołowie komunizmu, z których większość była oczywistymi degeneratami, czując to na własnej skórze, również rzucili podobne hasło – o społeczeństwie bezklasowym. Tylko w jaki sposób? Poprzez masakrę klas! I tu dochodzimy do problemu antychrysta”.
„Co to jest takiego – antychryst albo antychrześcijaństwo? Jest to zaprzeczenie postulatu «Wszyscy ludzie są braćmi!». Przykładem tego jest Hitler i jego teoria rasy panów, z norymberskimi ustawami rasowymi, z zakazem małżeństw mieszanych z obcokrajowcami i tak dalej. I tutaj logicznie pojawia się małe pytanie” – profesor skrzywił się lekko – „czy Hitler sam wymyślił tę teorię o wyższej rasie, czy po prostu ją pożyczył? A jeśli po prostu pożyczył, to od kogo? I w kogo ta teoria uderzyła w pierwszej kolejności? Swoją drogą, w pełnej zgodzie z marksistowskim prawem jedności i walki przeciwieństw. Jest to jeden z wielu paradoksów Wyższej Socjologii. Uprzedzam, że te pytania będą na egzaminie. Więc używajcie mózgu. Nauczcie się myśleć samodzielnie”.
Następnie rozpoczęły się ćwiczenia praktyczne. Słuchacze otrzymali indywidualne zadania i oddano do ich dyspozycji specjalną bibliotekę, w której zgromadzono dane biograficzne o Karolu Marksie, Leninie, Trockim, Stalinie, Hitlerze i innych wielkich tego świata. Potem były seminaria, podczas których studenci odczytywali przed audytorium wyniki swoich poszukiwań.
Jako rezultat, część członków rządu radzieckiego sugerowała, że po Stalinie, nie zaszkodzi wyrzucić samego Lenina z Mauzoleum.
„Nie gorączkujcie się” – uspokajali profesorowie. – „Martwy lew nie jest nam straszny. Ponadto, jeśli pójdziecie tą ścieżką, będziecie musieli wyrzucić z grobowców prawie wszystkich wielkich ludzi. Dlatego właśnie nazywają go księciem tego świata”.
Równolegle odbywał się kurs, podczas którego rozszyfrowywano jeszcze jeden biblijny klucz poznania – dotyczący legionu. W rozpisce zajęć kurs ten nosił nazwę: „Legion”, a celem tego kursu było określenie liczebności tego legionu. W rezultacie pojawiły się nowe terminy naukowe – legionizacja i legioniści.
W tym celu specjaliści 13 Wydziału skorzystali ze statystyk amerykańskiego doktora Kinseya, które są akceptowane, jako standardowy podręcznik na ten temat, nie tylko w świecie zachodnim, ale także w ZSRR. W złożonym kompleksie degeneracji lub legionizacji, najbardziej oczywistym i mniej, lub bardziej łatwym do obliczenia składnikiem, jest homoseksualizm, który reprezentuje niejako pień tego drzewa zła. Dokładnie to wykazały statystyki doktora Kinseya.
Okazuje się, że w dobrym cywilizowanym społeczeństwie, jakim są Stany Zjednoczone, 37% populacji, w większym lub mniejszym stopniu, w takiej czy innej formie, doświadczyło już homoseksualizmu. To 74 miliony ludzi z 200 milionów populacji. Ale tak naprawdę okazuje się, że ich imię jest legion! Z tego legionu jedynie 4% stanowili uczciwi, pełni i otwarci homoseksualiści. A pozostałe 33%, czyli 66 milionów ludzi, robiło to bardzo cichutko, częściowo lub w niepełnym wymiarze: 5 lat, 3 lata, 1 rok lub tylko raz, a nawet po prostu marzyło o tym we śnie – ale aż do orgazmu. Oznacza to, że na jednego oczywistego legionistę, przypada prawie 10 tajnych legionistów.
Rzecz w tym, że perwersje seksualne, w tym przypadku homoseksualizm, to tylko jedna część kompleksu legionizacji. Druga część, to choroby psychiczne. Przy tej okazji, Amerykańska Wspólna Komisja ds. Chorób Psychicznych w Stanach Zjednoczonych podaje, że co czwarty Amerykanin doświadcza poważnych problemów psychicznych i nie może obejść się bez natychmiastowej pomocy lekarskiej. Późniejsze statystyki mówią, że 18,5% Amerykanów, czyli 37 milionów ludzi, jest wyraźnie chorych psychicznie. A reszta biega po ulicach.
Generał-profesor Dobronrawow podsumował:
„Czyli, 37% to legioniści, a 18,5% to osoby chore psychicznie. Dokładnie połowa. Oznacza to, że warunkowo, co drugi legionista, oprócz homoseksualizmu, jest również chory psychicznie. To tylko schematycznie, co pomoże wam zrozumieć te wzajemne relacje. A w rzeczywistości wszystko to jest znacznie bardziej skomplikowane. Kombinacje tutaj zmieniają się jak w kalejdoskopie.”
„W dodatku, są to średnie dla całej populacji USA, obejmujące wszystkie klasy populacji. A legionizacja nie rozkłada się równomiernie, lecz wprost proporcjonalnie do poziomu społecznego: im wyższy – tym większa. Na przykład, każdy psychiatra wie, że największy odsetek chorób psychicznych jest wśród inteligencji. Dlatego niektórzy filozofowie mówią, że najwyższy umysł gdzieś styka się z szaleństwem.”
„Cóż, jeśli w całej Ameryce jest 37% legionistów, to ilu ich jest wśród inteligencji? Stosowne statystyki mówią, że jest to ponad 50%. Aby uprościć rachunkowość, uważamy, że jest to dokładnie połowa. Jak lubił mawiać obywatel Trocki: «Ryba śmierdzi od głowy».”
„Wiedząc o tym, zrozumiecie jedną z tajemnic rewolucji sowieckiej. Przecież najbardziej rewolucyjną klasą w Rosji była lewicowa inteligencja, którą tak i nazywano – «zakonem rosyjskiej inteligencji». A przez ten zakon rozumie się ten właśnie legion. Z punktu widzenia Wyższej Socjologii, było to jakby masowe samobójstwo chorej klasy. Przypomnijcie sobie biblijną przypowieść odnośnie legionu i stadzie świń, które rzucają się ze skały w morze i giną.”
„Jak wiecie, wylęgarnią ruchu rewolucyjnego w Rosji była społeczność studencka. A teraz na całym świecie, szczególnie w Ameryce, panuje cała epidemia zamieszek studenckich. Dlaczego właśnie studenci? Powód jest ten sam: przecież to przyszła inteligencja, w której 50% to legioniści. Ponadto, wiek również odgrywa tutaj rolę. W wieku studenckim, 18-25 lat, najsilniej objawia się popęd seksualny i również związane z nim psychozy. Oto cała tajemnica tych irracjonalnych zamieszek studenckich. Wcześniej mówiono, że to mocz uderza do głowy, a teraz mówi się, że to hormony”.
„Zajmijmy się teraz filozofią współczesną. Jeden z apostołów filozofii egzystencjalizmu, Kierkegaard, twierdzi, że w naszych czasach diabeł zamieszkał w farbie drukarskiej. Co to znaczy? On jest taki mądry, taki filozof, a my jesteśmy takimi głupcami? No cóż, kto wie – ręka w górę!”
Jednak słuchacze niezręcznie milczeli. Wtedy ktoś powiedział:
„A czort wie…”
„Zgadza się” – skinął głową generał profesor – „Czort! Jeśli 50% inteligencji jest w jakiś sposób pod rękę z diabłem, to co z literatami, poetami i pisarzami? Od niepamiętnych czasów nazywano ich władcami ludzkich dusz. I nazywamy ich inżynierami ludzkich dusz. Oczekuje się od nich inteligencji przekraczającej poziom przeciętnego intelektualisty. A legionizacja rośnie wprost proporcjonalnie do inteligencji. I odpowiednie statystyki mówią, że wśród pisarzy nie można już mówić o 50% legionistów, ale o ponad 75%. Aby uprościć rachunkowość, uważamy, że dokładnie 75%, czyli trzech z czwórki, ma już różnego rodzaju problemy, po linii doktora Kinseya, Freuda i tak dalej”.
„Wszystko to doskonale znają tacy specjaliści, jak garbaty filozof Kierkegaard. Dlatego filozofuje, że w naszych czasach diabeł zamieszkał w farbie drukarskiej. Wtóruje mu laureat nagrody Nobla i pederasta, Andre Gide, który twierdzi, że nie ma książki napisanej bez pomocy diabła. Dlatego też słynny filozof Platon postawił taki obowiązkowy warunek budowy społeczeństwa komunistycznego: wypędzić wszystkich poetów z granic tego państwa. Dlatego też podczas Wielkiej Czystki Stalin zagnał na Sybir prawie połowę Związku Pisarzy Radzieckich”.
„Swoją drogą, zapiszcie, że egzystencjalizm to filozofia i literatura legionistów, lub, wyrażając to bardziej kulturalnie, dekadencja. I tak samo jest z tzw. malarstwem nowoczesnym – to tylko kicz legionistów. Widzicie, jakie to wszystko proste. Jeśli mieć biblijne klucze poznania. Zrobimy z Was takich filozofów, takich akademików, że i sami siebie nie poznacie.
Tymczasem wbijcie sobie do głowy te trzy liczby: 37% – średnio, 50% – dla inteligencji i 75% – dla literatów, poetów i pisarzy. W Wyższej Socjologii trzeba to pamiętać, jak tabliczkę mnożenia: 37% – 50% – 75%. To dotyczy takiego kraju jak USA. Ale współczynniki te różnią się w zależności od poziomu kultury i cywilizacji danego kraju czy narodu. I z innych powodów. Na przykład, w ZSRR w wyniku rewolucji współczynniki te są niższe. A w starożytnej Grecji i Rzymie w okresie upadku, współczynniki te były prawdopodobnie jeszcze wyższe niż w Stanach Zjednoczonych. Jakieś pytania?”
Z audytorium dobiegł żałosny głos: „Towarzyszu profesorze, mówisz, że 75% pisarzy to… A co z nauczycielami literatury? Wiecie, moja żona jest nauczycielką literatury. I tak mnie przestraszyłeś…”
„No cóż, zobaczmy” – uśmiechnął się profesor. – „Kim jest krytyk literacki? To nieudany pisarz. Kim jest nauczyciel literatury? To nieudany krytyk literacki. Dystans jest więc przyzwoity i myślę, że nie masz się czego obawiać”.
Tak mijał miesiąc za miesiącem. Stopniowo w leksykonie sowieckim rodziły się nowe słowa. Wcześniej byli «dysydenci» i «nominaci», a teraz pojawili się «degeneraci» i «zboczeńcy». Śladami kolektywizacji przyszła – legionizacja, a w ślad za milicjantami pojawili się – legioniści. Wcześniej byli lekarze wenerolodzy, teraz pojawili się lekarze degenerolodzy. A te choroby były znacznie gorsze od syfilisu.
Przechodząc od teorii do praktyki, profesorowie Socjologii Wyższej analizowali możliwości przeludnienia globu, wojny atomowej, wzajemnej eksterminacji rasy białej, niebezpieczeństwa żółtego i czarnego. Czy nie dlatego pojawiła się bomba atomowa, niczym ciężar na szalce jakiejś wyższej równowagi? Brakuje tylko szalonego legionisty, który rozpętałby tę wojnę i którego inni legioniści, jak zwykle, nazwą później geniuszem. Tylko, że ta wojna atomowa będzie gorsza od tego, co opisuje się w Apokalipsie!
Za biurkami zasiadali przywódcy partii i rządu ZSRR, ministrowie, marszałkowie, członkowie Rady Najwyższej, generałowie sił nuklearnych i admirałowie flotylli atomowych. Słuchali tego wszystkiego i ponuro marszczyli brwi, robiąc notatki, które nazywano „Czerwoną Ewangelią”.
Byli świadkami upadku kultu ubóstwienia Stalina i obrócenia się w nicość. Teraz, zamiast marksizmu-leninizmu, od którego rozbolały już zęby, przyszło coś nowego, a jednocześnie coś bardzo starego, dużego i ważnego. Coś sekretnego, ale jednocześnie coś znajomego, prostego i logicznego! To samo, czemu ludzie, ich ojcowie, dziadkowie i pradziadkowie wierzyli już tysiące lat: Bóg i diabeł – klucze dobra i zła, umysłu i szaleństwa, życia i śmierci.
Mówiąc o rewolucjach, profesorowie Instytutu Badań Naukowych NII-13 sceptycznie potrząsali głowami.
„No tak, obudziliśmy chińskiego smoka, a teraz gryzie nas w bok. Najpierw błagali nas o broń i pieniądze, a teraz grożą, że zabiorą nam Syberię. To jakby Czyngis-chan z bombą atomową. Swoją drogą zachodnia prasa pisze, że na konferencji Chińskiego Biura Politycznego w Lushan, Mao otwarcie przyznał, że jeden z jego synów zmarł w Korei, a drugi zwariował i siedzi w szpitalu psychiatrycznym”.
„Dlatego Biblia mówi: «Poznacie ich po ich owocach». I nie bez powodu amerykańska prasa pisze, że według amerykańskiego wywiadu, Mao także jest w pewnym stopniu szalony. Mały szczegół: Mao jest nie tylko zawodowym rewolucjonistą, ale także poetą. A obok tam jeszcze jest inny poeta, taki jak on: Ho Chi Minh. Teraz pamiętajcie o 75%.
„Podobnie jak nasza historia z Mao, Amerykanie mają tę samą historię z Castro. Przecież Amerykanie, czyli ich prasa i Departament Stanu, jako pierwsi pomogli Castro przejąć władzę na Kubie. A teraz wstydzą się o tym pamiętać. Mają nadzieję, że ludzie mają krótką pamięć. A my pamięć mamy długą. A potem, z powodu tego samego Castro, krzyczą o możliwości wojny nuklearnej między ZSRR a USA. A potem ten sam Castro zaczyna flirtować z chińskim Mao”.
„Swego czasu prasa amerykańska pisała, że brat Fidela Castro, Raul Castro, notabene minister wojny Kuby, z włosami do ramion, jest całkowicie jawnym homoseksualistą i sadystą, który osobiście przeprowadza egzekucje przez rozstrzelanie. Przypomnijmy sobie teraz związek między sadyzmem a kompleksem władzy”.
„Lecz tu nasuwa się pytanie: czy nie dlatego braci Castro swego czasu tak bardzo wspierali bracia z amerykańskiej prasy i Departamentu Stanu? Przecież ten legion to partia partii i związek związków. I jeden drugiego w powietrzu wyczuwa. A poczucie przynależności partyjnej, poczucie solidarności wśród legionistów jest znacznie silniejsze, niż wśród członków Partii Komunistycznej. Czy znasz hasło «Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego?”». Przecież to hasło zostało pierwotnie wymyślone przez legionistów i jest przez nich używane do dzisiaj”.
„Jednak, ponieważ diabeł jest pierwszym ekstremistą, często wynika z tego ekstremizm przeciwny. Dlatego amerykańska prasa z rozczarowaniem stwierdza obecnie, że po rewolucji, Castro otworzył na Kubie specjalne koncłagry dla homoseksualistów. Castro po prostu wie, skąd ma się spodziewać kolejnych rewolucjonistów. Więc przemyślcie to wszystko. Tak czy inaczej, rewolucja i rewolucjoniści są rzeczą śliską i niebezpieczną”.
Następny kurs nosił nazwę «Chrześcijaństwo dialektyczne». Tutaj profesorowie ostrzegali, że diabeł legionizacji jest przerażającym oszustem i wprowadzającym dezorientację, że większość legionistów wcale nie jest taka zła, wielu jest nawet dobrych, a niektórzy są nawet sprawiedliwi i święci. Przecież diabeł także kusił Jezusa Chrystusa, ale go nie skusił! I tylko mniejsza część legionistów to prawdziwi grzesznicy. Lecz faktem jest, że ta grzeszna mniejszość odpowiada za większość wszelkiego zła i nieszczęść rodzaju ludzkiego, począwszy od najprostszych rozwodów męża i żony, a skończywszy na najstraszniejszych chorobach, występkach i zbrodniach, kryminalnych i politycznych, aż po wojny światowe i rewolucje, jak w przypadku Lenina, Hitlera i Stalina. Dlatego w Biblii diabeł ten nazywany jest wrogiem rodzaju ludzkiego.
„Biorąc to wszystko pod uwagę, z punktu widzenia dialektycznego chrześcijaństwa, nikt nie jest odpowiedzialny za to, jaki się urodził. Odpowiedzialni za to są jego rodzice. A on sam jest tylko odpowiedzialny za swoje czyny. Co więcej, linia podziału między sprawiedliwymi i grzesznikami nie przebiega w sferze ciała, tylko w sferze ducha. Granica ta nie jest biologiczna, lecz duchowa i przebiega wewnątrz legionu. I tu dochodzimy do problemu religii, problemu zbawienia duszy. Ale, jeśli mimo tych wszystkich liberalnych ustępstw, legionista ten nadal grzeszy, na przykład buntuje się przeciwko władzy sowieckiej, to…”
Tutaj generał-profesor Kuroszczupow, który jest jednocześnie przewodniczącym Komisji ds. Wyznań przy Radzie Ministrów Republiki ZSRR, znacząco pogroził palcem: „Wtedy za te grzechy grzesznik ten odpowie nie tylko w niebie przed Bogiem, ale i na ziemi – przed Trzynastym Wydziałem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ZSRR”.
I potem generał-profesor wzruszył ramionami: – „Dokąd doszliśmy? – Tak, tylko do współczesnej psychologii! Dostojewski, Freud, Kinsey, egzystencjalizm, modernizm. I jeszcze trochę dalej... I trochę głębiej…”
Tamte kursy były tak trudne, że nawet trudno było o nich mówić. Na przykład, teoria Chrystusa i antychrysta. Albo teoria o marsjanach, którzy zdają się próbować przejąć władzę na Ziemi.
W wyższej matematyce istnieją całki i różniczki – takie teoretyczne rzeczy, za pomocą których można rozwiązać wiele praktycznych problemów. A w Socjologii Wyższej rolę tę pełni Chrystus i antychryst.
Na przykład, z punktu widzenia dialektycznego chrześcijaństwa, antychryst jest to po prostu hitlerowski nazizm najwyższego stopnia, wyniesionym do rangi religii. A z punktu widzenia Wyższej Socjologii, jest to główny dostawca zwyrodnienia, czyli nadworny dostawca księcia tego świata. Ale te rzeczy są tak skomplikowane i tajne, że lepiej o nich nie mówić.
Od samego początku słuchaczy Instytutu czarnej profesury obowiązywał surowy zakaz wynoszenia notatek z budynku instytutu. Dlatego każdy miał swój własny stół do nauki z szufladami i zamkami. Ponadto treści wykładów rozpowszechniano w formie drukowanych notatek, które następnie umieszczano w specjalnej czerwonej teczce z dopiskiem „Ściśle tajne”. To właśnie tę czerwoną teczkę słuchacze nazwali „Czerwoną Ewangelią”.
Profesorowie sowieckiej inkwizycji nieustannie podkreślali, że legion to rzecz paradoksalna, że jest tam więcej kombinacji niż w szachach i że bez legionistów życie byłoby niezwykle nudne i żmudne. Wyobraźcie sobie – bez morderstw i samobójstw, bez wojen i rewolucji, a nawet bez rozwodów między mężami i żonami. Życie byłoby równie puste, szare i monotonne, jak w tym raju z obrazów Boscha, a biedni bazgracze nie mieliby nawet o czym pisać.
Ponieważ jednak diabeł z jednej strony – jest księciem tego świata, a z drugiej strony – kłamcą i ojcem kłamstwa, pisarze muszą także wziąć pod uwagę następującą kwestię: jeśli mówisz prawdę o legionie, ukrzyżują cię, jak Jezusa Chrystusa. Jeśli jednak uczynisz to, co z teologicznego punktu widzenia nazywa się «osculum infame», czyli pocałujesz diabła w tyłek, wówczas niewidzialny legion wywyższy cię pod niebiosa. Tak, jak to miało miejsce w przypadku Pasternaka i Jewtuszenki. Tutaj, pisarzu, wybieraj.
Dlatego lepiej zostawmy diabła w spokoju i porozmawiajmy o czymś innym. Porozmawiajmy lepiej o ludziach. I przekonacie się, że diabeł nie jest taki straszny, jak go malują.
* * *
Po śmierci Stalina i likwidacji Berii, więźniowie zostali częściowo zwolnieni z koncłagrów i ośrodków specjalnych. Wiele ofiar Wielkiej Czystki zostało wygnanych w odosobnienie i od dawna uważano ich za zmarłych. Teraz te żywe zwłoki nagle zaczęły wracać do Moskwy.
W ten sposób zmartwychwstała bohaterka rewolucji, Zinaida Genrichowna Orbeli, pół-księżniczka i pół-marsjanka, a także jej kulawy brat, półbohater Pieriekopu. Osiedlili się spokojnie w Bieriezowce, wakacyjnej wiosce pod Moskwą i żyli z małej emerytury.
Były bohater Pieriekopu jest teraz całkowicie siwy. Całe dnie spędza na werandzie, grzejąc w słońcu swoje stare kości i, urażony, zachowując milczenie. Tylko czasami, gdy przyjeżdżają starzy znajomi z Syberii, dawny bohater ożywia się i machając rękami, po raz setny powtarza, że cierpiał zupełnie niewinnie, tylko dlatego, że miał romans z żoną funkcjonariusza NKWD. A ten, kiedy się o tym dowiedział, zastrzelił żonę, a on, bohater Pieriekopu, został wywieziony wraz z siostrą na Syberię.
Zinaida Genrichowna, odwrotnie, prawie nie wychodzi ze swojego pokoju, a nawet zamyka drzwi od wewnątrz haczykiem, jakby zawsze się czegoś bała. Bohater Pieriekopu twierdzi, że tę skłonność do samotności rozwinęła w sobie w wyniku wieloletniego przebywania w specjalnych aresztach. Ta izolacja tak na nią wpłynęła, że biedaczka straciła kontakt z otoczeniem i teraz się izoluje.
Aby przywrócić utracony spokój ducha, Zinaida Genrichowna, była studentka Instytutu Szlachetnych Dziewic Smolnego i była generał CZEKA-GPU-NKWD, siedzi teraz i pisze książkę o niesprawiedliwości Wielkiej Czystki, w której Stalin zniszczył najlepszych, najbardziej prawdziwych rewolucjonistów. Rodzaj książki, którą ludzie będą czytać i płakać.
A półbohater Pieriekopu siedzi na werandzie i grozi, że jeśli ta książka nie zostanie opublikowana w Związku Radzieckim, to on, podobnie jak Pasternak, wyśle ją ją do publikacji za granicą, gdzie będzie miał braci, dobrych ludzi, kochających wolność i prawdę.
Ale nie każdy jest tak dobrym człowiekiem. Mówią, że najbardziej należy uważać na dobrych przyjaciół, którzy następnie plotkują za twoimi plecami. Podobnie było z półbohaterem Pieriekopu.
Jego najlepszymi przyjaciółmi byli dwaj syberyjczycy, którzy przez długi czas pracowali z nim w cegielni, gdzie otrzymali nawet odpowiednie zaświadczenia, że są murarzami III i IV kategorii.
I potem ci przyjaciele siedzą i plotkują:
„Za co właściwie ten bohater został uwięziony?” – mówi murarz III kategorii.
„Przez sprawę «Błękitnej Gwiazdy» – mówi murarz czwartej klasy – „Wiadomo, część z nich w 1922 roku została wysłana za granicę. A reszta została zmieciona podczas Wielkiej Czystki”.
Potem zaczęły pojawiać się rzeczy, które tak naprawdę można było wydrukować tylko za granicą.
„Słuchajcie, ten bohater opowiadał bajki, że rzekomo pod ogierem zginęła jakaś caryca. A potem bełkotał, że on też jest takim supermanem, że zwykłe kobiety go nie zadowalają. Kiedy był bohaterem Pieriekopu, miał białą klacz. I przysięgał, że on tę białą klacz tego…”
„Wiem. A po białej klaczy miał motocykl. A kiedy pije, mówi, że on i ten motocykl także tego... Ale tak naprawdę jest impotentem i schizofrenikiem – sam nie wie, gdzie jest prawda, a gdzie kłamstwo. Poza tym, ma też urojenia wielkości”.
„Kim był wcześniej?”
„Na początku był w szkole dla dzieci niepełnosprawnych. Potem był fryzjerem damskim. I on sam też był trochę damulką. Lewy chłopak. Potem miał także romansik z własną siostrą”.
„Czekaj, jak to możliwe, skoro jest impotentem?!”
„Och, jak-jak? Bardzo prosto! Po francusku”.
„To dlaczego on zawsze mówi o romansie z żoną jakiegoś oficera NKWD?”
„Był romans. Tylko nie z nim, ale z jego siostrą – Zinaidą Genrichowną. Zwykła historia. Brat był w sercu kobietą, a siostra w sercu mężczyzną. Tak na odwrót. On uczy się w szkole dla niepełnosprawnych, ona jest smolenką, piękną i mądrą, z elitarnej arystokracji. Delikatna młoda dama – i sadystka. Zaczytywała się powieściami Czarskiej i poszła do pracy w CzeKa. Radziecka Joanna d'Arc. Choć pociągały ją kobiety, walczyła z tym... Dopóki nie poznała pewnej Olgi, żony jednego z jej funkcjonariuszy NKWD”.
„Tak, wszystko jasne. A to oznacza, że ona... uwiodła tę żonę”.
„Nie, nie. Wręcz odwrotnie. Ta Olga była prawdziwym wężem. Biseksualna, dwulicowa, oportunistka. I nawet uwiodła tę Joannę d’Arc. Dla Olgi była to po prostu kolejna zabawa. A dla generała NKWD Zinaidy Genrichownej była to naprawdę wielka miłość – po raz pierwszy i ostatni w jej życiu. Podobnie jak w powieściach Czarskiej. Tylko zakończenie jest inne”.
„Co się wtedy stało?”
„Wtedy Olga związała się z inną kobietą. Niektórzy mówią nawet, że związała się z żoną samego Stalina (patrz książka „Wspomnienia Litwinowa” ze wstępem profesora Carra i generała Bedella Smitha, Morrow, Nowy Jork). A biedna Joanna d'Arc nie mogła znieść tej zdrady. Zastrzeliła Olgę z pistoletu jej męża. I zaaranżowała wszystko tak, żeby wyglądało to na samobójstwo. Ale potem sprawa została jakoś rozwikłana, a Zinoczkę skazano za morderstwo. Swoją drogą, obie były półkrwiste…”
„Jakie półkrwiste?” {Какие полукровки?}
„No sam wiesz, jakie... Takie same... Potem były takie detale, najróżniejsze drobnostki, których nawet za granicą nie da się wydrukować”.
„Słuchaj”, – powiedział murarz trzeciej klasy – „skąd to wszystko wiesz tak dobrze?”
„Daj spokój” – murarz czwartej klasy uśmiechnął się gorzko – „Przecież kiedyś, przed Syberią, byłem psychiatrą. A mój ojciec był także psychiatrą w Petersburgu, jednym z pierwszych freudystów w Rosji. I był jednym z przywódców tej «Błękitnej Gwiazdy». Dlatego mnie porwali. Wiesz, często dzieci muszą odpowiadać za grzechy swoich rodziców.
Wśród tych dzieci był także były król moskiewskich bandytów, Fiedźka Kosoj. On także żyje i ma się dobrze. Już w koncłagrze przy pomocy księcia tego świata, stał się także małym księciuniem – został brygadzistą i za pomocą dębowego kija rozprawiał się z innymi więźniami, zwłaszcza politycznymi, których pogardliwie nazywał kontrikami. Kiedy ogłoszono mu, że wypuszczają go na wolność, Fiedźka Kosoj poważnie się zamyślił.
Potem przygrzał dębinką pierwszemu napotkanemu kontrikowi, którym okazał się były pisarz radziecki, i zmusił go do napisania oświadczenia do komendanta łagru. W oświadczeniu tym, podkreślając sowiecki patriotyzm, Fiedźka Kosoj poprosił o dobrowolne pozostawienie go w łagrze, jako pracownika cywilnego.
„Jak mam żyć bez swoich braci, kontrików?!” – Fiedźka Kosoj uśmiechnął się szeroko i po raz kolejny z miłością walnął pisarza dębinką. – „Proszę bardzo, atramentowa duszo, dobry temat na patriotyczną opowieść”.
Ale, jak mówią, dębinka ma dwa końce – na podobieństwo prawa jedności i walki przeciwieństw. Zgodnie z tą przewrotną zasadą dialektyki marksistowskiej, jeśli Fiedźka Kosoj lubił wymachiwać dębinką, to jego brat, poeta, narkoman i stały rewolucjonista Iwan Wędrowiec, zginął pod takimi samymi dębinkami w jakimś innym koncłagrze.
Oczywiście, freudyści powiedzą, że jeden syn wiedźmy Mary był po prostu sadystą, a drugi syn był po prostu masochistą i sam lazł pod te dębinki. Tak czy inaczej, Iwan Wędrowiec zmarł. To znaczy umarł, ale nie do końca. Po pierwsze, został pośmiertnie zrehabilitowany. A po drugie…
W pewnym momencie Iwan Wędrowiec należał do sekty poszukiwaczy Boga, która unowocześniła Ewangelię i twierdziła, że życie wieczne zawarte jest po prostu w waszych dzieciach. W związku z tym, aby zapewnić sobie życie wieczne, Iwan Wędrowiec nazwał swojego syna Iwanem Juniorem, co miało symbolizować transmigrację duszy, lub, jak mówią mądrzy ludzie, reinkarnację. I rzeczywiście! Iwan Wędrowiec Junior wzorował się na swoim ojcu. Jest także poetą o zacięciu modernistycznym. Gdy w grupie mężczyzn zaczyna się mówić o kobietach, nasz poeta nagle wpycha taki modernizm, że nie wszyscy rozumieją, na czym on polega. Nasz modernista drży z pasji i krzyczy: „Ech, lubię lizać…”.
Ale freudyści twierdzą rzeczowo, że nie jest to francuski żart, ale ukryty homoseksualizm. I główne źródło większości chorób psychicznych.
A kiedy ludzie mówią o swoich rodzicach, Wania Wędrowiec z bólem w sercu nagle piszczy histerycznie: „Nie jestem stworzony palcem, tylko prawdziwym… ”.
Najwyraźniej poetę też trochę dręczą grzechy swoich przodków. Ale to nie powstrzymuje go od grzechu. Kontynuuje sianie chwastów. Niedawno on, nikt nie wie jak, zrobił sobie syna, nadał mu imię Iwan III i z dumą pokazuje:
„Spójrzcie, jakie cudowne dziecko!”.
Co stanie się z Iwanem III, okaże się dopiero po 18 latach, kiedy osiągnie dojrzałość płciową i zaczną pojawiać się związane z nią psychozy. Tymczasem Iwan II, podążając śladami Iwana I, duszą i ciałem dołączył do nowego pokolenia sowieckich pisarzy-buntowników i nowatorskich poetów, którym znów brakowało wolności. Tych samych miłośników wolności, których w Związku Radzieckim z jakiegoś powodu teraz umieszczają w szpitalach psychiatrycznych lub leczą pracą w specjalnych obozach.
Zastanówcie się więc, kto ma tutaj rację, a kto nie. Sam diabeł tego nie rozwiąże. Przecież w dobrym towarzystwie nie powinno się rozmawiać o takich rzeczach. Inaczej od razu znajdą się dobrzy ludzie, liberałowie i humaniści, nawet bardzo inteligentni, którzy zaczną się bardzo niepokoić i udowadniać, że całe to gadanie o degeneracji i zwyrodnieniach to takie same bajki i wymysły, co średniowieczne opowieści o czarownicach i czarownikach. I lepiej się nie kłócić. W przeciwnym razie pokłócicie się z wieloma przyjaciółmi.
Dom Pod Złotym Kogucikiem został odnowiony. Pozłocili także złotego kogucika na dachu, który, według starych rosyjskich wierzeń, służy odstraszaniu nieczystych sił. W ramach liberalizacji usunięto zielony płot z drutem kolczastym na szczycie, a starą żeliwną balustradę pomalowano przyjemną kremową farbą. Potem kamerdyner Nikołaj celowo przeszedł się po okolicy i zapraszał okolicznych chłopców, aby wspinali się na płot i zrywali jabłka w ogrodzie. Ale mówią, że jest niewielu chętnych.
Mówią, że na cmentarzu Nowodziewiczym w Moskwie, pod murami starego żeńskiego monastyru, obok mogiły żony Stalina, znajduje się jeszcze jedna, nie całkiem zwyczajna mogiła. Na pomniku z czerwonego granitu, z jednej strony wyrzeźbiony jest cienki profil kobiety, delikatny i niewinny, niczym cichy anioł. A pod imieniem zmarłej znajduje się dziwne biblijne epitafium: «Imię moje Legion, bo jest nas wielu». A na odwrotnej stronie, na czerwonym, niczym zaschnięta krew, granicie, wyryto złowieszczy, tajemniczy i zapomniany przez wszystkich, emblemat Wielkiej Czystki – wąż i miecz. I poniżej, równie tajemnicze słowa:
Za karę zadrży cały świat,
Sam szatan będzie przerażony!..
Jeszcze dziwniejsze, że zamiast kwiatami, grób ten porośnięty jest dziką trawą – belladonną, zwaną także bieluń dziędzierzawa, senne oszołomienie, lub szalona jagoda. A u wezgłowia mogiły skłoniła swoje witki wierzba płacząca. Choć widać, że mogiła ta jest pod szczególną opieką stróżów cmentarnych, nikt do niej nie przychodzi. A niektórzy przechodnie, po przeczytaniu tajemniczego epitafium i spojrzeniu na węża i miecz, nagle, ze strachem rozglądają się dookoła i przyspieszają kroku, aby szybko oddalić się od tego miejsca.
Tylko czasami, może raz w roku, gdy nad cmentarzem Nowodziewiczym zapada letni zmierzch, do tego opuszczonego grobu spokojnie przychodzi wychudzony człowiek o nieokreślonym wyglądzie i wieku, ale z twarzą tak zmęczoną, jakby żył tysiąc lat. Równie zmęczony opuszcza się na trawę obok grobu i siedzi tak dłuższą chwilę, opierając plecy o płaczącą wierzbę, wdychając zapach kwiatów belladonny, słodkawy i odurzający, jak wspomnienia młodości, spoglądając na zachodzące słońce i niebo, gasnące jak życie, jakby odpoczywał po długiej i ciężkiej pracy, lub, być może, wspominając coś, niczym skruszony przestępca, którego ciągnie na miejsce zbrodni.
Strażnicy cmentarni, zwłaszcza sowieccy, duchów się nie boją. Ale widząc tego człowieka, starają się nie pojawiać na cmentarzu, tylko siadają w stróżówce i po cichu się żegnają.
„Widziałem” – mówi jeden. Jego oczy są jak u jaszczurki, takie... zielone.
„I świecą o zmierzchu” – dodaje drugi. – „I jego włosy też są takie... rude. A obok leży żona samego Stalina. To wszystko nie jest tak po prostu”.
„Tak, i nie widać jego wieku... Jak nieśmiertelny”.
„I zauważ, kiedy idzie, nie ma cienia... Czy wiesz, co to znaczy?”
„Wiem... A więc to jest on... Uch, ochroń mnie Boże i zmiłuj się nade mną!”
A po Moskwie krążą wszelkiego rodzaju tajemnicze plotki. Powtarzają, z uporem powtarzają, że w Moskwie zmieniają się ministrowie i marszałkowie, pisarze i poeci, wszystko się zmienia. Czasami zmieniają się nawet przywódcy sowieccy. Ale w Moskwie nie zmienia się tylko jeden człowiek – tajny radca przywódców sowieckich. I potem cicho szepczą: „Czerwony Papa…”.
Co więcej, mówią, że teraz czerwony papież coraz częściej przechadza się po Moskwie jako zwykły obywatel ZSRR. I nawet mówią, że rozpoznacie go po jednym maleńkim znaku: na piersi nosi jedynie prosty medal „Za ratowanie tonących”.
Krążą wokół niego wszelkiego rodzaju mroczne legendy. Takie legendy, że jakoś niewygodnie jest je w ogóle powtarzać. Ale ściśle rzecz biorąc, nie ma w tym nic szczególnego. Przecież mówi się, że przywódcy świata zachodniego też zazwyczaj mają jakichś swoich specjalnych tajnych doradców. I też krążą wokół nich najróżniejsze, takie czy inne legendy. Takie, że aż nie wypada ich powtarzać. Bo w innym razie, podobnie do filozofa Bierdiajewa, można dojść do porozumienia nie tylko z szatanem, ale także z antychrystem.
Tak zakończyła się smutna historia Maksyma Rudniewa, Marszałka Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR, doktora filozofii i profesora socjologii, obskuranta i obskurantysty, Bohatera Związku Radzieckiego i Bohatera Pracy Socjalistycznej, radzieckiego doktora Fausta, który znalazł klucze poznania dobra i zła, umysłu i szaleństwa, życia i śmierci. Ale te klucze są – zatrutymi kluczami.
Tak zakończyła się niezwykła historia Maksyma Rudniewa, który pewnego razu poprosił Boga, aby uczynił go dużym i silnym. To prawda, niektórzy twierdzą, że diabeł podsłuchał jego prośbę.
Cóż, to chyba wszystko. O tak... A co z Borysem Rudniewem, powiedzą? Niech żyje spokojnie. Wiecie, ni Bogu świeczkę, ni diabłu ogarek {Знаете, ни Богу свечка, ни черту кочерга}.
Wkrótce po śmierci Stalina, w związku z reorganizacją agitpropu, ten Tomasz Niedowierzający został skierowany do pracy za granicą i na długi czas opuścił Moskwę i dom pod Złotym Kogucikiem. Ponieważ nie wierzył ani w Boga ani w diabła, choć miał oczy i uszy, nie widział ani nie słyszał połowy tego, co działo się wokół niego. Dlatego jego życie było tak szare, tak nudne, że nie było o czym pisać.
A potem, przez to właśnie niedowierzanie, Tomasz Niedowierzający znalazł się w tak niewiarygodnej historii, w takich tarapatach, w takim bałaganie, że po prostu nie da się tego opowiedzieć w bajce, ani opisać piórem. Taka fantasmagoria, że trzeba o niej napisać osobną książkę. Ale skoro on, instruktor agitpropu, umie pisać, niech sam napisze tę książkę.
A nam pora kończyć. I tę smutną kronikę trudnych czasów Rosji chciałbym zakończyć starą formułą staroruskich kronikarzy:
„A jeśli gdzieś w tej księdze znajdziecie moje grubiaństwo lub zaniedbanie, modlę się do was: nie patrzcie na moją grzeszność, nie przeklinajcie, ale poprawcie, bo nie anioł Boży to pisał, ale grzeszny człowiek i bardzo wypełniony niewiedzą.”
A jeśli ciekawskiego czytelnika zainteresuje niepozorna osobowość skryby, który krwią serca spisał tę tajemną kronikę, to ja, sowiecki sługa Boży, niech imię moje zostanie zapomniane, zapisałem to tylko dlatego, że kiedyś-tam i ja sam, przez grzeszne czyny, nie wierzyłem ani w Boga, ani w czarta. I myślałem ja, ślepiec, że wiem wszystko i o wszystkich. A potem, gdy i ja zetknąłem się z tym, co kiedyś nazywano diabłem, i gdy przejrzałem, bardzo, ale to bardzo żałowałem – och, jak żałowałem! – że nie wiedziałem tego wcześniej.
Dlatego, żeby odpokutować za swoje grzechy, chcę pomóc dobrym ludziom dobrą radą: pamiętajcie, że Pan Bóg był, jest i będzie, że jest wszechmocny, wszechdobry i wszechmiłosierny, ale przebywa On w niebie, a diabeł, książę tego świata, przebywa na ziemi – między nami.
Nowy Jork,
18 sierpnia 1970 r.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści