Bohaterowie naszych czasów:

Grigorij Klimow «SPRAWA 69»

ANDRIEI AMALRIK – RADZIECKI HIPPIE

Zazwyczaj wiadomości czerpiemy z gazet i żurnali, które kreują bohaterów naszych czasów, takich jak Andriej Amalrik, według amerykańskich gazet – „Historyk” z dużej litery „H” i autor „głośnej” książki „Czy Związek Radziecki przetrwa do 1984?”

Wszyscy czytamy o tym w gazetach i czasopismach. Ale kto z nas czytał tę książkę w oryginale? Wszystkie te informacje otrzymujemy jakby z drugiej ręki. Czasami informacje te są uderzająco sprzeczne z rzeczywistością.

Niedawno przeczytałem w oryginale książkę A. Amalrika „Niechciana podróż na Syberię” w języku angielskim, wyd. Harcourt, Nowy Jork 1970. Jest to swego rodzaju autobiografia Amalrika. A to, co pisze o sobie sam Amalrik, jest uderzająco sprzeczne z tym, co od lat i do dziś pisze o nim periodyczna prasa.

Przejrzyjmy zatem książkę Amalrika po kolei. Na obwolucie książki napisano: „Interesuje się sztuką awangardową…” Hmm, sztuka awangardowa jest w zasadzie – dziedziną psychopatologii. Z reguły wszyscy ci „awangardziści” – to po prostu ludzie chorzy psychicznie.

Sam Amalrik pisze (s. 72), że za pierwszym razem został aresztowany i sądzony wcale nie za politykę, ale na podstawie art. 228 Kodeksu karnego, za produkcję, przechowywanie i dystrybucję pornografii!? Dotyczy to sztuk Amalrika i ilustracji do nich Zwieriewa. Ale to przecież znowu psychopatologia. Prawdziwa pornografia to choroba psychiczna, na którą istnieje specjalny termin medyczny – podglądactwo.

Za tę pornografię Amalrik został w 1965 roku zesłany na Syberię jako „pasożyt społeczny”, gdzie pracował w kołchozie. Ale rok później, w 1966 roku, pozwolono mu wrócić do Moskwy. Trzeba przyznać, że kara zaskakująco lekka.

W przedmowie podano, że współpracownikami Amalrika byli Paweł Litwinow (wnuk tego Litwinowa), Aleksander Ginzburg i Jurij Gałanskow. Nieuchronnie pojawia się pytanie: współpracownicy w czym, w pornografii?

Na stronie 13-tej Przedmowy Aleksander Jesienin-Wołpin sam deklaruje, że jest nihilistą. Proszę bardzo! A my, wierząc prasie zachodniej, uważaliśmy go za demokratę, łagodnego poetę, zagorzałego bojownika o wolność i prawa człowieka? Przecież nihiliści – to te same „biesy” Dostojewskiego.

Amalrik podaje (s. 196), że jego nazwisko ma pochodzenie semickie, ale na s. 20 oświadcza, że oficjalnie nie jest Żydem. Lecz naprawdę wszyscy jego przyjaciele są Żydami. Nawiasem mówiąc, w czasach inkwizycji w Hiszpanii, był tam generał-inkwizytor, Alonzo Manrique, kardynał arcybiskup Sewilli, rasowy Żyd. A imię Alonzo Manrik jest bardzo podobne do imienia Andrei Amalrik.

Sam Amalrik pisze, że został wydalony z Uniwersytetu Moskiewskiego za ciche sukcesy i głośne zachowanie. Oznacza to, że jest to student-niedouk. Proszę bardzo!? A gdzie jest ten znakomity „historyk” przez duże H, jak od lat nazywa go prasa zachodnia i papuguje nasza prasa emigracyjna!?

Kiedy przeczytałem książkę, a raczej broszurę Amalrika „Czy Związek Radziecki przetrwa do 1984?”, zapachniało mi to przedrukiem z amerykańskiego żurnalu „Foreign Affairs”, organu Departamentu Stanu, że mimowolnie pomyślałem : „Amerykanie to wykombinowali i po prostu podsunęli do podpisania Amalrikowi”. Typowe „pobożne życzenia” {”уишфул тинкинг”}.

Teraz ta zagadka została wyjaśniona. W końcu „historyk” przez duże „H” to po prostu student niedouk, który porzucił naukę. Mówiąc ogólnie, po prostu radziecki hippis. Pradziadek ze strony matki Amalrika był cyganem i koniokradem (s. 34). Wujek ze strony matki został rozstrzelany podczas Wielkiej Czystki jako „wróg ludu” w 1937 r. Wujek ten, Jewgienij, lubił Welemira Chlebnikowa i osobiście się z nim przyjaźnił. Nie jest to dobry znak. Chlebnikow był jednym z „awangardystów” i tu trzeba znać zasadę: kruk leci do kruka. Poza tym, ten wujek Jewgienij przed egzekucją był prokuratorem do spraw specjalnych, czyli w NKWD, i sam rozstrzeliwał ludzi. Cóż, i taka jego droga.

Matka Amalrika rozwiodła się z mężem. Nie jest to dobry znak. Statystycznie, w rodzinach rozbitych występuje największy odsetek upośledzonych dzieci.

Matka Amalrika zmarła na raka mózgu. To także zły znak. Choroby mózgu, w tym bóle głowy, są często dziedziczone. W amerykańskich szpitalach wszyscy pacjenci psychiatryczni wypełniają szczegółową ankietę, w której jest pytanie, czy gdziekolwiek w rodzinie były bóle głowy, zwłaszcza przewlekłe, lub jakieś choroby mózgu.

Mąż siostry matki Amalrika został aresztowany w 1951 roku i skazany na 5 lat więzienia jako „element społecznie niebezpieczny”. Ojciec tego męża był komisarzem w rządzie Lenina. Podobno w rodzinie jest duży odsetek „permanentnych rewolucjonistów”.

Jeśli pradziadek Amalrika ze strony matki był cyganem i koniokradem (s. 34), to pradziadek Amalrika ze strony ojca zachwycał się anarchistą Proudhonem, był socjalistą-anarchistą, w dodatku psychopatą i w końcu popełnił samobójstwo (s. 197). Przypomnijmy, że w swojej powieści „Biesy”, Dostojewski wprost pisze, że jego „biesy” także były zafascynowane nie kim innym, tylko towarzyszem Proudhonem. I to nie jest przypadek. Dostojewski dobrze znał to, o czym pisał.

Następnie Amalrik pisze, że małżeństwo jego babci, czyli córki jego pradziadka o skłonnościach samobójczych, było bardzo nieszczęśliwe. Również częste zjawisko. Rzecz w tym, że „biesy” przyczajają się w dwóch miejscach: w głowie i w spodniach (lub pod spódnicą). Papele Freud również wam to powie.

W następnym numerze Amalrik informuje, że w rodzinie ze strony ojca występuje dziedziczny letarg. Pewnego dnia jego ojciec zasnął i nieprzerwanie spał przez cały tydzień. Ale nie patrząc na to, już w 1917 r., jego dziadek ze strony ojca głosował na bolszewików (s. 199). Typowi „permanentni rewolucjoniści”.

Matka Amalrika była o 6 lat starsza od ojca. Dopiero w dziesiątym roku małżeństwa urodziło się ich pierwsze dziecko, Andriej Amalrik. Och-och-och! znowu zły znak. Żona Trockiego była od niego starsza o 10 lat (pierwsza żona). Lenin ma tę samą historię. Kiedy żona jest starsza od męża, z punktu widzenia papele Freuda, oznacza to kompleks Edypa, czyli obsceniczny. Wszystko to są oznaki „permanentnych rewolucjonistów”.

Ojciec Amalrika został w 1941 roku skazany na 8 lat więzienia za „wyrażenia antysowieckie”, taki jest los wszystkich „permanentnych”. Po wojnie ojciec Amalrika pracował jako malarz, po czym stał się alkoholikiem. W nocy dręczyły go koszmary, czyli dręczyły go czorty. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że większość alkoholików to ludzie chorzy psychicznie. W 1960 roku ojciec Amalrika doznał paraliżu (paraliż prawej ręki, prawej nogi i mowy), s. 196-204. To także zły znak. Jak mówi Biblia, winogrona nie rosną na ciernistych krzewach.

O ile można sądzić z książki, ojciec Amalrika doznał paraliżu nie na skutek starości, lecz znacznie wcześniej, co często zdarza się w rodzinach o złej dziedziczności, gdzie występuje już dziedziczny letarg i gdzie jest pradziadek – anarchista, psychopata i samobójca.

Zgodnie z prawem sowieckim, aby otrzymać emeryturę, należy przepracować 25 lat. A ojciec Amalrika był w dużej mierze takim samym „pasożytem” jak i jego potomek: najpierw pracował jako operator filmowy, czyli nie miał prawdziwego zawodu, potem pracował jako malarz, a potem nie pracował na stałe w ogóle, bo był alkoholikiem. W rezultacie, mimo że był sparaliżowany, nie przyznano mu renty. A syn-pasożyt nigdzie nie pracował, wymyślając wymówki, że musi opiekować się ojcem. Żyli więc i nie smucili się. Dopóki Amalrik nie zaznajomił się z KGB.

Amalrik opisuje swoje perypetie z KGB w taki sposób, że nawet zrobiło mi się jakoś trochę przykro, że uciekłem z ZSRR. Według opisu Amalrika, KGB jest obecnie pewnego rodzaju organizacją charytatywną. Prawdziwi dżentelmeni. Porównując z KGB, amerykańska policja jeśli wierzyć Amalrikowi – to po prostu banda grubiańskich i bezczelnych ludzi.

Kiedy Amalrik zetknął się z KGB z powodu pornografii, pasożytnictwa itp., zaczął się wymawiać, że nie może pracować, bo jest zmuszony opiekować się ojcem, który nie otrzymuje renty. Jak myślisz? KGB załatwiło ojcu emeryturę! Nawet z pominięciem sowieckich przepisów.

Sam śledczy KGB, zamiast bić Amalrika po fizjonomii, jak to robiono za Stalina, teraz krążył po sowieckich instytucjach i załatwiał staremu alkoholikowi emeryturę! Tylko po to, aby jego syn nie folgował sobie i nie zajmował się pornografią. I dopiero, gdy to wszystko nie pomogło, dopiero wtedy Amalrika wykomenderowano na krótki czas, bo na niecały rok, na Syberię.

Każdy Amerykanin, po przeczytaniu amerykańskiego wydania książki Amalrika, które recenzuję, powie, że KGB to bardzo fajna organizacja, grzeczna, poprawna i pomocna, o wiele milsza niż bezczelna amerykańska policja. A wszystko to jest szczegółowo opisane. Siedziałem i myślałem: „Co do cholery? Czy to prawda? A może to jakaś przebiegła prowokacja?”

A potem: „Ale gdzie jest „Historyk” przez duże H, bohater naszych czasów? Przecież on sam twierdzi, że jest po prostu studentem-niedoukiem! Przecież to typowy sowiecki hippis. Ta sama brudna zgraja, którą my tutaj, w Ameryce, obwiniamy za zamieszki i podpalania uniwersytetów, za narkotyki i pasożytnictwo.

Przecież niedawno przed sądem stanął alkoholik Jakir i jego towarzysz Krasin, którzy bezpośrednio przyznali, że całą swoją pisaninę, pod którą się podpisali, otrzymali z zagranicy. Jest bardzo prawdopodobne, że ta sama historia dotyczy „sensacyjnej” książki – broszury Amalrika „Czy ZSRR dożyje do…”

Jakimś cudem prof. Uljanow napisał o Sołżenicynie artykuł w „Nowym Rosyjskim Słowie”, w którym zbadał najróżniejsze dziwactwa w tej sprawie, a nawet poruszył kwestię pewnego rodzaju prowokacji. Podniosła się cała burza. Tak czy inaczej, lecz należy przyznać, że w całej tej sprawie z sowieckimi „dysydentami” jest wiele osobliwych rzeczy.

Przecież prasa zachodnia jednym tchem promuje i Amalrika, i Sołżenicyna, i Sacharowa. Jak Trójca Święta. I wszyscy ci „dysydenci”, trzeba powiedzieć, są nadzwyczaj solidarni, prawdziwi solidaryści. I wszyscy się trzymają, jeden drugiego, jak, przepraszam, wszy na mokrym kożuchu. Jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. Kukułka chwali koguta, ponieważ on chwali kukułkę. I bez wątpienia jest coś, co ich łączy. I to mocno łączy. Ale co to jest?

I dlaczego prasa zachodnia, czyniąc Amalrika bohaterem naszych czasów, przez lata i do dzisiejszego dnia, przedstawia kukułkę jako słowika? I dlaczego nasza prasa emigracyjna powtarza to, jak papuga?

Przy tej okazji znamienity filozof Kierkegaard, ojciec filozofii egzystencjalizmu, czyli dekadencji w filozofii i literaturze, powiedział, że od wynalezienia prasy drukarskiej diabeł zamieszkał w farbie drukarskiej. A filozof Kierkegaard, garbus, homoseksualista i w miarę uczciwy Żyd z rodziny konwertytów, znał tego diabła dość dobrze. Musimy także pamiętać, że w Biblii ten sam diabeł nazywany jest kłamcą i ojcem kłamstwa. Najwyraźniej dlatego prasa jest tak kłamliwa.

Ale to nie znaczy, że wszyscy czytelnicy powinni przyjmować jaja kukułcze zamiast gołębich. Czasem lepiej jest uśmiechnąć się i powiedzieć: „Ech, nie mieszajcie nam w głowach!”

Nasi obecni „dysydenci” idą, głównie, po dwóch liniach: neotrockizm i neobierdiajewizm. I nie zaszkodzi przypomnieć, że nasz słynny filozof-poszukiwacz diabłów, Bierdiajew, którego nasze lewicowe elementy nazywają najlepszym rosyjskim filozofem XX wieku, mówiąc o rewolucjonistach, lubił mamrotać o zjednoczeniu szatana i antychrysta. Ale cóż to takiego jest?

Kiedyś w Stanach Zjednoczonych opublikowano, napisaną przez niego biografię Jewtuszenki „Przedwczesna biografia”. Co ciekawe, szczegółową przedmowę do tej autobiografii napisał, tak dziwny miłośnik poezji, jak Allen Dulles – były szef amerykańskiego wywiadu CIA. Lecz nie ma w tym nic dziwnego, jeśli weźmiemy pod uwagę, że CIA, między innymi, angażuje się także w wojnę psychologiczną, czyli, jak mówią eksperci, psychowojnę, czyli wojnę psycholi.

Tak czy inaczej, analizując życie i twórczość Amalrika, posługuję się tą samą metodą, którą Allen Dulles analizował życie i twórczość Jewtuszenki. Pozwól mi, myślę, ukryć się za autorytatywną osobą.


Następny rozdział
Powrót do spisu treści