Grigorij Klimow «Książę tego świata»

Rozdział 10. Dom Złego Dobra

Czasami dobrze jest podążać drogą zła, gdyż prowadzi ona do najwyższego dobra.

Filozof, poszukiwacz Boga N. Bierdiajew

Po wojnie Maksym mieszkał w cichej, opuszczonej ślepej uliczce w pobliżu bulwaru Gogolewskiego, gdzie nie ma ruchu ani hałasu, a jesienią cały chodnik pokryty jest miękkim dywanem opadłych liści, z których chłopcy rozpalają dymiące ogniska. Za ciężkimi, kutymi bramami, w głębi dziedzińca, ukryty był stary dwór, który przed rewolucją należał do znanego niemieckiego biznesmena.

Niemiec był ekscentrykiem i zbudował sobie rosyjską chatę, ale z niemieckim akcentem. Z bali zbudował dwupiętrowy dom, a następnie, pamiętając o rosyjskich mrozach, obił cały dom, na zewnątrz i wewnątrz, grubą warstwą filcu, z którego Kirgizi budują swoje jurty. Na filc położyli gonty i całość otynkowali. A w środku przemyślny Niemiec zamiast tapet pokrył wszystkie ściany płótnem do malowania i zlecił artystom namalowanie obrazów olejnych, które pasowałyby do przeznaczenia każdego pomieszczenia.

Szerokie weneckie okna otaczały misterne witraże w blaszanych ramach, wykonane na zamówienie w Norymberdze. Kiedy światło słoneczne igrało na witrażach ze scenami z Pisma Świętego, wydawało się, że nie znajdujesz się w budynku mieszkalnym, ale w starym opactwie. A na dachu wirował na wietrze wiatrowskaz z zadziornym złotym kogucikiem.

Decydując się na osiedlenie w tym domu, Maksym wyrzucił całą grupę funkcjonariuszy partyjnych, którzy mieszkali tu z całymi rodzinami we wszystkich pokojach i poniszczyli ściany, do tego stopnia, że pod dawnymi malowidłami, poprzez strzępy płótna i filcu, można było prześledzić całą architekturę, aż do oszkieletowania domu. Potem Maksym starannie odrestaurował cały dom, aż do złotego kogucika na dachu, do żeliwnego ogrodzenia dodał wysoki zielony płot z drutem kolczastym na górze i osiedlił się tutaj sam ze swoim owczarkiem niemieckim Rolfem i kotem Waśką, którego kiedyś złapał na ulicy, jeszcze jako kociaka.

W półpiwnicy znajdowała się kuchnia, do której prowadziły misternie kręcone schody, a w niej ogromny rosyjski piec, w którym można było upiec całego byka, mienił się niemieckimi kafelkami i czerwoną miedzią. Obok rozmieszczono pokoje służby, skąd Maksym wykurzył całe gniazdo żmij – teściowych, które nawet radzieccy działacze partyjni próbują oddzielić od rodzin kręconymi schodami, na których łatwo jest skręcić im kark. W tych pokojach mieszkał teraz kamerdyner Mikołaj wraz z żoną, która zajmowała się kuchnią.

Jak na prawdziwą rezydencję przystało, dom pod złotym kogucikiem również posiadał kilka pokoi dla gości, w których zawsze można było przenocować. Borys Rudniew czasami stawał się takim gościem, gdy noc zastawała go w pobliżu bulwaru Gogolewskiego i gdy był zbyt leniwy, aby wrócić do domu.

Próbując przekonać do siebie młodszego brata, Maksym dał mu nawet drugi klucz do domu. Lecz każdego ranka, kiedy budził się w domu pod złotym kogucikiem, instruktor agitpropu czuł się jak szpieg w fortecy wroga. Wszystko tutaj było całkowicie sprzeczne ze wszystkimi instrukcjami agitpropu. A w szczególności – czarnoksięska biblioteka Maksyma. Chlapnij coś takiego na służbie, i albo cię wyrzucą z partii, albo aresztują.

W soboty w domu pod złotym kogutem czasami pojawiały się kobiety. Lecz po samobójstwie ukochanej żony i śmierci dziecka, Maksym nie myślał już o małżeństwie i żył samotnie, jak wilk pustelnik.

Między innymi, 13 Wydział Ministerstwa Spraw Wewnętrznych miał także własny harem. Hurysy { Гуриями из этого гарема } z tego haremu otaczały zagranicznych dyplomatów, dziennikarzy i wszystkich obcokrajowców. Również głównych sowieckich dygnitarzy. W Moskwie nazywano je: „dziewczętami do zadań specjalnych MSW” {„можно-герлс МВД”}. W zależności od specjalnych kwalifikacji i umiejętności, te wyspecjalizowane dziewczyny zostały podzielone na cały szereg kategorii.

Niektóre hurysy najwyższych kategorii były córkami najlepszych rodów szlacheckich starej Rosji – księżniczkami i hrabinami, wywodzącymi się niemal od Rurykowiczów.

Mówiono, że jedna z tych hurys, z linii byłych królów kaukaskich, była albo żoną, albo konkubiną samego Ministra Spraw Wewnętrznych, Berii. I mówiono też, że szwagier radzieckiego ministra tajnej policji to nikt inny jak jeden z zagranicznych pretendentów do tronu Romanowów, który był żonaty z drugą siostrą księżniczki.

W ramach pewnej rekompensaty, najwyższej klasy hurysy otrzymały prawo do powiedzenia „tak” lub „nie” w każdym przypadku. Niektóre z tych kapłanek miłości były tak piękne i inteligentne, że nawet naczelnik 13 Wydziału MSW brał pod uwagę ich „tak” lub „nie”.

W takie dni, zamiast munduru marszałkowskiego, Maksym nosił cywilny garnitur, aby jego hurysy nie wiedziały, że odwiedzają samego sułtana. Rano kamerdyner Nikołaj z szacunkiem wsadzał hurysę do samochodu i odwoził ją do domu. A Maksym z roztargnieniem błąkał się po pokojach, przeciągał się i bawił z psem lub kotem.

Pewnego razu Borys skinął głową za olśniewającą blondynką i zapytał:

„Dlaczego nie poślubisz kogoś takiego?”

„To głupia sytuacja” – Maksym ziewnął. – „Lepszych piękności nie znajdziesz w Moskwie. Ale nie wolno ich poślubić”.

„Dlaczego?”

„Bo te piękności nie są zwyczajne, lecz wyjątkowe”.

„Jakie wyjątkowe?”

„Takie” – Maksym uśmiechnął się – „Zaczarowane. I trzeba umieć sobie z nimi radzić”. – Potem spojrzał surowo na młodszego brata i zmarszczył brwi: – „Nawet nie myśl, żeby się z nimi związać. Przyniosą ci tylko nieszczęście…”

Biuro Maksyma wychodziło na stary, zaniedbany ogród. Duże, na całą ścianę okno, z witrażami po bokach. Sceny z Pisma Świętego lekko przysłaniały światło dzienne, jakby o czymś przypominały. Przy oknie, z widokiem na życie, stało biurko Maksyma. A za nim cicho czaiła się śmierć: wszystkie ściany gabinetu zostały zabudowane ciężkimi dębowymi półkami, wypełnionymi od góry do dołu książkami w różnych językach, na ten sam temat – o wszelkiego rodzaju diabelstwach. Takiej biblioteki pozazdrościłby każdy czarnoksiężnik lub średniowieczny alchemik, poszukujący tajemnic życia i śmierci.

Otwierając pierwszą z brzegu książkę, Borys natknął się już na akapity podkreślone ręką Maksyma:

«...słuchaj i drżyj, szatanie, wrogu wiary, wrogu rodzaju ludzkiego, przyjacielu śmierci, złodzieju życia, wstrząsający sprawiedliwością, źródło zła, korzeniu występków, zwodzicielu ludzi, zdrajco narodów, źródło zazdrości, przyczyno chciwości, początku konfliktów, sprawco boleści „Słuchaj, szatanie, i bądź posłuszny!»

„Co to znaczy?” – zapytał instruktor agitpropu. – „Przepis na przywołanie diabła?”

„Wręcz przeciwnie” – odpowiedział Maksym, popijając wodę gazowaną. – „To oficjalna liturgia Rituale Romanum, którą czyta się w celu wypędzenia złego ducha z opętanych”.

„Dlaczego to podkreśliłeś?”

„Ponieważ jest to bardzo trafne sformułowanie istoty szatana. Pod każdym względem”.

Czując się jak gość, instruktor agitpropu próbował się zachowywać powściągliwie. Okazało się jednak, że szatan wkrótce po cichu stał się źródłem kontrowersji i nieporozumień. Dokładnie według sformułowania, które Maksym tak lubił.

Obok stała całkiem współczesna książka „Priest’s New Ritual” {Nowy Rytuał Kapłański”}, wydana w 1947 roku w Nowym Jorku. Ale nawet w tym nowym rytuale powraca stara pieśń. Podczas ceremonii chrztu noworodka, przed polewaniem wodą, kapłan musi wypędzić diabła. Czerwonym ołówkiem marszałka MSW podkreślono:

„Wzywam cię, duchu nieczysty, w imię Boga Ojca Wszechmogącego i w imię Jezusa Chrystusa, Syna Jego, Pana naszego i Sędziego, i mocą Ducha Świętego, abyś odszedł od tego stworzenia Bożego, które nasz Pan raczył wybrać na swoją świętą świątynię, aby stała się świątynią Boga Żywego i aby mógł w niej zamieszkać Duch Święty”.

„Ale wierzy się, że Bóg mieszka w niebie?” – sprzeciwił się instruktor agitpropu.

Marszałek bezpieczeństwa państwowego podrapał kota za uchem i, niczym doświadczony teolog, zmuszony do polemiki z ateistą, dobrodusznie wyjaśnił:

„Królestwo Boże wcale nie jest w niebie, tylko na ziemi. A Bóg mieszka nie gdzieś-tam, tylko w duszach ludzi... I diabeł też”.

Wcześniej Maksym lubił naśmiewać się z ojca, który chodził do cerkwi, ale był zdezorientowany szczegółami Ewangelii. Teraz zmierzył się ze swoim młodszym bratem:

„Słuchaj, towarzyszu z agitpropu, możesz mnie trochę poinstruować?”

„Co dokładnie?” – instruktor agitpropu stał się ostrożny.

„Cóż, na przykład, wyjaśnij mi, co oznacza radziecka gwiazda?”

„To jest symbol komunizmu”.

„Dlaczego jest pięcioramienna?”

„Bo jest pięć kontynentów”.

„Dlaczego amerykańscy kapitaliści mają tę samą gwiazdę?”

„A czort wie!” – instruktor agitpropu poddał się.

A marszałek-czarnoksiężnik uśmiechnął się protekcjonalnie, wyciągnął jakąś książkę o średniowiecznej kabale, przejrzał ją i pokazał. Przedstawiała dokładną kopię radzieckiej pięcioramiennej gwiazdy, z tą tylko różnicą, że wewnątrz gwiazdy stał nagi mężczyzna. Głowa znajduje się w promieniu górnym, ramiona wyciągnięte na poziomie barków w promieniach bocznych, a nogi szeroko rozstawione w promieniach dolnych. Na całym ciele mężczyzny namalowano wszelkiego rodzaju kabalistyczne znaki, zmieszane ze słońcem, księżycem, gwiazdami i tak dalej.

„Widzisz” – powiedział Maksym, uśmiechając się jak doktor Faust. – „To stąd twórcy komunizmu zapożyczyli tę gwiazdę”.

„Dlaczego Amerykanie mają tę samą gwiazdę?”

„Bo rewolucja amerykańska zrodziła amerykańską gwiazdę. A wszystkie rewolucje robią ludzie tego samego typu”.

„Jakiego typu?”

„Typu podobnego do czarnych czarowników, szamanów syberyjskich oraz średniowiecznych wiedźm i wiedźminów. Dlatego ich palono. Dlatego Hitler gnał ich do komór gazowych, a Stalin na Syberię”.

Tutaj naczelnik 13 Wydziału i wiceminister spraw wewnętrznych ZSRR zaczął cytować swoich ulubionych mądrych Żydów, apostołów 13 Wydziału – kryminologa Lombroso, degenerologa Nordau i psychoanalityka Freuda. W tym znaczeniu, że wszyscy rewolucjoniści – to chorzy psychicznie degeneraci, z których większość ląduje na szubienicach, a mniejszość staje się wielkimi ludźmi, że wisielcy i wielcy ludzie to jedno i to samo, i tak dalej.

„Dobrze” – powiedział Maksym. – „A teraz, towarzyszu z agitpropu, powiedz mi, dlaczego radziecka gwiazda jest czerwona?”

„To symbol czerwonej krwi proletariatu”.

„Tak, to ma jakiś biologiczny sens. Dlaczego amerykańska gwiazda jest biało-niebieska?”

„A czort ich wie” – powiedział ponownie instruktor agitpropu.

Wtedy Maksym wyjaśnił protekcjonalnie:

„Jeden z najbliższych współpracowników Lenina przed egzekucją upierał się, że amerykańska biało-niebieska gwiazda oznacza białe kości i błękitną krew inteligencji, która stworzyła rewolucję amerykańską. A tak przy okazji, towarzyszu z agitpropu, powiedz mi, co to jest błękitna krew?”

„No tak po prostu... Figura retoryczna…”

„Nie” – doktor nauk społecznych potrząsnął głową. – «Błękitna krew» to tak zwany ujemny czynnik Rh we krwi. Czynnik ten odkryli Landsteiner i Wiener w 1939 roku. A ja odkryłem to kilka lat wcześniej”.

„Co to jest za czynnik?”

„Zasadniczo czynnik Rh ujemny to stan krwi utrudniający zajście w ciążę. W takim przypadku rodzą się niezdolne do życia dzieci o niebieskawym zabarwieniu. Być może stąd wzięło się określenie «błękitna krew». Czynnik ten jest wprost proporcjonalny do poziomu kultury i cywilizacji danego narodu, czy danej klasy społecznej. Wśród ludów anglosaskich około 15% ludzi ma ujemny współczynnik Rh. Występuje znacznie rzadziej wśród czarnych Amerykanów niż wśród białych Amerykanów. Chińczycy i Hindusi nie mają ich prawie wcale. Prawo równowagi natury. Gdzie natura dąży do rozłożenia wszystkiego, jeśli nie po równo, to w odpowiedniej kolejności”.

Któregoś dnia, z przyzwyczajenia szperając w książkach Maksyma, Borys znalazł podniszczoną Biblię, na której czerwonym ołówkiem podkreślono:

2. A kiedy wyszedł z łodzi, natychmiast spotkał Go człowiek opętany przez ducha nieczystego, wychodzący z grobowców (pieczar, w których chowano zmarłych);

3. Miał mieszkanie w grobowcach i nawet łańcuchami nie można go było związać;

4. Ponieważ często był wiązany kajdanami i łańcuchami, ale zrywał łańcuchy i zrywał kajdany, i nikt nie mógł go poskromić;

5. Zawsze dzień i noc, w górach i w grobowcach krzyczał i bił się o kamienie.

6. Gdy z daleka ujrzał Jezusa, przybiegł i oddał Mu pokłon,

7. I zawołał donośnym głosem: «Cóż Ty masz wspólnego ze mną, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Wzywam Cię na Boga, nie dręcz mnie!»

8. Jezus bowiem rzekł do niego: «Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka».

9. I zapytał go: „Jak ci na imię?” A on odpowiedział: „Imię moje Legion, bo jest nas wielu”.

(Marek. 5:2-9)

Kiedy Borys zwrócił się o wyjaśnienia do arcybiskupa Pitirima, który często odwiedzał dom pod złotym kogutem, ten odpowiedział:

„Widzisz, Ewangelia jest księgą symboliczną. Dlatego wszystko to należy rozumieć nie w sensie dosłownym, ale w przenośni. I wtedy wszystko jest bardzo proste”.

„Dlaczego jest to tutaj specjalnie podkreślone: «Imię moje Legion, bo jest nas wielu»?”

„Bo takich legionistów jest naprawdę wielu”.

Czasami wieczorami najbliżsi współpracownicy Maksyma, generałowie i pułkownicy 13 Wydziału Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gromadzili się w domu pod złotym kogucikiem. Pomimo mundurów wojskowych nie bardzo przypominali zwykłych oficerów bezpieczeństwa państwa. Prawie wszyscy posiadali stopnie naukowe oraz tytuły doktora lub profesora w różnych dziedzinach nauki i sztuki, w tym literatury. Inteligentne twarze, powściągliwe maniery, spokojny, akademicki ton.

Zamiast wódki i wina, radzieccy jezuici pili herbatę z ciasteczkami lub wodę gazowaną. Nierzadko w ich rozmowach pojawiały się wzmianki o legionistach. Można by pomyśleć, że nie byli to pracownicy MSW, ale generalicja jakiegoś tajemniczego biblijnego legionu, zły duch tak silny, że żadne łańcuchy ani kajdany nie są w stanie go powstrzymać, a którego sowiecka inkwizycja zdołała przymusić do służby sowieckiej władzy.

Wydawało się, że ci inkwizytorzy po prostu posługiwali się specjalnym kodem, gdzie legioniści oznaczali żywych ludzi. Dla wygody nawet podzielono ten legion, podobnie jak w sowieckiej kompartii: na członków, kandydatów, towarzyszy tej podróży i sympatyków.

Borys domyślił się, że Maksym przejął i przeniósł do pracy 13 Wydziału MSW cały galimatias ze słownika średniowiecznej inkwizycji. Co jednak kryło się za tą zaszyfrowaną terminologią?

Innym razem dziwni oficerowie MSW dyskutowali, z poważnym spojrzeniem, na temat Objawień świętego Jana i różnych interpretacji czterech jeźdźców Apokalipsy. Okazuje się, że pierwszym jeźdźcem na białym koniu jest – Wojna. Drugim jest – Rewolucja. Trzeci jeździec na czarnym koniu – to Głód. Czwarty jeździec na bladym koniu – to Śmierć. Ale najbardziej interesował żandarmów MSW drugi jeździec na czerwonym koniu, który nazywał się Rewolucja.

Dziwne... Przecież po I wojnie światowej przyszła Rewolucja Październikowa, a po niej bratobójcza wojna domowa i straszliwe lata głodu, kiedy kule, głód i wszy roznoszące tyfus kosiły ludzi, jak w Apokalipsie. A co najważniejsze, ta sama sekwencja: wojna – rewolucja – głód – i śmierć. Wydawało się, że w biblijnej Apokalipsie kryje się jakaś wewnętrzna logika.

Wtedy filozofowie z MSW zajęli się czystą metafizyką. Wzięli chrześcijaństwo i przeanalizowali je, stosując sowiecką metodę materializmu dialektycznego. Rezultatem było dialektyczne chrześcijaństwo. Potem wzięli radziecki materializm historyczny i oczyszczali go przez pryzmat dialektycznego chrześcijaństwa. Rezultatem była nauka wszystkich nauk – Wyższa Socjologia.

Tak więc sowiecka historia uczy, że pierwszą rewolucją na świecie było powstanie Spartakusa w Rzymie. Ale profesorowie 13 Wydziału pluli na to, co głosi sowiecka historia. Dla nich, z punktu widzenia Socjologii Wyższej, pierwsza rewolucja rozpoczęła się w Biblii: kiedy szatan stał się dumny i zbuntował się przeciwko władzy Bożej, za co, wraz z innymi podobnymi rewolucjonistami, został wyrzucony z nieba, aby niepokoić ludzi na Ziemi i podburzać ich do wszelkiego rodzaju niepokojów i rewolucji. A jeśli tak, to leży to już w zakresie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Potem jezuici w mundurach MSW, niczym zaprzysiężeni teolodzy, dyskutowali o siedmiu grzechach głównych, gdzie pierwszym grzechem, grzechem szatana, jest pycha. A te grzechy nazywa się śmiertelnymi, wcale nie ze względu na slogan, ale dlatego, że naprawdę prowadzą do śmierci. Aby to potwierdzić, teolodzy poklepywali pistolety przy pasach.

W przeciwieństwie do siedmiu grzechów głównych, istnieje siedem cnót: sprawiedliwość, umiar, mądrość i tak dalej. Wszystko to trzeba poznać, aby zrozumieć i przeanalizować wewnętrzną istotę szatańskiego ducha, którego imię to legion, obejmujący członków, kandydatów, towarzyszy podróży {попутчиков }* i sympatyków.

Instruktor agitpropu KC Partii czuł się trochę nieswojo, siedząc i przysłuchując się salonowym rozmowom członków partii komunistycznej, do tego jeszcze głównych funkcjonariuszy MSW. Dobrze, powiedzmy, że po prostu dyskutują na tematy teologiczne. Ale nie, było jeszcze gorzej.

Według teorii materializmu historycznego, Wielka Rewolucja Francuska była napędzana walką klasową. Ale studenci marszałka Bezpieczeństwa Państwowego Rudniewa, w tej rewolucji, jak w każdej innej rewolucji, widzieli, z punktu widzenia Wyższej Socjologii, po prostu analogię do pierwszego biblijnego przewrotu na niebiosach, odmowy autorytetu władzy, nihilizmu, anarchii i buntu. Zamiast rozważać kwestie podziałów klasowych, od razu przechodzili na personalizm i zaczynali szukać diabła.

I tu, posługując się dialektycznym chrześcijaństwem, skoro diabeł jest duchem, szukano przede wszystkim źródła duchowej anarchii, która przygotowywała grunt pod rewolucję. Dotarli w ten sposób do słynnego filozofa, pedagoga i nauczyciela, Rousseau, którego idee stanowiły rdzeń jakobińskiego myślenia rewolucjonistów.

Okazuje się, że wielki Rousseau miał niezwykłą, dwoistą osobowość – niczym prawdziwy wilkołak. W swoich pismach był znakomitym nauczycielem. Ale w życiu osobistym spłodził pięcioro nieślubnych dzieci, porozmieszczał je w sierocińcach i nie chciał nic o nich wiedzieć. Hrabiowie czapkowali mu. A on, powodowany dumą, aby jeszcze bardziej podkreślić własny intelekt, uszczęśliwił tymi dziećmi niepiśmienną, ładną lecz głupiutką dziewczynę, której ten wielki pedagog, mimo wszystkich swoich wysiłków, nie potrafił nawet nauczyć rozróżniania godzin dnia, dni tygodnia lub miesięcy roku.

„To całkiem naturalne” – zauważył pułkownik bezpieczeństwa państwowego, Bykow, który jest także lekarzem psychopatologii – „w sferze życia intymnego odpowiednia była dla niego tylko ta głupia. Normalna kobieta po prostu dałaby mu po mordzie”.

W swoich rozważaniach filozoficznych, Rousseau z pasją opowiadał się za sprawiedliwością społeczną, tworząc kult romantycznego buntu i gloryfikacji indywidualizmu. Znów ta sama duma. A w życiu osobistym nie powstrzymało go to od zdradzania przyjaciół, kłamstw, a nawet kradzieży. Do jednego zachęcał innych, sam postępował zupełnie odwrotnie.

Dlatego ci, którzy czytali jego pisma, uważali go za niemal drugiego Chrystusa. A ci, którzy patrzyli na jego czyny, nazywali go antychrystem.

„Którzy z nich mają rację?” – zapytał Borys.

„I ci, i tamci” – odpowiedział generał Toptygin, który jest także profesorem historii. – „To się nazywa schizofrenia – rozdwojenie jaźni. Drugi Tołstoj miał coś podobnego”.

„Który drugi?”

„Przed pięćdziesiątką był pierwszy Tołstoj – czysty geniusz. A po pięćdziesiątce pojawił się drugi Tołstoj – szalony geniusz, chory psychicznie. To właśnie ten drugi Tołstoj został ekskomunikowany z Cerkwi. A Lenin wychwalał tego drugiego Tołstoja, mówiąc, że jest zwierciadłem rewolucji rosyjskiej”.

Gdy tylko mądre głowy z trustu mózgowców profesora Rudniewa znajdowały trudny temat do ogarnięcia, jak w dobrym żydowskim dowcipie, natychmiast wzywały na pomoc swoich przenikliwych Żydów. Tak więc, w przypadku Tołstoja od razu nawiązali do apostołów 13 Wydziału: profesora Lombroso i doktora Nordau, którzy zapewniali, że geniusz i szaleństwo często zbiegają się w jednym punkcie, lub w jednej głowie. W tym celu Lombroso odbył nawet specjalną podróż do Tołstoja, a jego uczeń Nordau pisał później o Tołstoju w taki sposób, że lepiej byłoby tego nie powtarzać.

Potem filozofowie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ponownie zajęli się wielkim Rousseau. Przed śmiercią, Rousseau, jak przystało na grzesznika, napisał publiczną spowiedź w formie sześćsetstronicowej księgi. Teraz generał-profesor Toptygin odniósł się do tego wyznania, aby potwierdzić, że Rousseau był osobiście mylony z diabłem, który wszędzie włazi ze swoim autorytetem, i w tak dwuznaczny sposób żartował z grzesznego Rousseau, jakoby ten okazywał swój autorytet w taki sposób, że nie można go inaczej opisać, jak w spowiedzi pośmiertnej.

Przy tym profesor Toptygin natychmiast ukrył się za plecami apostoła psychoanalizy, Freuda, który głosił, że diabeł kryje się w dwóch miejscach – w głowie i spodniach człowieka.

„Co w ogóle robił ten Rousseau?” – zapytał Borys.

„Rozpinał spodnie” – profesor uśmiechnął się – „i pokazywał swój autorytet przez okno. Zwłaszcza dzieciom”.

„No cóż, czy to w celach pedagogicznych?”

„Za tę pedagogikę został kilka razy pobity prawie na śmierć. Ale nic nie pomogło.”

„O co tam chodziło?” – zdziwił się instruktor agitpropu. I tu, niczym automat z informacjami, wkroczył do akcji pułkownik psychopatologii, Karpow:

„W medycynie nazywa się to ekshibicjonizmem. A po rosyjsku będzie to ch--pokazywacz {х-показчик}. Ponadto Rousseau cierpiał na spermatoreę i spodziectwo. Są to wrodzone wady narządów płciowych”.

„Nawiasem mówiąc” – zauważył profesor Toptygin – „Rousseau pisał listy do Boga i zamiast do skrzynki pocztowej, kładł je pod ołtarz katedry. Lecz cała sprawa w tym, że był duchowym ojcem rewolucji francuskiej. A kiedy naukowcy zaczną to sprawdzać wstecz, nabiorą przekonania, że nie tylko Rousseau, ale także wszyscy pozostali przywódcy tej rewolucji, byli takimi samymi legionistami”.

Generał-inkwizytor MSW wieloznacznie postukał się palcem w czoło:

„Dlatego towarzysz Lombroso mówi, że wszyscy rewolucjoniści są po trochu tacy…”

Następnie, stosując podobną dziwną metodę, mózg profesora Rudniewa zaczął analizować duchowe pierwotne źródła Rewolucji Październikowej. A ponieważ diabeł robi wszystko od tyłu i odwrotnie, oni, polując na diabła, również poszli tą samą drogą.

Od Lenina i jego bolszewików cofnięto się do początków ruchu socjaldemokratycznego i do rosyjskiego wczesnego marksisty, Plechanowa, od którego korzenie genealogiczne prowadziły do Bakunina, a od niego do rosyjskich nihilistów i anarchistów drugiej połowy XIX wieku. W tamtym czasie diabeł rewolucji nawet nie krył się pod maską marksizmu, socjaldemokracji i bolszewizmu, lecz nazywał się własnym imieniem – nihilista i anarchista!

„Ostatecznie sam Bakunin pisał później, że wszyscy rewolucjoniści pochodzą od diabła” – powiedział generał Toptygin.

„Nawiasem mówiąc, prawnuczka Bakunina niedawno popełniła samobójstwo we Włoszech” – zauważył pułkownik Karpow. – „W rodzinach Karola Marksa i Trockiego też jest pełno samobójstw. Dlatego Cerkiew zakazała grzebania samobójców zgodnie z normalnym obrządkiem. Ponieważ często mają w sobie demony, które doprowadzają ich do samobójstwa”.

A mówiąc o pierwszym marksiście, Plechanowie, specjaliści 13 Wydziału, kierując się radą błyskotliwego Freuda, nie tylko ściągnęli Plechanowowi spodnie, ale nawet zajrzeli pod spódnicę jego żony, Róży Markownej. Po co temu buntownikowi potrzebna była nie jakaś-tam Awdotia Pietrowna, ale właśnie Róża Markowna?

Potem obgadywali przywódcę niemieckich komunistów, Thälmanna, którego żona również była kimś w rodzaju Róży, i wyciągali pewne biblijne paralele.

A instruktor agitpropu słuchał tego wszystkiego i myślał: «Boże, co za heretycka interpretacja całej historii komunizmu?! I do tego w ustach tych, którzy powinni monitorować bezpieczeństwo tego komunizmu!»

Lecz żandarmi MSW najwyraźniej znali się na swojej pracy i mieli do tego odpowiednie uprawnienia. Aby zapobiec dalszym kontrrewolucjom, musieli poznać, nie propagandę agitpropu, ale faktyczne mikroby każdej rewolucji.

Jezuici marszałka Rudniewa, popijając herbatkę, spokojnie argumentowali, że diabeł jest z natury indywidualistą, personalistą i narcystycznym egoistą. A będąc źródłem ludzkich słabości i wad, on sam jest bardzo dobrym psychologiem i sprytnym organizatorem. Dlatego też, aby nadać swoim przedsięwzięciom wygląd solidności, lubił ukrywać się za cnotami.

To prawda, że diabeł stroni od starych i wielekroć sprawdzonych cnót greckich, takich jak sprawiedliwość, umiar i mądrość, a woli operować młodszymi i niedoświadczonymi cnotami chrześcijańskimi, których imieniem jest wiara, nadzieja i miłość. Cnoty te służą przede wszystkim jako zamaskowanie. A za nimi przytaiły się pycha, zawiść i gniew. Tutaj kręcą się tacy oportuniści i kompromisowcy, jak głupota, ignorancja, próżność, głód i bieda.

Choć diabeł jest kłamcą i ojcem kłamstwa, choć ma wiele alibi i incognito, i w najlepszym przypadku widać tylko jego ogon i rogi, specjaliści sowieckiej inkwizycji rozmawiali o tych nieczystych mocach {говорили о нечистом}, jako o całkowicie obiektywnej rzeczywistości. Znali jakieś szczególne przymioty, po których można rozpoznać, że dana osoba ma powiązania z diabłem. Ale milczeli na temat tych oznak lub używali jakiegoś bełkotliwego żargonu, składającego się z łaciny i niedrukowalnych przekleństw.

Jak prawdziwi jezuici, chcąc zachować obiektywizm, wychowankowie marszałka Rudniewa podkreślali, że diabeł i legion – to dwie wielkie odrębności i wymagana jest tutaj wielka ostrożność, aby nie pomieszać, gdzie jest grzesznik i gdzie jest święty, gdzie grzesznik jest świętym, a gdzie święty jest grzesznikiem.

Okazuje się, że diabeł jest zawsze zły, ale opętani przez niego legioniści nie zawsze są źli. Większość legionistów cierpi z powodu diabła i nawet próbuje z nim walczyć. Niektórzy, pokonując diabelskie pokusy, stają się nawet świętymi i sprawiedliwymi ludźmi i zasługują naprawdę na szacunek.

Na przykład, słynny bajkopisarz Andersen również był legionistą, ale należał do kategorii dobrych wróżów. Dlatego pisał takie wspaniałe baśnie o dobrych wróżkach.

Generał-arcybiskup Pitirim potrząsnął głową z żalem: „Tak, tego diabła nie bez powodu nazwano diabłem...”

Gdy Maksym był studentem, przeglądając w domu rodziców stare komplety „Niwy”, gdzie natknął się na portrety Schopenhauera i Nietzschego, uwielbiał patrzeć w lustro i fantazjować, że ma nos jak Schopenhauer lub podbródek jak Nietzsche, chociaż wiedział o nich tylko ze słyszenia i z portretów w „Niwie”. Wtedy wydawali mu się dumnymi geniuszami, wznoszącymi się nad przyziemnymi bagnami.

Teraz, sądząc po bibliotece Maksyma, gdzie stale pojawiały się odniesienia do pesymistycznej filozofii Schopenhauera i ponurych myśli Nietzschego o „blond bestii” i „popchnięciu upadającego”, ci dwaj mizantropi znajdowali się w specjalnym rejestrze 13 Wydziału Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. A Maksym interesował się nie tyle naukami tych ludzi, co ich życiem osobistym – w poszukiwaniu personalnych korzeni ich pychy, pesymizmu i mizantropii.

Borys zwrócił się do pułkownika Karpowa:

„Co możesz powiedzieć o Nietzschem?”

Pułkownik Psychopatologii znów zaczął działać niczym maszyna informacyjna:

„To syn pastora, który nienawidził chrześcijaństwa, napisał „Antychrysta” i wdał się w kazirodztwo ze swoją siostrą. Niektórzy uważają, że miał syfilis, ale wydaje się, że była to po prostu legionizacja. Wielu legionistów w takich przypadkach zrzuca winę na niewinną kiłę”.

Przez wiele lat, gdy marszałek bezpieczeństwa państwowego Rudniew załatwiał swoje osobiste porachunki z diabłem, w jego ponurych rysach rzeczywiście pojawiło się coś wspólnego z Schopenhauerem i Nietzschem – piętno ponurej dumy. Ale teraz nie patrzył już w lustro i traktował swoich byłych idoli z oczywistą wrogością. Teraz wielki, walczący z Bogiem Nietzsche był dla Maksyma po prostu chorym geniuszem, który zapłacił za swój bunt, spędzając ostatnie dziesięć lat życia w szpitalu psychiatrycznym.

A u Schopenhauera Maksym podkreślił następujące wersety, którymi wyraził on swoją opinię o ludziach: «Ciężko by było żyć na świecie, gdyby nie było psów, na których szczere pyski można patrzeć z absolutnym zaufaniem».

Tę opinię najwyraźniej podzielał słynny średniowieczny alchemik, czarodziej i pustelnik, Korneliusz Agryppa, który był tak przywiązany do swojego czarnego psa Monsieura, że jedli z tego samego stołu, a nawet spali w tym samym łóżku. A czarnoksiężnik Maksym Rudniew, żeby się nie nudzić, bawił się ze swoim owczarkiem niemieckim.

Tak czy inaczej, choć Maksym nie szukał teraz w lustrze podobieństw do Schopenhauera i Nietzschego, faktem było, że odkąd związał się z nieczystymi siłami, jego twarz wyraźnie się zniekształciła.

Podczas gdy inkwizytorzy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych popijali herbatkę i filozofowali, Borys zagłębiał się w czarnoksięską bibliotekę Maksyma. W książkach poświęconych naukom satanistycznym często opisywano, że za dawnych dobrych czasów w sabatach czarownic i wiedźminów brały udział zazwyczaj wszelkiego rodzaju demony przebrane za kozy, świnie czy psy.

Oto krótki wycinek z „Prawdy” z lat 30. XX wieku. Na pożółkłej, rozpadającej się kartce papieru z oburzeniem donoszono, że paskudni Brytyjczycy ponownie wtrącili biednego Mahatmę Gandhiego do więzienia. Indyjski święty i przywódca biernego oporu, również i tutaj nie stawiał oporu. Ale kategorycznie żądał tylko jednego – aby w celi umieszczono razem z nim ukochaną kozę, której mlekiem się żywił. A na marginesie notatki znajduje się znak zapytania czerwonym ołówkiem.

Generał-profesor Toptygin spojrzał na to, co czytał Borys i zauważył sceptycznie: „Szczerze mówiąc, w wyzwolonych Indiach należałoby postawić pomniki nie Gandhiemu, ale tej kozie”.

Obok album ze zdjęciami z życia słynnego modernistycznego artysty, Pabla Picassa, zręcznego pędzlarza, który na swoim maziajstwie zarobił miliony. W swojej luksusowej willi, Picasso, milioner i komunista, trzymał także swoją ulubioną kozę, która służyła mu za modelkę. I to stworzenie też żyło nowocześnie: nie w stajni, a w domu artysty.

„To nie jest zwykła koza” – wyjaśnił profesor MSW. – „To tajny agent pułkownika Karpowa”.

Szperając po półkach, Borys natknął się na całą kolekcję wszelkiego rodzaju zakręconych poetów, poetyzujących i poetess, którymi obfitował czas przed rewolucją październikową. Wszystko zaczęło się od symbolistów, którzy zaimportowali swoje sztuczki z Francji. Potem przyszli inni magowie – akmeiści, futuryści, imagiści i cała masa innych „istów”, jak emocjonaliści, prezentiści, luminiści, parnasiści i tak dalej.

Nieopodal na tureckiej sofie siedział kolejny mózgowiec z trustu mózgowców profesora Rudniewa – generał służby medycznej MSW, Bykow, wesoły człowiek, na którego pagonach spokojnie pobłyskiwały wężyki oplecione wokół miski z trucizną. I okazuje się, że oprócz medycyny ten mózgowiec interesował się także poetami. Teraz dołączył do Borysa i pochwalił:

„Tak, wesolutka kompania. Dekadenciki. W tej kolekcji znaleźli się także tak mądrzy ludzie, jak biokosmiści, którzy swój program nazwali «Odrobina bestialstwa». Były też nisze, symbolicznie wywodzące się, jak się wydaje, z tajemniczej Nicości, która jest niszczącą {Ничто, которое ничтожит}. Ci Niczewkowie nazwali swoje czasopismo „Psia Buda”. Podobno na cześć budy dla psów, w której zbiera się bezdomne psy i zabiera je do rzeźni. Dodatek do tego pisma był wzruszająco szczery i zatytułowany krótko i wyraźnie: «Plugawiec» {«Сволочь»}”.

„Z punktu widzenia Socjologii Wyższej są to po prostu anarchiści i nihiliści w literaturze”, – westchnął z żalem doktor Bykow. – „Z tego środowiska wywodzili się także Jesienin i Majakowski. Dlatego popełnili samobójstwo”.

„Dlaczego dokładnie?” – zapytał Borys.

„Cóż, weź Jesienina. Dlaczego musiał poślubić Izydorę Duncan, która była na tyle dorosła, że mogła być jego matką? I ta sama historia z buntownikiem Rousseau: odkopał prawie dwukrotnie starszą od siebie kochankę i bezpośrednio nazwał ją «matką!».”

Tutaj znowu pułkownik psychopatologii, Karpow, zaczął pracować niczym automat informacyjny:

„Kiedy mężczyznę pociąga starsza od niego kobieta, jest to zwykle oznaką kompleksu Edypa, czyli świadomego lub podświadomego pociągu do kazirodztwa z matką. Nazywamy to obscenicznym kompleksem. Stąd właśnie bierze się rosyjskie przekleństwo. Ale ten obsceniczny kompleks jest korzeniem, z którego często wyrasta wiele wtórnych chorób psychicznych. Stąd najwyraźniej bunt Jesienina i alkoholizm. Ucieczka od siebie, ucieczka w nicość. Szkoda, że dobry poeta o dobrej duszy umarł na próżno”.

„No-tak, a teraz musimy zawracać sobie głowę jego synem, Jesieninem-Wołpinem. Od razu widać, czym pachnie”. – Doktor Bykow pociągnął nosem. – „Typowy paranoik. Umieszczamy go w psychuszce, a on wygląda przez okno, widzi tam krowy i od razu wzywa je do buntu, oczywiście w poezji”:

Hej, towarzysze krowy i byki,
do czego doprowadzili was bolszewiki!

Tymczasem instruktor agitpropu przeglądał książkę „Rozpad Atomu”, która należała do pióra emigracyjnego poety Gieorgija Iwanowa, a została napisana prozą i opublikowana w małym wydaniu w Paryżu, prywatnie, jakby dla przyjaciół. Wśród tych przyjaciół był generał Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Bykow.

„Najlepszy poeta białej emigracji” – chwalił generał. – „Gałązki akacji białej pachną…”

Kiedy Borys był jeszcze nastolatkiem, z ciekawości przeglądał książki medyczne ojca, które poruszały prozę życiową i najróżniejsze drażliwe kwestie. Ale nawet w tych wyjątkowych książkach nie było takich bezbożnych rzeczy, jakie poeta Iwanow lubił w prozie artystycznej. Nic dziwnego, że ta książka, granicząca z pornografią, została opublikowana prywatnie.

Trzymając w rękach ten „Rozpad Atomu”, Borys zapytał:

„Co ma z tym wspólnego rozpad atomu, kiedy piszą o molestowaniu dzieci i znęcaniu się nad zwłokami?”

„Symbolika” – odpowiedział generał dywizji – „Oznacza to rozpad atomów w mózgu i chorobę psychiczną. Wśród poetów jest to swego rodzaju choroba zawodowa. Dlatego filozof Demokryt mówi, że człowieka przy zdrowych zmysłach nie uważa za prawdziwego poetę. Nawiasem mówiąc, Jesienin-Wołpin ma wiersze o dziewczynie zabitej w krzakach, które też trącą padliną. A kiedy zabraniamy druku takich rzeczy, krzyczą, że ograniczamy ich «wolność twórczą».”

Borys odłożył „Atomową dezintegrację” na półkę. Nieopodal znajdował się zbiór poetów fuistów zatytułowany „Upłynnienie mózgu”. Weseli fuiści, którzy najwyraźniej wybrali swój pseudonim od słowa „fu” lub „tfu”, sami tym tytułem potwierdzili słowa generała o rozpadzie atomów w mózgu, nazywając to „upłynnieniem mózgu”.

Niektórzy profesorowie 13 Wydziału nosili na naramiennikach odznaki służby technicznej MSW – skrzyżowane toporki, które wywodziły się z wojsk inżynieryjnych i saperów, jednak w tym przypadku bardziej przypominały średniowieczną Inkwizycję. A zwłaszcza jeśli posłucha się tych profesorów, jak mówią o dialektycznym chrześcijaństwie i czule klepią pistolety przy pasie.

Kopiąc w pierwotnych źródłach chrześcijaństwa, przytaczali biblijne przypowieści, że diabeł jest księciem tego świata, że jednym obiecuje władzę, chwałę i bogactwo, a innym smutek i nieszczęście. Na tej podstawie podejrzewali większość wielkich ludzi, którzy osiągnęli władzę, o bycie w zmowie z diabłem. A inni, obywatele i żołnierze, muszą radzić sobie ze smutkiem i nieszczęściami na własny koszt.

Na przykład, Lenin osiągnął władzę i sławę. Ile milionów ludzi zapłaciło za to życiem? Przecież za granicą piszą, że kosztowało to Rosję 50 milionów istnień ludzkich.

Cóż, nie ma wątpliwości, że Lenin zadawał się z diabłem. Weźmy na przykład tych towarzyszy Lenina, którzy po rewolucji uciekli za granicę i których nie wykończono podczas Wielkiej Czystki. Przecież prasa emigracyjna otwarcie pisze, że prawie wszyscy ci rewolucjoniści znaleźli schronienie w tych mistycznych, ezoterycznych tajnych stowarzyszeniach, których członkowie przez jednych nazywani byli humanistami, a przez innych satanistami.

Tutaj, z jakiegoś powodu, zbiorowa prasa emigracyjna zaczynała się jąkać i nie potrafiła wyjaśnić, co to znaczy. Co to za tajne stowarzyszenia? I jakie są tam tajemnice? I co to za humanizm, który kosztował Rosję 50 milionów istnień ludzkich?

Ale trust mózgowców profesora Rudniewa doskonale wiedział, co to jest. I nawet wiedzieli, dlaczego prasa emigracyjna się jąka. Przecież właśnie dlatego podczas Wielkiej Czystki zakneblowano na Sybirze prawie połowę Związku Pisarzy Sowieckich. Ponieważ ci inżynierowie dusz ludzkich nie spełnili swojego obywatelskiego obowiązku i nie ostrzegli swoich współobywateli, w tym mało znaczącego kapitana NKWD Rudniewa, o niebezpieczeństwie ze strony szatana i antychrysta.

Tutaj sowieccy jezuici natychmiast wezwali na pomoc innego dociekliwego Żyda – apostoła egzystencjalizmu, Kierkegaarda, garbatego filozofa, który zapewniał, że w naszych czasach diabeł ukrywa się w farbie drukarskiej. Dlatego wszyscy ci papierowi bazgracze, atramentowe dusze, jąkają się, gdy chodzi o prawdę o towarzyszu szatanie.

Przecież sam najsłynniejszy noblista, Andre Gide, napisał, że bez pomocy diabła nie ma napisanej książki. A wy, wszechwiedzący, tego nie wiecie? Cóż, spójrzcie w lustro! Acha, dlatego się zająknęliście. Nie wszyscy, nie wszyscy, ale jakieś 75% z was.

Przecież poszukiwacz Boga, Bierdiajew, którego niektórzy uważają za największego rosyjskiego filozofa XX wieku, pisał o zjednoczeniu szatana i antychrysta. I w rezultacie – królestwo księcia tego świata. Czyż nie wiecie tego wszystkiego? Cóż, spójrzcie na swoje żony, tatusiów i mamusie! Tak, dlatego się jąkacie. Nie wszyscy, nie wszyscy, ale dobra połowa z tych samych 75%.

A wy, atramentowe dusze, myślicie, że tego nie wiemy? Przecież można to wyliczyć na palcach. A teraz mamy technologię, elektryczne maszyny liczące. I wy wszyscy, kochani, jesteście u nas zarejestrowani: członkowie, kandydaci, towarzysze podróży na tej drodze*, a nawet sympatycy.

Generał profesor Toptygin przechadzał się po pokoju, jego nowiutkie topory lśniły na naramiennikach:

„Ta rzecz zniszczyła piękną Helladę i dumny Rzym. I to samo zniszczyło imperialną Rosję. A my jesteśmy tajną policją państwową nowej, młodej Rosji! I nie będziemy się ceremonić z tą zarazą…”

Po wysłuchaniu takiej Wyższej Socjologii, instruktor agitpropu w końcu nie mógł tego znieść i oświadczył:

„Słuchajcie, towarzysze, z punktu widzenia materializmu historycznego, siłą napędową procesu historycznego nie jest Bóg ani diabeł, ale stosunki klasowe, czyli walka klas”.

„Widzisz, młody człowieku” – powiedział łagodnie generał-doktor Bykow. – „Jeśli po prostu spojrzymy na proces historyczny lub postęp jak na tysiącletni pas transmisyjny, jak na przenośnik taśmowy, to istnieją dwie główne siły, które wprawiają go w ruch. Jedna siła na początku tworzy tę wstęgę. I w końcu inna siła go niszczy. To jest Bóg i diabeł. A cały problem polega na tym, że, aby osiągnąć postęp, ruch mający na celu zrobienie miejsca dla nowego pokolenia lub klas, diabeł postępu nie ma innego wyboru, jak tylko odciąć nie najgorszy młody koniec, ale najlepszy, jednakże taki, który już spędził swój czas czas pod słońcem postępu. I tu właśnie kryje się tragiczna sprzeczność. Dekadencja... Upadek... Gdzie najlepsze zamienia się w najgorsze, w nic. A walka klas jest jedynie szczególnym przejawem tego ogólnego prawa natury ludzkiej”.

Generał skinął głową w stronę miejsca, gdzie na marmurowym gzymsie kominka stała masywna rzeźba z brązu: „Oto jest – ta machina postępu… ”

Był to detal z symbolicznej kompozycji słynnego francuskiego rzeźbiarza Rodina. Nazywała się „Wrota Piekieł” i przedstawiała dwie postacie w dość odkrywczej pozie. Borys pstryknął palcem po brązowym kolanie kobiety:

„Miłość jest wyraźnie francuska. Ale nie widzę tu piekła”.

Generał służby medycznej MSW uważał jednak, że ta frywolna rzeźba ma głębokie znaczenie.

„To jest główna przyczyna większości nieszczęśliwych małżeństw, rozwodów i ułomnych dzieci. Co więcej, ofiary, jeśli same nie są legionistami, nawet nie podejrzewają, że za tymi wrotami kryje się przyczyna tego wszystkiego. Dlatego nazywa się to bramą piekła. Nawiasem mówiąc, wszystkie literackie prototypy wyobcowanych ludzi również wyłaniają się z tych bram”.

„Pozwólcie” – sprzeciwił się instruktor agitpropu. – „Uważa się jednak, że ci wyobcowani ludzie, jak byronowski Childe Harold i lermontowski Pieczorin, byli ofiarami środowiska, czyli warunków społecznych”.

„Zawsze zwalają wszystko na środowisko, od chorej głowy po zdrową” – pułkownik Karpow zaczął pracować jak automat. – „Kto jest winien, że lord Byron od urodzenia był kulawy i miał końską nogę? Czyja wina, że zdradził żonę z siostrą Augustą? Czy to wina środowiska? Poza tym, nadal marzył o chłopcach. Dlatego wszędzie czuł się nie na miejscu – jak jego dumny Childe Harold. Dlatego Byron wdał się w walkę Greków z Turkami i tam zginął. Kompleks samozniszczenia”.

„Ażeby zrozumieć lermontowskiego Pieczorina, trzeba wiedzieć, że dziadek Lermontowa w przypływie szaleństwa popełnił samobójstwo. A Lermontow lubił byronizm, ponieważ sam także zakochiwał się w swoich krewniaczkach. Po prostu pokrewne dusze. A jego pojedynek? Przecież było to zamaskowane samobójstwo. Dlatego napisał swojego „Demona” i „Anioła śmierci”. I weźmy też Wrubla: fascynował się ilustracjami i dekoracjami do „Demona” – i skończył w żółtym domu”.

„Och, gdyby tylko Lermontow żył w naszych czasach” – westchnął z żalem generał-arcybiskup Pitirim. – „Przydzielilibyśmy mu dwóch naszych archaniołów, aby chronili go przed nim samym. Wtedy podsunęlibyśmy mu odpowiednią kobietę. I wszystko byłoby w porządku – jak u Jewtuszenki”.

Nad frywolnymi „Wrotami Piekieł” wisiała stary rycina Goyi o intrygującym tytule ”Uwierzycie w to czy nie?”, przedstawiająca dwie stare czarownice, które albo walczyły, albo obejmowały się namiętnie.

„A co z Goyą?” – zapytał Borys. – „Przecież on też był uważany za artystę postępowego”.

„O tak, na początku rysował normalnie, a potem zaczął robić postępy” – zgodził się dr Karpow. – „Przyciągały go walki byków, złe duchy i zaczął rozkoszować się okropnościami wojny. W treści – bolesny, nagi naturyzm, w formie – wczesny modernizm. Typowe postępujące upłynnienie mózgu”.

Oczywiście w takich warunkach instruktorowi agitpropu trudno było polemizować z trustem mózgowców profesora Rudniewa. Ci jezuici patrzyli na całą historię cywilizacji przez jakiś szczególny pryzmat, który nazywali chrześcijaństwem dialektycznym i wyższą socjologią. Dla nich był to magiczny kryształ, w którym o dziełach ludzkiej twórczości decydowała analiza życia osobistego jego twórcy, a zwłaszcza mrocznych, tajemniczych i mało znanych szczegółów życia, o których zwykle się nie mówi.

W tej ciemności radziecka inkwizycja polowała na tajemniczego diabła, który stoi na straży postępu cywilizacji i pilnuje, aby cywilizacja ta nie dreptała w miejscu.

Borys spojrzał na to wszystko i pomyślał:

„Gdyby tylko pili wódkę. Wtedy możemy powiedzieć, że są po prostu pijani. Ale nie, oni sobie herbatkę popijają... I czule głaszczą swoje pistolety. Jesteśmy, mówią, tajną policją nowej Rosji. A Maksym bawi się ze swoim kotem i chichocze: «To jest mój Niewierzący Tomasz»… Tfu!”

A jednocześnie... Zarazem na ramionach tych obskurantystów {мракобесов} milcząco pobłyskiwały generalskie gwiazdy, których nie dostaje się za darmo. A na zielonych uniformach, choć wojna już dawno się skończyła, cicho podzwaniały świeże ordery, których też nie dostaje się za darmo.



Następny rozdział
Powrót do spisu treści