Grigorij Klimow «Pieśń Zwycięzcy»

Rozdział 14. CYKL DIALEKTYCZNY

1.

Lato 1946 roku dobiegało końca. Słońce dzień po dniu stało na niebie nad Berlinem. Niczym rozpalona do czerwoności kula lśniła w oparach wapiennego pyłu unoszącego się nad miastem. Ten sam pył pokrywał grubą warstwą trawę i liście drzew.

W letnim upale Karlshorst żył swoim zwyczajnym życim. Niemcy kręcili się w pobliżu biura komendantury, próbując dostać się do Sztabu Głównego. W zarządach i oddziałach Sztabu Generalnego SWA trwała gorączkowa praca. W wirze pracy ludzie ze złotymi epoletami na ramionach zapominali niekiedy, że Karlshorst był po prostu daleką wyspą otoczoną obcymi i wrogimi żywiołami. Ale gdy zbliżył się dzień wakacji i podróży do ojczyzny, czuli ze zdwojoną ostrością, że daleko na Wschodzie leży ogromny kraj, ich kraj, którego interesów byli powołani bronić poza jego granicami.

Listy ze Związku Radzieckiego donosiły o niezwykłej suszy w europejskiej części ZSRR. Otwarcie wyrażano obawy dotyczące losu przyszłych zbiorów. Ziarno, jeszcze niedojrzałe, osypywało się na korzenie. Małe ogródki warzywne, które zaopatrywały większość ludności w żywność, zostały wypalone przez słońce. Ludzie z tęsknotą spoglądali w bezchmurne niebo i obawiali się nadejścia głodu gorszego od tego, którego doświadczyli w czasie wojny. Listy z ojczyzny były przepełnione beznadzieją i rozpaczą.

Minął rok, odkąd przybyłem do Berlina, aby podjąć pracę w radzieckiej administracji wojskowej. Zaczynał się drugi. Pod koniec lata nadszedł wreszcie czas moich wakacji. Przez półtora miesiąca mogłem strząsnąć z nóg berliński kurz i odpocząć w ojczyźnie.

Andriej Kowtun wyjeżdżał na urlop w tym samym czasie co ja i dogadaliśmy się, że pojedziemy razem. Postanowiliśmy najpierw zostać w Moskwie, potem odwiedzić nasze rodzinne miasto na południu i na koniec odpocząć gdzieś nad Morzem Czarnym. Andriejowi bardzo zależało na zorganizowaniu urlopu tak, abyśmy mogli spędzić czas wśród wspomnień z młodości.

Na Dworcu Śląskim w Berlinie panuje tłok i zgiełk. W pobliżu wojskowej kasy panuje ożywiony handel – wymieniane są marki okupacyjne na ruble. Ci, którzy przybyli z ZSRR, chętnie wymieniają paczki bezużytecznych czerwońców na kuszące marki. Ci, którzy wyjeżdżali do ZSRR, chętnie pozbywali się marek, aby mieć radzieckie pieniądze na wydatki związane z podróżą.

Ufając swemu mundurowi oficera Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Andriej udał się do komendanta wojskowego stacji i wkrótce wrócił z dwoma zarezerwowanymi miejscami w miękkim przedziale. Jego przewidywanie okazało się bardzo przydatne. Wszystkie wagony są wypełnione po brzegi. Większość pasażerów ma dużo bagażu, z którym nie chce się rozstawać pod żadnym pozorem, nie ufając usługom wagonów bagażowych. Andriej i ja mamy także po dwie walizki, wypełnione głównie prezentami dla rodziny i przyjaciół.

Nasz pociąg dotarł do Brześcia bez żadnych przygód, chociaż radzieckie pociągi wojskowe kursujące na linii Berlin-Moskwa często padają ofiarą ostrzału, a nawet ataków ze strony polskich nacjonalistów ukrywających się w lasach. Pierwsza kontrola dokumentów i bagażu odbywa się na radzieckim przejściu granicznym w Brześciu. Wszyscy pasażerowie zostają przeniesieni do innego pociągu. Strażnicy graniczni Ministerstwa Spraw Wewnętrznych szczególnie uważnie przeszukują bagaże zdemobilizowanych żołnierzy w poszukiwaniu broni, którą ktoś mógłby zechcieć zabrać do domu jako trofea.

Porucznik straży granicznej MSW w zielonej czapce, który sprawdzał dokumenty stojącego przed nami kapitana, zwraca się do niego z pytaniem:

„Dlaczego, towarzyszu kapitanie, nie zostawiliście swojej broni osobistej w miejscu służby?”

„Nie otrzymałem odpowiedniego rozkazu” – odpowiada, wzruszając ramionami z irytacją.

„Po przybyciu do miejsca docelowego będziesz musiał oddać pistolet w biurze miejscowego komendanta, gdzie dokonasz rejestracji” – mówi porucznik MSW, oddając dokumenty.

„Oto one – zasady czasu pokoju” – mruczy pod nosem kapitan, gdy opuszczamy punkt kontrolny. – „Każdy się czegoś boi”.

Andriej i ja siedzimy w hali dworca czekając na odjazd pociągu do Moskwy. Wokół nas jest wielu oficerów w polskich mundurach i na głowach mają kwadratowe czapki konfederackie. Wszyscy rozmawiają ze sobą po rosyjsku, a języka polskiego używają tylko przy przeklinaniu. Są to oficerowie wojsk radzieckich marszałka Rokossowskiego, stacjonujący w Polsce i ubrani w polskie mundury. Wkrótce dołącza do nich kilku oficerów powracających z Niemiec do Związku Radzieckiego. Rozpoczyna się rozmowa na tematy lokalne.

„No i jak tam w Niemczech?” – pyta oficer z wyraźnym syberyjskim akcentem i polskim orłem na czapce, zwracając się do lejtnanta z Drezna. – Czy Niemcy coś knują?

„I nie ma mowy!” – odpowiada porucznik spokojnie. – „Zdyscyplinowany naród. Powiedziano im – nie wolno, więc nie wolno. Początkowo sami spodziewaliśmy się zamieszek lub prób zamachów. Nic takiego!”

„Och naprawdę!” – Syberyjczyk jest zaskoczony i kręci głową. – „A nasi panowie dają pożyć. Każdej nocy albo kogoś zarżną, albo zastrzelą. A ta kurica nie pomaga”. Wskazuje na orła na swojej konfederatce.

„Nie wiesz, jak sobie z nimi radzić” – mówi lejtnant z wyższością w głosie.

„To nie jest takie proste” – wtrąca się do rozmowy inny radziecki oficer w polskim mundurze. – „Rokossowski otrzymał szesnaście podziękowań w rozkazach od Stalina w czasie wojny i dwadzieścia nagan w zeszłym roku w Polsce. Wszystko przez Polaków! Strzelają do was zza rogu, a wy nie macie prawa tknąć ich palcem – w przeciwnym razie będzie Trybunał. Polityka!” Oficer ciężko wzdycha.

„To wydarzyło się niedawno w Gdyni” – opowiada Syberyjczyk w czapce konfederackiej. – „W porcie była flotylla naszych kanonierek. No cóż, marynarze wyszli na spacer. Tam, na molo, podeszło do nich kilku Polaków i zaczęli się bić. Pięć minut później przybiegł cały tłum. Były noże, strzelanina – co tylko chcesz. Krótko mówiąc, dźgnęli nożem kilku marynarzy na oczach reszty flotylli”.

„No i jak to?” – pyta lejtnant z Drezna.

„Brać marynarska, wiecie, jacy to są ludzie” – Syberyjczyk puszcza oko. – „Nie zastanawiając się dwa razy, rozmieścili szybkostrzelne działa wzdłuż burty i – cała flotylla rozpoczęła huragan ognia w stronę nabrzeża. Dajcie Polakom pieprzu! Potem przez cały tydzień zbierano wnętrzności pańskie z dachów.”

„Ale cała kadra dowódcza flotylli trafiła pod Trybunał” – dodaje sceptycznie drugi pseudo-Polak. – „A Rokossowski dostał kolejną naganę.”

Rozmowa kończy się, ponieważ przejeżdżający oficerowie wstają, zamierzając udać się do miasta. „Uważajcie, żeby nie pozostawać w mieście po zmroku” – radzą im wychodzący oficerowie w polskich mundurach.

Niedługo po odjeździe naszego pociągu z Brześcia, w wagonach przeprowadzono drugą kontrolę dokumentów. Nie ujechaliśmy kilku godzin, gdy procedura ta została powtórzona ponownie.

Za oknem pociągu powoli przesuwa się karłowaty krajobraz Białorusi. Tak jak dawniej, tak jak i w latach wojny, dworce kolejowe leżą w ruinie. Czarne i smutne kominy pieców stoją na miejscu spalonych doszczętnie wiosek. Żurawie martwo patrzą w niebo nad opuszczonymi studniami. Rzadko można zobaczyć postacie ludzkie. Ludzie są tak samo obdarci i nieszczęśliwi jak rok temu. Tak jak dziesięć lat temu. Jesteś smutna, szara i bez radości, moja ojczyzno!

Andriej siedzi cicho, opierając się o róg. Nie zwraca uwagi na to, co dzieje się wokół niego, jest pogrążony w myślach. Od czasu do czasu drzwi przedziału otwierają się. Nowy pasażer zagląda do środka. Widząc mundur oficera Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, mężczyzna udaje, że pomylił drzwi i idzie szukać miejsca w innym przedziale. Nawet w wagonie z miękkimi siedzeniami, gdzie każdy pasażer ma w kieszeni legitymację partyjną, ludzie wolą trzymać się z daleka od Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Wieczorem Andriej, który dotychczas milczał, zaczął się trochę ożywiać. Pod wrażeniem krajobrazu za oknem rozpoczyna się rozmowa o przeszłości. Stopniowo Andriej zaczyna wspominać Galinę. Coraz bardziej daje się ponieść emocjom. Patrzę na niego ze zdziwieniem. Najwyraźniej jego myśli cały czas krążyły wokół Galiny, ale dopiero teraz zdecydował się poruszyć ten temat. Czas i odległość stępiły zmysły. Teraz jego serce płonie na nowo dawnym ogniem.

Historia relacji Galiny i Andrieja była dość osobliwa. Galina była niezwykle piękną dziewczyną. Było coś wzniosłego i czystego w jej pięknie. A co najważniejsze, jej wewnętrzna treść w pełni odpowiadała jej wyglądowi. Miała delikatną duszę i szlachetne serce prawdziwej kobiety. Andriej ubóstwiał dziewczynę i służył jej jak kapłance. Galina przez długi czas nie zwracała uwagi na zaloty Andrieja i nie zauważała jego służalczych oznak zainteresowania. Potem rozwinęła się między nimi silna przyjaźń. Być może dziewczyna była oczarowana bezgranicznym poświęceniem i oddaniem Andrieja, być może czuła, że miłość Andrieja nie przypominała zalotów innych młodych mężczyzn.

Dla otaczających nas ludzi ta przyjaźń wydawała się dziwna. Sprzeczność między kanciastą sylwetką Andrieja a wyraźnie duchowym wyglądem Galiny była zbyt uderzająca. Nikt nie potrafił zrozumieć, co ich łączyło. Przyjaciele Galiny doprowadzali ją do łez, przy każdej okazji wytykając wady Andrieja. Przyjaciele Andrieja otwarcie gratulowali mu tego, co uważali za niezasłużone szczęście. Kilkakrotnie było to powodem krótkotrwałych nieporozumień. Wtedy Andriej nie mógł znaleźć dla siebie miejsca i szedł jak cień śladami Galiny, nie śmiejąc się zbliżyć i nie mając siły się rozstać. Tak czy inaczej, aż do samego początku wojny byli nierozłączną parą. Wojna rzuciła Andrieja w ciemne miejsca w lasach partyzanckich i nadała inny kierunek jego nieokiełznanym uczuciom. Miasto, w którym pozostała Galina, zostało wkrótce zajęte przez wojska niemieckie, a wszelkie kontakty zostały zerwane.

W okno wwagonu zagląda duszna wrześniowa noc. Andriej rozpiął marynarkę i odsłonił nagą klatkę piersiową podmuchom wiatru wpadającego przez okno. Zdaje się, że narodził się na nowo i z ożywieniem opowiada o swoich czynach z lat wojny.

„W życiu zawsze do czegoś dążymy” – mówi. – „Dążymy do władzy, chwały, rozkazów. Ale to wszystko jest zewnętrzne. Kiedy dochodzisz do pewnego punktu, czujesz, że cały czas dawałeś tylko od siebie. Pytasz siebie – co dostałeś za to wszystko?”

„Teraz mam dziwne przeczucie” – kontynuuje. – „Jeśli odrzucisz na bok wszystkie zewnętrzne powody i pomyślisz tylko o sobie, to zaczyna mi się wydawać, że wszystko, co robiłem, dążąc do góry, robiłem dla Galiny. Szczerze mówiąc, teraz niosę ten mundur i te ordery do stóp Galiny”.

Andriej spogląda na swój niezwykle schludny mundur, strząsa pyłek z niebieskich bryczesów i mówi z rozmarzeniem: „Teraz Galina jest inżynierem. Mieszka w Moskwie. Ma przyzwoitą pracę, przytulne mieszkanie. Czy to nie jest granica, którą kobieta może osiągnąć dzisiaj? A teraz, na dokładkę, pojawia się przed nią pewien major Bezpieczeństwa Państwowego – obrońca i strażnik jej dobrego samopoczucia. Czy to nie jest logiczny koniec?!”

„Właśnie tutaj, mój przyjacielu, mam nadzieję, że życie odpłaci mi z nawiązką za wszystko!”

Andriej uderza mnie mocno dłonią w kolano, wstaje i patrzy przed siebie przez okno pociągu, jakby miał nadzieję, że w pędzącej w jego stronę ciemności dostrzeże, czym los go nagrodzi.

Już wcześniej często zauważałem, że Andriej dziwnie mówił o Galinie. Włożywszy całą swą żarliwą duszę w ambitne dążenia i nie zaznawszy żadnej satysfakcji z życia, a ponadto dręczony swą pozycją człowieka zmuszonego do postępowania wbrew swym przekonaniom, zaczął podświadomie szukać jakiegoś kompromisu z życiem. Zaczął przekonywać sam siebie, że dawna miłość i szczęście rodzinne wypełnią pustkę w jego duszy i pogodzą go z bolesną rzeczywistością. Stopniowo spotkania z Galiną stały się dla niego obsesją. On, jak szaleniec, oddał się marzeniom, przekonując samego siebie, że spotkanie z ukochaną kobietą będzie cudem, który przyniesie mu wybawienie.

„Wiesz co?!” – Andriej nagle odchodzi od okna. – „Muszę kupić butelkę wódki.”

„Ty nie pijesz” – mówię.

„To dla ciebie” – mówi krótko. – „Chcę, żeby wszyscy wokół mnie byli szczęśliwi. Przecież nie idę na pogrzeb, do cholery. Idę na wesele!” Jego głos jest przepełniony nieokiełznaną, żywiołową namiętnością.

Próbuję odmówić. „Chcesz mnie obrazić? Naprawdę?!” – stwierdza kategorycznie Andriej. Nie mam innego wyjścia, jak tylko mieć nadzieję, że o tej porze nocy nie uda mu się nigdzie kupić wódki.

Już na pierwszej stacji Andriej znika. Kilka minut później wraca z wypchanymi kieszeniami. „Zrobiłem to zgodnie ze wszystkimi przepisami prawa” – uśmiecha się szyderczo. – Komendant stacji skonfiskował ją komuś, a ja skonfiskowałem ją jemu. To właśnie oznacza – czerwona czapka!

„Och! Chcę, żeby ściany wokół mnie popękały!” – Andriej nalewa do szklanki tyle, że bezbarwny płyn chlapie przez krawędź. – „Moja dusza płonie i czegoś mi brakuje. Wypij za mnie!”

Koła stukają równomiernie, odliczając kilometry. Żarówka pod sufitem przedziału świeci słabym światłem. Berlin jest gdzieś za nami. Gdzieś przed nami zbliża się Moskwa.

„Wiesz, czasami czuję bolesną pustkę w duszy” – Andriej siada na sofie, szeroko rozstawiając nogi i opierając dłonie na kolanach. – „Czasami myślę o Bogu – i zazdroszczę ludziom, którzy wierzą. Lepiej wierzyć w nieistniejącego, ale nieomylnego Boga niż w ziemskich samozwańczych łotrów”.

„Kiedy ostatni raz byłeś w cerkwi?” – pytam.

„Jakieś dwadzieścia lat temu” – odpowiada zamyślony Andriej. – „Mój ojciec prowadził mnie do cerkwi za rękę. Jako chłopiec znałem wszystkie modlitwy na pamięć”.

„Tak... Ludzka dusza nie jest papierkiem lakmusowym” – wzdycha. – „Tutaj nie można od razu stwierdzić, co to jest – czerwony czy niebieski. W mojej cholernej pracy często muszę myśleć o ludzkiej duszy. Teraz mam psychozę – szukam ludzi, którzy w coś wierzą”.

Wódka w kieliszku kołysze się w rytm ruchu pociągu. Andriej odsunął szklankę, po czym kontynuował: „Rzadko się spotyka takich ludzi. Kiedyś zajmowałem się sprawą esesmana. Miał sporo na koncie. Był już na liście do rozstrzelania. Przyszedłem do jego celi, a on zerwał się na nogi i podniósł rękę: „Heil Hitler!”. On sam siedział w celi śmierci, ale nie wyparł się swojej wiary”.

W pociągu panuje cisza. W pozostałych przedziałach ludzie już śpią. Na przystankach ciszę tę przerywają hałasy dochodzące z peronu. Tłumy ludzi, obwieszonych walizkami i torbami, szturmują sąsiednie wagony.

„Wtedy nawet zazdrościłem temu esesmanowi” – kontynuuje Andriej. – „Ponieważ człowiek ma wiarę”.

„To mu niewiele pomogło” – mówię. – „Tylko w następnym świecie”.

„To zależy” – odpowiada Andriej, a na jego twarzy pojawia się ponury uśmiech. – „Na jego miejsce posłałem innego, żeby go rozstrzelać.”

„Kogo?" – pytam.

„Również SS-owca, tylko innego rodzaju” – niechętnie odpowiada Andriej. – „Najpierw był komunistą, potem pracował w Gestapo, a po kapitulacji przypomniał sobie swoje stare nawyki i przyszedł szukać pracy u nas. Cóż, znalazłem dla niego zastosowanie”.

„Naprawdę jest to dla ciebie takie łatwe?”

„Wtedy mieliśmy za dużo pracy. Do sprawy nie dołączono żadnych zdjęć ani odcisków palców. W końcu wtedy filtrowano dzień i noc. Numer celi – i tyle”.

Słychać hałas w przejściu między przedziałami. Dwie osoby idą korytarzem, głośno rozmawiają i uderzają kijem w ściany wagonu. Słychać, jak nocni goście bezceremonialnie otwierają drzwi sąsiednich przedziałów i zaglądają do środka. Po chwili kroki zatrzymują się przy naszych drzwiach.

„Jakie są tam ptaki?” – słychać szorstki głos, a drzwi przedziału głośno się otwierają.

Na progu stoi krępy mężczyzna, ubrany w żołnierski płaszcz bez naramienników, zarzucony na ramiona. Czapka wojskowa bez gwiazdki naciągnięta na oczy. Tak zazwyczaj chodzą zdemobilizowani żołnierze. Pusty lewy rękaw wyblakłego munduru jest martwo wsunięty za pasek. Niepełnosprawny mężczyzna trzyma w prawej ręce podłużny przedmiot owinięty w papier, podobny do nogi krzesła, w który uderza z boku. Zza nieznajomego wyłania się druga postać, ubrana w taki sam podarty mundur żołnierski, z domowej roboty drewnianym kikutem zamiast nogi.

„Aha! Oto sam obywatel, towarzysz major Bezpieczeństwa Państwowego, rozlokował się” – mówi śpiewnym głosem pozbawiony ręki inwalida i opiera się o framugę drzwi. – Dlaczego nie śpicie, obywatele i towarzysze?

„Czemu kręcicie się tu w środku nocy?” – pyta surowo Andriej i marszczy brwi, zirytowany bezceremonialnym tonem żołnierzy.

„My tu utrzymujemy porządek” – odpowiada drwiąco mężczyzna bez rąk. – „Może ktoś ma dodatkową walizkę lub buty, które nie pasują do jego stóp”.

„Ludzie żyją szczęśliwie – piją wódkę!” – powtarza beznogi mężczyzna zza jego pleców.

Na twarzach obojga niepełnosprawnych maluje się buntowniczy uśmiech. Zablokowali drzwi przedziału i wyglądało na to, że szukali powodu do kłótni, mierzyli nas wzrokiem od stóp do głów i wymieniali niegrzeczne uwagi. Mężczyzna bez rąk nadal stuka swoim owiniętym w gazety instrumentem. Dźwięk jest ciężki, jakby z żelaza. Człowiek bez nóg wybija rytm drewnianą nogą.

W całym pociągu panuje cisza. Koła uderzają równomiernie. Uważnie obserwuję Andrieja, którego pistolet wisi w kaburze nad głową. Palce Andrieja nerwowo bębniły w kolano.

„Co tam masz, obywatelu – towarzyszu majorze?” – pyta nagle bezręki mężczyzna, wskazując na zieloną wstążkę z czerwonymi paskami, umieszczoną na samym końcu wstążek orderowych na piersi Andrieja. – „Byłeś partyzantem?!” W głosie niepełnosprawnego mężczyzny nutę wrogości zastąpiło mieszane uczucie zaskoczenia i nieufności.

Andriej, wciąż marszcząc brwi, odpowiada sucho: „Tak, byłem w partyzantce”.

„A więc my też jesteśmy partyzantami!” Bezręki mężczyzna odrzuca przód płaszcza i uderza się pałką w pierś wyblakłej bluzy, na której na brudnych, tłustych wstążkach powiewają liczne ordery i medale. „Oto ona – partyzancka!” – wskazuje na medal „Partyzanta Wojny Ojczyźnianej” zawieszony na zielonej wstążce z czerwonymi paskami. Jakby dla porównania, niepełnosprawny mężczyzna znów kieruje wzrok na klatkę piersiową Andrieja, po czym nieufnie spogląda na jego naramienniki z symbolem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

„Postawcie byłym partyzantom wódkę, towarzyszu majorze!” – dobiega głos mężczyzny bez nogi zza mężczyzny bez ręki. – „Kiedyś przelewaliśmy razem krew – nie żałuj teraz kieliszka wódki!” Z tęsknotą spogląda na bezbarwny płyn połyskujący w szklance. Buntowniczą niegrzeczność w oczach niepełnosprawnego mężczyzny zastępuje ukryte pragnienie, by przy pomocy wódki przypomnieć sobie czasy, gdy siedział z kolegą majorem przy ognisku partyzanckim, jak równy z równym.

„No to ruszamy z salwą!”. – rozkazuje nagle Andriej i uśmiecha się szorstkim, żołnierskim uśmiechem. – Pij!

Beznogi mężczyzna niezgrabnie dokuśtykał się do stołu, niezdarnie podnosząc kruche szkło szorstkimi, nieruchomymi palcami. Waha się, waha się, czy przyjąć zaproszenie.

„Wypijcie za moje zdrowie!" – zachęca Andriej.

„Za życie partyzanckie!” – wreszcie podejmując decyzję, inwalida jednym haustem wlewa sobie wódkę do gardła, wydaje głośny skrzek i wyciera usta rękawem. „Przepraszam, towarzyszu majorze bezpieczeństwa państwa, ale niech diabły na tamtym świecie piją wódkę za wasze zdrowie!” – wyjaśnia i z hukiem odstawia szklankę na stół.

W przedziale znów zapada napięta cisza. Ponownie zerkam z niepokojem na pistolet wiszący na ścianie.

„Od razu to widać – partyzant!” – mówi niespodziewanie Andrzej z nieskrywaną przyjemnością i śmiechem. „No, chłopaki, chodźcie tu! Siadajcie!” – rozkazuje. – „Na jakim froncie walczyliście?”

Zaskoczeni tak niespodziewanym zaproszeniem i przyjaznym uśmiechem Andrieja, niepełnosprawni niepewnie przestępują z nogi na nogę. Bezręki ostrożnie opuszcza się na miękkie siedzenie. Rzuca swój instrument owinięty w gazetę na przeciwległą kanapę. Upada ciężko na pluszowe siedzenie, a papier rozwija się, i odsłania spory kawałek rury wodociągowej. Beznogi idzie za przykładem bezrękiego i również siada. Udawana pewność siebie i wrogość powoli ustępują miejsca niezręczności żołnierzy, którzy znaleźli się w towarzystwie oficerów.

„No i na jakim froncie walczyliście, chłopaki?” – Andriej powtórzył pytanie. – „Może spotkaliśmy się gdzieś”.

„Wszędzie przelewaliśmy krew, towarzyszu majorze” – mówi ponuro beznogi mężczyzna.

„No i jak tam życie, chłopaki?” – pyta Andriej. – „My sami jedziemy z Niemiec. Od dawna nie widzieliśmy naszej ojczyzny”.

„Nie widzieliście, to zobaczycie, towarzyszu majorze” – mruczy bezręki mężczyzna z dziwnym uśmiechem. Wskazuje na kilka rzędów śladów ran na mundurze: „To wszystko, co wygraliśmy. Od czasu wypisania ze szpitala nosimy te same ubrania już dwa lata”.

„Dokąd jedziecie?” – pyta Andriej.

„Gdzie oczy poniosą, towarzyszu majorze” – odpowiada smutno beznogi mężczyzna. – „Nasza ziemia, dzięki Bogu, jest szeroka”.

„A gdzie będziecie w domu?”

„Mamy dom pod każdym krzakiem” – uśmiecha się jednoręki mężczyzna – „Jesteśmy wolnymi ludźmi, żyjemy jak ptaki w powietrzu”.

„Co robicie w pociągu?” – pyta Andriej.

„Kradniemy, towarzyszu majorze, kradniemy!” – odpowiada niepełnosprawny mężczyzna z niespodziewanym gniewem.

„Nie obrażajcie się na nas, towarzysze oficerowie” – mówi pojednawczo jego towarzysz. – „Gdyby czasy były inne, czy robilibyśmy to? Życie nas do tego zmusza! Jesteśmy ludźmi okaleczonymi przez życie".

„Życie jest ciężkie..." – wzdycha smutno jednoręki mężczyzna. – „Czy to jest życie?! Pozwólcie, że naleję sobie stakan, towarzyszu majorze Bezpieczeństwa Państwowego. Za to zostanie ci dodatkowo odpuszczony grzech w przyszłym świecie!”

Niepełnosprawny mężczyzna wypija cały kieliszek jednym haustem i kręci głową na boki. Potem podnosi wzrok i patrzy prosto na Andrieja: „Widzę, że masz wiele medali, towarzyszu majorze. Poza tym byłeś w partyzantce. To znaczy, że jesteś prawdziwym człowiekiem. Ale szkoda, że nosisz tę czerwoną czapkę!” Kiwa głową w kierunku czapki mundurowej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, kołyszącej się na ścianie w rytm ruchu pociągu.

„Nie słuchajcie pijanego człowieka, towarzyszu majorze” – próbuje interweniować beznogi mężczyzna.

„Co trzeźwy człowiek ma w głowie, pijany też ma na języku” – mówi życzliwie Andriej, patrząc na niepełnosprawnych dziwnym wzrokiem.

„Macie rację, towarzyszu majorze Bezpieczeństwa Państwowego” – kiwa głową bezręki mężczyzna. – „A teraz nie mam nic do stracenia – mogę ci powiedzieć całą prawdę prosto w twarz. Kiedyś też byłem gorącokrwisty. Teraz jestem wyleczony. Chcesz, żebym ci powiedział, jaki jest mój los? To mnie osądź.”

Mężczyzna bez ręki milczy i patrzy na podłogę. Senna cisza wypełnia przedział miękkiego wagonu. Koła uderzają równomiernie, odliczając kilometry.

„Ja też kiedyś byłem członkiem partii” – mówi cicho inwalida. – „Już pierwszego dnia wojny zgłosiłem się na ochotnika. W locie dostałem kule. Wdrapywałem się na czołgi z butelką benzyny. Odsłoniłem klatkę piersiową przed karabinami maszynowymi i krzyczałem: „Za Stalina!”. Walczyłem do ostatniego naboju pod Kijowem, zostałem ranny i otoczony. Przez dwa tygodnie bez pamięci czołgałem się na wschód, nieprzytomny. Doczołgałem się do swoich. W nagrodę za wierność ojczyźnie zostałem wysłany pod Trybunał. Inni zostali rozstrzelani, ale ja, jako ranny, zostałem ułaskawiony – , to znaczy, do karnego batalionu. Jedna rana się nie zagoiła, a dostałem dwie inne. Oto one!” Ponownie wskazuje ręką na wstążki z ranami na piersiach munduru.

„Zostałem schwytany pod Rostowem” – kontynuuje mężczyzna bez ręki, kręcąc głową. – „Zakopałem legitymację partyjną w ziemi, żeby nie wpadła w ręce wroga. Legitymacja partyjna była wtedy dla mnie ważniejsza niż życie. Niemcy zabrali mnie na koniec świata, aż do oceanu. Uciekłem stamtąd, ale złapali mnie po drodze i zamknęli w lochu. Stamtąd też uciekłem. Spędziłem trzy miesiące jak zwierzę, przedzierając się przez lasy, jedząc trawę. Ciągle szedłem na wschód. Dotarłem do partyzantów. Byłem partyzantem przez dwa lata. Nie oszczędzałem życia. Zobacz, ile medali zdobyłem, a nawet nie liczyłem ran. Zawsze cierpiałem za ojczyznę. A kiedy wstąpiliśmy do Armii Czerwonej, od razu wysłano mnie do ołtarza – do specjalnego obozu na sprawdzanie. Tam z waszym bratem, bezpieczeństwem państwowym,poznałem się dobrze. Do dziś tego nie zapomnę! Wyprali tam moje kości i jako zdrajcę ojczyzny z powrotem do batalionu karnego. Tam straciłem rękę”.

„Tak to jest!” – mruczy pijanym głosem bezręki mężczyzna i sięga po butelkę. – „Wypijmy za Ojczyznę, wypijmy za Stalina, towarzyszu majorze bezpieczeństwa państwowego…”

„Tak mnie nauczono kochać moją ojczyznę” – mężczyzna bez ręki wpatrywał się w podłogę przedziału i ze zmęczeniem pokręcił głową. – „Jak tylko wojna się skończyła, zostałem sam na świecie. Nie mogłem pracować – miałem więcej ran niż ciała. Emerytura, wiesz, to tylko nazwa. Zarabiałem na chleb sprzedając tytoń – i trafiłem do więzienia za spekulację. Teraz wykonujemy brudną robotę, przepraszam, kradzież”.

Przesuwa kikut w pustym rękawie: „Moje ramię gnije... Sam jestem złodziejem... A moja legitymacja partyjna gnije gdzieś w ziemi. Takie jest życie”.

Koła pukają. Żarówka pod sufitem świeci słabo. Czarna noc przebiega za oknem pociągu.

„No to idziemy” – mężczyzna bez ręki podnosi się na nogi, prostując pognieciony płaszcz na ramionach. – „Wybaczcie nam, towarzysze oficerowie, że was niepokoimy. A wy, towarzyszu majorze Bezpieczeństwa Państwowego, nie bądź na mnie zły. Zbyt wiele wycierpiałem od twojego brata. Może kiedyś życie nauczy i ciebie. I bardzo dziękuję za wódkę”. Obaj nocni goście, starając się nie uderzać ramionami o ściany, wychodzą z przedziału bokiem i kontynuują drogę, zataczając się.

„Partyzanci, partyzanci... Liubimoj Rodiny wy wiernyje syny” {Kochanej Ojczyzny wy wierni synowie} – słowa partyzanckiej pieśni docierają do nas z korytarza.

„Podczas wojny jadłem z takimi samymi ludźmi jak oni z jednego garnka” – mówi zamyślony Andriej, pocierając czoło. – „A teraz uważają mnie za wroga”.

Wokół nas panuje cisza. Nasza ojczyzna biegnie ku nam.

Następnego dnia pociąg przybył do Moskwy. Wyszliśmy na zalany słońcem plac dworcowy, zatrzymaliśmy się i rozejrzeliśmy dookoła. Tramwaje terkotały dookoła, samochody toczyły się cicho, a ludzie kręcili się w kółko. Zwykły wir gorączkowego życia stolicy był w pełnym rozkwicie. Wszystko było takie proste i zwyczajne, jakbyśmy nigdy stąd nie wyjechali.

Dzięki mundurowi Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i złotej gwieździe Bohatera Związku Radzieckiego Andriej bez problemu dostał dwuosobowy pokój w hotelu Staro-Moskowskaja, położonym naprzeciwko Kremla, po drugiej stronie rzeki Moskwy. Z okien naszego pokoju, z widokiem na rzekę Moskwę, możemy zobaczyć nowy Kamienny Most, rzędy żółknących drzew na nabrzeżu Kremla, spiczaste wieże i złote kopuły za murem Kremla. Za murem, tuż za brzegiem, wznosi się strome zbocze porośnięte wiecznie zielonymi jodłami. Na zboczu wznosi się długi, biały budynek z licznymi rzędami okien, który wygląda martwo. Tam znajduje się mózg naszego kraju i laboratorium nowego świata.

Pierwszy dzień spędziliśmy na bezcelowym włóczeniu się po Moskwie. Obaj chcieliśmy zobaczyć na własne oczy życie w Moskwie i przedłużyć oczekiwanie na spotkanie z ludźmi, o których marzyliśmy z daleka. Chociaż minął zaledwie rok od mojego wyjazdu z Moskwy, ten rok był tak bogaty w wydarzenia, że miałem wrażenie, jakbym poznawał moją rodzinną stolicę od nowa. Gdzieś głęboko w środku przeplatały się ze sobą uczucia niezrozumiałego oczekiwania, wewnętrznej nieufności i cichej ostrożności. Było tak, jakbym mimo wszystko próbował znaleźć coś w Moskwie. Coś, co mogłoby mnie przekonać o tym, co już zostało ostatecznie postanowione.

W Berlinie, zwłaszcza na początku, my, oficerowie radzieccy, musieliśmy przyzwyczaić się do tego, że ludzie zwracają na nas uwagę. Teraz, na ulicach Moskwy, prześladuje nas dziwne uczucie: ku naszemu zdziwieniu, ludzie wokół nas wodzą za nami wzrokiem. Ludzie zauważają u nas coś niezwykłego – albo rzuca się w oczy nasz wyraźnie zadbany, zagraniczny ekwipunek, znacząco różniący się od munduru większości oficerów, albo też winna jest niezależna i pewna siebie postawa, wytworzona przez otoczenie i pracę w warunkach zwycięstwa i okupacyjnego reżimu w Niemczech. To dziwne uczucie – we własnym kraju czujesz się jak zagraniczny turysta.

Pewnego letniego wieczoru spotkaliśmy się z Andriejem na placu Majakowskiego. Za nami ulicą Gorkiego przejeżdżał hałaśliwy sznur samochodów. Przed nami, z przedwieczornego mroku, wyłaniał się na tle nieba czarny sześcian budynku Instytutu Marksa-Engelsa-Lenina. W tej kamiennej skrzyni, będącej najwyższą świątynią, przechowywany jest w alkoholu mózg ideologa i założyciela państwa radzieckiego, Lenina.

Po lewej stronie placu znajduje się budynek gazety „Prawda”. Na dachu gazety „Prawda” migocze jaskrawa reklama podająca najświeższe wiadomości. Nikt z ludzi na placu nie zwraca najmniejszej uwagi na te wieści. Podnieśliśmy głowy i zaczęliśmy zbierać napływające płomienne listy: „Producenci zbóż zgłaszają... przedwczesne wypełnienie... planu dostaw zbiorów”. Andriej i ja wymieniliśmy spojrzenia. Przed wojną takie wiadomości pojawiały się noc w noc, rok w rok, na dachu gazety „Prawda”. I dziś – znowu! Czy nie było wojny i wszystkiego, co się z nią wiązało?

„Co tam jest napisane, synu?” – za nami słychać drżący, stary głos.

Andriej odrywa wzrok od świecących liter. Obok niego stoi schorowany starzec. Nosi ręcznie tkaną bluzę z kapturem o nieokreślonym kolorze. Kudłata, ruda broda oprawia rudą, starczą twarz, w której błyszczą żywe, ponad jego wiek, oczy. Kosmyki długich włosów wystają spod starej czapki. Starszy mężczyzna stoi lekko zgarbiony, z rękami założonymi z tyłu. Wśród zgiełku otaczającego nas śródmieścia Moskwy wydaje się on przybyszem z innej epoki. Teraz takich ludzi można zobaczyć tylko na zdjęciach, i to w odległych wioskach.

„Mój wzrok osłabł, mój synu, i nie umiem czytać i pisać” – mruczy starzec, jakby przepraszając. – „Zrób mi przysługę i przeczytaj ciemnemu człowiekowi, co tam jest napisane.” Rozmawia z Andriejem w sposób, w jaki zwykli ludzie zwracają się do swoich przełożonych – z szacunkiem i urzekającą szczerością.

„Dlaczego nie nauczyłeś się czytać i pisać, ojcze?” – mówi z uśmiechem Andriej, wzruszony wyglądem i prośbą staruszka.

„Do czego nam, prostym ludziom, to potrzebne?” – zastanawia się, przestępując z nogi na nogę. – „Dlatego są ludzie wykształceni, którzy wszystko rozumieją.”

„Skąd jesteś, ojcze?” – Andriej naśladuje mowę chłopską.

„Jesteśmy ludźmi z obwodu moskiewskiego” – odpowiada przeciągłym głosem starzec. – Nasza wioska jest sześćdziesiąt kilometrów stąd.

„Czy przyjechałeś odwiedzić swojego syna?” – pyta Andriej.

„Nie, synu” – kręci głową starzec. – Przyszedłem po chleb.

„Co jest nie tak z twoją wioską? Nie ma chleba?”

„Nie, synu. Oddaliśmy całe zboże. Teraz zbieramy ziemniaki z naszych ogródków na rynek i sprzedajemy je, a za te pieniądze kupujemy chleb”.

„Ile kosztuje teraz chleb na targu?” – pyta Andriej.

„Siedemdziesiąt rubli za kilogram, synu.”

„A państwu po ile zdawaliście?”

Starzec przestępuje z nogi na nogę, wzdycha i niechętnie mówi: „Po siedem kopiejek…”

Zapada niezręczna cisza. Udajemy, że zapomnieliśmy o pierwotnej prośbie starca, aby przeczytać mu pełne blasku ogłoszenia i przejść dalej. Po kilku krokach zatrzymujemy się na środku placu przed ostrym granitowym obeliskiem, po bokach którego umieszczono tablice z brązu. Przechodziłem przez to miejsce już dziesiątki razy, ale dopiero dziś granitowy obelisk przykuł naszą uwagę. Andriej i ja podchodzimy bliżej, próbując odczytać w półmroku brązowe napisy wyryte na deskach.

„Powiedz mi, synu, o czym to wszystko mówi?” – znów rozbrzmiewa znajomy, stary głos. Starszy mężczyzna w czapce stoi za nami jak cień, potulnie przestępując z nogi na nogę.

Uśmiech pojawia się na twarzy Andrieja, gdy spogląda na obelisk, zamierzając tym razem spełnić prośbę starca. Powoli czyta pierwsze słowa na głos, po czym milknie i w milczeniu przebiega wzrokiem rzędy brązowych liter. Kąciki jego ust stopniowo opadają, a między brwiami pojawia się głęboka zmarszczka.

„O co chodzi, synu?” – mruczy współczująco starzec w swoją brodę. – „Albo tam nie jest napisane po rosyjsku...”

Andriej pozostaje milczący i unika spojrzenia w stronę starca. Podążam za jego wzrokiem i czytam litery, słabo widoczne w półmroku, które zmieniły kolor na zielony. Oto fragmenty Konstytucji ZSRR dotyczące praw i wolności obywateli Związku Radzieckiego. Głodna i obdarta Moskwa, nieszczęśliwy chłop, który przybył do Moskwy po chleb – i brązowe obietnice ziemskiego raju. Rozumiem, dlaczego Andriej zamilkł, dlaczego jego twarz pociemniała.

Gdy odchodzimy od pomnika, Andriej przez zaciśnięte zęby mówi: „Najpierw ci inwalidzi... Teraz ten starzec... Nazywa mnie swoim synem, a ja muszę mu wygłaszać kpiny”. Przez chwilę idziemy w milczeniu. Gdy myślę, że Andriej już zapomniał o spotkaniu przy obelisku, znów mruczy pod nosem: „Podczas wojny ci ludzie przelewali ze mną krew. Tacy starcy dawali mi ostatni kawałek chleba. A teraz...”.

Następnego dnia, w sobotę, postanowiliśmy w końcu odnaleźć i odwiedzić Galinę. Z listów od naszych wspólnych znajomych wiedziałem, że pracowała jako inżynier chemik w jednej z moskiewskich fabryk. Kiedy Andriej zadzwonił do kierownictwa zakładu, powiedziano mu, że Galina nie widnieje już na liście pracowników zakładu i odmówiono podania jakichkolwiek bardziej szczegółowych informacji. Po skontaktowaniu się z biurem adresowym, byliśmy zaskoczeni, gdy otrzymaliśmy adres znajdujący się na przedmieściach, godzinę jazdy pociągiem.

Słońce zaczynało zachodzić za wierzchołkami lasu sosnowego, gdy Andriej i ja zapukaliśmy do drzwi domu z bali w wiosce domków letniskowych niedaleko kolei. Wieś była zasypana luźnym piaskiem, z którego wystawały nagie pnie karłowatych sosen. Starsza, niechlujnie ubrana kobieta, która otworzyła nam drzwi, rzuciła nam nieprzyjazne spojrzenie, w milczeniu słuchała naszych słów i równie cicho wskazała ręką na skrzypiące schody prowadzące na piętro. Andriej pozwolił mi iść dalej, żebym nie widział jego twarzy. Słysząc odgłos jego kroków i sposób, w jaki opierał się ciężko o rozpadającą się, trzęsącą się barierkę, poczułem, jak wiele to spotkanie dla niego znaczyło. Powoli wchodziliśmy po skrzypiących schodach, rozglądając się dookoła z niedowierzaniem.

Na górze schodów rozwieszone jest mokre pranie do wyschnięcia. Na parapecie, wśród brudnych szmat, leżą stosy okopconych garnków. Gdy się zbliżamy, przez okno wyskakuje chudy, obdarty kot, który ze strachem rozgląda się dookoła. Zamek, w którym dzisiaj schroniła się nasza księżniczka, nie wygląda estetycznie.

Przed nami znajdują się drewniane drzwi na zardzewiałych zawiasach. Z pęknięć między deskami wystają kawałki waty. Niepewnie chwytam za luźną klamkę i pukam.

Za drzwiami słychać odgłos kroków. Ktoś otwiera drzwi od środka. Zniszczona konstrukcja chwieje się na zawiasach, szoruje po drewnianej podłodze i powoli się cofa. Na progu drzwi stoi kobieta w prostej sukience i znoszonych butach na bosych stopach.

Kobieta spojrzała pytająco w słabe światło na schodach, jakby zastanawiała się, kto może do niej przychodzić. Następnie dostrzega postacie w mundurach wojskowych, a zaskoczenie w jej oczach przeradza się w strach. Ten sam cichy strach zamarł na jej półotwartych ustach.

„Galina!” – mówi cicho Andriej.

Twarz młodej kobiety w drzwiach przybiera głęboki odcień czerwieni. Cofa się o krok. „Andriej!” – z jej ust wydobywa się stłumiony krzyk. W tym wybuchu uczuć miesza się niespodziewana radość, dziewczęca nieśmiałość i coś nieuchwytnie smutnego. Oddycha szybko i nieregularnie, jakby brakowało jej powietrza.

Andriej unika rozglądania się. Próbuje nie widzieć nędznego wyposażenia półpustego pokoju, stara się nie zauważać starej sukienki na ramionach Galiny i jej podartych butów. Widzi tylko boleśnie znajomą twarz ukochanej kobiety. Cały świat znika w zapomnieniu, tonąc w głębi jej oczu.

Jak często w ciągu tych długich lat Andriej śnił o oczach swojej ukochanej. Wśród śniegu i mgły, wśród krwi i ognia, krocząc po trupach, szedł ku temu spotkaniu. A teraz oczy jego ukochanej powoli pieszczą Andrieja od stóp do głów. Spojrzenie młodej kobiety przesuwa się po złotych naramiennikach z niebieską lamówką i gwiazdą majora na ramionach Andrieja, a także po jasnoczerwonej opasce nad lakierowanym daszkiem jego czapki. Jej wzrok znów, nie dowierzając sobie, powraca do emblematu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, by następnie spojrzeć w twarz stojącego przed nią oficera.

„Galina!” – powtarza Andriej jak we śnie i wyciąga obie ręce do przodu.

„Grigorij, proszę zamknij drzwi!” – mówi Galina, jakby nie zauważając Andrieja i nie słysząc jego słów. Jej głos brzmi obco, jej oczy są matowe, a twarz zimna. Unika spojrzenia Andrieja i nie mówiąc ani słowa, podchodzi do otwartego okna na drugim końcu pokoju.

„Galina, co ci jest?!” – pyta nerwowo Andriej. – „Dlaczego tu jesteś..? W takich warunkach..?”

Za oknem łuszczące się sosny w milczeniu kiwają swoimi kolczastymi łapkami. Skośne promienie zachodzącego słońca rzucały długie cienie na drewnianą podłogę pokoju. Powiew powietrza porusza puszystymi pasmami włosów na głowie młodej kobiety stojącej przy oknie.

„Opowiedz nam coś o sobie...” Galina unika zwracania się do nas po imieniu. Widać, że to spotkanie i nasza obecność są dla niej bolesne.

„Galina! Co się z tobą dzieje?!” – W głosie Andrieja słychać niepokój.

Przez chwilę w pokoju zapada cisza. Wtedy Galina odwraca się do nas plecami i patrząc przez okno, niemal bezgłośnie mówi: „Zostałam zwolniona z pracy... i eksmitowana z granic Moskwy”.

„Dlaczego?!”

„Jestem wrogiem ludu...” – brzmi cicha odpowiedź.

„Co się stało?!”

Znów cisza. A potem, jak szum wiatru za oknem: „Bo kochałam swoje dziecko…”

„Czy jesteś zamężna?” – Głos Andrieja jest zdławiony bezgraniczną rozpaczą człowieka, który usłyszał wyrok śmierci.

„Nie...” – Galina mówi cicho.

„Więc... Nie jest tak źle, Galio” – strach w drżącym głosie Andrieja ustępuje miejsca uldze. Zawiera bolesną walkę uczuć – przebaczenia, prośby, nadziei. W pokoju znów zapada cisza, przerywana jedynie ciężkim oddechem Andrieja.

„Patrz!” – młoda kobieta powoli kiwa głową w stronę małej fotografii stojącej na stole. Oczy Andrieja podążają za jej wzrokiem. W prostej drewnianej ramce mężczyzna w mundurze niemieckiego oficera uśmiecha się do majora Państwowej Służby Bezpieczeństwa ZSRR.

„To jest ojciec mojego dziecka” – mówi głos dziewczyny w oknie.

„Galina... Nic nie rozumiem... Powiedz mi, co się dzieje...” – drżąc na całym ciele, Andriej bezsilnie opadł na krzesło.

„Zakochałam się w tym mężczyźnie, gdy nasze miasto było pod okupacją” – odpowiada młoda kobieta ledwo słyszalnie, odwracając się do nas plecami i patrząc przez okno. – „Kiedy Niemcy się wycofali, ukryłam dziecko. Ktoś na mnie doniósł. No i wtedy musisz wiedzieć sam…”

„Gdzie jest dziecko?” – pyta Andriej.

„Zabrali mi go” – gardło Galiny ściskają konwulsyjne skurcze. Jej ramiona drżą bezgłośnie. Tak płacze człowiek, gdy brakuje mu łez.

„Kto je zabrał?!” – Głos Andrieja jest pełen groźby.

„Kto?” – Odpowiedź Galiny brzmi jak echo. – „Ludzie w takich samych mundurach jak ty!”

Odwraca się w naszą stronę. Teraz nie jest już tą delikatną i czułą dziewczyną z pierwszych dni naszej młodości. Przed nami stoi kobieta w całej okazałości swojej kobiecości. Kobieta, która straciła swoje dziecko.

„A teraz proszę cię, opuść mój dom...” – Galina patrzy na nieruchomą postać Andrieja. Siedzi na krześle, pochylony, jakby pod uderzeniami bicza, i tępo wpatruje się w drewnianą podłogę. Jego ramiona opadły, oczy były pozbawione wyrazu, z jego ciała uleciało życie.

Pomarańczowe słońce pali za oknem. Zakurzone sosny cicho kołyszą gałęziami. Promienie słońca oświetlają puszyste włosy kobiety w oknie, otaczając je drżącą aureolą; głaszczą jej dumnie odrzuconą do tyłu głowę, niewyraźne kontury szyi, delikatne ramiona pod starą sukienką. Blask ten pozostawia w cieniu nędzne wyposażenie na wpół pustego pokoju i wszelkie niskie ślady ludzkiej nędzy. Przy oknie, muśnięta promieniami słońca, stoi kobieta, jeszcze bardziej odległa i jeszcze bardziej pożądana niż kiedykolwiek. Na krześle pośrodku pokoju, pochylony i trzęsący się na całym ciele, siedzi żywy trup.

„Galia... postaram się...” – mówi Andriej tępo. On sam nie wie, czego ma się spodziewać i milczy.

„Nie mamy już o czym rozmawiać” – Galina mówi cicho, ale stanowczo. Jej wzrok utkwiony jest w odznace Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, która znajduje się na rękawie jej niegdyś ukochanego mężczyzny i błyszczy w ostatnich promieniach słońca.

Andriej z trudem podnosi się na nogi i bezradnie rozgląda się wokół. Mruczy coś niezrozumiale, wyciąga rękę do przodu, albo o coś prosi, albo się żegna. Galina odwraca wzrok, nie zauważając wyciągniętej ręki. Trwa to przez kilka bolesnych chwil.

Ostrożnie, niczym w obliczu zmarłego, jako pierwszy opuszczam pokój, w którym Andriej miał nadzieję znaleźć swoje szczęście. Andriej podąża za mną. Jak niewidomy, trzymając się ściany, schodzi po schodach. Jego twarz jest pokryta popiołem, a z jego ust wydobywają się niezrozumiałe słowa. Odgłos naszych kroków głucho odbija się od skrzypiących stopni.

Wracamy na stację. Igły sosnowe szeleszczą nad naszymi głowami. Stopy grzęzną w luźnym piasku. Bezsensowny szept nad nami i przeciągający się ciężar poniżej. A między nagimi pniami nie ma nic. Pustkę widać także w oczach i duszy majora Bezpieczeństwa Państwowego Andrieja Kowtuna.

Kiedy siedzimy w pociągu podmiejskim, Andrzej patrzy przez okno szklanym, niewidzącym wzrokiem i uparcie milczy. Próbuję odwrócić jego myśli rozmową. Nie słyszy mojego głosu, nie zauważa mojej obecności.

Kiedy wysiadamy na dworcu kolejowym w Moskwie i kierujemy się w stronę stacji metra, Andriej po raz pierwszy przerywa ciszę i nagle pyta: „W którą stronę jedziesz?”

Chyba chce się mnie pozbyć. Jednocześnie czuję, że nigdy nie powinienem go zostawiać samego.

Wracamy do hotelu. Przez resztę wieczoru kręcę się wokół Andrieja jak cień. Kiedy na chwilę opuszcza pokój, rozładowuję nasze pistolety, które leżą w szufladzie biurka. Andriej odmawia kolacji i nietypowo wcześnie kładzie się spać. O zmierzchu widzę, jak przewraca się z boku na bok w łóżku, nie mogąc zasnąć. Chce uciec od tego życia, nawet we śnie, chce znaleźć zapomnienie o bolesnych myślach – i nie może.

„Andriej, najlepiej będzie, jeśli jutro pójdziesz do domu” – mówię.

„Nie mam domu” – dobiegło mnie z innego kąta pokoju po długiej ciszy.

„Idź do swojej rodziny” – powtarzam z naciskiem.

„Nie mam żadnych krewnych” – odpowiada Andriej beznamiętnie.

„Twój ojciec…”

„Mój ojciec się mnie wyrzekł” – dobiega z ciemności.

Ojciec Andrieja był człowiekiem starej daty – silnym jak dąb i upartym jak wół. Gdy nadeszły lata kolektywizacji, starzy Kozacy woleli opuścić ojczyznę i udać się do miasta, niż pracować w kołchozie. W mieście zajął się swoim rzemiosłem. Żadne represje i żadne podatki nie mogły go zapędzić do artelu, tak jak wcześniej – do kołchozu. „Urodziłem się wolny i umrę wolny!” – było jego jedyną odpowiedzią. Przez całe życie pochylał swój uparty grzbiet najpierw nad pługiem, a potem nad stołem roboczym. Wychowywał syna z całych sił, mając nadzieję, że będzie on dla niego pociechą na starość. A tak odpowiedział stary Kozak swemu synowi, gdy dowiedział się, że przeszedł do obozu wroga.

„On już wcześniej zachowywał się dziwnie” – próbuję go pocieszyć, nie zadając zbędnych pytań. – „W końcu miałeś więcej wspólnego ze swoją matką.”

„Mój ojciec przeklął mnie i zakazał matce wymawiać moje imię” – odpowiada monotonnie Andriej.

Andriej przewracał się z boku na bok w łóżku przez całą noc, daremnie szukając zapomnienia we śnie. Całą noc leżałem w ciemności, nie zamykając oczu i walcząc ze snem. Godziny mijały. Rubinowe gwiazdy wież Kremla były widoczne przez otwarte okno.

Kiedy niebo na horyzoncie pobladło i pierwsze słabe światło wschodzącego poranka rozlało się po pokoju, Andriej nadal leżał bezsennie. Zakopał twarz w poduszkach, a jego ręce zwisały bezradnie po bokach łóżka. W ciszy pokoju słychać było dziwne dźwięki. Wydaje mi się, że słyszałem coś podobnego dawno, dawno temu, w dzieciństwie. W półmroku rozległ się namiętny szept: „Panie! Dlaczego mnie karzesz…”

Po raz pierwszy tej nocy zamykam oczy. Nie chcę przeszkadzać komuś, kto osiągnął już granicę. Ponownie w ciszy przedświtu rozbrzmiewa szept zapomnianej modlitwy, oderwanej od wszystkiego, co ziemskie: „Panie! Przebacz swemu grzesznemu słudze…” {„Господи! Прости твоего раба грешного...”}

W odpowiedzi, po drugiej stronie rzeki Moskwy, rozbrzmiewają dzwony Kremla.

2.

Będąc w Berlinie, korespondowałem z Żenią stosunkowo rzadko. Żenia była zbyt wrażliwa na najmniejsze fałsze i przeoczenia, a cenzura wojskowa istniała nadal i trzeba było się z nią liczyć. Szczerze opisywać otaczającą rzeczywistość i swoje wrażenia byłoby niewybaczalną głupotą. W Karlshorst nie miałem praktycznie żadnego życia prywatnego, które mogłoby zainteresować Żenię. Jeśli chodzi o pisanie bezsensownych listów wyłącznie z grzeczności, oboje byliśmy na to za młodzi i za bardzo kochaliśmy życie.

W ten sposób wolałem wykorzystywać noce, kiedy musiałem pełnić całodobową służbę w sztabie i pozostawać w gabinecie głównodowodzącego sam na sam z „wiertuszką”, bezpośrednim połączeniem telefonicznym z Moskwą. Potem, w środku nocy, łączyłem się z mieszkaniem Żeni i przez linię telefoniczną Berlin-Moskwa mieliśmy długie rozmowy, które nie miały nic wspólnego z gabinetem marszałka i polityką. Podsłuchujący dyżurujący na liniach mogli spokojnie kontynuować lekturę swoich powieści.

Wracając do Moskwy, nie mogłem się doczekać spotkania z Żenią. Kiedy szykowałem się do pierwszej wizyty, dość długo chodziłem po pokoju i zastanawiałem się, co będzie dla mnie lepsze – mundur wojskowy czy ubranie cywilne. Ostatecznie zdecydowałem się na to drugie. Dlaczego o tym pomyślałem i dlaczego tak postąpiłem – trudno mi byłoby odpowiedzieć.

W domu zastałem Annę Pietrownę samą. Nudziła się śmiertelnie i wykorzystała moje przybycie, żeby zasypać mnie pytaniami o Berlin i jednocześnie opowiedzieć mi najnowsze wiadomości z Moskwy. Żenia także wkrótce powróciła z Instytutu.

Teraz rodzina była już w pełnym składzie. Ojciec Żeni, Nikołaj Siergiejewicz, wrócił do domu po zakończeniu działań przeciwko Japonii i od dłuższego czasu przebywał w Moskwie. Anna Pietrowna, jak i poprzednio, nie wiedziała nic o służbie i pracy generała, znała tylko jego numer telefonu służbowego i żyła w ciągłym strachu, że lada dzień znowu zniknie w nieokreślonym kierunku i na nieokreślony czas.

Po obiedzie Żenia zaproponowała, żeby pojechać na daczę i tam spędzić wieczór. Anna Pietrowna uśmiechnęła się znacząco i odrzuciła zaproszenie, aby pojechać z nami. Byłem szczerze wdzięczny Żeni, że zdecydowała się zaproponować to właśnie miejsce. Mały domek na wsi był świadkiem pierwszych dni naszej znajomości z Żenią, pierwszych spotkań, spowitych mgłą niepewności czasu wojny, nadziei i marzeń.

Żenia sama zasiadła za kierownicą swojego odkrytego „Kapitana”. Kiedy samochód opuścił granicę Moskwy, a wzdłuż szosy rozciągały się podmiejskie wioski rozsiane wśród sosnowych gajów, ogarnęło mnie nieokreślone uczucie niepokoju. Niezadługo Żenia zjechała z autostrady na wiejską drogę. Domy otoczone sosnami po bokach drogi były coraz bliżej. Mój niepokój wzrósł jeszcze bardziej.

W końcu nie wytrzymałem i zwróciłem się do Żeni: „Masz przy sobie mapę?”

„Po co ci mapa?” – zapytała zaskoczona. – Już znam drogę!

„Chcę zobaczyć tu jedno miejsce” – odpowiedziałem wymijająco, wyciągając z kieszeni ukrytej w tapicerce samochodu mapę okolic Moskwy.

Żenia od czasu do czasu rzucała mi zdziwione spojrzenia, gdy w skupieniu przesuwałem palcem po mapie. Nie mogłem jej wyjaśnić, czego szukam. Szukałem wsi, w której mieszka Galina. Dręczyło mnie uporczywe uczucie strachu, że możemy przejeżdżać obok zrujnowanego domu, w którym dumna, lecz nieszczęśliwa dziewczyna skuliła się sama za otwartym oknem. Z daleka słyszałem słowa, które pewnej nocy w Poczdamie wypowiedział Andrzej: „...ludzie, na których padł los”. Bałem się, że Galina ze swojej smutnej samotności dostrzeże mnie otoczonego pogodnym szczęściem.

Po przybyciu na daczę Żenia zadawała mi niezwykle długie i szczegółowe pytania na temat życia w Niemczech. Nie wszystkie moje wyjaśnienia i opowieści ją zadowoliły. Wypytywała mnie o każdy najmniejszy szczegół, a potem, bez żadnego związku z poprzednim, nagle spojrzała mi w oczy:

„Czemu jesteś taki chudy?”

„Czuję się świetnie” – odpowiedziałem. – „Może po prostu pochłonęła mnie praca”.

„Nie, nie...” Żenia pokręciła głową. – „Wyglądasz bardzo źle. Nie mówisz mi czegoś.” Spojrzała na mnie uważnie, jakby chciała odczytać moje myśli.

„Może coś w tym jest” – zgodziłem się, wzruszony troską w głosie Żeni. – „Ale ja sam tego nie zauważam.”

„Ale ja zauważyłam” – szepnęła Żenia. – „Na początku myślałam, że to między nami... Teraz widzę, że jest inaczej. Zapomnij o wszystkim…”

I zapomniałem o wszystkim. Byłem nieskończenie szczęśliwy widząc wokół siebie tylko znajome ściany, słysząc tylko Żenię, myśląc tylko o niej.

Gdy nad lasem zaczął zapadać zmierzch, a półmrok zaczął wkradać się do pokoju, Żenia postanowiła przygotować uroczystą kolację z okazji mojego przyjazdu. Czuła się jak gospodyni i radośnie krzątała się przy stole.

„Dziś należysz do mnie” – mrugnęła do mnie wzrokiem. – „Niech ojciec będzie zły, że wyjechaliśmy. Niech wie, jak matka cierpi, gdy go nie ma w domu. Pokażę mu to celowo!”

Gdy tylko usiedliśmy przy stole, usłyszeliśmy za oknem hałas nadjeżdżającego samochodu. Żenia ostrożnie uniosła brwi. Samochód zatrzymał się przy ganku i minutę później do pokoju weszła śmiejąca się Anna Pietrowna, za nią zaś Nikołaj Siergiejewicz i jego towarzysz broni, generał pułkownik Kłykow. Całe towarzystwo było w bardzo radosnym nastroju. Dom wypełnił się hałasem i rozmowami.

„To wspaniale! Ledwo dotarliśmy, a stół już nakryty” – zaczął generał pułkownik, śmiejąc się i pocierając ręce. – „Nikołaju Siergiejewiczu, twoja córka to nie tylko skarb!”

„Myślisz, że ona to dla nas przygotowała? Poczekaj!” – odpowiedział Mikołaj Siergiejewicz i żartobliwie zwrócił się do Żeni. – „Przepraszam, że przeszkadzam, Jewgienia Nikołajewna! Czy mogę dołączyć do twojego towarzystwa?”

„Ty też jesteś dobry!” – zwrócił się do mnie. – „Przebrałeś się w cywilne ciuchy i już zapomniałeś o zasadach wojskowych?! Wiesz, że pierwszą rzeczą, którą musisz zrobić, jest przedstawienie się przełożonym. Och, wy, młodzi ludzie, młodzi ludzie…”

„Właśnie mieliśmy wracać do domu...” – zaczęła Żenia.

„To dlaczego nakryłaś do stołu? Dla nas?” – ojciec aż się zakrztusił ze szczęścia. – „Więc my idziemy tu, a ty tam! Jaka sprytna dziewczyna! Ale ja też nie jestem głupi. Za karę będziesz siedzieć z nami cały wieczór!”

Anna Pietrowna zajęła się prowadzeniem domu. Wkrótce na stole pojawiła się obfita dostawa, przywieziona samochodem z Moskwy. Etykiety na puszkach i butelkach zachwycają swoją różnorodnością. Znajdziesz tu produkty ze wszystkich krajów Europy Wschodniej: Bułgarii, Rumunii, Węgier. Nie są to produkty przejęte, jakie często widzieliśmy w czasie wojny, lecz normalne produkty z czasów pokoju. Znajdziemy tu także dobrze znane amerykańskie konserwy, będące najwyraźniej pozostałościami po amerykańskich zapasach Lend-Lease z czasów wojny. W moskiewskich sklepach nie ma żadnego z tych produktów, ale w zamkniętym ośrodku dystrybucji generalnej jest ich mnóstwo.

„No dobrze, Grisza, opowiedz mi wszystko po kolei” – zwrócił się do mnie Mikołaj Siergiejewicz, gdy na stole pojawił się deser. – Jak się żyje w Niemczech?

„Życie jest życiem” – odpowiedziałem niejasno, czekając, aż generał wyjaśni swoje pytanie.

„Jego mieszkanie tam jest w każdym razie lepsze od naszego” – zapewniła Żenia.

Generał udaje, że nie dosłyszał słów córki i pyta mnie ponownie: „Co tam teraz robi Sokołowski?”

„On robi to, co każe Moskwa” – odpowiadam i mimowolnie się uśmiecham. – „Wy tutaj wiecie lepiej, co on robi.”

Najwyraźniej trafiłem w sedno, dając Nikołajowi Siergiejewiczowi możliwość rozpoczęcia rozmowy, do której szukał powodu. On rozważa swoje myśli. Anna Pietrowna napełnia kieliszki winem. Żenia rozgląda się dookoła znudzonym wzrokiem.

„Niemcy to twardy orzech do zgryzienia” – jako pierwszy przerywa ciszę generał pułkownik. – „Minie dużo czasu, zanim go rozgryziemy. Sojusznicy nie opuszczą Niemiec Zachodnich bez skandalu, a same Niemcy Wschodnie są mało przydatne. Inaczej jest z krajami słowiańskimi – raz-dwa i po sprawie”. Próbuje wina, powoli odstawia kieliszek na stół i mówi: „Myślę, że naszym pierwszym zadaniem jest stworzenie silnego bloku państw słowiańskich. Jeśli stworzymy blok słowiański, będziemy mieć dobry kordon sanitarny wokół granic. Nasza pozycja w Europie będzie wystarczająco silna, aby uniknąć powtórki z 1941 r.”.

„Ty, mój przyjacielu, zawsze oglądasz się za siebie, ale powinieneś patrzeć do przodu” – Nikołaj Siergiejewicz kręci głową z wyrzutem. – „Co nam da blok słowiański? Stare marzenia o pansłowiańskim imperium! Politycy carscy oddawali się takim zabawom sto lat temu. Teraz, bracie, mamy erę ofensywy komunistycznej na całym froncie. Tutaj zapomnij o Słowianach, ale poszukaj słabego punktu i działaj. Europa Wschodnia i państwa zachodniosłowiańskie są dla nas interesujące głównie jako najbardziej sprzyjający grunt do penetracji, jako trampolina do dalszej ekspansji”.

„Na razie gospodarze prowadzą zupełnie jasną politykę pansłowiańską” – protestuje generał pułkownik. Zgodnie z przyjętą wśród moskiewskich elit manierą ucieka się do mglistego określenia „gospodarze”, mając na myśli Kreml i Biuro Polityczne.

„Po to właśnie istnieje polityka, żeby ukryć ostateczne cele” – mówi Nikołaj Siergiejewicz. – „Dziś byłoby wstydem nie wykorzystać szans. Jedna połowa Europy jest nasza, a druga połowa prosi się, żeby ją wziąć i uporządkować”.

Na zewnątrz jest już zupełnie ciemno. Ćmy wlatują przez otwarte okno w kierunku jasnego światła lamp nad stołem. Uderzywszy w szkło i poparzywszy sobie skrzydła, bezradnie opadają. Senna jesienna mucha powoli, z trudem poruszając nogami, pełznie wśród półmartwych ciem na stole. Mucha nie ma celu, po prostu pełza i tyle.

„Oto ona – Europa!” – mówi generał z pogardliwym uśmiechem i powoli, jakby chcąc podkreślić swoją wyższość, bierze w palce śpiącą muchę. – „Nie musisz nawet tego łapać – po prostu to weź!”

„I powiedz mi szczerze, Nikołaju Siergiejewiczu, po co ci ta martwa mucha? Co ci to da?” – mówi generał pułkownik.

„Oczywiście, że sama Europa Zachodnia nie jest dla nas bardzo interesująca” – odpowiada po chwili namysłu ojciec Żeni. – „Być może trudniej jest zaszczepić komunizm Europejczykom niż komukolwiek innemu. Są na to zbyt rozpieszczeni, zarówno ekonomicznie, jak i duchowo”.

„Widzisz! Sam mówisz, że bardzo trudno jest skomunizować Europę” – podchwytuje jego myśl generał pułkownik. – „Jeśli chcemy tam poważnie budować komunizm, to będziemy musieli przesiedlić połowę Europy na Syberię, a drugą połowę wyżywić na własny koszt. Jaki w tym sens?”

„Potrzebujemy Europy, aby Ameryka pozbawiona rynków europejskich udusiła się gospodarczo. Jednak...” Nikołaj Siergiejewicz milknie i zamyślony toczy nieszczęsną muchę między kciukiem a palcem wskazującym prawej ręki. Następnie, jakby podjął ostateczną decyzję, strąca swoją ofiarę ze stołu i powtarza: „Jednakże…”

„Ty i ja nie wiemy, co myślą gospodarze, i nie powinniśmy wiedzieć” – w słowach Nikołaja Siergiejewicza pojawia się coś, co sprawia, że można odnieść wrażenie, że wie on więcej, niż próbuje pokazać. – „Teoria komunistyczna głosi, że rewolucja musi się rozwinąć tam, gdzie istnieją ku temu najlepsze warunki – w najsłabszym ogniwie systemu kapitalistycznego. A tego ogniwa nie ma teraz w Europie”.

Nikołaj Siergiejewicz podnosi nad stół pustą lampkę do wina i gestem prosi Annę Pietrownę, aby napełniła go winem. Światło lampy przesuwa się po piersi generała. Tam, wśród orderów z frontu niemieckiego, błyszczy kilka dużych gwiazd mongolskich i chińskich. Gwiazdy te pojawiały się na piersi generała za każdym razem, gdy powracał ze swoich tajemniczych misji w czasie poprzedzającym wojną.

„Azja jest teraz gotowa na rewolucję” – kontynuuje. – „Tam, przy najmniejszym ryzyku i najmniejszym wydatku zasobów, możemy osiągnąć największy sukces. Azja budzi się narodowo. Musimy wykorzystać to przebudzenie na naszą korzyść. Azjaci nie są tak kulturalni i rozpieszczeni jak Europejczycy”.

„Azja jest w naszych rękach ważniejsza niż Europa” – odpowiada na swoje myśli Nikołaj Siergiejewicz. – „Zwłaszcza, że Japonia jest teraz poza grą. Dziś kluczem do Azji są Chiny. Jednocześnie nigdzie na świecie nie ma tak sprzyjających warunków do rewolucji jak w Chinach”.

„Dobra, dam ci Chiny” – żartuje generał pułkownik. – Co zamierzasz z nimi zrobić?

„To kolosalne źródło siły roboczej” – odpowiada Nikołaj Siergiejewicz. – „To żart, że mamy takie rezerwy dla armii i przemysłu. A co najważniejsze, dzięki temu powalimy Amerykę na kolana”.

„Ameryka znów nie daje wam spokoju” – śmieje się generał pułkownik.

„Wcześniej czy później nasze drogi się skrzyżują” – mówi ojciec Żeni. „Albo musimy porzucić naszą historyczną misję, albo być konsekwentni do końca”.

„Ale nadal wierzę, że nasza powojenna polityka ma na celu zapewnienie bezpieczeństwa naszych granic w jak największym stopniu. Zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie” – podkreśla generał pułkownik. Z ostrożności uznał, że jego słowa stanowią interpretację polityki Kremla, a nie jego osobiste stanowisko w tej sprawie.

Nikołaj Siergiejewicz kręci głową z wyższością w głosie: „Nie zapominaj, mój drogi, że socjalizm można zbudować w jednym kraju, a komunizm można zbudować tylko na całym świecie”.

„Co obchodzi cię świat, skoro jesteś Rosjaninem?”

„Jesteśmy przede wszystkim komunistami, a dopiero potem Rosjanami…”

„Więc, więc... Więc potrzebujesz całego świata” – generał pułkownik stuka palcami w stół z lekką ironią w głosie.

„Oto ogólna linia Partii!” – Odpowiedź Nikołaja Siergiejewicza brzmi chłodno.

„Nasza polityka w czasie wojny...” – Kłykow słabo próbuje zaprotestować.

„Polityka może się zmieniać w zależności od sytuacji, ale ogólna linia pozostaje ogólną linią” – nie pozwala mu dokończyć Nikołaj Siergiejewicz.

„Tak właśnie powinno być” – mówi powoli, nie zwracając się do nikogo konkretnego, jakby podsumowując swoje myśli. – „To jest historyczna konieczność! Wyczerpaliśmy już wszystkie możliwości rozwoju wewnętrznego. Wewnętrzna stagnacja jest równoznaczna ze śmiercią z powodu starczej słabości. Jesteśmy już zmuszeni trzymać się przeszłości na wiele sposobów. Musimy albo całkowicie wycofać się na froncie wewnętrznym, albo ruszyć naprzód na froncie zewnętrznym. To jest prawo dialektycznego rozwoju każdego systemu państwowego”.

„Przesadzasz, Nikołaju Siergiejewiczu. Stawiasz interesy ustroju państwowego ponad interesy swojego narodu i swojego kraju”.

„Dlatego ty i ja jesteśmy komunistami” – mówi powoli i stanowczo ojciec Żeni i podnosi kieliszek, potwierdzając swoje słowa i jakby zapraszając innych do pójścia w jego ślady. Generał pułkownik udaje, że nie zauważył zaproszenia i sięga do kieszeni po papierosy. Anna Pietrowna i Żenia przysłuchują się rozmowie ze znudzonymi minami.

„To, co mówisz, Nikołaju Siergiejewiczu, to tylko słowa, ale w rzeczywistości oznacza to wojnę” – mówi Kłykow po długim milczeniu. – „Nie doceniasz czynników zewnętrznych, takich jak Ameryka”.

„Czym jest Ameryka?” – Nikołaj Siergiejewicz powoli unosi rozłożone palce w kształcie znaku zapytania. – „Konglomerat ludzi bez narodu i ideałów, gdzie jednoczącą zasadą jest dolar. W pewnym momencie standard życia Ameryki nieuchronnie spadnie, sprzeczności klasowe wzrosną, i pojawią się warunki sprzyjające rozwojowi walki klasowej. Wojna zostanie przeniesiona z frontu na tyły wroga”.

Jest już późny wieczór. W Moskwie niezliczona liczba inwalidów, wdów i sierot kładzie się wcześnie spać, aby nie odczuwać głodu z pustym żołądkiem, aby we śnie zapomnieć o swoich smutkach i zmartwieniach. Gdzieś daleko na Zachodzie, spowite ciemnością nocy, w martwej beznadziei leżą Niemcy i Berlin – przykładowa lekcja dla tych, którzy uważają wojnę za środek polityczny.

„Dlatego jesteśmy generałami, żeby walczyć” – słowa Nikołaja Siergiejewicza brzmią jak echo.

„Generał, przede wszystkim, musi być obywatelem swojej ojczyzny” – Kłykow zaciąga się głęboko papierosem i wydmuchuje dym w stronę sufitu. – „Generał bez ojczyzny jest...” Nie dokończył.

Podczas wojny generał pułkownik Kłykow z powodzeniem dowodził dużymi oddziałami Armii Czynnej. Tuż przed końcem wojny został niespodziewanie odwołany z frontu i mianowany na stosunkowo podrzędne stanowisko w Ludowym Komisariacie Obrony. W przypadku generałów bojowych takie ruchy nie zdarzają się bez uzasadnionych powodów. Zanim wyjechałem do Berlina, spotkałem się z Kłykowem kilka razy w towarzystwie Nikołaja Siergiejewicza i Anny Pietrowny. Kiedykolwiek rozmowa schodziła na politykę, zachowywał umiar i opowiadał się za obroną kraju. W tym czasie, pod koniec wojny, często można było usłyszeć zupełnie niezależne rozmowy, a raczej domysły na temat przyszłej polityki ZSRR. Nie ma wątpliwości, że zbyt szczere wypowiedzi generała pułkownika, nie do końca zgodne z cichymi planami Biura Politycznego, stały się przyczyną jego przeniesienia z Armii Czynnej na tyły, bliżej czujnego oka Kremla.

Chcąc złagodzić swoje ostatnie słowa, Kłykow, po niezręcznej pauzie, mówi pojednawczo: „Nie kłóćmy się o to, Nikołaju Siergiejewiczu. Są na Kremlu mądrzejsze głowy niż ty i ja. Niech one zdecydują”.

Obaj generałowie milkną. Anna Pietrowna przegląda magazyn. Żenia tęsknie spogląda na zegar i na księżyc wschodzący nad lasem za oknem. W końcu nie wytrzymuje i podnosi się.

„Cóż, możecie dalej dzielić świat tutaj, ale my wracamy do domu. Nadal musimy jeździć dwoma samochodami” – dodaje na usprawiedliwienie.

„Co? Księżyc cię niepokoi!” – śmieje się ojciec. – „No dalej, tylko nie zgub się po drodze. Jeśli coś się stanie, zapytam cię, Grisza, o odpowiedź”. Żartobliwie wskazuje na mnie palcem.

Kilka minut później wyjeżdżamy z bramy daczy. W świetle księżyca cienie drzew widmowo pełzają po ziemi. Lśniące niebo rozciągało się nad nami niczym czarna kopuła. Cisza. Czasem zza drzew widać, jak szyby w oknach sypialnych daczy błyszczą, odbijając światło księżyca. Samochód kołysze się na nierównej drodze leśnej. Siedzę cicho za kierownicą.

„Dlaczego jesteś dziś taki cichy?” – pyta Żenia.

„Co mogę powiedzieć?” – pytam z kolei.

„To, o czym inni też mówią.”

„Nie mogę powtarzać tego, co twój ojciec. I nie mogę poprzeć Kłykowa”.

„Dlaczego?”

„Bo nie jestem Kłykowem. Na to, co twój ojciec toleruje u Kłykowa, mi nigdy nie pozwoli. W końcu Kłykow mówi bardzo nieostrożne rzeczy”.

„Zapomnij o polityce!” – szepcze Żenia. Sięga do panelu sterowania i wyłącza światła.

Noc, cudowna księżycowa noc pieści nas swoją ciszą, wzywa i przyzywa. Patrzę na twarz Żeni, oświetloną blaskiem księżyca, na jej oczy zamglone w półmroku. Moja stopa powoli obniża pedał gazu.

„Jeśli nie zamkniesz oczu ponownie...” – szepcze Żenia.

„Żenia, ja muszę prowadzić”.

Zamiast odpowiedzieć, szczupła noga opiera się na hamulcach. Samochód nie chce słuchać kierownicy, powoli zjeżdża na bok i zatrzymuje się. Księżycowa noc odbija się w oczach Żeni.

Następne dni spędziłem na odwiedzaniu moich licznych znajomych i przyjaciół w Moskwie. Ze wszystkich stron napływały pytania o życie w Niemczech. Choć okupowane Niemcy nie znajdowały się już, w pełnym tego słowa znaczeniu, za granicą, choć wielu Rosjan widziało je już na własne oczy, to jednak chorobliwe zainteresowanie większości ludzi światem poza granicami nie osłabło. Dla mnie, osoby, która miała okazję poznać obie strony medalu, dziwne było słuchanie naiwnych pytań ludzi, którzy wyobrażali sobie życie za granicą jako jakiś bajkowy raj. To chorobliwe zainteresowanie i przesadnie optymistyczny pogląd na świat zewnętrzny są reakcją na całkowitą izolację Rosji Sowieckiej. Ponadto Rosjanie mają jedną charakterystyczną cechę, która jest dość rzadka w sposobie myślenia większości innych narodów świata. Rosjanie zawsze starają się szukać tylko dobrych stron u swoich sąsiadów na świecie. Kiedyś Niemcy tłumaczyli to prymitywnym myśleniem Wschodu.

Zaspokoiwszy, na ile to było możliwe, ciekawość moich znajomych, sam przeszedłem do zadawania pytań i dociekania na temat życia w Moskwie. Ludzie bardzo chętnie słuchali moich powściągliwych opowieści o życiu w okupowanych Niemczech, ale na moje pytania o życie w Moskwie odpowiadali jeszcze bardziej powściągliwie. Wszyscy byli w ponurym nastroju. Ceny żywności, które nieznacznie spadły w ostatnim roku wojny, zatrzymały się na poziomie zamrożenia w pierwszych miesiącach po kapitulacji Niemiec, a następnie zaczęły powoli, acz systematycznie rosnąć.

Z powodu bardzo słabego reglamentowania większość społeczeństwa zmuszona jest, w mniejszym lub większym stopniu, do korzystania z tzw. wolnego rynku, gdzie kupujący i sprzedający narażeni są na ryzyko wejścia w konflikt z prawem. Ceny na wolnym rynku są barometrem życia kraju. A teraz, rok po zwycięskim zakończeniu wojny, i tak już astronomiczne ceny wojenne systematycznie rosną. To oznacza głód. Ponadto panuje głód, którego nie da się już wytłumaczyć trudnościami wojny.

Ludzie spodziewali się, że warunki życia ulegną znacznej poprawie wkrótce po zakończeniu wojny. Zamiast tego gazety znów histerycznie krzyczą o nowym zagrożeniu militarnym. Ludzie nie wiedzą, czego bać się bardziej – nowej wojny czy wiecznego głodu. Niektórzy twierdzą, że natrętna propaganda nowego zagrożenia militarnego jest zabiegiem mającym na celu odwrócenie uwagi społeczeństwa od wewnętrznych trudności i wyjaśnienie tych trudności przyczynami zewnętrznymi. Inni kręcą głowami i twierdzą, że obecne niedobory żywności wynikają z gromadzenia przez rząd rezerw strategicznych na wypadek kolejnej wojny.

Poza tym dla wszystkich jest jasne, że tegoroczne zbiory są marne. Nawet bez zewnętrznych przyczyn, trudno będzie zaspokoić potrzeby kraju. Tak czy inaczej, nastrój w Moskwie niewiele przypomina radosne nadzieje z czasów zwycięstwa nad Niemcami. Zwycięzcy nie tylko głodują tak samo jak pokonani, ale również dręczy ich strach przed nową wojną. Niemcy są przynajmniej wolni od tego ostatniego i mogą być zadowoleni, że są poza grą.

Kiedy ludzie dowiadują się, że w Berlinie bez trudu poznajemy Amerykanów, rozmawiamy, a nawet podajemy im ręce, patrzą na mnie, jakbym był duchem i nie wiedzą, co o tym powiedzieć. Mimo że w ciągu roku od zakończenia wojny stosunki między aliantami w Berlinie wyraźnie się ochłodziły, sam fakt przebywania w tym samym mieście w pewnym sensie łagodził stopniowo rosnące napięcie w oficjalnych stosunkach. Tutaj, w Moskwie, wskutek jednostronnego i ustawicznego złego przedstawiania wszelkimi środkami prasy i propagandy, ludzie mimowolnie, wbrew swoim osobistym przekonaniom, zaczynają postrzegać Amerykanów jako kanibali. Trucizna propagandy spełnia swoje zadanie.

Pewnego wieczoru, jak zwykle, poszedłem odwiedzić Żenię. Dom wyraźnie przygotowywał się do wyjazdu. Anna Pietrowna wyjaśniła mi, że następnego ranka cała rodzina jedzie odwiedzić rodziców Mikołaja Siergiejewicza, którzy mieszkali na wsi między Moskwą a Jarosławiem, i przekazała mi zaproszenie generała, abym pojechał z nimi. Z opowiadań Anny Pietrowny dowiedziałem się, że rodzice generała byli prostymi chłopami i że do dziś dnia, mimo wszelkich namów syna, nie chcą przeprowadzić się do Moskwy, lecz wolą pozostać na ojczystej ziemi i wykonywać swoją chłopską pracę.

Usłyszawszy zaproszenie Anny Pietrowny, chętnie się zgodziłem. Żenia lekko zmarszczyła nos i nie powiedziała ani słowa. Z jej powściągliwego tonu wywnioskowałem już, że nie lubiła odwiedzać swoich krewnych ze wsi i jeździła tam tylko na prośbę ojca. Dorastając w nowym środowisku w Moskwie, głęboko odcięła się od swojego chłopskiego pochodzenia.

Wczesnym rankiem następnego dnia Nikołaj Siergiejewicz, Anna Pietrowna, Żenia i ja wsiedliśmy do limuzyny generała i opuściliśmy Moskwę, kierując się w stronę Jarosławia. Poranna mgła unosiła się nad ziemią. Wzdłuż drogi robotnicy z licznych fabryk rozsianych na przedmieściach Moskwy powoli zmierzali do pracy w brudnych, tłustych ubraniach. Szli nie rozmawiając ze sobą i nie rozglądając się. Na ich twarzach i odzieży malował się szary ślad obojętności. Nie było widać ani jednego roweru, ani motocykla, co jest częste na niemieckich drogach.

Po pewnym czasie przedmieścia stolicy z kominami fabrycznymi, chaotycznie rozrzuconymi nowymi budynkami, przeplatanymi rozpadającymi się drewnianymi chatami i kawałkami ogródków warzywnych pozostały w tyle. Wzdłuż szosy bujny, dziewiczy las szeleścił liśćmi. Lasy pod Moskwą nie są schludnymi plantacjami leśnymi w Niemczech, gdzie nawet obecność dzików i kóz nie jest w stanie zatrzeć śladów ludzkiej ręki. Tutaj króluje dzika przyroda – element, w którym człowiek czuje się jak gość.

Około południa, po przejeździe leśnymi drogami, zbliżamy się do celu. Ciężko kołysząc się na wybojach, limuzyna powoli pokonuje ostatnie przeszkody i wyjeżdża na wiejską drogę. Martwa cisza i samotność. Nie widać żadnych zwierząt domowych ani kur, nie widać ani nie słychać nawet psów. Wieś wydaje się być opuszczona przez swoich mieszkańców.

Nasz samochód zatrzymuje się przy jednej z chat na obrzeżach wioski. Generał jęczy, wysiadając z samochodu i rozciągając nogi po tak długim siedzeniu. Anna Pietrowna krząta się w samochodzie, zbierając swoje rzeczy. Żenia i ja czekamy, aż ruszą naprzód. W chacie nie było żadnego ruchu ani oznak życia. Nikt nie pojawia się, żeby nas powitać.

Na koniec generał wspina się po schodach na ganek i otwiera niezamknięte drzwi. Przechodzimy przez ciemny korytarz, w którym czuć zapach obornika. Generał otwiera drzwi do pomieszczenia mieszkalnego bez pukania. Na podłodze pośrodku pokoju siedzi boso i z gołą głową ośmioletnia dziewczynka. Buja kołyskę z dzieckiem zawieszonym pod sufitem i półgłosem przyśpiewuje. Widząc nas, dziewczynka zapada w milczenie. Nie podnosząc się z podłogi, patrzy na nowo przybyłych, trochę zaskoczona, trochę przestraszona.

„Witaj, ślicznotko!” – zwraca się do niej generał. – „Połknęłaś język?”

Dziewczynka milczy, a ze skrępowania wkłada palec do ust.

„Gdzie są pozostali?” – pyta generał. Stoi pośrodku pokoju, szeroko rozstawiając nogi i trzymając ręce w kieszeniach spodni z podwójnymi czerwonymi lampasami.

„W pracy” – odpowiada dziecko monosylabowo.

Za nami słychać jakiś hałas. Na wielkim rosyjskim piecu, zajmującym prawie połowę pomieszczenia, poruszają się czyjeś stopy w dziurawych filcowych butach. Przez chwilę z pieca słychać stłumione jęki i stękania, po czym zza perkalowej zasłony wyłania się potargana, siwa głowa.

„A-a-a... To ty, Mikołaju!” – rozlega się lekko chrapliwy, stary głos. – „Znowu przyjechałeś?!” To jest ojciec generała. Twarz starca jest obojętna i nie wyraża najmniejszej radości na widok syna.

„Kto inny, jeśli nie ja?” – żartuje generał z udawaną wesołością. – „Przyniosłem ci coś, Siergieju Wasiljewiczu. Żeby cię kości nie bolały. Chyba nie odmówisz butelki wódki?!”. Klepie starca schodzącego z pieca po ramieniu.

„Lepiej byś chleba przywiózł niż wódkę” – mruczy.

„Chodź, Marusiu, biegnij do naczelnika kołchozu” – rozkazuje generał, zwracając się do dziewczynki. – „Powiedz mu, żeby pozwolił wszystkim naszym ludziom wyjść z pracy. Powiedz mu, że generał przybył”.

„Generał, generał...” – mruczy starzec w brodę, po czym z miłością kładzie dłoń na głowie Żeni. – „A ty wciąż kwitniesz, ważko? Nie zapomniałaś o swoim starym dziadku w tej swojej Moskwie?!”

Wyjmuję z samochodu paczki i pakunki z prezentami, które generał przywiózł ze sobą. Jeden po drugim z pracy przychodzą pozostali mieszkańcy chaty – liczni krewni generała i ich dorosłe już dzieci. Wszyscy zachowują się bardzo niezręcznie i nie okazują radości na widok gości, są zawstydzeni nieoczekiwanym zamieszaniem i zamętem z nim związanym. Ostatnim, który przybył, był niepełnosprawny mężczyzna, podpierający się laską – magazynier w kołchozie i kuzyn generała.

Zgodnie z przyjętym we wsi zwyczajem, w domu rządzi najstarszy. Starszy mężczyzna leżący na piecu, gdy przybyliśmy, ojciec generała, Siergiej Wasiljewicz, macha ręką w stronę jednej z kobiet: „Idź nakryć do stołu, Serafima” – mówi. – Zjedzmy, skoro goście już przybyli.

„Mikołaju, dawno nie jadłeś ziemniaków?” – kontynuuje, zwracając się do swego syna, generała. – No to teraz spróbuj! Nie mamy chleba w domu. Zamiast chleba jemy ziemniaki.

„A gdzież jest wasz chleb?” – pyta generał. – A jeszcze nie dostaliście z kołchozu?

„Dostali, dostali...” – mruczy dziadek Siergiej Wasiljewicz. – „Kołchoz oddał państwu ostatnie zboże i nadal jest zadłużony. Planu dostaw nie zrealizowano. Na razie żywimy się ziemniakami, a zimą zupełnie nie wiadomo, jak będziemy żyć”.

„No cóż, to nic wielkiego” – uspokaja generał i kiwa głową w stronę paczek leżących w kącie. – „Przywieźliśmy ze sobą chleb.”

„Oj, Mikołaju, Mikołaju…” – Dziadek Siergiej Wasiljewicz wali łyżką w stół, ponaglając Serafimę, która bawiła się garnkami przy piecu, aby się pospieszyła. -„ Gdybyś nie był moim synem, pokazałbym ci drzwi. Co, przyjechałeś do wioski z chlebem, żeby się z nas naśmiewać? Mamy tu taki zwyczaj – gospodarze ugaszczają swoich gości. Zjecie to, co my zjemy. I żadnych rozmów o tym więcej. Proszę, nie gardzić naszym obiadem!”

Dziadek Siergiej Wasiljewicz gestem zaprasza wszystkich do stołu, gdzie w wielkim żeliwnym garnku paruje barszcz. Serafima stawia obok siebie aluminiową patelnię z ugotowanymi ziemniakami w mundurkach. Następnie stawia na stole gliniane miski i drewniane łyżki.

Pierwszy do stołu zasiadł generał, który z głośnym entuzjazmem i wesołością siada do stołu. Anna Pietrowna, nieśmiało się uśmiechając, poszła za jego przykładem i ostrożnie siadła na ławce, podwinąwszy wcześniej jedwabną suknię. Żenia kręci się w kącie pokoju, udając, że wszystko, co się dzieje, jej nie dotyczy.

Generał jest najbardziej rozmowny ze wszystkich i stara się pokazać, że czuje się bardzo komfortowo w domu, w którym się urodził. Żartobliwie obiera gotowane ziemniaki, które zastępują chleb na kolację, i chętnie podaje glinianą miskę, do której Serafima nalewa kolorową miksturę zwaną barszczem, w której nie ma śladu mięsa ani tłuszczu. Przez chwilę przy stole zapada cisza, słychać tylko brzęk łyżek.

„Co to za obiad bez wódki?” – generał w końcu nie wytrzymuje, wstaje od stołu i idzie do swoich pakunków. – „Wypijmy teraz po małym kieliszku, od razu będzie weselej”.

Wszyscy obecni mężczyźni chętnie przyjęli zaproszenie generała i wkrótce butelka wódki została opróżniona. Za nią pojawia się na stole druga. Obiad chłopski, składający się wyłącznie z barszczu z ziemniakami zamiast chleba, szybko dobiega końca. Generał ponownie ucieka się do pomocy swoich paczek, a stół zapełnia się kolorowymi puszkami z jedzeniem, na których widnieją napisy we wszystkich językach Europy.

Dziadek Siergiej Wasiljewicz patrzy na ten obraz ponuro, chce najpierw zaprotestować, ale potem powstrzymuje się i patrząc na dziwne słoiki, ogranicza się do krótkiej uwagi: „Nagrabili…”

Potrząsa głową z boku na bok i mruczy do siebie: „No cóż, no cóż... Doszliśmy do tego... W Rosji nie ma chleba... Jak chcecie, ale ja nie wezmę do ust tego kradzionego gówna”.

Duża ilość wódki załatwia sprawę. Języki wszystkich się rozwiązują. Nad stołem unosi się nieskładny hałas i gwar.

„No cóż, Mikołaju. Mówią, że znów czuć wojnę?” – pyta dziadek Siergiej Wasiljewicz, który po kilku kieliszkach wódki trochę się ożywił.

„Wojna jest jeszcze odległa, ale musimy być przygotowani na wszelkie niespodzianki” – odpowiada generał. Rozpiął marynarkę, odchylił się do tyłu i oparł łokcie na parapecie. „Wygraliśmy wojnę, teraz musimy wygrać pokój” – dodaje ze świadomością.

„Co to za świat?” – Dziadek Siergiej Wasilij mruży oczy chytrze. – „Czy to znowu... proletariusze całego świata, łączcie się?”

„Tak, oczywiście, nie możemy też zapomnieć o proletariuszach innych krajów” – mówi generał leniwie, czując niestosowność swoich słów w otaczającej go scenerii. „Solidarność proletariacka!” – dodaje, unikając rozglądania się.

„No więc, no więc... Że jesteśmy proletariuszami, to rozumiem całym sobą” – uśmiecha się starzec. – „A co z tą solidarnością? Żeby inni, jak się wydaje, głodowali razem z nami? Czy to wszystko?”

„Napijmy się, Siergieju Wasiliczu” – generał uważa, że nie ma sensu kłócić się z upartym ojcem i dolewa wódki do kieliszków.

„Powiedz mi jedno, Mikołaju” – przechodzi do ofensywy dziadek Siergiej Wasilicz. – „To, że w tej wojnie przelewaliśmy krew i głodowaliśmy – o tym milczę. Dzięki Bogu, że tak się skończyło! Ale powiedz mi jedno – czy żołnierze chcieli walczyć na początku, czy nie? Ty, jako generał, powinieneś to wiedzieć”.

Generał w milczeniu patrzy na stół.

„Dlaczego milczysz!?” – Dziadek Siergiej Wasilicz triumfuje. – „Żołnierze nie chcieli walczyć! Sam wiesz dlaczego. Dlatego te pieśni od dawna im w poprzek gardła stawały. Pieśniami się nie nakarmisz”.

„Cóż, jednak wygraliśmy wojnę” – broni się generał.

„Ty, Nikołaj, przynajmniej nie kłam mi, swojemu ojcu, prosto w twarz” – zdenerwował się starzec. – „Czy zapomniałeś, co obiecano podczas wojny? Dlaczego cerkwie zostały otwarte? Dlaczego dano rosyjskie naramienniki? Dlaczego powiesiłeś wstążki carskie na piersi? Ukryli się za plecami ludu rosyjskiego! Obiecano nam ziemię i wolność! O to walczyliśmy! Gdzie to wszystko jest?” Dziadek ze złością uderzył kościstą pięścią w stół tak mocno, że szklanki zabrzęczały. Sypią się okruszki chleba zaplątane w jego rozczochraną brodę.

„Gdzie to wszystko jest?” – krzyczy ponownie i wściekle dotyka suchym, starym palcem rozrzuconych na stole obierków ziemniaczanych.

„Nie wszystko na raz” – słabo protestuje generał.

„Co to jest – nie wszystko na raz?” – Dziadek Siergiej Wasilicz eksploduje jak beczka prochu. – „Co? Czy będzie gorzej?”

„Nie, nie da się naprawić wszystkiego na raz, co zostało zniszczone” – wycofuje się generał.

„Ach, to co innego. Znów mówisz mi tę samą starą modlitwę. Solidarność! Proletariusze! Znamy tę piosenkę na pamięć! Od przodu do tyłu i od tyłu do przodu”.

Generał milczy i apatycznie żuje kromkę chleba. Dziadek Siergiej Wasilicz nie może się uspokoić. Drżącymi rękami nalewa sobie kieliszek wódki i wlewa go sobie do gardła. Wycierając usta dłonią, rozgląda się dookoła, szukając każdego, kto ośmieli się zaprzeczyć. Reszta rodziny tępo wpatruje się w puste talerze. Tylko niepełnosprawny mężczyzna, siedzący w kącie stołu, nerwowo bawi się palcami i bezgłośnie porusza ustami. Chce coś powiedzieć, ale nie ma odwagi wystąpić przeciwko generałowi.

„Nie opowiadaj mi bajek, Nikołaj” – stanowczo oświadcza dziadek Siergiej Wasilicz i wyzywająco spogląda przez stół. – „Widzę na wylot twoje zajęcie. Myślisz, że nie wiem, jak to możliwe, że biegasz po świecie z pochodnią od dwudziestu lat? Myślisz, że nie wiem, skąd masz te wszystkie błyskotki? Drżący palec starca wskazuje na ordery obcych państw na piersi syna.

„Kiedy leżałeś w tej kołysce” – starzec kiwa głową przez ramię w kierunku kołyski zawieszonej pod sufitem. – „W tym domu był nie tylko chleb, ale pełna komora wszystkiego. Teraz zostałeś generałem, a w tej kołysce jest dziecko krzyczące z głodu. Gdzie jest twoje sumienie? Czy zamieniłeś swoje sumienie na te błyskotki?” Starzec znów spojrzał ze złością na ordery na piersi syna.

„Dziadku Siergieju, gdzie jest twój koszyk?” – pyta Żenia, która do tej pory siedziała w milczeniu obok ojca. Wstaje od stołu i idzie do przedpokoju, gdzie na ścianie wiszą kosze z kory brzozowej.

„Co, ważko, masz dość?” staruszek patrzy za nią. – Lepiej idź zbierać grzyby. Na kolację zrobimy grzyby i ziemniaki.

Żenia stoi w drzwiach z koszem przerzuconym przez ramię i kiwa głową, zapraszając mnie, abym poszedł za nią. Wychodząc z pokoju słyszę słowa Dziadka Siergieja Wasilicza:

„To już koniec, Nikołaju! Nie chcę już słyszeć nic więcej o proletariuszach w moim domu! To dla mnie jak przekleństwo. Jesteśmy ostatnimi proletariuszami. Jeśli ktoś ma zostać wyzwolony, to my. Jasne! Napisz to sobie na czole”.

Generał nie odpowiada ani słowem. W rodzinnym wiejskim domu panuje starodawne prawo – prawo starszeństwa, gdzie prawa mają siwe włosy i mądrość pokoleń.

Żenia i ja wychodzimy poza wieś. Las zaczyna się nieopodal. Niebo jest od krańca do krańca pokryte szarą zasłoną. Jesienne przezroczyste powietrze. Wszędzie unosi się zapach zgniłych liści i wilgoci. Żenia narzuciła szalik na głowę i zawiązała go pod brodą. Zdjęła buty na wysokim obcasie i wrzuciła je do kosza.

Żenia idzie cicho przed siebie, ostrożnie stąpając boso po trawie. Podążam za nią, głaszcząc wzrokiem giętką sylwetkę dziewczyny. Zapuszczamy się coraz głębiej w las i w końcu wychodzimy na szeroką polanę. Ogromne, pokryte mchem pnie ściętych drzew, wokół których wyrosło bujne królestwo dzikich jagód, grzybów i ziół. Między pniami pojawia się nowy podszyt, który chce żyć. Smukłe brzozy szeleszczą żółtymi liśćmi. Młode jodły przycupnęły na ziemi, jakby ukrywały coś pod gałęziami.

„Po co w ogóle tata tu przyjeżdża?” – Żenia przerywa ciszę. Idzie przed siebie bez celu, ze spuszczoną głową i patrzy na swoje stopy. „Dziadek Siergiej za każdym razem organizuje dla niego takie przedstawienie i ojcu najwyraźniej się to podoba” – dodaje.

„Być może ojciec jest zadowolony, widząc raz jeszcze różnicę między tym, kim był, a tym, kim się stał” – mówię. Mimo że staram się mówić obojętnym tonem, w moim głosie jest coś nowego.

„Ta komedia ciążyła mi przez długi czas” – kontynuuje Żenia, nie odwracając się i powoli idąc naprzód. – „A co jeszcze gorsze, ty też to teraz zobaczyłeś.”

„Żenia!” – wołam cicho.

Dziewczyna odwraca się tak szybko i chętnie, jakby od dawna oczekiwała tego wezwania. Brązowe oczy patrzyły na mnie z oczekiwaniem.

„Żeńko, o jakiej komedii mówisz?” – pytam i czuję, jak w moim wnętrzu narasta jakieś niejasne i nieprzyjemne podejrzenie. Dziewczyna wygląda na zdezorientowaną, zszokowaną dźwiękiem mojego głosu. Ostrożnie biorę ją za ramiona i opieram o wielki, porośnięty mchem pień, który sięga jej głowy. Ona posłusznie się podporządkowuje.

„Czy ty sam tego nie zauważasz?” – próbuje uniknąć odpowiedzi na pytanie.

„A nie chodzi o samą komedię?” – Patrzę Żeni w oczy i widzę, że ona oczekuje i jednocześnie boi się moich słów. – „Żenia, kogo uważasz za komedianta?”

„Ja... nie wiem, Grisza...”

„Żeńko, kogo uważasz za komedianta?” – powtarzam stanowczo.

„Współczuję dziadkowi Siergiejowi” – szepcze Żenia, patrząc w dół. Z wyrazu jej twarzy wyraźnie wynika, że ta rozmowa jest dla niej bolesna. „Ale to wszystko jest takie absurdalne...” – dodaje, jakby przepraszająco.

„Więc uważasz, że twój dziadek Siergiej jest komediantem?” – Nalegam.

„Nie, ma rację. Ale...” – łzy napływają do oczu Żeni.

Uczucie ulgi miesza się w mojej piersi z ciepłą falą czułości. Powoli biorę głowę Żeni w dłonie i bezgłośnie całuję ją w usta. Nie chcę dłużej dręczyć dziewczyny, zmuszając ją do wyrzeczenia się własnego ojca. Reszta jest jasna, bez słów.

„Wiesz co, Żenia” – mówię, głaszcząc pasma włosów wystające spod chusty. – „Teraz jestem ci bardzo wdzięczny.”

„Dlaczego?!” – szepcze zaskoczona.

„Obawiałem się o ciebie. Bardzo się bałem, że powiesz inaczej…”

Liście brzozy drżą pod wpływem niewidzialnego powiewu wiatru. Mały leśny ptaszek huśta się na gałęzi wyschniętego krzewu i patrzy na nas swoimi czarnymi, paciorkowatymi oczami.

„Poczułem żal starca” – mówię zamyślony. – „Przed wojną każdy mieszkał w swoim gnieździe i każdy budował swój dobrobyt najlepiej, jak potrafił. Podczas wojny wszystko się zmieniło – każdemu groziło niebezpieczeństwo i wszyscy byli równi wobec śmierci. Pośród krwi i zła widziałem wystarczająco wiele dobra u ludzi, których nie znałem, zwykłych ludzi, takich jak dziadek Siergiej. Wojna uczyniła z nas braci krwi. Teraz moja dusza cierpi z powodu tych ludzi”.

Szara zasłona zakrywa niebo. Ziemia pachnie wilgocią. Ptak wzbija się w powietrze i odlatuje. Sucha gałąź, na której siedział ptak, kołysze się żałośnie.

„Ty i ja jesteśmy na górze” – mówię cicho. – „Nie wolno o tym zapominać, ale też nie wolno tego przeceniać. Nasz pobyt na szczycie ma sens tylko wtedy, gdy o tym nie zapominamy. Wydaje mi się, że twój ojciec o tym zapomniał. Tego właśnie obawiałem się w tobie…”

Szmer dźwięków jesiennego lasu roznosi się po leśnej polanie. Patrzę na bose stopy Żeni, na jej chłopską chustę na głowie, na kosz stojący nieopodal na ziemi. Dziewczyna trzyma w rękach pęk owoców jarzębiny zebranych po drodze.

„Byłbym nieskończenie szczęśliwy, gdybyś była wnuczką swojego dziadka i mieszkała w tej chacie” – mówię.

Żenia przyciska się do mnie mocniej, jakby było jej zimno. Mrówka czołga się po porośniętym mchem pniu, z trudem poruszając nogami.

„...Wtedy wiedziałbym, że jesteś moja” – szepczę Żeni do ucha.

„Wiesz, teraz z tęsknotą wspominam nasze pierwsze dni. Kiedy byłaś dla mnie po prostu Żenią – uroczą dziewczyną i przyjaciółką żołnierza. Czy pamiętasz, jak pukałem do twoich drzwi? W pogniecionym płaszczu, z drogi frontowej... Za każdym razem byłem z ciebie dumny, mała żono żołnierza...".

Mrówka czołga się wzdłuż okrągłego wycięcia w pniu, nie mogąc znaleźć wyjścia. Podpełza do krawędzi i ze zdziwieniem spogląda w otwierającą się przed nią otchłań.

„Grisza, powiedz mi teraz wszystko szczerze” – dziewczyna, oparta plecami o porośnięty mchem pień, w niczym nie przypominała dawnej wesołej i beztroskiej Żeni. Mówi cicho i poważnie. W jej głosie nie słychać oskarżenia ani prośby. „Wróciłeś z Berlina zupełnie inny. To tak, jakby podmienili cię od wnętrza. I cały czas milczysz. Czuję, że coś cię przytłacza. Co to jest?”

„Smutno mi, Żeniu, że nasza przyjaźń pozostanie tylko przyjaźnią…”

„Co cię powstrzymuje?”

„Kiedy pierwszy raz spotkałem twojego ojca, byłem z niego dumny. Był wtedy moim pierwszym żołnierzem...”

„A teraz..?” – Żenia patrzy mi w oczy dziwnym wzrokiem.

Nie odpowiadam bezpośrednio na pytanie. Ja sam nadal tego nie rozumiem, ja to tylko czuję. „Abyś zostawiła swoje środowisko i była tylko moja – tego nie mogę od ciebie wymagać” – mówię cicho. – „Dla mnie dołączenie do waszego środowiska oznacza śmierć dla nas wszystkich.”

„Więc to mój ojciec stoi na drodze?!” – mówi dziewczyna z dziwnym spokojem. Słowa te brzmią jak odpowiedź na własne myśli.

Zatrzymuję się w milczeniu i cicho głaszczę jej delikatne ramiona. Liście brzozy drżą. Zachmurzone niebo wisi w ciszy. Mrówka bez celu porusza się po pniu.

„Nie bój się, Grisza. Sama się domyśliłam” – głos Żeni brzmi zmęczony. – „Chcę ci tylko powiedzieć jedno – to nie mój ojciec stoi między nami. To, co stało między nami, to to samo, co stało między mną a moim ojcem przez długi czas. Jestem tylko kobietą i córką. Czuję to inaczej”. Przez chwilę milczy, po czym cicho dodaje: „Kiedyś mówiłam ci, że jestem sierotą…”

Dziewczyna w chłopskiej chuście przykłada do twarzy gałązkę jarzębiny i głaszcze policzek, opierając go o zimne kiście. Powietrze przesycone jest świeżością nadchodzącej jesieni. Stoimy w milczeniu pośrodku leśnej polany, zapominając, po co tu przyszliśmy.

„Więc już podjąłeś decyzję?” – pyta w końcu Żenia.

Wzruszam bezradnie ramionami i patrzę na mrówkę.

„A co jeśli rzucę wszystko i przyjadę do ciebie do Berlina?”

„Moja pozycja jest tam zbyt niepewna. Nie mogę ryzykować twojej przyszłości…”

Żenia bawi się w zapomnieniu pomarańczowym bukietem jagód. Jej oczy patrzą gdzieś w dal ponad moim ramieniem.

„Nigdy cię nie zapomnę, moja dziewczyno…” mówię i nie wiem, kogo chcę pocieszyć – ją czy siebie. Znów, jak kiedyś, serce zalewa beznadziejna fala żołnierskiego rozstania, smutku i czułości. Ale tym razem ciało dziewczyny nie drży i nie pieści mnie jak dawniej. Jest martwe i zimne.

„Nie bądź na mnie zła…” – proszę. – „Dla mnie samego jest to bardzo trudne. Bardzo…”

Dziewczyna w chuście chłopskiej podnosi głowę. Pustka w jej oczach powoli znika, ustępując miejsca nieodpartemu zewowi życia. „Jeśli tak ma być...” szepcze.

„Mała żona żołnierza nie będzie płakać” – w oczach Żeni pojawia się uśmiech przez łzy. Położyła mi ręce na ramionach i odchyliła się do tyłu, jakby patrzyła na mnie po raz pierwszy. Potem gorący pocałunek boleśnie parzy nasze usta.

Liście brzozy cicho szeleściły, a porośnięty mchem pień milczał ponuro i cicho, patrząc na dziewczynę w wiejskiej chuście na głowie i mężczyznę w nieodpowiednim ubraniu do lasu.

„Skąd się wzięło tych dwoje?” – szeptały ciekawskie brzozy.

„Dokąd idą?!” – westchnął w odpowiedzi szary pień.

Po spędzeniu dwóch tygodni w Moskwie nagle poczułem dokuczliwą pustkę i niepokój. Z niecierpliwością czekałem na zakończenie spraw w Instytucie Energetycznym, które postanowiłem załatwić podczas pobytu w Moskwie. Przez cały czas miałem wrażenie, że jestem spóźniony na pociąg.

Andriej Kowtun opuścił Moskwę już wcześniej. Przez kilka dni po spotkaniu z Galiną włóczył się jak w transie, zupełnie nie reagując na otoczenie. Z wielkim trudem udało mi się namówić go na kupno biletu do Soczi i wykorzystanie urlopu na kurację w uzdrowisku. Nawet gdy żegnaliśmy się na dworcu, nie uśmiechnął się i ściskając mi dłoń, spojrzał gdzieś w bok.

Niedługo po naszej wycieczce z Żenią do wioski, złapałem się na rozmyślaniu o tym, jak wysłać do miejsca przeznaczenia prezenty, które przywiozłem ze sobą z Berlina. Przerażała mnie perspektywa dalszej podróży z Moskwy, zobaczenia i usłyszenia więcej, jeszcze głębszego przeżycia upadku wszelkich nadziei.

Kiedy wyjeżdżałem z Berlina na urlop do ojczyzny, nie czułem potrzeby odpoczynku. Teraz, będąc w Moskwie, czułem się śmiertelnie zmęczony i bardzo potrzebowałem odpoczynku.

Pewnego poranka pod koniec trzeciego tygodnia, nie czekając, aż skończy się mój sześciotygodniowy urlop, pospiesznie spakowałem swoje skromne rzeczy do walizki i wsiadłem do trolejbusu jadącego na Centralne Lotnisko. Już wcześniej dowiedziałem się telefonicznie, że w samolotach SWA lecących z Moskwy do Berlina zawsze są wolne miejsca. Podobnie jak rok temu stałem w administracji lotniska, wpisując swoje nazwisko na listę rejestracyjną pasażerów.

Z ciężkim sercem wszedłem do budki telefonicznej i wybrałem numer Żeni. Kiedy odezwał się znajomy głos, powiedziałem: „Żenia, dzwonię z lotniska. Pilnie wzywają mnie z powrotem do Berlina”.

„Kłamiesz” – usłyszałem głos w telefonie. – „Ale ja się na ciebie nie gniewam... Szkoda tylko, że nie pocałowałeś mnie na pożegnanie…”

Chciałem coś powiedzieć, ale Żenia już się rozłączyła.

Pół godziny później samolot wystartował. Tym razem pilot nie wykonał pożegnalnego kręgu nad Moskwą. Tym razem nie patrzyłem przez okno. Nie cieszyło mnie to, co mnie czeka. Starałem się nie myśleć o tym, co pozostało za mną.


Następny rozdział
Powrót do spisu treści