Grigorij Klimow «Książę tego świata»

Rozdział 11. Cena nieśmiertelności

Jestem głęboko przekonany, że światem rządzą zupełnie szaleni ludzie.

Z pamiętnika Lwa Tołstoja

Po całej Moskwie rozchodziły się niepokojące pogłoski. Zaczęło się 13 stycznia 1953 r., kiedy w moskiewskich gazetach ukazał się oficjalny raport o aresztowaniu kremlowskich lekarzy, oskarżonych o przygotowywanie spisku, mającego na celu otrucie przywódców partii i rządu. A ponieważ podobna niesamowita historia z lekarzami – trucicielami miała miejsce podczas Wielkiej Czystki w latach 30-tych, natychmiast zaczęto mówić, że Stalin przygotowuje drugą Wielką Czystkę i że w najbliższej przyszłości rozpoczną się masowe aresztowania na szczycie Kremla.

Ponieważ większość aresztowanych lekarzy okazała się Żydami, rozeszły się pogłoski, że nie stało się to oczywiście bez powodu. Niektórzy mówili, że Stalin zamierza zesłać wszystkich Żydów na Syberię, do autonomicznego regionu żydowskiego, do Birobidżanu. Inni mówili, że Stalin zezłościł się na biednych Żydów z powodu własnych dzieci, Jaszy, Wasi i Swietłany, które, jeśli chodzi o małżeństwa, z jakiegoś powodu nieodparcie ciągnęło do Żydów. Cóż, Stalin podejrzewał, że stoi za tym jakiś syjonistyczny spisek.

W Święto Armii Radzieckiej, 23 lutego, na Placu Czerwonym, jak zawsze, odbyła się wielka defilada wojskowa, na której w Moskwie zebrały się najlepsze jednostki Moskiewskiego Okręgu Wojskowego. Zwykle zaraz po paradzie te gwardyjskie jednostki wracały do siebie. Ale tym razem, z jakiegoś powodu pozostały w Moskwie i zajęły się czymś w rodzaju manewrów. W tym samym czasie, oprócz, lub jako przeciwwaga dla tych armijnych dywizji, nie wiadomo skąd, pojawiło się w stolicy kilka dywizji specjalnego przeznaczenia żołnierzy MSW. Czerwone i zielone naszywki manewrowały po Moskwie, jak podczas zabawy w kotka i myszkę.

I znowu się mówiło, że to wszystko wygląda bardzo dziwnie.

Pewnego ranka, na początku marca, w radio nagle ogłoszono, że wielki przywódca i nauczyciel partii i rządu, ukochany przyjaciel i ojciec narodu radzieckiego, generalissimus Józef Wissarionowicz Stalin... Tutaj głos spikera urwał się, jakby nie był w stanie powiedzieć tego, co uważano za całkowicie niemożliwe.

Ogólnie rzecz ujmując, nieśmiertelny Stalin umarł. W wyniku jakiejś skomplikowanej choroby, co, jak zwykle, potwierdziło wielu kremlowskich lekarzy. A teraz rozeszły się pogłoski, że Stalin zmarł trzy dni temu, ale ukrywano to w obawie przed niepokojami. Pamiętając aresztowanych lekarzy-trucicieli i spodziewaną czystkę, ludzie myśleli, że Stalin zmarł w bardzo odpowiednim czasie i wyglądało na to, że myszy zjadły kota.

Mała piwiarnia na placu Nogina była pełna ludzi. Hydraulik w gumowych butach, zataczając się, objął za ramiona swojego przyjaciela w ocieplanej kurtce:

„Dzisiaj w przerwie obiadowej obaliłem ćwiartkę. Zaraz po zebraniu żałobnym. Myślę, że mimo wszystko powinniśmy zorganizować stypę. Jak po rodzonym ojcu”.

„A ja od rana jestem nawalony” – mruknęła watowana kurtka. – „Usłyszałem to w radiu i od razu pobiegłem po pół litra”.

Zaprzyjaźniona grupa robotników budowlanych, już dość pijanych, siedziała przy stoliku pod oknem. Jeden z nich, z długim nosem i łzawiącymi oczami, zakładając na tył głowy podartą futrzaną czapkę, opowiadał z zapałem:

„Wygląda więc na to, że... Stalin, będąc przebiegłym człowiekiem, przed śmiercią postanowił sprawdzić, jak wygląda życie w piekle, a jak w niebie. Znaczy to, żeby później nie pomylić się z adresem. No cóż, wsiadł do samochodu i jako pierwszy pojechał do piekła. Sam Belzebub wyskakuje z bram piekielnych, kłania się mordą aż do samej ziemi, pisze ogonem gwiazdy i pozdrawia: „Życzymy wam zdrowia, towarzyszu Stalin, nasz drogi Józefie Wissarionowiczu!” Stalin mu odpowiada: „Witaj, towarzyszu diable! No to pokaż mi swój kołchoz”. – Nosaty głośno pociągnął nosem. – A w piekle jest dwoje drzwi. Jedne w lewo, drugie w prawo. Diabeł zatem natychmiast eskortuje Józefa Wissarionowicza, naszego kochanego ojca, przez drzwi po lewej stronie. Dzieje się tak oczywiście dlatego, że Stalin robił wszystko od lewej strony. Wchodzi – i co tam widzi?! Na jednej ze ścian wisi plakat: „Witajcie w piekle!” Na innej ścianie wisi hasło: „Pod przywództwem genialnego Stalina przekroczymy o trzysta procent wszystkie nasze czortowskie plany!” Na trzeciej ścianie jest jeszcze gorzej: „Niech żyje mądry przywódca i nauczyciel wszystkich diabłów, towarzysz Stalin!” Cóż, Józefowi Wissarionowiczowi, oczywiście, bardzo podobało się to czortowskie żartowanie. Aż go wątroba załaskotała”.

Słuchacze zaśmiali się z aprobatą. Narrator zwilżył gardło piwem i mówił dalej:

„No, tak, a na środku jest zastawiony stół. A na tym stole stoi jego ulubione kachetyjskie wino, prosto z beczki. A przy stole siedzą wszyscy jego starzy przyjaciele – kaukaskie kinto, złodzieje i bandyterka. Wszyscy są pijani, obmacują chłopców i śpiewają piosenki na całe gardło. A obok piecze się baranek, gruby, młody, palce lizać. I gra orkiestra małych diabłów „Suliko”. I Stalinowi tak podobało się to piekło, że spóźnił się nawet do pracy w Biurze Politycznym.

Cóż, więc dla porządku Stalin wsiadł do samolotu i poleciał do raju. I absolutnie mu się tam nie podobało. Siedzi tam cała masa emigrantów, którzy przed nim pouciekali. I zamiast „Suliko” ciągną tylko „Alliłuja”. I to przypomniało mu o jego żonie Alliłujewej, którą zabił. I widzi, że tutaj mogą mu nawet mordę obić. Patrzył, patrzył i cicho zniknął, zanim ktokolwiek zauważył. I był tym tak rozstrojony, że dla podtrzymania swojego autorytetu, pobił pilota Wańkę”.

Nosaty podrapał plecy i upił łyk piwa, wyglądając, jakby sam odprowadzał Stalina do raju.

„No cóż, okazuje się, że gdy tylko Józef Wissarionowicz, nasz kochany ojciec, zmarł, od razu hop na osła. Dzieje się tak dlatego, że nie przysługuje mu już samochód. I oczywiście jest nagi, ponieważ w tamtym świecie nie potrzeba żadnych ubrań. Spieszy się i osła kopie piętami. Ale osioł oczywiście nie jest człowiekiem i wlecze się spokojniutko. Towarzysz Stalin podjeżdża do bram piekła, uderza pięścią – otwórz, jak mówią, dla gościa honorowego! Wyskakuje diabeł na służbie – ale teraz w mundurze MSW. I już nie macha ogonem, ani nawet się nie wita. Natychmiast chwyta Józika za kark i popycha go. Ale teraz to już nie przez drzwi po lewej stronie, ale przez drzwi po prawej”.

Narrator zrobił pauzę, sięgnął do kieszeni po woreczek z tytoniem, oderwał kawałek gazety i zwinął papierosa.

„No i co wtedy?”

„No cóż, biedny Józik wpadł do samego piekła. Tam on, sługa Boży, zgodnie z oczekiwaniami, zostaje natychmiast wzięty na widły i na początek do kotła ze smołą. To dla dezynfekcji. Gotowali go tam jak jajeczko, minut pięć. A potem zaczepiają go chochlą i sadzają grzesznym tyłkiem na gorącą patelenkę. A w pobliżu Trocki się piecze. Józik wrzeszczy i broni się: „Och! „To mała pomyłka!”. Trocki pyta: „Co tak się wydzierasz?” Stalin do niego: „Trzeba mnie na lewo, a oni mnie na prawo!” A Trocki uśmiecha się: „Na lewo – to jest ich punkt propagandowy, czerwony zakątek. Oni, sukinsyny, {сволочи} nauczyli się tego od sowieckiej władzy”.

Nieopodal ponury wujek w kaloszach na bosych stopach w skupieniu bełtał piwem w kuflu i warczał:

„Nie piwo, tylko woda. W zwykłe dni wlewają wiadro wody do beczki piwa. A dzisiaj, z okazji święta, najwyraźniej wpieprzyli dwa”.

„Wszędzie jest oszustwo, bracie” – pocieszał go dobrodusznie przypadkowy sąsiad, wesoły nieudacznik, który wyglądał jak Charlie Chaplin.

„Czy wiesz, dlaczego piwo jest takie ciepłe?” – kontynuował ponury. – „To oni podgrzewają wszystko na prymusie na zapleczu. Aby było więcej piany. A potem sprzedają ci tę piankę”.

„Więc całe nasze życie jest pianą” – wesoły przegrany potrząsnął głową.

Ponury wuj zakończył ponuro:

„W dzisiejszych czasach tylko oszuści żyją dobrze. Niedawno aresztowano jednego kierownika piwiarni. Czy wiesz, ile pieniędzy znaleziono pod jego materacem? Pół miliona! Zarobił pieniądze na piance. Ale ten cymbał nie potrafił tego ukryć. Teraz siedzi w kryminale”.

„Więzienie jest jak uniwersytet” – powiedział radośnie przegrany. – „Spędziłem na tej uczelni pięć lat”.

„I za co?”

„Za analfabetyzm polityczny. Śledczy powiedział mi: «Idź, głupcze, nabierz trochę rozsądku do rozumu».”

„A za co dokładnie?”

„Za obrzynek”.

„Ach, jak byłem w partyzantce, to też strzelałem z obciętej strzelby...”

„Nie, to nie o taki obrzynek chodzi. Widzisz, urodziłem się z taką małą wadą. Końcóweczka nie otwiera się”.

„Jaka końcóweczka?”

„No właśnie, ta najważniejsza! A kiedy przyszedł czas na żeniaczkę, zacząłem się martwić: jak mogę się ożenić, jeśli pan młody nie pracuje. Poszedłem do lekarza. A on mówi: «To nic takiego. Tylko stulejka, czyli nie otwiera się. My to teraz…» Zanim zdążyłem się obejrzeć, jak on czik – czirik i obrzezał mnie”.

„E-e-e” – powiedział ponury – „oto dlaczego wszyscy oni są obrzezani…”

„A po tej operacji byłem tak szczęśliwy że teraz mogę się ożenić, że chodzę po okolicy, pokazuję wszystkim moją obciętą strzelbę i mówię: «Och, spójrzcie, początek życia! Jak zupełnie nowa legitymacja partyjna!» – Wesoły przegrany westchnął ciężko: – „A potem zabrali mnie do NKWD. A śledczy, towarzysz Katzenelson, mówi do mnie: «No cóż, obywatelu Kuzniecow, pokaż mi swoją legitymację partyjną». I od razu daje mi 5 lat za antysemityzm. Daje do zrozumienia, że po rewolucji obcięta strzelba była jak wizytówka partii. A ja powiedziałem mu: «Przepraszam, jaki ze mnie antysemita, skoro sam jestem Żydem? Tyle, że po rewolucji moi rodzice zmienili nazwisko z Goldszmidt na Kuzniecow. I nie obrzezali mnie na czas z powodu tej rewolucji». „Och, to tak” – mówi towarzysz Katzenelson – «więc nadal agitujesz przeciwko rewolucji?! Wybierz: 10 lat za kontrrewolucję lub 5 lat za antysemityzm.» – „Myślałem, myślałem i wybrałem antysemityzm. A potem mój śledczy, towarzysz Katzenelson, znalazł się w tym samym łagrze. Dostał 15 lat nie za syjonizm, nie za semityzm. A naczelnik obozu dzwoni do mnie i jako znawca antysemityzmu pyta: «Słuchaj, skoro tu teraz siedzicie, to powiedzcie mi, jaka jest różnica między semityzmem a antysemityzmem?» – A ja odpowiadam: – «Więc sami widzicie: za jedno dają 5 lat, a za drugie 15 lat».”

Po drugiej stronie stołu siedziała grupa ludzi udających inteligencję, co jednak nie przeszkadzało im w przeklinaniu jak bandyci. Pili jersza, czyli piwo zmieszane z wódką. Inteligent w okularach i zatłuszczonym filcowym kapeluszu, który w moskiewskiej knajpie jest wyzywającym objawem inteligencji, opowiadał o wzniosłych sprawach:

„Kiedyś towarzysz Lenin napisał, że jak będziemy budować komunizm, to pieniądze nie będą potrzebne. Bo wszyscy pójdą do otwartego sklepu i wszystko wezmą za darmo. A złoto stanie się jak śmieci. Potem zbiorą zewsząd całe złoto i na potrzeby ludzi pracy z tego złota zbudują toaletę publiczną na Placu Czerwonym. I takiej wielkości, żeby ta złota toaleta odpowiadała wielkości naszej komunistycznej epoki – dla tysiąca osób na raz”.

„Czy Lenin naprawdę to napisał?” – zwątpił drugi intelektualista, ubrany w płaszcz z kołnierzem z psiego futra.

„Fakt!” – powiedział kapelusz, – „Dopiero później Stalin to przekreślił”.

„To bandzior” – oznajmiła obroża psa. – „Pożałował złota”.

„Co więcej, Leninowi zdecydowanie zależało na tym, aby ta złota toaleta była najbardziej kulturalna na świecie” – rozwinął swój pomysł intelektualista w kapeluszu. – „Żeby w tej toalecie robotnicy nie spieszyli się jak w kapitalizmie, ale kulturalnie odpoczęli. Aby jednocześnie obejrzeć film lub posłuchać muzyki”.

„Co za pieprzona łaska, job twoju mać!” – podziwiał trzeci intelektualista, z krawatem przywiązanym do starego żołnierskiego munduru.

Czwarty towarzysz, bez kapelusza, bez okularów i bez krawata, sądząc po wszystkim – półinteligent, realistycznie zauważył: – „Do takiej toalety byłaby dłuższa kolejka niż do Mauzoleum Lenina”.

„I wpuszczaliby tylko za okazaniem legitymacji partyjnej” – dodała z żalem obroża psa.

Człowiek w kapeluszu zmarszczył brwi i zmienił ton.

„Często wspominałem sobie tę złotą toaletę” – powiedział głucho – „Kiedyś wierzyłem w złotą toaletę Lenina i nawet zapisałem się do partii. A potem, podczas głodu w 1933 roku, ludzie zaczęli zdejmować złote obrączki i przekazywać je do Torgsinu*¹, {и сдавать в Торгсин} aby ratować swoje dzieci przed śmiercią głodową. A na zebraniu komórki partyjnej zabrałem głos i zadałem pytanie: «A co z tą złotą toaletą, którą obiecał Lenin?» I potem zamiast do złotej latryny Lenina trafiłem do koncłagru Stalina. Dziesięć lat odbębniłem. Zapracowałem na gruźlicę. {Чахотку заработал}.”

„Spokojnie, ja też siedziałem” – powiedziała obroża psa – „za kradzież mienia socjalistycznego”.

„Co ukradłeś?”

„Wszędzie mówią, że fabryki należą teraz do robotników. Cóż, wziąłem garść gwoździ z mojej fabryki, aby naprawić ogrodzenie. I dostałem za to 8 lat. A w łagrze za każdy z tych gwoździ płaciłem zębami – wypadły przez szkorbut”.

„Kto nie był w więzieniu, nie jest człowiekiem” – głosił autorytatywnie krawat. – „Patrzę na takich ludzi z nieufnością”.

„A ty sam to za co siedziałeś?”

„Za dialektykę. Byłem przewodniczącym kołchozu. Byki nie zrealizowały planu potomstwa. A że byków nie można wsadzić do więzienia, to zgodnie z dialektyką mnie wsadzili. Dlaczego, mówią, sam nie pomogłeś bykom? – I dali mi 5 lat za sabotaż”.

„A mnie dali tylko pół roczku” – przyznał z pewnym zażenowaniem półintelektualista w czapce. – „Żeby nie spóźniać się do pracy”.

„Koncłagier to szkoła komunizmu” – powiedział pouczająco kapelusznik, dolewając wódki do piwa. – „Przecież siedziała tam ze mną cała gwardia leninowska, mózgi rewolucji, orły. No cóż, pamiętali tam o swoim towarzyszu Leninie. Na przykład towarzysz Lenin nauczał, że lepiej zabić stu niewinnych, niż pominąć jednego winnego. Gwardziści Lenina pamiętają te złote leninowskie słowa i patrzą na siebie: a któryż z nich jest za to wszystko winien?”

„Czy Lenin naprawdę to powiedział?”

„Dokładnie. Na posiedzeniu CzeKa 14 stycznia 1918 roku. I wtedy towarzysz Lenin też napisał, że jeśli dla sprawy komunizmu trzeba zniszczyć 9/10 całego narodu, czyli takie śmiecie jak ty i ja – oni, czyli bolszewicy, nie powinni się nawet przez minutę zastanawiać. Jeśli mi nie wierzycie, to spójrzcie na „Dzieła Zebrane” towarzysza Lenina, tom 11, s. 702”.

„Naprawdę nauczyłeś się tam leninizmu na pamięć” – zdziwiła się obroża psa.

„Wtedy towarzysz Lenin również powiedział, że na Rosję to on może uroczyście napluć”.

„Och, gdyby teraz wypalił coś takiego” – powiedział krawat – „skończyłby w więzieniu jako pozbawiony korzeni kosmopolita: 10 lat z przytupem”.

„Wtedy towarzysz Lenin narzekał, że w Rosji jest niewielu mądrych ludzi. A jeśli są ludzie mądrzy, to prawie zawsze jest to Żyd lub osoba z domieszką żydowskiej krwi. Spójrz na wspomnienia Gorkiego o Leninie, wyd. 24, str. 20-23. No tak, i rozglądam się: wszyscy ci leninowscy mądrale siedzą wokół mnie w koncłagrze. Pracowałem przy wycince drzew i z jakiegoś powodu wszyscy ci mądrale zostali zarejestrowani jako murarze i wysłani do pracy w cegielniach. Zamiast przebudowywać świat, targają biedacy cegły na własnych garbach”.

„A kryminalistów mianowano na brygadzistów dla politycznych. Pamiętam, że był tam taki jeden bandyta, Fiedźka Kosoj, prawdziwy artysta zamęczania. Złapie jakiegoś leninowskiego orła i przesłuchuje: «Hej, kontrik, zgadnij, które mam szklane oko – prawe czy lewe? No właśnie, dlaczego milczysz? Głupcze, spójrz, tam gdzie mam ludzkie spojrzenie, tam jest i oko szklane!» I kijem dębowym po plecach szach-szarach!” – Narrator wzruszył chłodno ramionami, jakby wspominając syberyjskie mrozy. – „A Fiedźka Kosoj szczególnie dręczył naszych murarzy”: – «Hej, kontriki, to wy i towarzysz Lenin bawiliście się czerwonymi gwiazdami. Powiedzcie mi, czym jest błękitna gwiazda? Jestem uczciwym bandziorem, ale w trakcie śledztwa przydzielono mi kolejną brudną sprawę polityczną – „Błękitną Gwiazdę”. I dali mi dziesięć lat za bandytyzm i dziesięć lat za „Błękitną Gwiazdę”. A ja nawet nie wiem, co to za diabelska „Błękitna Gwiazda”. I dlatego uraz siedzi we wszystkich moich wnętrznościach, w wątrobie i śledzionie. Chcę tylko płakać!» – I znowu dębinką po kręgosłupie szach-szarach!. Murarze noszą cegły i milczą. A Fiedźka Kosoj wścieka się: – «Wow, kontriki! Tutaj bełkoczą, że niektórzy z was są więzieni za tę „Błękitną Gwiazdę”. A więc wy, obserwatorzy gwiazd, przynajmniej wiecie, za co siedzicie. A ja tu siedzę, winny bez winy. Powiedzcie mi, czym jest ta «Błękitna Gwiazda»? Co, połknęliście języki?» – I znowu dębinką szach-szarach”.

Sabotażysta, który nie pomógł bykom w realizacji planu hodowlanego, przyniósł nowy kufel piwa i powiedział:

„Po rewolucji Gorki w pismach nazwał Lenina i jego otoczenie bandą szaleńców. A kiedy ja siedziałem na Kołymie, tych leninistów było tam mnóstwo. Wszyscy tacy zgnili intelektualiści: albo krzywi, albo kulawi, albo garbaci, albo im usta drgają. A ilu z nich oszalało, widzieliśmy na własne oczy. Nie na papierze, ale w rzeczywistości. No cóż, niektórzy mówili, że to przez koncłagier – nie mieli jaj i nie wytrzymywali. A inni mówili, że ich mózgi już wcześniej były zarobaczone, popękane. A kiedy życie takiego człowieka zostanie doszczętnie zrujnowane, jak w koncłagrze, wówczas z tych pęknięć powstaje całkowity rozłam i szaleństwo. Po prostu zabierano ich do lasu i rozstrzeliwano, jak wściekłe psy”.

Do rozmowy włączył się ponury wujek w kaloszach na bosych nogach i powiedział ponuro:

„Mówili przecież, że Lenin był syfilitykiem. A teraz mówią, że Hitler też był syfilitykiem. Dziwne tylko, że ci syfilitycy wspinają się tak wysoko”.

Wesoły nieudacznik, który wyglądał jak Charlie Chaplin, sprzeciwił się mu:

„A inni mówią, że Lenin był ćwierć Żydem. I mówią też, że Hitler też był ćwierć Żydem”.

„Skąd to wiesz?” – wątpiła obroża psa.

„No cóż, przez 5 lat pracowałem jako specjalista do spraw antysemityzmu” – Charlie Chaplin wzruszył ramionami. – „No cóż, każdy przychodzi do mnie jako do specjalisty i przekazuje najświeższe informacje. To jest całkowicie pewne w przypadku Lenina: jego dziadkiem ze strony matki był sanitariusz Aleksander Blank, wychrzczony – Żyd z Odessy. Kiedy Lenin zachorował, lekarze nie byli w stanie określić, jaki to był rodzaj choroby. Jakiś rodzaj porażenia mózgowego, który jest dziedziczny. Potem zaczęli szperać w jego przodkach i odkopali tego żydowskiego dziadka. Ale to tajemnica państwowa”.

„Tak, dlatego Lenin wychwalał mądrych ludzi z żydowską krwią” – powiedział były właściciel sowieckich fabryk. – „To on, znaczy, że sam siebie wychwalał. No a co z Hitlerem?”

„Mówią, że to samo…”

„Mówią, że doją kurczaki” – Człowiek w kapeluszu zsunął kapelusz na tył głowy. – „W łagrach słyszałem wiele rzeczy. Jeden z trockistów przysięgał mi, że podczas Wielkiej Czystki, w NKWD istniał jakiś ściśle tajny 13-ty wydział. Tak tajny, że nawet w samym NKWD nikt o nim nie wiedział. Przecież potem w samym NKWD rozstrzelano prawie wszystkich. A więc to była robota tego 13-tego wydziału, który niby nie istnieje”.

„A inny trockista zaklinał się, że w tym 13 wydziale wszyscy strażnicy byli głusi i niemi. I że na przesłuchania zabierano tam nago. Wyobraźcie sobie, że prowadzą nago korytarzem Zinowjewa, Bucharina czy Rykowa, mózgi rewolucji. Zawiązują linę na końcu i prowadzą. A ty siedzisz nago przed śledczym, jak przed lekarzem. A śledczy byli jak lekarze, w białych fartuchach. A ten badacz ogląda cię golutkiego: jakbyś miał na ciele jakieś specjalne znaki. A przede wszystkim patrzy na kocówkę…”.

„Jak na legitymację członkowską partii” – wtrącił Charlie Chaplin. – „To jasne. Zwłaszcza wśród trockistów”.

Między stołami przechadzał się podchmielony żebrak i, podgrywając sobie na akordeonie, zaśpiewał koncłagierną pieśń:

Towarzyszu Sta-alin, jesteś wielkim uczo-onym,
Dużo o wszystkich nau-ukach wiesz.
A ja jestem tylko sowieckim zaklu-uczonym,
Sza-ary wilk z Briańska to mój towarzysz.

Człowiek w kapeluszu, który kiedyś marzył o złotej komunistycznej toalecie, teraz podsumował to tak: – „Tak, aby obiecać ludziom złotą toaletę, a potem powiedzieć, że dziewięciu na dziesięciu z tych ludzi można rozstrzelać, trzeba naprawdę być psycholem. I oto rezultaty widzimy więc – na własnej skórze…”.

A pijaniutki żebrak zaśpiewał:

To deszcz, to śnie-eg, to meszki nad na-ami,
A my w tajdze od ra-ana do ra-ana.
Wy tam od iskry rozpalili o-o-ogień,
Dziękuję wa-am bardzo, ogrzeje mnie pło-omień.

Były właściciel sowieckich fabryk, które obiecał Lenin, ciężko zakaszlał i powiedział ochryple:

„Mówią, że teraz Stalin zostanie złożony obok Lenina w Mauzoleum. Gdyby na świecie była sprawiedliwość, Stalina należałoby wrzucić do tej złotej toalety, którą obiecał Lenin. Aby każdy mógł dać mu to, na co zasługuje. «Jakie relikwie taki i olej».** – To byłaby dialektyka”.

„Tak, to niezły pomysł” – zgodził się chudy mężczyzna o zmęczonej twarzy i znoszonej żołnierskiej watowanej kurtce, który wcześniej siedział w milczeniu nad kuflem piwa. Spod watowanej kurtki wystawały odznaki inwalidy na bluzie starego żołnierza.

Pijaniutki żebrak krążący między stołami zdjął kapelusz i zaczął zbierać datki. Zatrzymał się obok inwalidy o zmęczonej twarzy i ze swobodą zwykłego człowieka dotknął go w ramię:

„Dlaczego jesteś, biedaku, przygnębiony, jakbyś naprawdę stracił własnego ojca? Siedzisz tak pogrążony w żałobie, jak sierota z Kazania. Pozwól, że zaśpiewam ci coś zabawnego. Aby Twoje serce poczuło się lepiej. No to zamawiaj...”

Mężczyzna w kapeluszu ponuro naciągnął kapelusz na czoło i w zamyśleniu, niczym niespełniony sen o złotej toalecie, rozsmarował palcem rozlane na stole piwo. Pijany harmonista, otrzymawszy rozkaz, rozciągnął swoją harmoszkę i zaśpiewał ochrypłym głosem:

Zakocha-ałem się całą duszą w dziewczy-ynie,
Jestem gotów odda-ać za nią życie…

Półintelektualista w czapce położył głowę na mokrym stole i spał spokojnie. Charlie Chaplin potrząsał głową w rytm piosenki i jakoś-tak uśmiechał się smutno.

Udeko-oruję swój jasny pokój turku-usem,
Postawię zło-ote łóżko…

Sabotażysta, który siedział w koncłagrze zamiast byków, dosypywał soli do piwa i uważnie obserwował unoszące się do góry bąbelki. Z głośnika nad kontuarem dobiegały fragmenty przemówień pogrzebowych.

Udeko-oruję ją jakby malowaną
I odda-am wszystko za miło-o-ość…

Ponury wujek w kaloszach i bosych stopach przerzucił się z piwa na wódkę. Wyciągnął z kieszeni pół butelki i pociągał ją prosto z szyjki. A akordeonista ochrypłym głosem śpiewał starą piosenkę o oszukanej miłości:

Ale jeśli w serce zwątpie-e-enie wkradnie się,
Że krasawica niewie-e-erna mi jest…

W dusznym powietrzu piwiarni unosił się zapach mokrych filcowych butów i roztopionego śniegu, dymu tytoniowego i pijackiego humoru. Akordeonista rozciągnął swoją harmoszkę do granic możliwości:

Cały świat przed ka-arą za-a-adrży!
I sam szata-an się przera-a-azi!

Marzyciel w kapeluszu przeciągnął się i ziewnął. Inwalida o zmęczonej twarzy w milczeniu podał akordeoniście piwo, założył starą czapkę-uszankę, wstał od stołu ze stęknięciem i poszedł do wyjścia.

* * *

Choć był marzec, na moskiewskich ulicach wciąż panował zimowy chłód. Z dachów i okapów zwisały groźnie ciężkie sople lodu. Woźni leniwie usuwali z chodników brudny lód i śmieci, które nagromadziły się pod śniegiem przez zimę. Pierwsze, które poczuły nadejście wiosny, były lekkomyślne wróble. Przechadzały się po dachach i argumentowały, jak delegaci przy ONZ, rozwiązując problemy światowe, na które nie mieli wpływu.

Podczas gdy wróble na dachach rozwiązywały swoje wróblowe problemy, pod jednym z tych dachów, w oddziale kremlowskiego szpitala, znajdowała się duża emaliowana wanna, w której zwykle kąpali się chorzy, a pielęgniarki prały razem pończochy. Teraz, z braku innego odpowiedniego naczynia, wannę tę napełniono roztworem formaldehydu.

W roztworze tym na zabalsamowanie czekają samotnie nagie zwłoki starca o żółtej, pomarszczonej skórze. Nikt nie zamknął mu powiek i martwe oczy trupa wpatrywały się martwym wzrokiem w sufit. Z jego ust wystawały krzywe i zgniłe zęby, obnażone w ferworze śmierci, jakby ten człowiek bał się iść do dentysty. Aby zapobiec wypłynięciu ciała na powierzchnię, do szyi i nóg przywiązano kostkę brukową w celu zwiększenia ciężaru. Moskwiczanie używają zwykle tych kamieni brukowych do beczek z kiszoną kapustą.

Właściwie nie były to zwłoki prawdziwe, lecz szczątki zwłok przygotowane do zabalsamowania. Otwarta klatka piersiowa i wypatroszony brzuch przypominały trochę obdartą ze skóry owcę wiszącą na hakach w sklepach mięsnych. Balsamowanie wymaga wypełnienia żył formaldehydem. Ażeby to zrobić, trzeba spuścić całą krew ze zwłok, jak w koszernej rzeźni. Dlatego całe ciało starca zostało obrobione w sposób koszerny i nosiło grube ślady noża anatomicznego.

Słoiki zawierające wypreparowane części ciała starannie ułożono na stole sekcyjnym. W jednym z tych słoików pływał w formaldehydzie martwy mózg, który niedawno rządził połową świata. A w innym słoiku wisiało coś bardziej bezkształtnego. Kiedy pielęgniarki i pomocnicy przechodzili obok, z ciekawością spoglądali na ten słoik, po czym odwracali się i chichotali.

Nieopodal stał i uważnie przyglądał się wynikom swojej pracy generał-major służby medycznej, jeszcze stosunkowo młody mężczyzna w okularach w rogowych oprawkach i białym fartuchu, spod którego wystawał mundur MSW. Gdy na stoliku obok zadzwonił telefon, zdjął zakrwawione gumowe rękawiczki i podszedł do aparatu:

„Witam... Doktor Bykow, słucham”.

„No cóż, Iwanie Wasiliczu, jak się masz?”

„Tak, właśnie skończyłem sekcję zwłok”.

„Na wszelki wypadek chcę sprawdzić, żeby niczego nie przeoczyć. Przy zwłokach Lenina lekarze wozili się tak długo, aż zaczęły śmierdzieć. A co z gruczołami dokrewnymi?”

„Wszystkie sekrety wypreparowane”.

„Cała ósemka?”

„Tak”.

„Co wykazuje badanie wstępne?”

„Jak można było się spodziewać. Bardzo charakterystyczna hipertrofia jednych i typowy niedorozwój drugich”.

„Dobrze, natychmiast wyślij wszystkie te sekrety do naszego laboratorium w celu ostatecznej analizy. A jak tam jego lewa ręka?”

„Wrodzona kacheksja. Typowa sucha ręka”.

„Czy jesteś przekonany, że nie jest to wynik urazu w dzieciństwie?

„Wszyscy tak mówią, żeby się zamaskować. Ale to jest od urodzenia. Ponadto lewe ramię kompletnie się nie zgina”.

„Tak, z tego powodu został odrzucony od służby wojskowej w czasie I wojny światowej. A Wilhelm II, który rozpoczął tę wojnę, też był suchoręki. Och-och-och, ci suchoręcy sami wojować nie mogą, ale rozpoczynać wojny – to bardzo chętnie mogą. A co z jego palcami u stóp?”

„Ma dwa zrośnięte palce. Jest praktycznie czteropalczasty”.

„Tak, zostało to już odnotowane w protokołach żandarmerii. Jaka jest Twoja ogólna opinia?”

„Tak, wszystko jasne. Mnie interesuje jeszcze coś innego... Pierwsze dziecko jego matki zmarło w niemowlęctwie. I drugie dziecko też. I trzecie też. Praktycznie trójka martwych dzieci. A on jest czwartym i jedynym, który przeżył. I ta kombinacja jest dość podejrzana. Ojciec jest alkoholikiem i włóczęgą. A za alkoholizmem często kryją się wszelkiego rodzaju ormiańskie sztuczki. I jest całkiem możliwe, że matka doskonale wiedziała, dlaczego urodziła trójkę martwych dzieci. I w takich warunkach kobiety często uciekają się do najróżniejszych pokus... Jego matka miała wtedy dwadzieścia lat i pracowała jako sprzątaczka w bogatych domach. Nie zdziwiłbym się, gdyby sprzątała podłogę i podstawiła zad jednemu z właścicieli. Niestety nie znamy grupy krwi jego ojca, żeby to sprawdzić…”

„Trzeba wziąć pod uwagę, że ćwierć miliona Żydów górskich jest rozproszonych po całym Kaukazie. Charakterystyczne jest to, że cała trójka jego dzieci ma małżeństwa mieszane z Żydami. Rodzina jego pierwszej żony jest przemieszana z Żydami. A jego trzecią żoną jest Róża Kaganowicz. Co to jest – głos krwi?”

„Hm, tak” – odezwał się głos w telefonie. „Podejrzane jest również to, że nie ma absolutnie żadnych zdjęć jego ojca. A wtedy było przyjęte, że przynajmniej raz w życiu, na weselu, robią sobie fotografie. Można by wtedy sprawdzić, czy między ojcem a synem istnieje choćby częściowe podobieństwo zewnętrzne. A w miejscu ojca jest niemal absolutna biała plama. I wygląda na to, że synek celowo zacierał ślady. I ta sama historia z dziadkiem Hitlera: zamiast dziadka – biała plama”.

Generał-major służby medycznej MSW usiadł na krześle i założył nogę za nogę.

„Pozostaje tylko dedukcyjna psychoanaliza. Wiemy, że ojciec bił matkę i syna na śmierć. Możliwe, że sam ojciec wątpił w pochodzenie syna. Wkrótce potem umarł. A matka, choć jeszcze dość młoda, nigdy nie wyszła ponownie za mąż. Wyglądało na to, że po prostu nie potrzebowała mężczyzn. A syn, jak mówi towarzysz Freud, ma ewidentnie obsceniczny kompleks”.

„Hm, tak” – odezwał się głos w telefonie. – „I charakterystyczne jest też to, że jego matka zdecydowanie chciała go na kapłana. Matka Hitlera również marzyła o tym, aby jej syn został pastorem. A Dzierżyński też chciał zostać księdzem”.

„Generalnie obraz jest jasny. A poza tym jeszcze te małżeństwa mieszane u jego dzieci. I dlatego stary się wściekał”.

„Dobra, Iwanie Wasiliczu, a co z naszymi lekami?”

„Działają świetnie.”

„Co wykazała autopsja narządów wewnętrznych?”

„Powszechne zjawisko. Postępujący rak wątroby, zmiany w metabolizmie krwi i w efekcie zakrzepica naczyń mózgowych”.

„Mózg spreparowany?”

„Tak. I kompleks władzy również. Pielęgniarki biegają dookoła i podziwiają. Myślą, że najsilniejszy na świecie”.

„A mumia w porządku?”

„Jak małosolny ogórek. Ale nadal pozostaje tam mnóstwo niepotrzebnych podrobów. Co z nimi zrobić?”

„Kiedyś prochy jakiegoś króla zostały wystrzelone z armaty. Ale teraz to nie jest modne…”

„Włożyć to do jakiejś udekorowanej urny?”

„Nie, nie... A co, jeśli zaciekawieni potomkowie znajdą tam później ślady naszych leków? Nawiasem mówiąc, w amerykańskim radiu już pojawiają się sygnały, że rzekomo pomagano Stalinowi w śmierci. Wyobraź sobie, co za bezczelność!”

„Dobrze, w takim razie spalimy to wszystko i spuścimy do ścieków” – powiedział generał-major służby medycznej MSW. – „Sic transit gloria mundi...” (Tak przemija ziemska chwała. – łac.)

„Amen…” – odpowiedział głos w słuchawce.

Inwalida w starym żołnierskim waciaku westchnął ciężko i odłożył słuchawkę. Po drugiej stronie stołu w fotelu siedział mały łysy człowieczek w mundurze marszałka bezpieczeństwa państwowego ZSRR i ze staromodnymi binoklami na błyszczącym nosie. Wszedł do biura pod koniec rozmowy.

„Gratulacje! – powiedział łysy. – „Miło jest patrzeć, jak ulubiony i tajny doradca Stalina ze łzami w oczach chowa swojego dobroczyńcę. Takie wzruszające! Nawet płakać mi się chce”. Z ironią spojrzał z ukosa na starą ocieplaną kurtkę i leżącą na stole znoszoną czapkę – uszankę:

„Naprawdę ci, o-Boże, zazdroszczę. Chodzisz po Moskwie jak jakiś Harun el-Rashid. Oddychasz świeżym powietrzem. A ja, biedak, nawet nosa nie mogę pokazać na ulicy. Twoja niezwykła skromność jest czasami całkiem wygodna. Patrząc na ciebie – łysy gadał dalej – „miło jest widzieć, że państwem proletariackim rządzą sami proletariusze, którzy utrzymują bliski kontakt z ludem”. A nie wszelkiego rodzaju burżuazyjni, zgnili intelektualiści, jak Lenin. Lub niedouczeni seminarzyści, jak Stalin, królestwo mu niebieskie, dzięki waszym modlitwom…”.

Inwalida w żołnierskiej pikowanej kurtce otworzył zamaskowane drzwi w ścianie, za którymi znajdowała się łazienka, podszedł do umywalki i zaczął myć ręce. Łysy mężczyzna rozparł się wygodniej w fotelu:

„Chociaż – ty i ja jesteśmy jedynymi dwoma marszałkami bezpieczeństwa państwowego ZSRR… Chociaż Stalin postawił cię za moimi plecami… Ale teraz, po śmierci Stalina, ja, jako minister spraw wewnętrznych, jestem czymś w rodzaju twojego bezpośredniego przełożonego. Dlatego też, gdy umyjecie ręce proletariackie, chciałbym z wami porozmawiać od serca…

Otwarcie mówiąc, Maksymie Aleksanyczu, bardzo podoba mi się Twoje podejście do sprawy. Czapka Monomacha z pewnością Ci się nie podoba. Patrząc na Ciebie, każdy może być pewien, że wolisz prostą czapkę z nausznikami. Ale jednocześnie każdy z pretendentów do czapki Monomacha doskonale wie, że będziesz mu naprawdę, bardzo potrzebny – podobnie jak Fouche i Talleyrand (minister policji i minister spraw zagranicznych za czasów Napoleona)”.

Minister spraw wewnętrznych ZSRR wyjął z kieszeni chusteczkę i wytarł szkło binokli:

„Swoją drogą, dlaczego ty, czerwony kardynał i spowiednik Stalina, nie poszedłeś zobaczyć, jak umiera staruszek? Oczywiście, dla ciebie umiera nie tylko po prostu człowiek, ale cała epoka – i jest ci z tego powodu żal. Ale było całkiem ciekawie. Na przykład, z jakiegoś powodu Malenkow zwymiotował. Rozumiem, że Napoleon zwymiotował, kiedy został wysłany na św. Helenę. A może ten tłustodupiec też lezie śladami Napoleona?”

Minister tajnej policji był w dobrym humorze i niestrudzenie gawędził: – „On sam, gospodarz, był sparaliżowany. Ale jego język nadal pracował. Szkoda, że nie słyszałeś, jak przeklinał. Jak prawdziwy szewc. A jednocześnie doświadczasz takiej niebiańskiej przyjemności: przed tobą jest taka moc – i taka bezsilność. I na Twoich oczach ta moc odchodzi, odchodzi, odchodzi... Kropla po kropli, kropla po kropli... I zamienia się w nicość... Swoją drogą, czy mogę jeszcze raz podziwiać ten pikantny dokumencik? Ta lista, którą pokazywałeś?..”.

Pierwszy wiceminister zdjął ocieplaną kurtkę, po czym z sejfu wyjął kartkę papieru i położył ją na stole.

„Napisane jego własną ręką” – mruknął minister, przyglądając się kartce papieru. – „Ale starzec zdecydowanie zaczynał tracić rozum. Zatem jestem pierwszy na liście. Co za zaszczyt!”.

Skórzany fotel był tak duży i głęboki, że minister przerzucił nogę przez podłokietnik i prawie się w nim rozłożył. Potem powiedział cicho, niemal czule:

„A może ktoś mu tę listę podyktował?... Może to ty mu ją podyktowałeś? Jak to robiłeś wcześniej... Choć w tym przypadku na to nie wygląda”.

Minister podniósł oczy na swojego zastępcę:

„Maksymie Aleksanyczu, duszeńko kochana, skoro jesteś jedynym człowiekiem, któremu Stalin ufał, powiedz mi: dlaczego on wydumał drugą czystkę?”

„Mówią, że władza psuje ludzi…”.

„Tak, dlatego tak uparcie odmawiasz wszelkich awansów. Czy boisz się, że zostaniesz zdeprawowany?”

„Nie. Ale Stalin wiedział, że to nie władza psuje ludzi, ale wręcz przeciwnie – do władzy najbardziej ciągną najbardziej zepsuci ludzie. Z powodu pewnych mrocznych praw natury. I niestety, często im się to udaje”.

„Tak, widzimy to na jego własnym przykładzie”.

„Dlatego Stalin uważał, że trzeba okresowo obcinać głowy każdemu, kto doszedł do władzy. Dlatego zdecydował się na drugą generalną czystkę”.

„Teoretycznie jest to całkowicie poprawne. Ale teraz pozwól, że zadam ci jedno intymne pytanie. Znając Twoje szczere oddanie Stalinowi i Twoje konserwatywne podejście do sprawy... Dlaczego w tym przypadku postąpiłeś odwrotnie? Zamiast likwidować po kolei większość członków Biura Politycznego, według tej listy, jak to robiliście wcześniej, nagle nam tę listę pokazałeś – i zlikwidowaliście samego Stalina. Dlaczego?”

„Bardzo proste. Jak sam powiedziałeś, starzec zaczął wariować”.

„Tak, rzeczywiście… Na przykład ta historia z Żydami. Nagle wyobraził sobie, że sami Żydzi nie są tak źli, jak ci zmieszani z Żydami. Czyli małżeństwa mieszane z Żydami. A produktami tych małżeństw są pół-Żydzi i ćwierć-Żydzi. Żydzi są przynajmniej od razu widoczni, ale ta mieszanina zawsze się ukrywa. Nawet na mnie patrzy i mówi: «Co to u ciebie, kaco, śliwowy nos? Może ty też jesteś?»”

Minister podrapał się palcem w czubek nosa: „Myślę, że winę za to ponoszą jego własne dzieci. Ciągnie ich wszystkich do Żydów. A jego ukochana Swietłana – ta wykończyła go całkowicie. Jednego jej pana młodego zagnał w Sybir, więc wykopała sobie drugiego – i znów był Żydem. Potem wyobraził sobie jakiś-tam spisek syjonistyczny i wymyślił że to sprawa żydowskich lekarzy trucicieli”.

„Typowa mania prześladowcza”. – Były tajny doradca Stalina pokręcił z żalem głową. – „Postępująca paranoja. Choroba zawodowa wielkich ludzi. Cena nieśmiertelności”.

„Dlatego zdecydowałeś, że pora jego samego wyczyścić. Cóż, Maksymie Aleksanyczu, uratowałeś w ten sposób życie wielu ludzi, w tym mnie. Po prostu nie wiem, jak ci za to dziękować, duszeńko kochana. Przecież staruszek tak cię obsypał orderami, że jedyny, którego jeszcze nie masz, to medal «Za ratowanie tonących». Minister spojrzał na zegarek: – „No cóż, czas już iść na posiedzenie pogrzebowe KC”. Będziemy płakać i posypywać głowy popiołem.

Wstając z krzesła, przypomniał sobie rwę kulszową, która prześladowała go w ostatnich dniach i o tym, że znalazł się na honorowej liście członków rządu, którzy mieli wnieść trumnę z zabalsamowaną mumią do Mauzoleum. Pocierając dłonią plecy, minister zwrócił się do swojego pierwszego zastępcy i skrzywił się:

„Och-och-och, znowu boli mnie krzyż. To twój nieboszczyk, ale ja będę musiał go nieść. Znów ci się udało. I dlaczego masz tyle szczęścia?



Następny rozdział
Powrót do spisu treści