1.
Dni mijają, zamieniają się w tygodnie, tygodnie w miesiące. Nieustanny upływ czasu, w którym nie ma celu, gdzie tylko spoglądasz wstecz i czujesz pustkę w duszy.
Na zewnątrz jest zima. Zbliża się Nowy Rok. W dzisiejszych czasach przyjęło się podsumowywać wyniki mijającego roku i snuć plany na rok nadchodzący. Granica ta przysparza nam, ludziom radzieckim, stojącym na styku dwóch światów, mało radosnych wspomnień i jeszcze mniej radosnych nadziei.
Niedawno byliśmy świadkami dwóch znaczących wydarzeń: pierwszych wyborów do berlińskiego magistratu po kapitulacji, które odbyły się w październiku, oraz kolejnych wyborów kandydatów do Rady Najwyższej ZSRR, które odbyły się w listopadzie.
Wybory niemieckie wzbudziły znacznie większe zainteresowanie wśród społeczeństwa radzieckiego, niż można było się spodziewać. Może dlatego, że były tak różne od tych, do których byliśmy przyzwyczajeni. Dziwne było patrzeć na hasła wyborcze kilku partii. Uderzająca była silna i umiejętnie prowadzona propaganda SED. Tutaj dało się odczuć wieloletnie doświadczenie radzieckiej propagandy, pewność siebie i... bezwstyd. To drugie odczuliśmy najsilniej my, właściciele SED, którzy wiemy, co kryje się za tymi hasłami i obietnicami.
W pamięci utkwiło mi jedno zdarzenie związane z wyborami w Berlinie.
Pewnego niedzielnego poranka w październiku dwaj inni oficerowie i ja postanowiliśmy skorzystać z pięknej pogody i wybrać się na przejażdżkę motocyklami. W tym celu wzięliśmy trzy mocne motocykle wojskowe z batalionu zmotoryzowanego i z ryczącymi silnikami wyjechaliśmy z Karlshorst na Frankfurter Allee.
Gdzieś w drodze na Alexanderplatz spotkaliśmy powoli maszerującą kolumnę ludzi z czerwonymi transparentami i flagami w rękach. Demonstranci wyglądali na niezwykle smutnych i ponurych. Po bokach kolumny kręcili się tam i z powrotem ludzie w czapkach telmanowskich i z czerwonymi opaskami na rękawach.
„Patrz, prowadzą słonia!” – krzyknął do mnie szyderczo jeden z moich towarzyszy, wskazując ręką na demonstrację.
Zwolniliśmy i zaczęliśmy okrążać kolumnę. Była to demonstracja zorganizowana przez związki zawodowe sektora radzieckiego, która miała wyrazić wolę i pragnienia narodu niemieckiego. Każdy, kto nie pojawił się na demonstracji, ryzykował utratę miejsca pracy. Zabawne i żałosne było patrzeć na ludzi w filcowych kapeluszach, niczym na stado owiec, które maszerowało pod wodzą pasterzy w czapkach telmanowskich.
Nie wiem, co nam trzem przyszło do głowy. Można to porównać do uczucia, jakie towarzyszy patrzeniu na odrażającą gąsienicę i chęci jej zmiażdżenia. Trzy potężne motocykle wojskowe w rękach radzieckich oficerów zaczęły krążyć wokół kolumny z groźnym rykiem.
Mężczyźni w filcowych kapeluszach rozejrzeli się ze strachem, myśląc, że to patrol wojskowy, który chce upewnić się, że stado nie ucieknie. Pasterze w czapkach telmanowskich patrzyli na nas ze zdziwieniem – prasowaliśmy boki kolumny, a pasterze musieli zapomnieć o swojej godności i odskoczyć na bok, żeby nie dostać się pod koła rozbrykanych oficerów.
Z jednej strony oglądanie tej obrzydliwej komedii jest obrzydliwe. Z drugiej strony, fajnie, że tym razem nie musisz brać udziału w tym małpim teatrze. Rykiem ryczących silników wyrażaliśmy nasze uczucia wstrętu i jednocześnie radości.
Tego samego dnia w Berlinie Amerykanin został zastrzelony przez radziecki patrol, gdy próbował sfotografować podobną demonstrację w sektorze radzieckim. Najwyraźniej ktoś bierze pod uwagę, że zdjęcia te mogą zrobić na uważnym widzu takie samo wrażenie, jakie zrobiły na nas.
Wybory odbyły się 21 października. Nigdy nie słyszałem i nie widziałem, żeby ktoś interesował się wynikami głosowania podczas wyborów do radzieckich organów wyborczych. W dniu wyborów do berlińskiego magistratu nie było chyba w Karlshorst osoby, która nie byłaby zainteresowana wynikami wyborów. Wiele osób miało w rękach niemieckie gazety z tabelami wyników głosowania. Najciekawszym faktem jest to, że spośród wszystkich partii SED zajęła przedostatnie miejsce. O tym znamiennym fakcie nie mówiło się zbyt wiele.
W Wydziale Przemysłu SWA wybory w Berlinie stały się przyczyną następującej rozmowy między kapitanem Bagdasarianem i majorem Żdanowem.
„Wiesz, kiedy patrzysz na te wybory, to nasuwa się pewna szalona myśl” – powiedział kapitan Bagdasarian, wskazując na jedną z gazet relacjonujących wyniki wyborów. – „Wszystkie partie głosują. No cóż, załóżmy, że Partia Komunistyczna zdobędzie większość głosów! Czy to oznacza, że pozwolą jej dojść do władzy?”
„Tak, na to wygląda...” odpowiedział niepewnie major Żdanow.
„To jest całkiem zabawne!” – kapitan pokręcił głową. – „Kiedy Partia Komunistyczna dochodzi do władzy, pierwszą rzeczą, jaką robi, jest skręcenie karków wszystkim innym partiom. A jednocześnie te inne partie są gotowe oddać jej władzę bez oporu. Co za bzdura! To jak założenie liny wokół własnej szyi”.
„Nie da się tak od razu zrozumieć tej demokracji” – westchnął major.
„Zupełna głupota!” – kapitan zgodził się z jego opinią.
„Może to nie jest takie głupie” – zmarszczył brwi major, próbując zrozumieć istotę tego niezrozumiałego zjawiska. – „Demokracja jako forma polityczna jest wolą większości. Jeśli większość zagłosuje za komunizmem, to będzie komunizm. To prawda, jak dotąd głosuje niewielu” – zakończył nieco innym tonem.
„To nadal jest w jakiś sposób dziwne...” – Kapitan Bagdasarian przeczesał palcami kręcone włosy. – „Oni ze sobą rozmawiają – i nikt nikogo nie wsadza do więzienia. U nas nic nie mówisz – i trafiasz do więzienia. Nawet nic nie myślisz – i i tak trafiasz do więzienia…”
W grudniu w Klubie Oficerskim w Karlshorst rozpoczęły się spotkania wyborcze, na których zgłaszano kandydatów do Rady Najwyższej ZSRR. W dniu wyznaczonym przez Wydział Przemysłu SWA wszyscy pracownicy Wydziału mieli stawić się w Klubie, udekorowanym na tę okazję potrójną liczbą portretów przywódców i czerwonym perkalem.
Ludzie siedzieli na sali i się nudzili. Na koniec przewodniczący prezydium oddał głos osobie wcześniej wyznaczonej. Osoba ta weszła na podium z kartką papieru w ręku i, korzystając z ściągi, monotonnym głosem wyjaśniła nam, jakie mamy szczęście, że możemy sami wybierać przedstawicieli najwyższej władzy w naszym kraju. Potem na platformie pojawił się kolejny statysta i zaproponował naszego kandydata do Rady Najwyższej ze Specjalnego Okręgu Wyborczego, który znajdował się w radzieckiej strefie okupacyjnej Niemiec. Następnie, niczym w dobrze wyreżyserowanym przedstawieniu, sam kandydat, ubrany w mundur generalski, wyszedł zza kulis na scenę i opowiedział swoją biografię. Generał prawdopodobnie nigdy w całej swojej karierze wojskowej nie mówił tak ospałym i uległym głosem. Drugi kandydat był zupełnie nieznaną postacią. Obecni na spotkaniu dowiedzieli się o istnieniu tego człowieka dopiero, gdy wszedł na podium, tym razem nie zza kulis, lecz od publiczności, i ponownie odczytał swoją biografię z kartki papieru. Miał odegrać rolę kandydata „z samego grona ludu”. Kandydatury obu kandydatów zostały wcześniej przedstawione przez Zarząd Polityczny SWA i zatwierdzone przez Moskwę.
Publiczność, wiedząc, że po spotkaniu będzie wyświetlony film, z niecierpliwością oczekiwała zakończenia żmudnej procedury. Gdy przewodniczący prezydium uprzejmie zasugerował przejście do głosowania, ludzie na sali odetchnęli z ulgą i, nie czekając na polecenie głosowania, szybko podnieśli prawą rękę. Albo chcieli jak najszybciej przeprowadzić „wybory”, albo bali się, że pojawią się podejrzenia o brak zaufania do kandydatów. Dla bezpieczeństwa wiele osób umieściło lewą dłoń pod prawym łokciem.
Po sali biegali pracownicy liczący głosy, trzymając w rękach ołówki i kartki papieru. W sali rozległ się hałas wyrażający niecierpliwość. Na koniec głosy zostały policzone i przewodniczący prezydium zapytał sennym głosem: „Kto jest przeciw?!”. Na sali zapadła głucha cisza. Nikt się nie ruszył.
Przewodniczący zrobił pauzę i rozejrzał się po sali, próbując podkreślić, że każdy miał możliwość zagłosowania przeciw. Potem, żeby wzmocnić efekt monolitycznej woli wyborców, zapytał z udawanym zdziwieniem: „Nikt przeciw?!”
Z ciemności tylnych rzędów dobiegł czyjś młody, niecierpliwy głos: „Wszyscy są jednomyślni... Obejrzyjmy film!” W holu zapaliło się światło. Widzowie kręcili się z ulgą w oczekiwaniu na kolejny seans filmowy.
W ten sposób wybieraliśmy „przedstawicieli ludu” do Rady Najwyższej ZSRR. Gdyby wyborców opuszczających salę zgromadzeń zapytano o nazwiska nowo wybranych kandydatów, prawie nikt by ich nie pamiętał.
Granicę między rokiem 1946 a 1947 wyznaczyła w Karlshorst cała seria wydarzeń, które każą nam raz jeszcze spojrzeć wstecz – półtora roku, które minęło od kapitulacji Niemiec.
Wczesną jesienią 1946 r. sekretarz stanu USA Byrnes wygłosił w Stuttgarcie przemówienie, w którym po raz pierwszy od zakończenia wojny podjął próbę przedstawienia trzeźwego przeglądu wydarzeń i wskazał na kamienie milowe amerykańskiej polityki zagranicznej, wynikające z zaistniałej sytuacji. Dopiero po półtora roku Amerykanie zaczęli niejasno rozumieć, że z dobrym chłopakiem Joe trudno jest jeść kaszę z tej samej miski. Do tego potrzebna jest długa łyżka.
Przemówienie Byrnesa nie spodobało się Kremlowi. Ostrą odpowiedź zawarto w raporcie Mołotowa podczas obchodów rocznicowych 7 listopada 1946 r. Raportowi Mołotowa nadano tak duże znaczenie, że obowiązkowe było jego studiowanie na zajęciach z nauk politycznych we wszystkich dyrekcjach SWA. Nawet odpowiedzialni pracownicy SWA nie ukrywali wewnętrznego związku między przemówieniem Byrnesa a raportem Mołotowa — nad obydwoma przemówieniami pracowano równocześnie, a uczestnicy dyskusji musieli na przemian demaskować imperialistyczne machinacje Byrnesa i pokojową politykę Mołotowa. Pracownicy, nie mający zielonego pojęcia o polityce, uznali przemówienie Byrnesa za niebezpieczne i zadowolili się jedynie omówieniem raportu Mołotowa.
Te dwa przemówienia polityczne można uznać za oficjalną datę początku zimnej wojny. Stosunki między sojusznikami w Radzie Kontroli, które dawno już pozbawione pierwotnego celu, stały się jeszcze chłodniejsze i nie wykraczały już poza granice dyplomatycznej uprzejmości. Los Niemiec przenosił się coraz dalej z sal konferencyjnych Rady Kontroli do gabinetów rządowych na Kremlu i w Białym Domu.
Sytuacja, która się wyłoniła, stała się sygnałem do ostatecznego dokręcenia śruby na powojennym froncie życia radzieckiego. Zarząd Polityczny SWA wydał pogromowy rozkaz, oskarżając organizacje partyjne o oderwanie od mas i zaniedbywanie edukacji politycznej. To był trzask bicza. Łatwo było zgadnąć, co będzie dalej. I rzeczywiście, pierwszym rezultatem była zmiana organizatorów partyjnych we wszystkich zarządach SWA. Potem nastąpiła fala działań mających na celu dokręcenie śrub i trybików we wszystkich częściach radzieckiego aparatu.
Do tego czasu mieszkańcy Karlshorst żyli i pracowali bez angażowania się w politykę. Każdy, kto zna życie w Związku Radzieckim, doceni ten fakt. Wielcy naczelnicy byli w głębi serca zaskoczeni, reszta maluczkich była cicho szczęśliwa. I jedni i drudzy milczeli, kierując się zasadą – Nie wymieniaj imienia diabła, bo on się zjawi. A teraz na nowo wprowadza się zajęcia polityczne i naukę „Krótkiego Kursu”. Co więcej, w przyspieszonym tempie. Najwyraźniej po to, by nadrobić stracony czas.
Następnym wydarzeniem była kampania mająca na celu poprawę dyscypliny pracy. Postanowili przypomnieć obywatelom radzieckim za granicą o istnieniu radzieckiego prawa pracy. Nowe arkusze czasu pracy zostały wywieszone we wszystkich dyrekcjach, a każdy musiał cztery razy dziennie zdejmować i wieszać swój numer. W Związku Radzieckim tablice czasu budziły strach, ale u nas były przyczyną największej irytacji. Szef wydziału, Aleksandrow, dał swój numer kierowcy, a ten wkrótce go zgubił. Oficerowie, dla których arkusze czasu pracy były niczym policzek, na zmianę zdejmowali numery kilku osób naraz. Ale prawo radzieckie ze wszystkimi jego konsekwencjami znów zawisło nad głowami wszystkich jak topór.
Wtedy wybuchła histeryczna kampania czujności. Wszystkie zarządy SWA utworzyły własne działy kadrowe, których wcześniej nie było. Ich cel jest jasny dla wszystkich – dokładniejszy nadzór nad pracownikami Zarządu. Po raz kolejny pojawiły się obszerne kwestionariusze „dla obywateli radzieckich za granicą”. Kwestionariusze zawierały niezliczoną ilość pytań i należało je wypełniać ponownie co trzy miesiące. W związku z tym wielu pracowników zachowywało jedną kopię wypełnionej ankiety w domu „na pamięć”, a w późniejszych przypadkach po prostu przepisywało odpowiedzi z jednej kartki na drugą. Państwo radzieckie po raz kolejny postanowiło zajrzeć swoim obywatelom w zęby.
Zdemobilizowany porucznik wojsk NKWD został mianowany szefem Wydziału Kadr w Administracji Przemysłowej. Już pierwszego dnia zaczął zachowywać się tak bezceremonialnie i bezczelnie, że wielu oficerów poczuło się tym urażonych. Należy wziąć pod uwagę, że większość pracowników Dyrekcji stanowili wyżsi rangą oficerowie.
Ze swojego biura w piwnicy nowy szef OK zadzwonił do nas: „Towarzyszu pułkowniku, proszę przyjść i wypełnić formularz!”.
Często odpowiedzią na to było: „Jeśli potrzebujesz, to weź formularz i przynieś go do mnie. Na razie myślę, że jestem pułkownikiem…”.
Rozkaz szefa sztabu generała Dratwina został odczytany wszystkim pracownikom SWA, w którym, nie wymieniając nazwisk, ogłoszono, że żony szeregu starszych pracowników SWA wykorzystują czas, gdy ich mężowie są w pracy, aby podróżować do zachodnich sektorów Berlina, gdzie utrzymują nieodpowiednie znajomości z oficerami mocarstw zachodnich. Rozkaz był wyjątkowo skandaliczny – wspomniano w nim o modnych restauracjach, drogich futrach, a na dokładkę o agentach zagranicznego wywiadu. Wszyscy uznani za winnych zostali w ciągu 24 godzin deportowani do Związku Radzieckiego, a małżonkowie otrzymali naganę za brak bolszewickiej czujności.
Zagadka tego niezwykłego w swojej szczerości zarządzenia została wyjaśniona w punkcie drugim, w którym wszystkim pracownikom SWA kategorycznie zakazano udawania się do zachodnich sektorów Berlina i przypomniano o konieczności zachowania szczególnej czujności za granicą. Chłostanie żon miało być przestrogą dla innych.
Podsumowując, generał Dratwin groził łamiącym rozkaz najsurowszymi karami… włącznie z deportacją do Związku Radzieckiego. Generał Dierżawin nieświadomie się wygadał. Oficjalnie, słowami szefa sztabu SWA, deportacja do ojczyzny została uznana za surową karę dla obywateli radzieckich przebywających za granicą.
Dla nas to nic nowego. Przyzwyczailiśmy się do tego kiedyś w Związku Radzieckim. Ale po zwycięskim zakończeniu wojny, po bolesnych nadziejach na zmiany w systemie sowieckim, a zwłaszcza po życiu w warunkach względnej wolności w okupowanych Niemczech, po tym wszystkim, gwałtowny zwrot ku dawnym zwyczajom każe zastanowić się nad wieloma rzeczami. Albo raczej o niczym nie myśleć. To jest jedyny ratunek.
2.
Po raz pierwszy spotkałem majora Dubowa podczas wojny. Nawet krótka przyjaźń na linii frontu łączy ludzi silniej niż długotrwała znajomość w czasie pokoju. Może dlatego, gdy spotkaliśmy się w SWA, czuliśmy się jak starzy znajomi.
Dubow miał ponad czterdzieści lat. Zewnętrznie surowy i wycofany, niezbyt towarzyski w relacjach z innymi, miał niewielu przyjaciół i unikał hałaśliwego towarzystwa. Początkowo uważałem, że jego opanowanie wynika po prostu z jego charakteru. Później zauważyłem, że odczuwał chorobliwą niechęć do ludzi, którzy zaczynali rozmawiać o polityce w jego obecności. Uważałem, że miał ku temu swoje powody i nigdy nie zadawałem mu niepotrzebnych pytań.
Okazało się, że byłem jedyną osobą, którą Dubow przyjął do swojej rodziny. Miał miłą i wykształconą żonę i dwójkę dzieci. Poznawszy życie rodzinne majora, przekonałem się, że był on nie tylko idealnym mężem i ojcem, ale także człowiekiem niezwykle czystym moralnie.
Prawdziwą pasją Dubowa było polowanie. Dzięki temu jeszcze bardziej się do siebie zbliżyliśmy. Często w soboty wsiadaliśmy do samochodu i jechaliśmy na polowanie. Spędzaliśmy tam cały dzień, odcięci od Karlshorst i reszty świata.
Pewnego razu, w trakcie jednej z takich wypraw, zmęczeni wielogodzinnym błądzeniem wśród krzaków i małych jezior, usiedliśmy, żeby odpocząć. Luźna rozmowa zeszła na jednego ze znanych nam oficerów. W tej rozmowie wypowiedziałem zdanie: „On jest jeszcze za młody i za głupi…”
Major Dubow spojrzał na mnie uważnie i zapytał z dziwnym uśmiechem: „Czy ty jesteś już taki stary i mądry?”
„Niezupełnie” – odpowiedziałem. – „Ale mimo wszystko nauczyłem się już trzymać język za zębami”.
Major znów spojrzał na mnie uważnie: „Powiedz mi, czy kiedykolwiek w życiu przydarzyło ci się coś podobnego?”
„Absolutnie nie” – odpowiedziałem, rozumiejąc, co miał na myśli.
„Dlaczego nie jesteś w Partii?” – zapytał mnie major niemal surowo.
„Po prostu nie miałem czasu” – odpowiedziałem krótko, nie chcąc zagłębiać się w tę kwestię.
„Słuchaj, Grigorij Pietrowicz, nie żartuj!” – powiedział powoli Dubow i usłyszałem coś ojcowskiego w jego głosie. – „W twoim położeniu wygląda to jak demonstracja. Jest to bardziej widoczne z zewnątrz niż dla ciebie. Na końcu może się to źle skończyć”.
„Wykonuję swoją pracę nie gorzej niż inni członkowie partii” – zaprotestowałem.
Dubow uśmiechnął się lekko smutno: „Kiedyś myślałem tak samo” – powiedział, a gorzki uśmiech wkradł się w jego słowa.
Potem, bez żadnych pytań z mojej strony, opowiedział mi beznamiętnym głosem swoją historię, która przywiodła go do Partii i nauczyła go unikać ludzi rozmawiających o polityce.
Oto ona – historia członka Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii majora Dubowa.
W 1938 roku inżynier Dubow pracował w jednym z zakładów mechaniki precyzyjnej w Leningradzie. Dubow był zdolnym inżynierem i prowadził odpowiedzialną pracę nad projektowaniem precyzyjnych instrumentów dla lotnictwa i marynarki wojennej. Poświęcił się całkowicie swojej specjalności, cały wolny czas poświęcał pracy badawczej i nie zwracał uwagi na politykę. Pomimo odpowiedzialnego stanowiska, jakie piastował, nie był partyjnym.
Pewnego pięknego dnia inżynier Dubow został wezwany ze swojego miejsca pracy do gabinetu dyrektora. Od tego momentu nie widziano go już nigdy w fabryce. Również nie wrócił do domu. Żona Dubowa zrozumiała powód nieobecności męża, gdy w środku nocy w mieszkaniu pojawili się funkcjonariusze NKWD i po przeprowadzeniu dokładnego przeszukania skonfiskowali wszystkie rzeczy osobiste jej męża. Następnego dnia przyszła do NKWD, żeby dowiedzieć się czegoś o mężu. Powiedzieli jej, że nikogo takiego tutaj nie widzą i poradzili jej, żeby się nie martwiła i nie przeszkadzała innym. Będzie lepiej dla wszystkich. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, otrzyma stosowne powiadomienie.
Dubow spędził ponad rok w piwnicach śledczych leningradzkiego NKWD. Zarzucono mu sabotaż i działalność kontrrewolucyjną. Wyrok był standardowy – 10 lat więzienia. Inżynier Dubow został skazany na odbycie kary więzienia w jednym z łagrów w centralnej Syberii, gdzie budowano nowe fabryki wojskowe. W łagrze kontynuował pracę jako inżynier.
Dubow dowiedział się o powodzie swego aresztowania dwa lata później, kiedy do obozu przybył były naczelny inżynier leningradzkich zakładów mechaniki precyzyjnej z nową grupą więźniów. Dubow był bardzo szczęśliwy mogąc widzieć swojego byłego szefa. Zachowywał się dziwnie powściągliwie i unikał Dubowa na wszelkie możliwe sposoby.
Mijały miesiące. Stopniowo inżynierowie zaczęli się do siebie zbliżać, i między nimi rozwinęła się przyjaźń więźniów, których łączyły wspólne wspomnienia wolności. Pewnego dnia zaczęli rozmawiać o powodach, dla których znaleźli się w obozie.
„Ktoś mnie zgłosił...” – powiedział Dubow.
Główny inżynier spuścił wzrok, westchnął i uśmiechnął się gorzko: „Chcesz wiedzieć, kto cię zgłosił?”
Dubow spojrzał na niego z powściągliwą nieufnością.
„Ja!” – powiedział krótko główny inżynier i nie dając Dubowowi szansy na odpowiedź, rzucił pośpiesznie: „Do naszego zakładu regularnie przychodziły rozkazy z NKWD. Dajcie im tylu ludzi, takich i takich specjalności. Listy miał przygotować organizator partii, a zatwierdzić główny inżynier i dyrektor. Cóż mogłem zrobić?! Przecież mam też żonę i dzieci…”
„Dlaczego znalazłem się na liście?” – zapytał Dubow z dziwną obojętnością.
„Ponieważ nie byłeś członkiem Partii” – odpowiedział jego nowy współwięzień. – „Organizator partyjny ciebie zaproponował.”
Dubow milczał przez długi czas, po czym spojrzał zmęczony na byłego głównego inżyniera: „Dlaczego tu trafiłeś?”
Nowy więzień tylko bezradnie wzruszył ramionami…
Dubow spędził cztery lata w więzieniu. Przez wszystkie te lata nie cierpiał tak bardzo jak jego żona i dzieci. Zgodnie z prawem radzieckim, wina więźnia politycznego rozciąga się na jego rodzinę. Żona była zdruzgotana moralnie i fizycznie. Dzieci dorastały ze świadomością, że ich ojciec był „wrogiem ludu” i na każdym kroku czuły, że są gorszymi członkami społeczeństwa radzieckiego.
W 1943 roku więźnia Dubowa przedterminowo zwolniono. Został całkowicie zrehabilitowany, bez konieczności podawania wyjaśnień, a jego wyrok został uchylony. Został powołany do wojska prosto z więzienia. To był powód wcześniejszego zwolnienia. Nie spotkawszy się ani nie pożegnawszy z żoną i dziećmi, z oficerskimi naramiennikami na ramionach, Dubow trafił na front.
Na froncie major Dubow był wzorowym oficerem. Podobnie jak był wzorowym inżynierem w Leningradzie i wzorowym więźniem w łagrze na Syberii. Był sprawiedliwy wobec żołnierzy i bezlitosny wobec wroga. I był oddany Ojczyźnie, z jej organizatorami partyjnymi i łagrami.
Tuż przed końcem wojny, oprócz kolejnego odznaczenia wojskowego, jako wyróżnienie honorowe zaproponowano mu wstąpienie do Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Tym razem major Dubow się nie wahał. W milczeniu wypełniał kwestionariusze i formularze. Przyjął także w milczeniu legitymację partyjną z rąk zastępcy dowódcy korpusu do spraw politycznych.
W ten sposób major Dubow trafił do Partii.
W radzieckiej administracji wojskowej major Dubow uchodził za jednego z najpoważniejszych i najbardziej doświadczonych inżynierów. Wykonywał odpowiedzialną pracę polegającą na przestawianiu niemieckiego przemysłu na nowe tory, ale jego ranga i pozycja pozostały niezmienione. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie znajdowała się w jego aktach osobowych. Pomimo całkowitej rehabilitacji i zatarcia kartoteki karnej, w aktach osobowych majora Dubowa znajdowała się krótka notatka: „Wyrok skazujący na podstawie artykułu 58”. To wystarczyło, by zniszczyć całe przyszłe życie osoby, na którą padł los.
3.
Podczas pobytu w Karlshorst bardzo zaprzyjaźniłem się z kapitanem Bielawskim. Stopniowo poznawałem jego przeszłość, o której mówił bardzo niechętnie, głównie fragmentarycznie.
W 1936 roku Michaił Bielawski przebywał w Hiszpanii, gdzie pełnił funkcję radzieckiego porucznika w kwaterze głównej wojsk republikańskich. W tym czasie w Związku Radzieckim jego ojciec został aresztowany i zaginął bez śladu podczas „jeżowszczyny”. Bielawskiego natychmiast odwołano z Hiszpanii i zdemobilizowano bez podania przyczyn. Do 1941 roku podzielił los pozostałych krewnych „wrogów ludu”, czyli był człowiekiem za burtą – wszystkie dziedziny życia radzieckiego, w których należało wypełnić kwestionariusz, były dla niego zamknięte. Znaczenie i wagę tego może zrozumieć tylko człowiek radziecki.
Na początku wojny w 1941 roku Bielawski nie został powołany do wojska, gdyż był „politycznie niepewny”. Gdy wojska niemieckie zbliżyły się do Leningradu, rodzinnego miasta Bielawskiego, udał się on do Wojskowego Biura Rejestracji i Poboru i złożył raport o swoim zaciągu do armii jako ochotnik. Jego prośba została spełniona – tego samego dnia, jako szeregowy żołnierz, został rzucony na głęboką wodę w charakterze członka batalionu karnego, czyli po prostu po to, by go zamordować. Tym razem jednak los okazał się bardziej łaskawy niż państwo – Bielawski wyszedł z tego jedynie z raną.
Następne trzy lata spędził jako szeregowy żołnierz podczas oblężenia Leningradu. Był wzorowym żołnierzem i kilkakrotnie nominowano go do otrzymania certyfikatu na stopień oficerski, lecz za każdym razem jego wniosek był blokowany. W 1944 roku, gdy sytuacja kadrowa była wyjątkowo trudna, Bielawskiego ponownie wezwano do sztabu.
Pułkownik przejrzał kwestionariusz Bielawskiego, po czym wskazując palcem na „art. 58”, zapytał: „Dlaczego piszesz bzdury w kwestionariuszach?”.
Bielawski stał milcząc.
„Nie chcesz walczyć?” – Pułkownik powtórzył ostro, unikając spojrzenia żołnierza, który miał medale na piersi.
Bielawski tylko wzruszył ramionami. Medale cicho zabrzęczały, jakby w odpowiedzi na pytanie pułkownika.
„Jeśli będziesz pisał takie rzeczy, to mogę przedstawić twoją sprawę jako próbę uchylenia się od służby wojskowej” – powiedział pułkownik. – „Weź nowy formularz i wypełnij go zgodnie z wymaganiami. Zostaw puste miejsce na swój stopień wojskowy”.
Żołnierz Michaił nigdy nie powrócił do swojej kompanii. Następnego dnia starszy porucznik Bielawski wyjechał do Moskwy. W kieszeni miał rozkaz wyjazdu do Wojskowo-Dyplomatycznej Akademii Sztabu Generalnego Armii Czerwonej. W czasie wojny potrzebni są ludzie i nie ma czasu na sprawdzanie kwestionariuszy. Na to przyjdzie czas po wojnie – dla tych, którzy przeżyją.
W ten sposób Michaił Bielawski wstąpił do jednej z najbardziej uprzywilejowanych akademii wojskowych ZSRR.
Jesienią 1945 roku Bielawski został skreślony z Akademii i w stopniu kapitana skierowany do pracy w radzieckiej administracji wojskowej w Niemczech. Zjawiskiem normalnym było to, że wielu studentów Akademii odsuwano od nauki, nawet w środku roku akademickiego, i kierowano do pracy.
Na berlińskim Kremlu Bielawski pełną piersiąwdychał atmosferę Zwycięstwa. Praca w Radzie Kontroli dała mu możliwość ponownego poczucia się prawdziwym człowiekiem i pełnoprawnym obywatelem społeczeństwa radzieckiego. Myślał, że po zwycięskim zakończeniu wojny państwo postanowiło zapomnieć o drobnych porachunkach ze swoimi obywatelami. Tym bardziej, że obywatele ci odpokutowali swoje problematyczne poczucie winy, przelewając krew w celu zachowania tego państwa.
Akta osobowe kapitana Bielawskiego, przechowywane w Departamencie Personalnym SWA, były nienaganne. Wszystkie cechy zawierały frazę: „Lojalny wobec partii Lenina-Stalina”. Choć to sformułowanie było standardowe i pojawiało się w aktach osobowych niemal każdego oficera, w aktach kapitana Bielawskiego było ono bardziej prawdziwe niż w aktach większości innych oficerów.
Pewnego dnia, w dniu przeznaczonym na studia polityczne, kapitan Bielawski, jak zwykle, stawił się na służbie dwie godziny wcześniej, zajął miejsce i rozłożył notatki. Krąg wokół Bielawskiego miał charakter elitarny i składał się wyłącznie z ludzi z wyższym wykształceniem. Siedziało tam mnóstwo ludzi, wcale nie głupich. Przeglądali „Krótki kurs” z poważnym wyrazem twarzy, udając, że są całkowicie pochłonięci tą aktywnością. Jednocześnie wszyscy w głębi duszy wiedzieli, że ta książka jest całkowitym kłamstwem i fałszerstwem, na dodatek napisana niegramotnym, półdziecinnym językiem.
Prowadzący kręgu, który zazwyczaj jest po prostu zwykłym człowiekiem, jak reszta członków kręgu, rozpoczyna zajęcia pytaniem: „No więc, kto chce wygłosić przemówienie na temat Rozdziału Trzeciego? Jako wolontariusz?!”
Uczestnicy pochylili niżej głowy nad książkami. Niektórzy zaczęli jeszcze intensywniej przeglądać swoje notatki, podczas gdy inni wbijali wzrok w stół, jakby skupiając myśli i dając jasno do zrozumienia, że wolą porozmawiać później. Nie było chętnych do ochotniczego zabrania głosu.
„No cóż, cóż mogę powiedzieć... W takim razie przejdziemy do listy...” – zasugerował prowadzący.
Wyczytuje pierwszego na liście. W pokoju rozległo się westchnienie ulgi.
Większość liderów ma alfabetyczną listę członków kręgu. Każdy wie, kogo on śledzi. Tutaj problem jest rozwiązany w prosty sposób. Pierwsza osoba na liście zaczyna opowiadać rozdział, podczas gdy druga kontynuuje czytanie swojego akapitu i podkreśla go czerwonym ołówkiem. Zanim pierwszy skończył mówić, drugi był już przygotowany. Dlatego też zajęcia w większości kręgów politycznych mają charakter przypominający zajęcia rodzinne.
Wszyscy obecni już kilkakrotnie studiowali i powtarzali „Krótki kurs”. Wszyscy mają już serdecznie dość tej komedii o małpach. Po spełnieniu obowiązku człowiek patrzy przez okno, pali papierosy lub temperuje ołówki.
Wszystko przebiegało jak zwykle. Głosy mówców brzmiały monotonnie. Prowadzący siedział, wpatrując się w swój notatnik i nie słuchając tego, co mówiono. W pokoju było gorąco i ludziom zachciało się spać. I w tym sennym królestwie niespodziewanie przydarzyło się kapitanowi Bielawskiemu coś, czego przyczyny on sam nie potrafiłby wytłumaczyć.
Gdy nadeszła jego kolej, musiał opowiedzieć na podstawie książki o trzech kampaniach Ententy. Temat ten, rozpatrywany osobno, miał charakter bohaterski i nawiązywał do wydarzeń niedawno zakończonej wojny. Kapitan Bielawski wstał i przemówił. Już po pierwszych słowach prowadzący krąg podniósł zaspane oczy znad notatnika i ze zdziwieniem spojrzał na mówcę. Wtedy wszyscy obecni w pokoju zaczęli po kolei spoglądać w jego kierunku z zadziwieniem.
Bielawski przemawiał tak, jakby stał na podium. Jego głos brzmiał niezwykle pewnie, niemal urzekająco. Była w nim wiara, było powołanie. Opisał trzy próby interwencji zagranicznej w ZSRR po rewolucji 1917 roku i skutecznie powiązał je z inwazją i klęską armii Hitlera w latach 1941–1945. Nie opowiedział „Krótkiego Kursu”, mówił z siebie, z serca. W zdziwionych spojrzeniach pozostałych członków kręgu pojawiło się ciche pytanie: „Czy on oszalał?! Jaki jest sens tego dodatkowego wysiłku?!”
W tym dniu na zajęciach politycznych w charakterze obserwatora obecny był instruktor z Zarządu Politycznego SWA. Występ Bielawskiego przykuł jego uwagę. Najwyraźniej na zajęciach z polityki rzadko słyszał ludzi przemawiających z wiarą w głosie. Instruktor przeprowadził dochodzenie i podjął właściwą decyzję. Następnego dnia Bielawskiego wezwano do Zarządu Politycznego.
„Słuchajcie, towarzyszu kapitanie!” – zwrócił się instruktor do Bielawskiego, wchodzącego do jego gabinetu. – „Jestem zaskoczony! Zajrzałem do twojej teczki personalnej. Wzorowy oficer, najlepsze oceny i jednocześnie nie w Partii. To nie jest dobre! Partia powinna edukować i dbać o takich ludzi jak ty…”
„Nie, nie, nie...” – jakby obawiając się, że Bielawski zaprotestuje, instruktor kategorycznie podniósł prawą dłoń. – „Wczoraj tak wspaniale przemawiałeś na zajęciach politycznych... A nadal nie masz żadnych obowiązków partyjnych. Pozwolimy ci prowadzić zajęcia polityczne z żonami oficerów. To jedno! A następnie niezwłocznie złóż zgłoszenie do partii. To dwa! I żadnego gadania. Rozumiesz?!”
Bielawski nawet nie pomyślał o sprzeciwie. Przynależność do Partii będzie oznaczała, że zajmie on pełnoprawne miejsce w społeczeństwie. Jego serce zabiło radośnie i szczerze uścisnął dłoń instruktora Zarządu Politycznego.
Zbliżały się uroczystości listopadowe. Kreml berliński intensywnie przygotowywał się do obchodów rocznicy rewolucji październikowej. Oprócz prowadzenia badań politycznych, Bielawski został mianowany pełnomocnikiem do spraw przygotowań do świąt. Całkowicie oddał się pracy społecznej i poświęcał jej cały swój wolny czas.
W swojej duszy kapitan Bielawski narodził się na ten świat po raz drugi. Najbardziej cieszyła go pewność, że Partia zapomniała o przeszłości, że teraz odebrano mu wilczy bilet. Dopiero teraz w pełni uświadomił sobie, jak trudno było mu znieść poczucie wyobcowania ze społeczeństwa, poczucie, że jest człowiekiem za burtą.
W tym samym czasie wydarzyło się coś nieistotnego, wręcz głupiego, co miało mieć nieoczekiwane konsekwencje.
Bielawski był wielkim fanem motocykli. Od momentu przybycia do SWA miał w rękach niezliczoną ilość tych maszyn. Ostatecznie zdecydował się na wyjątkowo piękny wyścigowy motocykl BMW. Motocykl ten był znany w całym Karlshorst i wielu młodych oficerów zatrzymywało się, aby przyjrzeć się temu niklowanemu pięknu.
Pewnego wieczoru, przejeżdżając swoim BMW obok domu, w którym mieszkała Walia Grinczuk, Bielawski zobaczył światło w oknach mieszkania Walii i postanowił odwiedzić dziewczynę. Oparł motocykl o siatkę ogrodzeniową i nie zamierzając długo tam przebywać, nie zamknął motocykla na klucz, jak to miał w zwyczaju.
Walia miała gości, towarzystwo było wesołe, w efekcie czego Bielawski został dłużej, niż się spodziewał. Około godziny dziesiątej wieczorem pożegnał się z Walią i opuścił dom. Trzymając kluczyk w ręku, otworzył bramę. Miejsce, w którym stał motocykl, było puste. Rozejrzał się dookoła, myśląc, że ktoś żartobliwie zjechał motocyklem na bok. Nie, motocykla nigdzie nie było widać.
Bielawski zaczął rzucać przekleństwa. Było jasne, że motocykl został skradziony. Najbardziej rozwścieczyło Bielawskiego to, że motocykl ukradł ktoś ze swoich. Przecież żaden z berlińskich złodziei nie włamałby się do Karlshorst, a tym bardziej nie zdobyłby motocykla.
Stanowisko dowodzenia Karlshorst znajdowało się kilka kroków dalej. Bielawski udał się do komendanta dyżurnego i zgłosił kradzież. Porucznik pełniący służbę okazał współczucie wzburzonemu kapitanowi i obiecał sprawdzić, czy motocykl nie został ukradziony przez któregoś ze strażników komendanta. Porucznik był dobrze zorientowany, kto najczęściej dokonuje kradzieży w Karlshorst.
Ponieważ nie miał zaufania do Komendantury, Bielawski natychmiast udał się na pobliski posterunek niemieckiej policji, znajdujący się poza ogrodzonym terenem. Tam zabrał niemieckiego policjanta z psem tropiącym i wrócił w miejsce, gdzie zniknął motocykl. Choć w tym przypadku szanse powodzenia nie były duże, postanowił spróbować także i tego.
Przewodnik-policjant naprowadził psa na trop. Natychmiast ruszył w stronę kolejnej bramki. Bielawski wiedział, że mieszkają tu organizatorzy partyjni Wydziału Prawnego, major Jeroma i jego zastępca, major Nikołajew. Dlatego zachowanie psa wydawało mu się absurdalne. Pies gończy został wysłany na trop jeszcze kilka razy, ale za każdym razem uparcie prowadził do sąsiedniej bramy. W końcu Bielawski bezradnie machnął ręką i puścił policjanta wolno.
Następnego dnia Bielawski przechodził obok bramy, przy której biegł pies gończy. Na wszelki wypadek postanowił wejść do domu i dowiedzieć się czegoś. W salonie siedziały cztery młode kobiety. W jednej z nich Bielawski rozpoznał właścicielkę mieszkania, żonę majora Nikołajewa, w drugiej zaś żonę szefa Zarządu Politycznego SWA, generała Makarowa.
Wszystkie były problematycznymi żonami swoich mężów, tzn. tylko w granicach Karlshorst. Prawie bez wyjątku przywódcy SWA w Karlshorst mieli niezwykle młode żony. Żona marszałka Sokołowskiego była o kilka lat młodsza od jego córki. Takie były skutki wojny.
Przykładem może być historia marszałka Rokossowskiego i Walentyny Sierowej. Ta druga, niegdyś mała aktorka Teatru Komsomołu im. Lenina, wówczas żona słynnego pilota Sierowa, po jego śmierci wyszła po raz drugi za mąż za wschodzącego na horyzoncie pisarza i poetę Konstantina Simonowa. Trafiwszy w czasie tournée frontowego do kwatery marszałka Rokossowskiego, utknęła tam na długi czas. Od tego czasu, jak twierdzą krytycy literaccy, w poezji Simonowa zaczęły rozbrzmiewać smutne pieśni o niewiernych żonach, co przede wszystkim przyniosło mu popularność wśród żołnierzy na froncie. Sielanka skończyła się dopiero, gdy sam Stalin wydał Rokossowskiemu rozkaz „wygnania tej dziwki”.
Przeprosiwszy uprzejmie za zakłócenie porządku, Bielawski wyjaśnił powód swego przybycia i zapytał, czy mieszkańcy domu widzieli poprzedniego wieczoru coś podejrzanego.
Młode kobiety spojrzały na siebie ze zdziwieniem i wyraziły oburzenie kradzieżą. Najwyraźniej się nudziły i były tak miłe, że zaprosiły Bielawskiego do stołu. Wywiązała się dość ożywiona rozmowa. W historii motocykla rozmowa ta miała odegrać znaczącą rolę. Przede wszystkim dlatego, że Bielawski zrobił na młodych kobietach bardzo dobre wrażenie.
Następny tydzień nie przyniósł żadnych rezultatów. Bielawski już w myślach pożegnał się ze swoim ukochanym motocyklem, gdy pewnego dnia pod koniec dnia pracy wezwano go do telefonu. Ku zaskoczeniu Bielawskiego w słuchawce rozległ się kobiecy głos.
„Towarzyszu kapitanie?” – zapytała nieznajoma, po czym szybko przemówiła – „Przepraszam, że nie podam swojego nazwiska. To jedna z pań, które dzwonią, która... Pamiętasz, przyszedłeś i zapytałeś o motocykl... Więc chcę ci powiedzieć, że twój motocykl jest w piwnicy tego samego domu. Idź natychmiast, a go znajdziesz. Prawdopodobnie masz pojęcie, kto go ukradł... Proszę, nie mów nikomu, jak się dowiedziałeś. Nie chciałabym…”
Nie słuchając rozmowy do końca, Bielawski szybko podziękował i się rozłączył. Przez chwilę siedział przy stole, zastanawiając się, co zrobić. W końcu złodziejem musi być nikt inny, jak organizator imprezy w Wydziale Prawnym SWA i szef służby prawnej, Jeroma.
W końcu postanowił podjąć działania. Poprosił podpułkownika Popowa i majora Berkę, aby poszli z nim w charakterze świadków. Po drodze zaszli do komendantury, zabrali ze sobą dyżurnego komendanta i udali się do mieszkania majora Jeromy.
Majora Jeromy nie było w domu, gdyż spóźnił się na zebranie partyjne w Wydziale Politycznym. Na prośbę dyżurnego komendanta otwarto piwnicę. Tam, lśniąc od niklu, stał motocykl kapitana Bielawskiego. Oficer dyżurny sporządził oficjalny raport dotyczący kradzieży i odkrycia skradzionych dóbr. Komendant w swej prostocie serca napisał: „Złodziejem jest major Służby Prawnej Jeroma, organizator partii w Wydziale Prawnym SWA”. Protokół podpisali wszyscy świadkowie, łącznie z żoną majora Jeromy.
Gdy czterech oficerów, jęcząc i przeklinając, z trudem wciągało ciężki motocykl po schodach, oficer dyżurny nie mógł powstrzymać się od komentarza: „Jeden człowiek nie mógł sobie z tym poradzić. Pomogło mu co najmniej dwóch innych!”.
Później okazało się, że komendant miał rację.
W dniu kradzieży major Jeroma i dwaj inni funkcjonariusze Wydziału Prawnego wracali, jak zwykle, późnym wieczorem z odprawy partyjnej w Dyrekcji Politycznej. Zbliżając się do domu, Jeroma zauważył wspaniały motocykl błyszczący w ciemności przy sąsiedniej bramie. Nie zastanawiając się dwa razy, z pomocą towarzyszy partyjnych wtoczył motocykl do piwnicy.
Sprawa pewnie zakończyłaby się w tym miejscu, gdyby nie przypadkowe spotkanie Bielawskiego z młodymi kobietami. Wszystkie doskonale wiedziały, że dzień wcześniej major Jeroma kupił motocykl z nieznanego źródła. Kiedy Bielawski opowiedział o swoim nieszczęściu, wszyscy obecni domyślili się związku między tymi dwoma wydarzeniami, lecz z oczywistych względów nie wyrazili od razu swoich przypuszczeń. Kiedy Bielawski wyszedł, wybuchła kłótnia. Młoda żona szefa Zarządu Politycznego, która wcześniej służyła w kompanii, stanęła po stronie kapitana i stwierdziła, że motocykl musi zostać zwrócony. Resztę można już zgadnąć.
Oburzony tym, co się stało, Bielawski postanowił podjąć wszelkie środki, aby zapewnić przykładną karę winowajcy. Sporządził odpowiednie raporty dla szefa sztabu armii, generała Dratwina, dla Zarządu Politycznego i dla Biura Prokuratora Wojskowego Armii. Jeśli sprawę rozpatrzy się zgodnie z prawem, major Jeroma powinien zostać wydalony z Partii, pozbawiony oficerskich epoletów i skazany na karę więzienia za kradzież. Tak mówi Prawo. To samo prawo, które przewiduje karę 10 lat więzienia za zebranie kłosów zboża z gospodarstwa kołchozowego w polu i 5 lat za kradzież kawałka socjalistycznego cukru z fabryki, przeznaczonego dla głodnych dzieci.
Kiedy major Berko dowiedział się o tych doniesieniach, poradził Bielawskiemu, aby się nie spieszył. Majorowi Jeromie zarzucano również wiele innych rzeczy. W takich przypadkach zaleca się zachowanie ostrożności. Berko zasugerował, aby Bielawski najpierw spotkał się z samym majorem Jeromą. Postanowili odwiedzić go podczas przerwy obiadowej.
Tym razem Jeroma był w domu. Siedział przy stole w luźnej koszuli bez paska. Przed nim stała parująca aluminiowa miska z barszczem. Nawet nie podniósł głowy, gdy zobaczył gości, tylko kontynuował popijanie z miski.
„No i co, Jeroma?!” – zwrócił się do niego Bielawski. – „Jak mój motocykl znalazł się w twojej piwnicy?”
„Znalazłem” – odpowiedział z pełnymi ustami, nawet nie unosząc brwi.
„Napiszę o tobie raport do Zarządu Politycznego” – Bielawski nie potrafił znaleźć niczego innego do powiedzenia, zaskoczony żelazobetonową bezczelnością organizatora partyjnego.
Jeroma nadal zajadał się barszczem. Nie jadł, a raczej żarł – mlaskając, popijając, wyginając plecy i zamykając oczy z przyjemności. Pot spływał mu po twarzy z wysiłku. Skończywszy jeść barszcz, organizator partyjny wziął miskę, postawił ją na łyżce i czekał, aż ostatnie krople spłyną. Następnie włożył łyżkę do ust i zaczął oblizywać wargi.
„Nie, nie dotrzesz do kogoś takiego ze swoim raportem” – Berko nie mógł się powstrzymać. – Lepiej napluj mu do talerza i idziemy!
Ale nawet to nie zrobiło wrażenia na organizatorze imprezy. Spokojnie podał miskę żonie, która w milczeniu przyglądała się tej scenie, i gestem poprosił o więcej. W środku Europy, w środku Berlina, w sercu radzieckiej administracji wojskowej, siedział i objadał się barszczem potwór, jakiego ani Berko, ani Bielawski nigdy w życiu nie spotkali. Trzasnęli drzwiami i wyszli.
Wieczorem Bielawski udał się do pokoju recepcyjnego szefa Zarządu Politycznego i złożył raport adiutantowi dyżurnemu. Podczas gdy adiutant z zainteresowaniem czytał raport, sam generał Makarow wyszedł ze swego biura do pokoju recepcyjnego.
„Jeszcze jedno na Jeromę, towarzyszu generale” – zameldował adiutant z uśmiechem.
„Aha, to dobrze” – powiedział generał i odszedł. – „Już mamy go na myśli w związku z bigamią…”
Adiutant wyjaśnił Bielawskiemu, że Jeroma, idąc za przykładem starszych, także znalazł sobie nową żonę. Tylko, że popełnił błąd taktyczny. Po pierwsze, w odróżnieniu od innych, zarejestrował swój związek małżeński w urzędzie stanu cywilnego w Karlshorst. Po drugie, nie zadał sobie trudu rozwodu ze swoją pierwszą żoną w Rosji.
Następnie Bielawski udał się do prokuratora wojskowego SWA, podpułkownika Orłowa. Podpułkownik znał Bielawskiego osobiście, dlatego po przeczytaniu raportu powiedział szczerze:
„Nie możemy go postawić przed sądem. Wszystko tutaj zależy od Wydziału Politycznego. Wiecie to sami – Partia!”
Gdyby Bielawski miał większe doświadczenie w sprawach życia partyjnego, prawdopodobnie powstrzymałby się od myśli rywalizacji z Partią. Głupia historia z motocyklem doprowadziła do zupełnie nieoczekiwanych rezultatów.
Zarząd Polityczny otrzymał do zatwierdzenia decyzję od lokalnej organizacji partyjnej o przyjęciu kapitana Bielawskiego w poczet członków Partii. Decyzji tej towarzyszyły znakomite osiągnięcia kapitana w walce oraz oceny jego służby z całej wojny. W tym samym czasie sprawa skradzionego motocykla wywołała poruszenie w całym Karlshorst. Zarząd Polityczny postanowił zatuszować skandaliczną historię. Trzeba było usunąć jedną ze stron i wybór padł na Bielawskiego.
Jak grom z jasnego nieba kapitan Bielawski niespodziewanie otrzymał rozkaz demobilizacji i wysłania do Związku Radzieckiego. Od razu zrozumiał, co się dzieje. Po prostu nie zdawał sobie sprawy, co go czeka po przybyciu do Związku Radzieckiego. Tam go oczekiwał sąd. W tym samym czasie złodziej, bigamista i organizator imprez Jeroma nadal szczęśliwie żył w Karlshorst.
Rozwiązanie sprawy wyjaśniono następująco. Niedługo wcześniej Bielawski, podobnie jak wszyscy pracownicy SWA, wypełnił ankiety. Tym razem, w związku z nowymi dyrektywami powojennymi, kwestionariusze po wypełnieniu wysyłano do wskazanych etapów życia danej osoby w celu weryfikacji przez lokalne organy MSW. Wkrótce kwestionariusz Bielawskiego powrócił z Leningradu z notatką: „ojciec skazany na podstawie artykułu 58”. To wystarczyło Zarządowi Politycznemu. Bielawskiego zdemobilizowano i wysłano do Związku Radzieckiego, gdzie stanął przed sądem za złożenie fałszywych zeznań w kwestionariuszu, do którego wypełnienia zmuszono go pod groźbą sądu.
Tak zakończyła się walka Michaiła Bielawskiego o swoje miejsce w życiu. Państwo nie zapomniało o tej plamie, którą kapitan uważał za zmytą krwią, przelaną w imię zachowania tego państwa. Każdy na swoim miejscu. Miejsce Michaiła Bielawskiego jest za burtą.
Przypadkowe spotkanie z Partią w osobie majora Jeromy nie odegrało decydującej roli w odkomenderowaniu Bielawskiego. To był tylko poboczny incydent. Nawet i bez tego los kapitana był przesądzony. Należał do pewnej kategorii ludzi, których los był z góry przesądzony.
Potwierdza to fakt, że niemal równocześnie z Michaiłem Bielawskim, major Dubow otrzymał podobny rozkaz demobilizacji i skierowania do Związku Radzieckiego. Tylko Wydział Kadr SWA i sam major Dubow wiedzieli, co kryło się za tym rozkazem. On również musiał znaleźć swoje miejsce w życiu po wojnie.
4.
Dwie osoby z mojego najbliższego otoczenia zostały wyrwane z życia i wyrzucone za burtę. Szanowałem ich jako ludzi i kochałem jako towarzyszy. W oczach innych oni również byli i pozostaną pozytywnymi wzorcami nowego społeczeństwa radzieckiego. Jednocześnie jednak ludzie ci są skazani na zniszczenie. Nikt nie zna drugiej połowy swojego życia. Nikt nawet nie podejrzewa powodu ich zniknięcia z Karlshorst.
Major Dubow i Michaił Bielawski nie mają nic wspólnego ze starymi klasami, które według klasyfikacji marksistowskiej skazane są na zagładę. Dubow i Bielawski zostali ukształtowani przez środowisko radzieckie i są pełnoprawnymi obywatelami współczesnego społeczeństwa radzieckiego w najlepszym tego słowa znaczeniu. Jednocześnie są skazani na zagładę, nieodwołalnie skazani na zagładę. Co najmniej zniszczenie duchowe. A co najważniejsze, takich ludzi są miliony.
Łatwo to sprawdzić. W ciągu trzydziestu lat władzy radzieckiej co najmniej trzydzieści milionów ludzi padło ofiarą represji politycznych. Biorąc pod uwagę, że każdy z nich miał dwóch krewnych i biorąc pod uwagę, że krewni osób represjonowanych politycznie automatycznie trafiają do kategorii osób politycznie niepewnych, daje to sześćdziesiąt milionów osób na czarnej liście. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że spośród powyższych trzydziestu milionów, dziesięć milionów zginęło w obozach, dziesięć milionów, jako liczba minimalna, znajduje się obecnie w obozach, a dziesięć milionów, po odsiedzeniu kary, zostało zwolnionych i pozostaje w specjalnym rejestrze NKWD, to wynik będzie wynosić osiemdziesiąt milionów ludzi, których państwo radzieckie uczyniło swoimi wrogami. W każdym razie uważa ich za swoich wrogów.
Tutaj staje się jasne, dlaczego w każdej komórce radzieckiej machiny państwowej istnieją działy kadr i praktyka ciągłego przeprowadzania ankiet. Dziś wielomilionowa armia automatycznych wrogów państwa radzieckiego stanowi niewątpliwie główną klasę nowego społeczeństwa radzieckiego.
Ta niewidzialna klasa automatycznych wrogów i zarazem niewolników przenika społeczeństwo radzieckie od góry do dołu. Czy warto podawać przykłady?! Są tu nie tylko niewolnicy w pełnym tego słowa znaczeniu – więźniowie obozów pracy NKWD. Tutaj możemy wymienić wielu marszałków Związku Radzieckiego i laureatów stalinowskich, którzy mieli za sobą uwięzienie w NKWD. To wspaniali ludzie, znani na całym świecie. Nikt nie wie o milionach drobnych konfliktów między państwem a obywatelami.
Państwo i jednostka. Tutaj mimowolnie przychodzi mi na myśl obraz Walii Grinczuk. Mała dziewczyna-partyzant. Walcząc o swoją wolność, chwyciła za broń w burzliwych latach wojny. Walczyła dzielnie. Nie tylko obroniła swoją wolność przed wrogiem zewnętrznym, ale także pięła się w górę po szczeblach radzieckiego społeczeństwa. Z szarej masy stała się w pewnym sensie osobowością. I tak, wznosząc się w górę, ta nowo narodzona osobowość wkrótce odczuła ciężką rękę państwa.
Ze względu na swoją pracę Walia musiała często odwiedzać Radę Kontroli. Tam poznała młodego oficera sił alianckich.
Zewnętrznie znajomość ta nie mogła budzić żadnych zastrzeżeń, gdyż Walia odwiedzała Radę Kontroli w ramach swoich obowiązków służbowych. Po pewnym czasie znajomość przerodziła się w osobistą przyjaźń.
Pewnego pięknego dnia Walię wezwano do organizacji partyjnej. Tam, w bardzo uprzejmy sposób, dali jej do zrozumienia, że Partia wie o jej znajomości z oficerem alianckim. Ku zaskoczeniu dziewczyny, nie powiedziano jej nic więcej i zdawało się traktować tę znajomość ze współczuciem. Po pewnym czasie historia się powtórzyła. Walia odniosła wrażenie, że do tej znajomości była wręcz zachęcana.
Minął czas, a przyjaźń między radziecką dziewczyną i alianckim oficerem przerodziła się w szczerą więź dwojga młodych ludzi. W tym momencie Walię ponownie wezwano do organizacji partyjnej i jako członkini Partii stanęła przed koniecznością połączenia miłości z interesami państwowymi.
Następnego dnia Walię zabrano do szpitala. Lekarze stwierdzili u chorej gorączkę, bardzo wysoką temperaturę i nieprawidłowe ciśnienie krwi. Lekarze nie potrafili znaleźć przyczyny tego bolesnego schorzenia. Mijały tygodnie, a stan dziewczyny się nie poprawiał.
Pewnego dnia na oddział przyszedł starszy i doświadczony neurolog. Przejrzał historię choroby i pokręcił głową, pytając Walię: „Czy miałaś jakieś poważne problemy... uh-uh w życiu osobistym?”
„Nie” – odpowiedziała dziewczyna krótko i stanowczo.
Walia spędziła ponad dwa miesiące w szpitalu. Po wypisaniu ze szpitala, pod pretekstem choroby, udało jej się uzyskać przeniesienie do innej pracy, nie wymagającej od niej uczestnictwa w posiedzeniach Rady Kontroli. Walia za pośrednictwem przyjaciół poprosiła ich, aby poinformowali jej ukochaną osobę o jej wyjeździe do Rosji. Dziewczyna miała serce żołnierza.
Niewiele osób wiedziało o związku między tymi zjawiskami. Dla wszystkich Walia nadal pozostawała oficerem bojowym, zasłużenie zajmującym należne jej miejsce w społeczeństwie radzieckim. Mało kto zauważył, że zamiast marynarki oficerskiej ozdobionej orderami, dziewczyna coraz częściej nosiła zwykłe damskie ubranie.
Wszystko to dzieje się wokół mnie. Dotyczy to mnie osobiście, gdyż sam muszę wstąpić do Partii. Nie mam innego wyboru. Chyba że spojrzymy w oczy przyszłości, która stała się teraźniejszością dla majora Dubowa i Michaiła Bielawskiego.
Postaram się być całkowicie szczery wobec siebie i zrozumieć otaczającą mnie rzeczywistość.
Obecnie w Związku Radzieckim nie ma partii komunistycznej. Jest tylko Partia Stalina z przestarzałym szyldem. Jedynym celem tej Partii była władza, niepodzielna władza. Idealny członek Partii Stalina nie powinien myśleć samodzielnie, powinien być tylko beznamiętnym wykonawcą woli przełożonego. Dobrym przykładem jest organizator partii, major Jeroma, zamożny brutal i idealny bolszewik ze szkoły stalinowskiej.
Noszę naramienniki radzieckiego oficera i mam tyle samo lat, co sowiecki rząd. Gdybym urodził się dwadzieścia lat wcześniej, mógłbym być przekonanym marksistą i rewolucjonistą rewolucji październikowej. Dzisiaj, mimo wszystko, nie jestem członkiem Partii Komunistycznej. Gdybym nie stanął przed tą koniecznością, tak, tą absolutną koniecznością, to myśl o wstąpieniu do partii, która dziś nosi nazwę Komunistycznej Partii ZSRR, nawet nie przyszłaby mi do głowy.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści