I nikt nie mógł ani w niebie, ani na ziemi, ani pod ziemią otworzyć tej księgi ani do niej zajrzeć.
Objawienie św. Jana Ewangelisty 5-3
Mówią to o praktyce sądowej NKWD: jeżeli będzie człowiek, znajdzie się paragraf. Potwierdziła to ciemna biblioteka Maksyma, w której mieszał w jedną całość wszelkiego rodzaju pseudonaukowe bzdury, a następnie próbował powiązać tę alchemię z nowoczesnością.
Na zewnątrz starał się nadać swojej kolekcji wygląd ciągu chronologicznego. Tak więc jeden z odcinków rozpoczyna się od badań Mereżkowskiego nad Atlantydą. Co przeciętny pisarz Mereżkowski mógł wiedzieć o legendarnej Atlantydzie, o której nawet Platon wspomina tylko mimochodem i która, według legendy, opadła na dno Oceanu Atlantyckiego w wyniku globalnej powodzi, wiele tysięcy lat przed naszą erą, rzekomo jako kara za niektóre grzechy? I Maksym widział w tym jakąś analogię ze śmiercią carskiej Rosji.
W pokoju Maksyma siedziało dwóch jego najbliższych współpracowników z 13 Wydziału NKWD. Jednym z nich był pułkownik służby medycznej NKWD, Iwan Wasiliewicz Bykow, profesor psychopatologii, chudy mężczyzna w okularach z rogowymi oprawkami i drwiącymi iskierkami w oczach, na którego naszywkach błyszczał wąż owinięty wokół miski z trucizną, symbol mądrości klasy medycznej. Drugim był pułkownik służby technicznej NKWD, Pitirim Fiedorowicz Dobronrawow, równocześnie profesor historii kultów religijnych, młody, kwitnący mężczyzna o różowych policzkach i bujnej, gęstej brodzie, ogromnego wzrostu i z równie ogromnym pistoletem u pasa. Na naszywkach błyszczały odznaki służby technicznej NKWD – skrzyżowane toporki, przypominające strażaków lub średniowieczną inkwizycję.
„Słuchajcie” – powiedział Borys – „co Atlantyda ma wspólnego z pracą NKWD?”
„Dobrze” – odpowiedział pułkownik Dobronrawow, gładząc gęstą brodę. – „W tym przypadku nie tyle Atlantyda, co sam Mereżkowski. Typowy poszukiwacz Boga. I pod pozorem poszukiwania Boga wychwalają diabła. Poszukiwacze Boga, żyjący razem z wiedźmami”.
„Przepraszam, ale Mereżkowski był żonaty z poetką Zinaidą Gippius”.
„To właśnie to. Nawet kiedy pisała, myliła, gdzie był „on” i gdzie była „ona”.
„I co z tego?”
„Kiedy ktoś zaczyna mylić, gdzie jest „on” i gdzie jest „ona” – pułkownik uniósł ostrzegawczo palec – „śmierdzi to jak diabły inkub i sukkub. „A to, przepraszam, jest już po linii NKWD”.
Nieopodal stała francuska powieść science fiction „Atlantis” Pierre’a Benois, w której tajemnicza królowa Atlantydów rano wysyła swoich kochanków na egzekucję. Typowa makulatura dla znudzonych pań. Nawet okładka jest żółta. A profesorowie 13 Wydziału NKWD wyciągają z tej tabloidowej literatury pewne wnioski polityczne.
Zajmując się boginią Dianą, która w mitologii rzymskiej uważana była za patronkę łowiectwa, księżyca i dziewictwa, 13 Wydział NKWD przyłączył do bogini całą sprawę dotyczącą kultów dianickich. Po pierwsze, w tę sprawę zaangażowane były amazonki, które, jak się okazuje, zostały tak nazwane wcale nie dlatego, że mieszkały nad brzegami Amazonki, jak większość ludzi myśli, ale dlatego, że po grecku «amazonka» oznacza «bez piersi», ponieważ dla ułatwienia strzelania z łuku, amazonki wypalały sobie prawą pierś. Te wojownicze piękności żyły na stepach scytyjskich nad brzegiem Morza Czarnego.
„W każdym micie jest ziarno prawdy” – zauważył pułkownik służby medycznej Bykow. – „Wypalanie piersi to oczywiście mit. Ale jeśli rozbierzesz sto kobiet, zawsze odkryjesz, że kilka ma piersi różnej wielkości po prawej i lewej stronie. Czasami jedna pierś jest normalna, a druga jest całkowicie nieobecna. I macie współczesne amazonki”.
„Po co NKWD to potrzebne?”
„Czasami jest to zewnętrzny znak kategorii kobiet, które mój szanowany kolega Pitirim Fiodorowicz nazywa wiedźmami” – uśmiechnął się doktor. „Ale ta kategoria jest bardzo płynna i zaleca się tutaj ostrożność”.
W ślad za mazonkami ukazało się kilka solidnych prac z zakresu antropologii, opisujących kult matriarchatu, sposób, w jaki w niektórych plemionach kobiety rządziły mężczyznami i co z tego wynikło. Wniosek jest taki: jeśli w jakiejkolwiek rodzinie panuje matriarchat, to, według 13 Wydziału, jest to zły znak i należy wziąć pod uwagę takich ekscentryków.
Zachowując pozory naukowe, Maksym przeszedł od całości do szczegółów. Tak więc z jakiegoś powodu Komisarzowi Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR nie spodobała się biblijna Salome, wesoła dziewczyna, która zabawiając króla Heroda, wymyśliła taniec siedmiu zasłon, czyli amerykański striptiz. Ponieważ członków NKWD często nazywa się Herodami, Maksym nie miał nic przeciwko królowi Herodowi. Ale, ponieważ zgodnie z zasadami 13 Wydziału, dzieci są odpowiedzialne za swoich rodziców i odwrotnie, Maksym zainteresował się matką Salome, starą Herodiadą, która nauczyła swoją córkę wszelkiego rodzaju paskudnych rzeczy.
Na dowód swej władzy nad mężczyznami, Salome chciała uwieść św. Jana Chrzciciela, a gdy to się nie udało, pod wpływem matki i przy pomocy najróżniejszych kobiecych intryg, wybłagała od Heroda głowę świętego. Niczym prawdziwy bigot, Maksym sympatyzował z Janem Chrzcicielem i uważał Salome za biblijną zarazę.
Następnie wszczął sprawę przeciwko Messalinie, namiętnej żonie rzymskiego cesarza Klaudiusza, który był tak zmęczony słuchaniem doniesień, że jego żona ma więcej kochanków niż włosów na głowie, że w końcu kazał jej po prostu ściąć głowę. Oczywiście i tutaj Maksym stanął po stronie cesarza i uważał, że za wszystko winna jest biedna Messalina.
W średniowieczu wierzono, że raz w roku – w Noc Walpurgii, czyli w noc 1 maja, wszystkie złe duchy ze wszystkich krajów Europy gromadzą się na górze Brockenberg i urządzają tam wielki sabat czarownic. Tak więc, po naczytaniu się wszelkiego rodzaju herezji, profesorowie 13 Wydziału argumentowali, że radzieckie święto 1 Maja, święto międzynarodowej solidarności robotników, kiedy ludzie śpiewają i tańczą na placach Moskwy, z punktu widzenia Wyższej Socjologii, to nic innego, jak relikt Nocy Walpurgii, kiedy czarownice celebrując swoją solidarność, śpiewały i tańczyły na górze Brockenberg, co z kolei jest reliktem pogańskiego święta wiosny i płodności, które było obchodzone w czasach starożytnego Rzymu, towarzyszyło mu ogólne picie na cześć boga Bachusa i dlatego nazywano je bachanaliami.
Pobudzeni swoim wywarem, inkwizytorzy 13 Wydziału wrzucili wszystko do jednego kotła – zarówno świętych, jak i grzeszników. Okazuje się, że nazwa Nocy Walpurgii, święta złych duchów, wzięła się od imienia świętej Walpurgii, która żyła w VIII wieku, była mniszką i całe swoje życie poświęciła organizacji klasztorów żeńskich. Ta energiczna święta była córką świętego Ryszarda, jednego z królów saskich, który poślubił córkę świętego Bonifacego.
„Hmm, całe święte rodziny” – zauważył Borys. – To dlaczego wiedźmy wybrały Walpurgię na swoją patronkę?
„Widzisz, młody człowieku, święci i grzesznicy to dwie strony tego samego problemu” – powiedział profesor służby technicznej NKWD – „Na przykład w Ameryce, 1 listopada to Dzień Wszystkich Świętych. To oficjalne. A w wigilię tego dnia wieczorem przypada Halloween, półoficjalne święto wszystkich złych duchów. Niektórzy traktują to święto poważnie, a my zwracamy na to baczną uwagę. Ale zauważ, że święto grzeszników zamienia się w święto świętych. Dlatego Dostojewski mówi, że jeśli nie zgrzeszysz, nie będziesz żałować; jeśli nie pokutujesz, nie będziesz zbawiony”.
Było jasne, że profesor NKWD raczej dokładnie znał się na swoim fachu.
„A w rosyjskich kultach pogańskich” – dodał – „Noc Walpurgii odpowiadała wiosennemu świętu Krasnej Górki, w pierwszy poniedziałek po niedzieli świętego Tomasza”.
„Pitirim Fiodorowicz, po co wam to wszystko?”
„No oczywiście... Na przykład wiedźmy uwielbiają brać ślub w święto Krasnej Górki. Dlatego zawsze sprawdzamy datę ślubu naszych klientów”.
Mówią, że świeckiemu przydzielono jednego diabła, który go uwodzi, mnichowi – dziesięć, a świętemu – całą setkę diabłów. W związku z tym, inkwizycja NKWD dokładnie przestudiowała biografie świętych w nadziei, że złapie krążące wokół nich diabły.
W ten sposób 13 Wydział dotarł do Joanny d'Arc. W 1429 roku ta wieśniaczka, której mistyczne głosy powiedziały, że powierzono jej misję ocalenia Francji, założyła kolczugę i zbroję, wzięła miecz w ręce i prowadząc armię francuską, walczącą z Brytyjczykami, skutecznie podbiła miasto Orlean, od którego nazwano ją Dziewicą Orleańską.
Wkrótce jednak Joanna d'Arc wpadła w ręce wrogów i, według kronik, jako czarownica, wróżka, fałszywa prorokini, współpracownica złych duchów, wiedźma, heretyczka, odstępczyni, zbuntowana bluźnierczyni, ciesząca się rozlewem krwi i nieprzyzwoitością – ta święta dziewica została skazana na męczeństwo.
Przez długi czas na temat Joanny d'Arc panowały najbardziej sprzeczne opinie. W dramacie „Henryk VI”, Szekspir przedstawił ją jako wiedźmę. Szyderca Wolter wyśmiewał ją, a idealista Schiller idealizował ją w obrazie swojej „Dziewicy Orleańskiej”. Nawet Kościół wahał się przez pięć stuleci, zanim, w 1920 roku kanonizował ją jako świętą. A inkwizycja NKWD, ponieważ Joanna wzięła miecz do ręki, sklasyfikowała ją jako amazonkę.
Jeśli zaś chodzi o diabły, które według legendy zawsze można spotkać wokół świętych, to tu inkwizycja sowiecka zainteresowała się osobowością niejakiego Gillesa de Raisa. Ten feudalny baron, jeden z najpotężniejszych ludzi we Francji, mający wpływy nawet na dworze królewskim i którego bogactwa zazdrościł sam król, słynął z tego, że nie znosił kobiet. Ale kiedy po raz pierwszy spotkał 18-letnią Joannę d'Arc, wywarła ona takie wrażenie na 25-letnim Gillesie, że stanął w jej obronie wraz z nieletnim Dauphinem i w ten sposób pomógł Joannie zostać głównodowodzącą armii francuskiej.
W kolejnej kampanii Gilles niestrudzenie towarzyszył Joannie, a w bitwie o Fort St. Augustine, kiedy Joanna została ranna i wszyscy ją opuścili, Gilles sam pozostał u jej boku i uratował jej życie. Kiedy kilka miesięcy później, wskutek niezdecydowania Delfina, Joanna została spalona na stosie, Gilles, będący już wówczas marszałkiem Francji, na znak protestu zrezygnował ze służby królewskiej.
Dziewięć lat później, 13 września 1440 roku, wybitny baron Gilles de Rais, doradca króla i marszałek Francji, w wieku 36 lat, został aresztowany i postawiony przed Inkwizycją pod zarzutem herezji, bluźnierstwa, alchemii i kultu diabła, pederastii i morderstw. Okazuje się, że Gilles de Rais, niegdyś zagorzały wielbiciel i osoba najbliższa świętej Joannie d'Arc, w życiu prywatnym postawił sobie za cel zrozumienie metafizyki zła.
Wraz z 18-osobową bandą swoich wspólników organizował polowania na okolicznych polach i lasach, na wzór polowań na zające. Ale nie polowali na zające, ale na dzieci, głównie pastuszków. W swoim zamku Tiffauges, w krypcie kaplicy św. Wincentego, Gilles de Rais zbudował specjalny kamienny ołtarz, na którym o północy uprawiał czarną magię, brutalnie torturował schwytane dzieci, a następnie zabijał je najbardziej nieludzkimi metodami – a wszystko to jako ofiara dla diabła.
Kiedy na sądzie Inkwizycji baron de Rais odczytał ze wszystkimi szczegółami pełne zeznanie swoich zbrodni – jak rozpruwał brzuchy dzieciom, jak siedział okrakiem na umierających i śmiał się, patrząc na ich konwulsje, jak układał odcięte głowy ofiar obok swojego łóżka, aby rano znów je podziwiać – wtedy przewodniczący trybunału, biskup Nantes, wstał, podszedł do krucyfiksu, który wisiał za plecami sędziów i zakrył twarz Zbawiciela czarnym welonem.
Od średniowiecza po dzień dzisiejszy historia zna niewielu takich potworów, jak Gilles de Rais, sumienie którego obciążały 134 ofiary. Król Karol z Nawarry, który w 1387 roku został spalony żywcem przez Inkwizycję za takie czyny, pozostawał daleko w tyle za Gillesem. Kolejny tego rodzaju przestępca, Washe, kilka wieków później, torturował i zabił zaledwie 18 pastuszów. Słynny markiz de Sade, który nikogo nie zabił, a jedynie przysmalał prostytutki świecami, którym mniej lub bardziej uczciwie za to płacił, był w porównaniu z baronem de Rais całkiem niewinnym nowicjuszem.
Imię Gillesa de Rais zostało zapomniane, ale jego czyny żyją w legendach o Sinobrodym, którego pierwowzorem był Gilles, który według protokołów śledztwa, mył brodę i ręce w ciepłej krwi swoich ofiar.
We wtorek 26 października 1440 roku, o godzinie 11 po południu, baron Gilles de Rais, były doradca króla, marszałek Francji i wielbiciel świętej Joanny d'Arc, jak głosi kronika, «został powieszony za szyję aż nastąpiła śmierć, a następnie spłonął» wraz z dwoma wspólnikami na Place La Madeleine w Nantes.
W tym przypadku profesor Dobronrawow skorzystał z okazji, aby wychwalać człowieczeństwo średniowiecznej inkwizycji. Okazuje się, że Gillesa sądził nie jeden sąd, ale dwa – duchowy i cywilny. Potępiwszy jego duszę, Kościół wydał jego ciało pod sąd państwa. Wina Gillesa została w pełni udowodniona zeznaniami świadków i nawet w każdym współczesnym sądzie wystarczyłoby to do skazania go. Ale to nie wystarczyło trybunałowi Inkwizycji. Aby zbawić duszę grzesznika, konieczna była jego pokuta. Pod tym względem moskiewskie procesy z ukazaniem skruchy podczas Wielkiej Czystki, dokładnie odpowiadały praktyce klasycznej Inkwizycji.
Jednak ojcowie inkwizytorzy byli znacznie bardziej liberalni, nie tylko niż NKWD, ale także każdy inny sąd. Kiedy baron de Rais publicznie żałował swoich okrucieństw, uklęknął przed krucyfiksem w zatłoczonej sali sądowej i ze łzami w oczach prosił Boga, oraz rodziców tych dzieci, które poświęcił diabłu, o przebaczenie, ówczesny przewodniczący trybunału inkwizycji, biskup Nantes, był tak wzruszony, że wstał ze swojego miejsca i uściskał oskarżonego. Czy jest to możliwe w jakimkolwiek współczesnym sądzie? A jeszcze w przypadku podobnego przestępcy?
Po ogłoszeniu wyroku śmierci, baron de Rais zwrócił się do sądu z kilkoma wnioskami. Nie prosił o litość ani wyrozumiałość. Poprosił jedynie biskupa Nantes, aby pomógł ludziom modlić się o spokój jego grzesznej duszy. Zarówno biskup Nantes, jak i mieszkańcy Nantes przychylili się do jego prośby. Przed egzekucją przez miasto przeszła uroczysta procesja, której towarzyszyło bicie wszystkich dzwonów wszystkich kościołów i śpiew psalmów, modląc się o spokój duszy grzesznika, który widział to z okna swojej celi.
„Ale było pięknie!” – wykrzyknął profesor Dobronrawow.
Gilles de Rais poprosił, aby, jako główny winowajca, został powieszony przed swoimi wspólnikami, żeby mógł im pokazać przykład odpokutowania za swoje grzechy. I ta prośba została spełniona. W ramach dodatkowego miłosierdzia sąd sam zdecydował, że jego zwłoki nie zostaną, jak zazwyczaj, spalone na popiół i rozrzucone na wietrze, lecz w nagrodę za szczerą skruchę, zostaną jedynie lekko oczyszczone ogniem, a następnie oddane krewnym w celu pochówku.
Jeśli Gilles de Rais żył niehonorowo, umarł z honorem. To prawda, że w tym przypadku profesor Bykow sceptycznie zauważył, że Gilles, podobnie jak Neron i Kaligula, których życie wziął za wzór, był w głębi serca wielkim artystą i dlatego nie mógł się oprzeć przedstawieniu nawet po własnej śmierci. Doczesne szczątki grzesznego barona de Rais pochowano w krypcie kościoła karmelitów, obok prochów starożytnych książąt Bretanii.
Przed śmiercią Gilles de Rais powierzył swoją duszę św. Jakubowi i św. Michałowi. Nie nikomu innemu, ale tym samym świętym, którym Joanna d'Arc przed śmiercią powierzyła swoją duszę.
Rzeczywiście, w bliskości św. Joanny inkwizycja NKWD złapała takiego diabła, jakich mało. Dlaczego Gilles de Rais, znany wcześniej z nienawiści do kobiet, mizogin, stał się nagle najbliższym sojusznikiem Dziewicy Orleańskiej? Jaka tajemna więź połączyła tak różnych ludzi na życie i śmierć, że nawet po śmierci oddali swoje dusze tym samym świętym patronom? I po co 13 Wydział NKWD tego wszystkiego potrzebował?
„Jest oczywiste, że ten de Rais był równie sadystyczny jak de Sade” – powiedział Boris. – „Co dalej?”
„Gilles de Rais i Joanna d’Arc to byli dokładnie tacy sami ludzie” – stwierdził profesor Bykow. „I oni o tym doskonale wiedzieli. Cała różnica polega na tym, że Gilles zajmował się swoimi nałogami, że tak powiem, na własny użytek – dlatego został powieszony. A Joanna wykorzystywała te same duchowe impulsy, spójrzmy prawdzie w oczy, te same wady, w służbie państwa. Dlatego spierali się o nią przez pięćset lat, dopóki nie została ogłoszona świętą. Ale technicznie rzecz biorąc, ci, którzy ją spalili jako wiedźmę, lubującą się w rozlewie krwi, również mieli rację”.
„Rzecz w tym, młody człowieku, że w każdej rewolucji roi się od takich typów, którzy pod pretekstem rewolucyjnej legalności, mogą dać upust swoim patologicznym odczuciom. Zatem zastanówcie się, gdzie jest święty grzesznik a gdzie jest grzeszny święty? Na przykład, przed rewolucją francuską, markiz de Sade większość czasu spędzał w więzieniu. A rewolucja nie tylko wypuściła go z więzienia, ale i mianowała – kim? Sędzią Trybunału Rewolucyjnego! Nie znając przypadku barona de Rais i Joanny d'Arc, nie zrozumiecie Marata i Robespierre'a, Dzierżyńskiego i Jeżowa. A jakobini z Rewolucji Francuskiej zapożyczyli swoje imię od tego samego świętego Jakuba, któremu Gilles de Rais i Joanna d'Arc powierzyli swoje dusze”.
Szperając w książkach i przeglądając zaznaczone miejsca, Borys zauważył, że w ślad za Dziewicą Orleańską inkwizycja radziecka zwróciła uwagę na Katarzynę Wielką. Ale nie interesowały ich formalne pomniki wielkości, które Katarzyna zgromadziła dla siebie, tylko prawne i moralne aspekty jej panowania. Z tego punktu widzenia, w oczach prawników NKWD była Niemką i uzurpatorką tronu rosyjskiego, który zdobyła przy pomocy swoich kochanków; mężobójczynią, która wysłała swojego męża, przygłupiego Piotra III, wnuka Piotra Wielkiego, na tamten świat, z pomocą tych samych kochanków; i wielką rozpustnicą, która pozostawiła po sobie równie głupiego następcę tronu, Pawła I, który był jak dwie krople wody podobny do jej faworyta, Sałtykowa, i jeszcze całą gromadę nieślubnych dzieci.
Dla moralistów z 13 Wydziału, Katarzyna Wielka była po prostu rosyjską Messaliną, której głowy nie odcięto na czas. Ponadto podejrzewali carycę-matkę o współudział w matriarchacie.
„Jaki właściwie jest związek Joanny d'Arc i Katarzyny Wielkiej?” – zapytał Borys.
„Prawo jedności przeciwieństw” – odpowiedział doktor Bykow. – „Jeśli je połączysz, otrzymasz całość”.
„Jak to zrozumieć?”
„Ten temat jest trochę wyjątkowy. Joanna d'Arc była nie tylko dziewicą, ale także nienawidziła mężczyzn, tak jak Gilles de Rais nienawidził kobiet, był mizoginem. A Katarzyna Wielka była zupełnym przeciwieństwem – kochała mężczyzn bardziej, niż powinna”.
„A gdzie jest jedność?”
„Powszechnie przyjmuje się, że Katarzyna miała swego rodzaju nimfomanię. Ale z psychologicznego punktu widzenia, taka kobieta nie może naprawdę kochać żadnego mężczyzny. Dlatego ciągle ich zmienia”.
„Czy można to wyleczyć?”
„Ten lek jest taki, że wielu pacjentów się go boi. Czasami może to wyleczyć tylko inna kobieta. Taka, jak Joanna d'Arc”.
„Tak, więc otrzymujemy jedność przeciwieństw?”
„Tak, czyli zero psychologiczne. Ale wtedy Joanna nie zostałaby Dziewicą Orleańską, a Katarzyna raczej nie zostałaby Wielką”.
Po kultach dianickich, amazonkach i matriarchacie, w porządku rozwoju historycznego, mroczne diabły NKWD zaczęły podkopywać działalność sufrażystek. Te odważne bojowniczki o emancypację kobiet były traktowane bez cienia szacunku i uważano je po prostu za współczesne amazonki. Te wzniosłe idee i wielkie słowa, których używały sufrażystki na swoich wiecach i demonstracjach, miały służyć jedynie jako przykrywka. A istotnie interesowała ich tylko jedna równość z mężczyzną – noszenie spodni.
Jedna książka z czerwoną pieczątką NKWD nosiła tytuł „Emancypacja kobiet w świetle psychopatologii”. Nie bez powodu mówią o NKWD: jeżeli tylko będzie człowiek, znajdzie się paragraf.
Po ukazaniu tak niezwykłego tła historycznego, biblioteka Maksyma przeniosła się do czasów współczesnych, w postaci służbowego podręcznego archiwum. Oto teczka z wszelkiego rodzaju pomówieniami na jedną z najbardziej zasłużonych babć rewolucji rosyjskiej – madame Kołłontaj. Córka generała carskiego, była na tyle świadoma klasowo, że już jako dziewczynka włączyła się do podziemnej pracy bolszewików i brała udział w rewolucji.
Równie aktywnie ta czerwona sufrażystka współmieszkała {сожительствовала} z rewolucyjnymi marynarzami i zasłynęła jako apostołka wolnej miłości. Oto zdjęcie zbiorowe poświęcone pierwszej rocznicy października: dwunastu apostołów pod przewodnictwem Lenina, a wśród nich, jako jedyna kobieta, Kołłontaj. Nawet Stalina tu nie ma, a ona jest. Więc latała wysoko. A oto jej zdjęcie w młodości, z rozczochranymi włosami i dzikimi oczami.
„Iwan Wasiljewicz, dlaczego jej oczy są jakby pijane?”
„Gołąbeczka wciągała kokainę” – odpowiedział medyk NKWD.
Później ta październikowa położna była ambasadorem w Szwecji, jedyną radziecką kobietą na tak wysokim stanowisku dyplomatycznym. Zamiast historii Kołłontaj, w teczce znajdowały się jednak szczegółowe przesłuchania osób, które z własnego doświadczenia znały życie intymne tej kapłanki wolnej miłości, opatrzone stemplem „Ściśle tajne”.
Podobna sprawa toczy się przeciwko Elenie Stasowej, najbliższej współpracowniczce Lenina, a potem sekretarce Stalina, która, wywodząc się z elitarnej szlachty, okazała się także na tyle wyemancypowana, że całe swoje życie poświęciła bezlitosnemu niszczeniu tej właśnie szlachty. Jako sekretarz Komitetu Centralnego Partii, ta miła dama nie była zaangażowana w szkoły ani, powiedzmy, domy dziecka, ale kierowała Wydziałem V KC – szpiegostwem za granicą.
A oto kolejna sufrażystka – stara bolszewiczka Ziemliaczka, mała jak makak i pomarszczona jak relikt, stara kobieta z binoklami na nosie. Wyróżniła się tym, że w czasie wojny domowej, wraz z Belą Kuhnem przez trzy lata rządziła Krymską CzeKa, dzięki czemu Morze Czarne zabarwiło się na czerwono od krwi. Dając przykład rewolucyjnej świadomości, osobiście rozstrzeliwała schwytanych białych oficerów.
„Miłe staruszki, co?” – Doktor Bykow uśmiechnął się.
Co dziwne, polując na nieczyste siły, Inkwizycja NKWD podkopała wszystkich komunistycznych świętych. Obok jest gruba dokumentacja dotycząca Dolores Ibarruri (Passionarii), płomiennej trybunki hiszpańskiej wojny domowej. Żona republikańskiego premiera Negrina, była przywódczynią Hiszpańskiej Partii Komunistycznej i brała udział w wojnie domowej z większą aktywnością, niż jej mąż. Zabawiała się też osobistym strzelaniem do więźniów.
Kiedy sprawy się pogorszyły, opuściła męża-republikanina, płacącego za jej komunistyczne grzechy, a sama uciekła do Moskwy. W notatkach 13 Wydziału NKWD pojawiła się nuta żalu, że we współczesnej Hiszpanii nie ma Torquemady, który zapoznałby tą przywódczynię rewolucji z trybunałem Inkwizycji.
Kolejny przypadek rozpoczął się od nawiązania do entomologii i niektórych gatunków pająków, u których istnieje zwyczaj, że po nocy poślubnej samica pożera swojego partnera. W pobliżu widać pająkowatą twarz Anny Pauker z ustami rozciągniętymi w rurkę, jakby chciała na kogoś napluć. Podczas czystki w moskiewskim Kominternie, pajęczyca Pauker doniosła na męża do NKWD, oskarżając go o trockizm. Przed śmiercią Marcel Pauker przeszedł także przez 13 Wydział, gdzie złożył szczegółowe zeznania na temat swojej pajęczycy, które, co dziwne, nie dotyczyły jej przekonań politycznych, ale techniki jej miłości.
Następnie pojawiła się alfabetyczna lista wszystkich kochanków Anny Pauker, bardzo podobna do listy wszystkich członków Kominternu. A za nią druga lista – kogo z nich ta kochliwa pani doprowadziła do egzekucji w piwnicach NKWD.
„Widzisz” – powiedział doktor Bykow – „postąpiła tak samo, jak królowa Atlantydów. Dlatego interesuje nas Atlantyda”.
Tymczasem komisarz ds. bezpieczeństwa państwa, Maksym Rudniew, odpoczywał od polowań na złe duchy i po prostu zajmował się swoim akwarium. Jedna z jego złotych rybek zachorowała na rozstrój żołądka, a Maksym, zakasując rękawy, przeniósł chorą rybę do osobnej misy wypełnionej roztworem przeczyszczającym soli Glaubera.
„Max” – stwierdził Borys – „redukujesz wszystko do kwestii płci. A to trochę zalatuje freudowską psychoanalizą. A przecież freudyzm jest w naszym kraju oficjalnie zakazany”.
„Tak, freudyzm jest zakazany nie tylko przez komunistów, ale także przez Kościół katolicki. Ponieważ we freudyzmie prawda jest mylona z kłamstwem. Człowiekowi niewtajemniczonemu trudno jest ocenić, gdzie jest prawda, a gdzie kłamstwo”.
„Dobrze” – powiedział Borys. – „Ale co to wszystko właściwie jest?”
Maksym przykucnął na piętach, mieszał palcem wodę i mruknął pod nosem niczym szaman podczas rytuału: „Hmm-hmm, co to jest? To... ta sprawa siedmiu pieczęci. I ani Freud, ani sam papież nie odpowiedzą ci”.
„Cóż, czy wy to wiecie?”
„Oczywiście” – uśmiechnął się komisarz ds. bezpieczeństwa państwa ZSRR. – „Wszyscy to wiemy”.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści