1.
Pewnego dnia na moim biurku zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę – w ciągu dnia muszę wykonać mnóstwo różnych połączeń telefonicznych.
„Sztab radzieckiej administracji wojskowej?” – Słyszę nieznany głos w telefonie.
„Tak”.
„Major Klimow?”
„Tak, to ja”
„Witaj, Klimow” – powiedział po chwili milczenia. – „Mówi Główny Zarząd Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Poczdamie.”
„Tak. Kogo potrzebujecie?”
„Was” – brzmi krótka odpowiedź.
„W jakiej sprawie?”
„Jest pewien major Państwowej Bezpieki, który się wami interesuje.”
„Tak. W jakiej sprawie?”
„To czysto osobista sprawa” – pada lekko ironiczna odpowiedź. I z wyraźną uprzejmością: „Kiedy mogę was zobaczyć?”
„Kiedykolwiek”.
„Chcielibyśmy się z wami spotkać poza godzinami pracy. Proszę, wróć dziś do domu po pracy. Twój adres? Tak, nawiasem mówiąc, mamy twoje dane kontaktowe. Na razie {Пока} – wszystkiego najlepszego!”
„Do widzenia.”
Szczerze mówiąc, wziąłem to za głupi żart jednego z moich przyjaciół. Trzeba robić taką głupią komedię przez telefon. Nie mógł znaleźć innego sposobu, żeby mnie znaleźć w domu.
Wieczorem kładę się na kanapie i czytam gazetę, całkowicie zapominając o obiecanej wizycie. Kiedy zadzwonił dzwonek, nawet o tym nie pamiętałem. Trzymając gazetę w ręku, otworzyłem drzwi.
Na korytarzu przede mną stała postać oficera, milczał. Światło lampy padające z góry wyraźnie oświetlało jasnoniebieską czapkę z malinowym paskiem i naramiennikami wykończonymi niebieską lamówką. Mundur Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Pracownicy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Niemczech noszą z reguły ogólne mundury wojskowe lub ubrania cywilne. Po raz pierwszy od zakończenia wojny spotykam się z otokiem malinowym... w swojej kwaterze.
Serce mi się nieprzyjemnie ścisnęło. Pomyślałem sobie: „On jest sam. To znaczy, że nie jest tak źle. Nie dokonują aresztowań jeden na jednego”.
„Czy mogę?” – mój gość pewnym krokiem wszedł do wnętrza.
Nawet nie spojrzałem na jego twarz, oszołomiony niespodziewaną wizytą i zastanawiając się, co to może oznaczać. Nie czekając na moje zaproszenie, oficer zdejmuje płaszcz i czapkę, po czym, zwracając się do mnie, mówi: „Hej, przyjacielu, gdybym cię spotkał na ulicy, też bym cię nie poznał. No to witaj gości!”
Spojrzałem oszołomiony na twarz Majora Bezpieczeństwa Państwowego. Jest wyraźnie zadowolony z osiągniętego efektu. Przede mną stoi mój kolega ze szkoły i przyjaciel ze studiów, Andriej Kowtun, którego dawno temu skreśliłem z listy żyjących.
2.
Pewnego gorącego lipcowego dnia w 1941 roku Andriej Kowtun i ja staliśmy na ulicy. Kolumny żołnierzy maszerowały obok nas. Wczoraj byli jeszcze pokojowo nastawionymi ludźmi. Dziś poprowadzono ich do łaźni, ogolono im głowy, ubrano w mundury wojskowe, a teraz nieuporządkowana, milcząca kolumna ruszyła w nieznane. Żołnierze nie śpiewali piosenek, a na ich twarzach nie można było wyczytać niczego poza rezygnacją z losu. Nosili stare, wyblakłe białe mundury, zachowane z czasów wcześniejszej służby poborowej.
„Jak myślisz, jak to wszystko się skończy?” – zapytał mnie Andriej.
„Zobaczymy” – odpowiedziałem, po prostu żeby coś powiedzieć.
„Myślę, że Niemcy niedługo tu będą” – powiedział tajemniczym tonem i spojrzał na mnie badawczo.
Andriej był zabawnym facetem – zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie. Źle skrojony, ale solidnie zszyty. Wysoki, z lekko krzywymi nogami i za długimi rękami. Głowa, spłaszczona po bokach, osadzona była na nieproporcjonalnie długiej szyi. Był niezwykle dumny ze swoich gęstych, sztywnych, przypominających szczotkę włosów i zapuścił nawet grzywkę przypominającą kozaków z czasów Mikołaja I. Było coś asymetrycznego, a zarazem dzikiego w całym jego wyglądzie: miał zbyt czarne oczy, zbyt ciemną cerę i zbyt wiele piegów jak na osobę dorosłą.
Czasami żartobliwie mu mówiłem: „Andriej, jeśli naukowcy kiedyś odkopią twój szkielet, będą szczęśliwi. Pomyślą, że znaleźli jaskiniowca”. Jednocześnie emanowała z niego dziewicza energia, czarna gleba i ogrom stepów.
Najbardziej wyróżniającą się cechą charakteru Andrieja była jego niezłomna ambicja.
Kiedy byliśmy jeszcze uczniami w tej samej klasie, często chodziliśmy we dwójkę nad jeziora położone dwadzieścia kilometrów od miasta. Andriej ciągnął ze sobą wędki i sieci, ja brałem starą strzelbę myśliwską. Po drodze zawsze urządzał zawody – kto szybciej przejdzie. Opisywał warunki konkursu w najdrobniejszych szczegółach, po czym z całych sił machał niezdarnymi nogami i co chwilę zerkał na mnie, żeby sprawdzić, czy nadal brakuje mi tchu i czy poproszę go o zaprzestanie. Po kilku godzinach wyścigu, zdyszany jak wyczerpany koń, mówił do mnie z wyższością: „Tak, możesz też trochę pochodzić. Odpocznijmy, bo boję się, że dostaniesz udaru”. Wyciągając się w trawie przy drodze, dysząc i łapiąc oddech: „Oczywiście, twój domowej roboty samopał jest lżejszy od moich wędek... W przeciwnym razie bym cię wyprzedził... Zamieńmy się teraz…”
Będąc już studentem, Andriej znalazł nowe pole działania dla swoich ambicji. Teraz z zachwytem studiował historię wielkich ludzi. Po prostu przeszukiwał katalogi biblioteczne i szukał książek zaczynających się od słowa „Wielkie...”, aż do trzytomowego dzieła „Wielkie kurtyzany świata”.
Przychodząc do mnie, siadał okrakiem na krześle, przez chwilę bezgłośnie bębnił palcami po stole, po czym, wyciągając do przodu swoją płaską, jaszczurczą twarz, pytał tonem inkwizytora: „Możesz coś wiedzieć o Kleopatrze. Ale powiedz mi, kim była Messalina? Ech!” Jeśli nie potrafiłem odpowiedzieć na jego pytanie, był niezwykle dumny.
Zwykle nie dawałem się nabrać na jego pułapki, zamiast tego stosowałem taktykę zadawania kontrapytań. Gdyby mnie zapytał, jakiego kamienia Neron używał zamiast okularów, powiedziałbym z pogardliwym spojrzeniem: „To bzdura. Powiedz mi zamiast tego, jaka jest różnica między kohortą a falangą? To pytanie dla mężczyzn”.
Andriej niespokojnie poruszył się na krześle, czując, że wciąż jest daleko od Nerona. Potrafił dokładnie wskazać na mapie położenie Kartaginy, która zniknęła z powierzchni Ziemi dwa tysiące lat temu, ale gdy zapytałem go, gdzie leży Murmańsk, znalazł się w trudnej sytuacji.
Należy wziąć pod uwagę, że w naszej szkole nauka historii rozpoczęła się od Komuny Paryskiej. To, co działo się na świecie przedtem, według radzieckich pedagogów, można w całości przypisać teorii Darwina – ewolucja przebiegała od małpy do człowieka, a sam człowiek pojawił się dopiero w czasie pierwszego komunistycznego powstania Komuny Paryskiej. Uznano, że jest to wystarczające, aby kształcić radzieckich młodych ludzi w dziedzinie historii. Zgodnie z prawem akcji i reakcji, mieliśmy organiczną awersję do „katarynki”, jak nazywaliśmy lekcje historii, a na lekcjach historii woleliśmy grać w piłkę nożną.
Dlatego też znajomość historii starożytnej i średniowiecznej była w naszym środowisku zjawiskiem wyjątkowym. Aby ten temat poznać, należało studiować te rzeczy niezależnie z książek, które było bardzo trudno zdobyć. Już jako student czytałem stare podręczniki do historii starożytnej, żeby odpocząć od nudnych różniczek i całek. Nie wiem, co skłoniło Andrieja do zainteresowania się prochami Aleksandra Wielkiego, prawdopodobnie też ambicja. Uważał, że tylko on mógł wpaść na tak oryginalny pomysł i był niezmiernie zaskoczony, gdy odpowiedziałem na jego podchwytliwe pytania.
Drugą niezwykłą cechą charakteru Andrieja była zwierzęca nienawiść do władzy radzieckiej – nienawidził jej tak, jak pies nienawidzi kota.
Często było to dla mnie niezrozumiałe i po prostu nieprzyjemne. Byłem bardziej liberalny. Ojciec Andrieja był szewcem i rzemieślnikiem; według radzieckiej klasyfikacji należał do zlikwidowanej klasy właścicieli, choć cały jego majątek składał się z jego zrogowaciałych rąk i zgiętych pleców. Andriej zapewne od najmłodszych lat słyszał wiele gorzkich przekleństw pod adresem Stalina i całej „komunistycznej bandy”. Nie potrafiłem znaleźć innego wytłumaczenia, dlaczego w szkole zaciągał mnie w kąt i szeptał mi do ucha antyradzieckie piosenki, takie, jakie zazwyczaj wypisuje się w toaletach. Potem patrzył na mnie badawczo swoimi czarnymi oczami i pytał: „No i jak tam? Wspaniale, prawda?”.
Zazwyczaj nie angażowałem się w dyskusje i ograniczałem się do milczenia. Mieliśmy wtedy po szesnaście lat, ale nie zapomniałem, że niedawno w sąsiedniej szkole aresztowano troje uczniów pod zarzutem działalności antyradzieckiej.
Kiedy byliśmy już studentami, Andriej często do mnie przychodził. Nie byliśmy serdecznymi przyjaciółmi. Nie sądzę, żeby miał jakichkolwiek bliskich przyjaciół. Jego przyjaźń wyrażała się głównie w jednostronnej rywalizacji we wszystkich kwestiach. Ciągle chciał mnie prześcignąć na egzaminach, w ogólnohumanistycznej wiedzy, nawet w dziedzinie sukcesu wśród dziewczyn. Po prostu śmiałem się z jego ekscentrycznych manier, sprowadzałem go na ziemię i udowadniałem, że musi się poprawić. Dla mnie był nie tyle towarzyszem, co ciekawą postacią. Trudno było uznać go za dobrego przyjaciela, w jego duszy było coś nieprzyjemnego. Choć nigdy nie zrobił mi nic przykrego, podświadomie zachowywałem pewien dystans w naszych relacjach. On, w nieco protekcjonalny sposób, zaszczycał mnie swoją przyjacielską rywalizacją, mówiąc, że przynajmniej trochę rozumiem „wielkie sprawy”.
Andriej uważał się za niezrównanego i niepowtarzalnego. W naszym gronie było to powodem zabawnych żartów na jego temat. Zaletą Andrieja było to, że pomimo swoich ambicji, nigdy się nie obrażał. Jeśli poczuł się urażony, to nigdy tego nie okazywał. Po prostu znikał na jakiś czas, a potem, gdy już przetrawił obelgę, pojawiał się w moim pokoju, jakby nic się nie stało.
Pewnego dnia na początku roku szkolnego, gdy byliśmy już na trzecim roku w Instytucie Przemysłowym, Andriej podszedł do mnie i z przyzwyczajenia usiadł okrakiem na krześle. Siedziałem pochylony nad stołem, pisząc pracę semestralną i nie zwracałem na niego uwagi – był dla mnie zbyt częstym gościem.
Tym razem Andriej miał wyjątkowo ważne wieści. Przybrał niezwykle tajemniczą minę i wirował jak węgorz. Jednocześnie zachował ostrożność i milczał, starając się rozbudzić moją ciekawość. Poczułem, że niemal pęka z pragnienia, by zaimponować mi swoim sekretem, ale nie dawał tego po sobie poznać.
„Nic nie wiesz?” – w końcu nie wytrzymał.
Kontynuowałem rysowanie.
„No cóż, oczywiście, że nic nie wiesz” – Andriej zniżył głos do szeptu. – „W tym roku na pierwszym roku są wyjątkowo interesujące dziewczyny. Szczególnie interesował mnie problem nowego naboru”.
„Wczoraj byłem w akademiku Wydziału Chemii. Och, jakie dziewczyny. I znalazłem tam jedną – prawdziwą księżniczkę, w pełnym tego słowa znaczeniu księżniczkę. Dowiedziałem się nawet, jak ma na imię – Galina! Opracowałem szczegółowy plan i teraz przyszedłem, żeby się z tobą skonsultować. Przestań z tymi cholernymi rysunkami. Słuchaj tutaj!”.
Andriej mówił tak, jakby serce księżniczki było już w jego kieszeni.
„Wpadłem na cholernie sprytny pomysł. Przyjrzałem się pokojowi, w którym mieszka Galina – to jedno. Przyjrzałem się, kto jeszcze mieszka z nią w pokoju, jest ich cztery – to dwa. Wybrałem najbrzydszą z nich wszystkich i oczarowałem ją przez cały wieczór, jak Mefistofeles. Teraz ta ropucha wyobraża sobie, że jestem w niej zakochany po uszy, zaprosiła mnie nawet do swojego pokoju. Rozumiesz? A Galina jest w pokoju. A-ach! Widzisz, jak to się robi”. Andriej podskoczył na krześle i wydał jakiś niezrozumiały dźwięk, zadowolony ze swojego bystrego umysłu.
Potem wyszeptał ponownie: „Robota jest w połowie wykonana. Po prostu niewygodnie jest mi tam iść samemu. Potrzebuję towarzysza. Chodź ze mną!”
„Wciąż nie jesteś niebezpiecznym konkurentem” – dodał z poczuciem wyższości.
Słowa Andrieja mnie zaskoczyły – był uważany za najbardziej znanego mizogina wśród studentów. Ze względu na kanciasty wygląd nie cieszył się popularnością wśród studentek. W obliczu braku innych dowodów mówił z pewnością siebie: „Kobiety i tak nic nie rozumieją. Potrzebują zewnętrznej powłoki, a nie duszy”.
Potem, najwyraźniej chcąc się pocieszyć, mruknął: „Poza tym wszyscy wielcy ludzie byli kawalerami aż do śmierci”.
No więc coś się stało, skoro Andriej zaczął opowiadać o kobiecych wdziękach. Do tej pory interesowały go kobiety nie młodsze od Katarzyny Wielkiej.
Niedługo potem ja sam spotkałem księżniczkę, wokół której Andriej tkał swoje chytre sieci. Należy dodać, że w rezultacie nasza przyjaźń – rywalizacja z Andriejem rozszerzyła się także na Galinę.
Wiosną 1941 roku Andriej i ja broniliśmy naszych prac dyplomowych przed Państwową Komisją Egzaminacyjną i staliśmy się młodymi inżynierami, przed którymi otwierał się cały świat.
Życie studenckie, mimo wszystkich uroków, nie było łatwe. Ponad połowa absolwentów naszego kierunku zapłaciła wysoką cenę za wyższe wykształcenie – gruźlicą, nieżytem żołądka, neurastenią. Ale walczyliśmy o naszą przyszłość. Teraz otworzyło przed nami swoje kuszące horyzonty. Teraz mieliśmy pewny zawód, perspektywy na lepsze bezpieczeństwo finansowe i możliwość realizacji swoich planów życiowych. Bilet do życia mieliśmy w kieszeni.
22 czerwca 1941…
Wielu z nas nigdy nie zapomni tej daty. Wojna spadła na nas niczym grom z jasnego nieba. Zniszczyła wszystkie nasze plany na przyszłość. Przez wiele lat musieliśmy rezygnować ze swojego życia osobistego i podejmować kroki w nieznane. Mimo to przyjęliśmy wojnę dziwnie spokojnie. Niemcy reprezentowały dla nas Europę, lecz dla większości młodej, myślącej inteligencji Europa była zakazanym ideałem. Całkowity zakaz jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym ma swoje negatywne strony – wielu radzieckich młodych ludzi widziało w Europie przesadne, wręcz absurdalne, ucieleśnienie ich duchowych i materialnych aspiracji.
Wielu początkowo myślało, że to początek komunistycznej rewolucji światowej, że wojna została zainscenizowana przez Stalina, że to kolejny ewolucyjny manewr Kominternu – i bali się. Ale kiedy kilka dni później dotarły do nas pierwsze wieści o oszałamiających sukcesach wojsk niemieckich i katastrofalnych porażkach Armii Czerwonej, ludzie się uspokoili. Wielu, w głębi duszy, wręcz cieszyło się z wojny. To jest dokładnie ten rodzaj wojny. Wewnętrznie postrzegali tę wojnę jako krucjatę Europy przeciwko bolszewizmowi. To paradoks, który mało kto w Europie podejrzewa, a Rosjanie starają się o tym nie pamiętać – rozczarowanie, jakie nastąpiło potem, było zbyt gorzkie.
Hitler zagrał najpotężniejszym atutem Stalina – zaufaniem narodu. Jeśli przed wojną większość młodej inteligencji zasadniczo nie chciała wierzyć radzieckiej propagandzie lub była wobec niej bardzo krytyczna, to w czasie wojny ludzie ci otrzymali krwawą lekcję, której nigdy nie zapomną.
Spotkawszy się gdzieś ze mną, Andriej podekscytowany odciągnął mnie na bok i opowiedział mi najnowsze wieści z frontu. Raporty niemieckie. Z frontu niemieckiego, gdzie był duszą. Kiedy wojska niemieckie były jeszcze daleko od Kijowa, przysięgał, że Kijów już upadł. Każdą porażkę wojsk radzieckich przyjmował nie tylko z radością, ale wręcz ze zwierzęcą radością. W jego wyobraźni dowodził już jakąś grupą terrorystyczną i w myślach liczył komunistów powieszonych jego ręką.
Wkrótce wojna rozproszyła mnie i Andrieja w różnych kierunkach.
Pod koniec 1941 roku otrzymałem od niego pierwszy list. Napisany na brudnym skrawku papieru, był przepełniony beznadziejną melancholią. To nie był list, ale wilk wyjący do księżyca. Był gdzieś z tyłu, w jakiejś jednostce szkoleniowej. Na domiar złego była to jednostka specjalnego przeznaczenia – po ukończeniu szkolenia jej członkowie mieli zostać przeniesieni na tyły niemieckie jako partyzanci. Był inżynierem budownictwa, teraz jest oficerem saperów. To zadecydowało o jego przyszłej specjalizacji – pracy sabotażowej za liniami wroga.
Po przeczytaniu listu byłem pewien, że następnego dnia Andriej przejdzie na stronę Niemców.
Drugi list od niego otrzymałem nieprędko, prawie rok później. Dziwaczna koperta, papier opatrzony pieczęcią niemieckiego sztabu, przekreślony krzyżowo ręką Andrieja. Kiedy przeczytałem ten list, byłem zaskoczony, jakim hipokrytą może być człowiek. List napisany był w pompatycznym, kaznodziejskim stylu; stanowił nieustanny hymn pochwalny na cześć Ojczyzny, Partii i rządu. Andriej wciąż nie mógł się zdobyć na napisanie imienia Stalina.
Pisał: „Dopiero tutaj, za liniami wroga, zrozumiałem, czym jest Ojczyzna – Ojczyzna z dużej litery. Teraz nie jest to dla mnie abstrakcyjne pojęcie, ale żywa istota, rodzima istota, Ojczyzna. Znalazłem to, czego szukałem na próżno – sens życia. Albo twoja pierś jest usiana krzyżami, albo głowa w krzakach. {Или грудь в крестах, или голова в кустах}. Jeśli żyjesz, to żyj z lapstos (mistrzowskim uderzeniem w bilard). Teraz jestem członkiem Partii Komunistycznej, odznaczony trzema orderami i rekomendowany do awansu. Dowodzę oddziałem partyzanckim równym liczebnie pułkowi, a w jego równowadze bojowej – jeszcze większym. Zrobiłem z siebie głupca, gdy poszedłem studiować inżynierię. Teraz postanowiłem stanowczo – po zwycięskim zakończeniu wojny pójdę do pracy w NKWD, zmienię nazwisko na Orłow”.
Mały Neron nie wątpił już w wynik wojny. Chciał się przekwalifikować na pracownika NKWD, gdyż uważał tę instytucję za kwintesencję władzy radzieckiej. W liście szczegółowo wymienił liczbę zniszczonych mostów, wykolejonych pociągów i zniszczonych żołnierzy wroga.
Nie wierzyłem w przemianę Andrieja. Myślałem, że po prostu pisał pod cenzurą wojskową. Moralna i polityczna charakterystyka oraz awans oficerów w dużej mierze zależą od ich listów. Sądziłem, że ambicja i pragnienie zrobienia kariery wzięły górę nad wszystkimi innymi uczuciami jego żarliwej duszy.
Dla porządku się wkurzyłem i napisałem w odpowiedzi: „Obawiam się, że możemy skończyć po przeciwnych stronach stołu, obywatelu Orłowie”. Było to pod adresem przyszłego śledczego NKWD.
Ostatni list od Andrieja otrzymałem rok później. To były zrównoważone wyrażenia dorosłego mężczyzny. Zameldował, że dowodzi regularnym oddziałem partyzanckim, wielkością równym armijnej dywizji. Działania jego jednostek obejmowały na mapie obszar równy wielkością przeciętnemu państwu europejskiemu. Działania bojowe jego oddziałów raportowano w raportach Sowinformbiura. Nie wymieniał już swoich orderów, wspomniał jedynie krótko, że został odznaczony tytułem Bohatera Związku Radzieckiego.
Mój rywal naprawdę zrobił karierę. Andriej lubił się przechwalać, ale nigdy nie kłamał. W tym czasie w duszy rosyjskiej zaszły już wielkie zmiany i byłem szczerze dumny z wyczynów Andrieja. Na końcu listu donosił, że wraz z postępującym frontem przesuwa się na zachód w rejon Morza Bałtyckiego, że praca tam jest trudna i że może nastąpić przerwa w naszej korespondencji.
Od tego czasu nie słyszałem nic o Andrieju Kowtunie. Pomyślałem ze smutkiem, że jego głowa jednak wylądowała w krzakach, i w myślach skreśliłem jego imię.
3.
I oto Andriej znów stoi przede mną, żywy i zdrowy, zmartwychwstały. W mojej głowie umarł dziwny facet, który marzył o wielkich czynach. Teraz przede mną stoi mężczyzna w kwiecie wieku. Na jego piersi, ponad kilkoma rzędami baretek, lśni złota pięcioramienna gwiazda – najwyższy znak męstwa wojskowego Związku Radzieckiego. Jego sylwetka emanuje spokojną pewnością siebie mężczyzny przyzwyczajonego do dowodzenia; rysy twarzy straciły młodzieńczą kanciastość i nabrały niepowtarzalnego męskiego piękna. Tylko charakter Andrieja się nie zmienił. Wymyślił coś, co sprawiło, że serce podeszło mi do gardła.
„Dawno się nie widzieliśmy, bracie. Przywitaj drogiego gościa!” – mówi Andriej głosem, którego nie znam. W jego głosie słychać było protekcjonalny ton, jakby był przyzwyczajony do zwracania się do ludzi z góry.
Złe lata mijają galopem, a ty nawet nie zauważasz, jak szybko mija czas. Dopiero gdy spotykasz starego przyjaciela, poczujesz, ile wody upłynęło od czasów beztroskich lat studenckich.
„Jesteś naprawdę wyjątkowym gościem” – powiedziałem. – „Po prostu nie ostrzegłeś mnie wcześniej. Teraz nie mogę nawet wymyślić, jak powinniśmy świętować twoje zmartwychwstanie. Dlaczego nie napisałeś?”
„Czy wiesz, co to jest specjalne zadanie? Przez dwa lata nie mogłem nawet napisać do matki. A jak się masz? Ożeniłeś się, czy nadal jesteś na ławce rezerwowych?
Andriej chodzi po pokoju, mocno stąpając po dywanie i trzymając ręce w kieszeniach niebieskich spodni. Życie nauczyło małe kaczątko stać mocno na własnych nogach. Nigdy wcześniej nie czuł się tak pewnie na krześle obok mojego stołu kreślarskiego.
„No to teraz opowiedz mi wszystko po kolei” – mówi Andriej, siadając na krześle między biurkiem a regałem z książkami.
„Jak walczyłeś?”
„Jak wszyscy inni” – odpowiadam.
Jeszcze nie otrząsnąłem się z zaskoczenia i czuję się trochę niezręcznie. Andriej bardzo się zmienił na przestrzeni lat. Czy teraz znajdziemy wspólny język?
„Ludzie walczyli na różne sposoby”, rozbrzmiewa głos Andrieja, „Wiesz, mądry człowiek zarabia pieniądze, a głupiec walczy. Jednak to już przeszłość. Jakie masz plany na przyszłość?”
„Jutro wstaję o dziesiątej do pracy” – mówię.
„To godne pochwały. Oznacza to, że nadal jesteś realistą”.
Nasza rozmowa jest wymuszona i nienaturalna. Dziwne jak czas wymazuje dawne ciepło i bliskość młodości.
„Och, to były dobre czasy – moje lata studenckie. Wydaje się, że od tego czasu minęło tysiąc lat” – mówi zamyślony Andriej, jakby zgadywał moje myśli. – „Powiedz mi, jak skończyły się sprawy z Galiną? Byłem pewien, że ją poznam jako twoją żonę”.
Andriej nie zapomniał naszej księżniczki z lat studenckich. I cieszę się także tym wspomnieniem bezchmurnych dni. Tak więc ślady małej stopy, częściowo zmiecione przez wiatr, na nadmorskim piasku budzą w naszych sercach słodkie, niejasne obrazy. Odcisk stopy na piasku przynosi nam słodki, opiumowy sen, sen, który odleciał. Ślad na piasku, odległe morze, słoneczny wiatr. Chciałbym położyć się na tym piasku i zajrzeć w błękitną nicość.
Przez chwilę siedzimy w ciszy. Proponuję Andriejowi papierosa, on odmawia.
„Nigdy nie nauczyłeś się palić?” – pytam.
„Nie, z nudów próbowałem w lesie, ale nie udało mi się zapuścić korzeni” – odpowiada.
Wiem, że Andriej miał naturalną nietolerancję na napoje alkoholowe. Gdy postawiłem przed nim buteleczkę z jaskrawą etykietą, zaczął ją oglądać ze wszystkich stron, jakby było w niej lekarstwo.
„Moją największą słabością jest to, że nie mogę pić” – mówi. – „W domu mam wina kolekcjonerskie z piwnic Goeringa – po prostu ich nie dotykam. I często jest to trudne. Inni ssą butelkę i zapominają, ale to mi nie pomaga”.
„Czy zaczynasz odczuwać wyrzuty sumienia?” – pytam – „Przecież ty sam, jeśli się nie mylę, chciałeś zostać Robespierrem. A tak przy okazji, jak brzmi twoje nazwisko – Orłow?” Przypominam mu listy z tyłów partyzanckich.
„Nie. To było po prostu upojenie... Rodzaj upojenia” – odpowiada Andriej, a ja słyszę niepewność w jego głosie.
„Powiedz mi, Andriej, dlaczego pisałeś do mnie w listach te wszystkie bzdury? Czy po prostu brałeś pod uwagę cenzurę?”
„Możesz w to nie wierzyć”, odpowiada, „ale to była prawda. Teraz wydaje mi się to głupie. Mówiąc szczerze, lata wojny były i prawdopodobnie pozostaną najszczęśliwszymi w moim życiu. Znalazłem się w nich. Potem kąpałem się we krwi, ale do ostatniej cząstki duszy byłem przekonany, że mam rację, że robię coś wielkiego i potrzebnego. Wtedy wszystko wydawało mi się jasne i czyste, jak bezkresne, zaśnieżone pole. Czułem się jak władca rosyjskiej ziemi i byłem gotów za to umrzeć. Po prostu tak – z rękami wyciągniętymi w śniegu”.
Słowa wychodzą Andrzejowi z trudem, wypowiada je z ledwie dostrzegalnym wahaniem, brak mu zwykłej pewności siebie i bohaterskiego patosu.
„Co się więc dzieje?” – pytam.
„Czasami nie mam już takiej pewności” – kontynuuje, jakby nie usłyszał mojego pytania i patrzył w jeden punkt. – „Zabijałem Niemców. Patrz!” – Wyciąga swoje sękate, opalone ręce. – „Tymi rękami zabiłem tylu Niemców. Po prostu zabiłem, bo partyzanci nie biorą jeńców. Zabiłem i czułem się dobrze. Bo byłem pewien, że mam rację”.
„Wiesz, co teraz robię?” – Twarz Andrieja drga nerwowym spazmem, w jego głosie słychać ukryty gniew. Dziwny gniew – jakby był zły na siebie. – „Teraz zabijam niemiecką duszę i mózg. Goebbels powiedział kiedyś: „Jeśli chcesz podbić naród, musisz wyrwać mu mózg”. To właśnie robię teraz. Jedyne, co jest złe, to to, że moja własna głowa pęka”.
„Musimy interesować się Niemcami w takim stopniu, w jakim jest to konieczne dla zabezpieczenia naszych interesów. Jasne! Ale to idzie za daleko. I to nie jest najważniejsze. Jak mogę ci to powiedzieć…”
Przez chwilę milczy. Potem mówi powoli, dobierając słowa: „Mam cholerne wątpliwości. Wydaje mi się... że to, co tu zabijamy... jest lepsze od tego, co jest za naszymi plecami. Nie żal mi Niemców, ale żal mi siebie, nas samych. To jest sedno sprawy. Niszczymy harmonijny system kultury, reorganizujemy go według naszego modelu, ale ten model – mam ochotę na niego napluć. Czy pamiętasz nasze życie tam?”
„Słuchaj, majorze bezpieczeństwa państwa, co właściwie teraz robisz?” – pytam. – „To mów trochę ciszej. Ściany w niemieckich domach są cienkie.”
Oto ewolucja! Major Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zaczyna mówić ciekawe rzeczy.
„Co ja robię?” – Andriej powtórzył moje pytanie. Potem mówi wymijająco: „Robię różne rzeczy. Oprócz zadań, które zwykle przypisuje się Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, mamy wiele innych, o których nikt nie wie. Na przykład mamy dokładną kopię waszej SWA, tylko w miniaturze. Kontrolujemy waszą pracę, a jednocześnie pomagamy tam, gdzie konieczna jest radykalna interwencja – szybko i cicho. Moskwa nie ufa raportom Sokołowskiego tak bardzo, jak naszym równoległym raportom”.
„Prawdopodobnie wiesz to z własnego doświadczenia” – kontynuuje. – „Porucznik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych może wydawać rozkazy twojemu pułkownikowi, a słowo majora Ministerstwa Spraw Wewnętrznych jest prawem dla twoich generałów. W każdym razie jest to niepisane prawo – generał rozumie z perspektywy czasu, że jest to rozkaz, którego złamanie może mieć bardzo nieprzyjemne konsekwencje”.
„Czy znasz doradcę politycznego Siemionowa i pułkownika Tiulpanowa?” – pyta Andriej i nie czekając na moją odpowiedź kontynuuje. „Rzadko się z nimi spotykamy, ale oni odczuwają naszą ojcowską opiekę każdego dnia, począwszy od takich drobiazgów, jak stworzenie odpowiedniej publiczności i morale w Domu Kultury Związku Radzieckiego”.
„Bardzo często zapraszamy Wilhelma Piecka i innych liderów na przyjacielską rozmowę” – Andriej wypowiada słowa „przyjacielska rozmowa” i „liderzy” w tonie wyraźnie ironicznym. – „Nawet nie podajemy im ręki – żeby nie mieli żadnych myśli wolterowskich. Nie cackamy się z nimi jak wasz Tiulpanow”.
„Tylko pracując w naszym aparacie można zrozumieć głębię ludzkiej podłości. Generalnie nie chce się nikomu uścisnąć ręki” – usta Andrieja wykrzywiają się z pogardą – „Wszyscy nasi drodzy goście chodzą na palcach. Jeśli ci się to nie podoba, Buchenwald jest niedaleko. Pieck i jego bracia dobrze o tym wiedzą – niektórzy z jego kolegów już tam się kopcą”.
„Demokratyzacja Niemiec... Ha... Wszyscy piekarze i wędliniarze – na Kołymę. Likwidacja właścicieli jako klasy. Z ich miejsc zbudujemy czerwone zakątki nazwane imieniem Piecka lub innego skurwysyna” – ostatnie słowa Andrieja są mieszanką zimnej pogardy i obrzydzenia. – „Czy wiesz, jak oczyściliśmy Berlin po kapitulacji? W jedną noc! Trzydzieści tysięcy ludzi wyrwanych z łóżek – w kierunku Syberii. Mieliśmy wszystkie listy, kiedy wojska stały za Odrą. Wszystko dostaliśmy od lokalnych komunistów”.
Andriej przez chwilę milczy, zakłada nogę na nogę i patrzy na swoje kolano.
„Nie brakuje sumiennych łajdaków. Wiesz, po kapitulacji mieliśmy dosłownie szeregi dobrowolnych informatorów i donosicieli. Kiedyś kazałem wygonić z mojego biura cały tłum tych ludzkich szumowin kolbami karabinów – nie mogłem tego znieść”.
Słowa Andrieja przypominają mi charakterystyczną postawę żołnierzy radzieckich wobec naszych niemieckich „ludzi o podobnych poglądach”.
Na krótko przed połączeniem sił wojsk radzieckich i amerykańskich, grupa rosyjskich żołnierzy natknęła się na samotnego Niemca. Niósł plecak i pchał rower obładowany całym swoim dobytkiem. Szedł na wschód. Na widok żołnierzy radzieckich Niemiec oszalał z zachwytu: „Stalin-gut... Ich Kommunist... Kamerad...”.
Próbował wytłumaczyć żołnierzom, że jedzie do sowieckiej Rosji, że chce budować z nimi komunizm. Żołnierze spojrzeli na siebie w milczeniu, obrócili go twarzą na zachód i życzliwie uderzyli go w tył głowy. Kiedy Niemiec upierał się przy swoim zamiarze udania się na wschód, żołnierze wpadli we wściekłość i zabrali mu rower i plecak. Pobity pielgrzym do Kremla ledwo uciekł na nogach z powrotem po komunistycznym chrzcie, któremu towarzyszyły pożegnalne słowa żołnierzy: „Teraz towarzyszu, jesteś prawdziwym komunistą. Twoje jest moje. Stalin jest dobry”. Żołnierze byli głęboko przekonani, że spełnili dobry uczynek – uratowali życie człowiekowi.
W pierwszych miesiącach po kapitulacji, w okresie bezkrólewia, żołnierze niekiedy polowali na Niemców jadących samochodami – po prostu dla zabawy. Gdyby „Fritz” próbował udowodnić, że jest „jednym z nas”, komunistą, żołnierze ze zdziwieniem poprosiliby o dokumenty partyjne: „Słuchaj, Pietia – widziałeś kiedyś głupca? Jeśli my już mamy komunizm – to zrozumiałe. Ale czego ci idioci chcą? Pewnie jakiegoś skurwysyna!” A „ideologiczny Fritz” przechodził dodatkową dezynfekcję (dezynfekcja to żargon), po której, leżąc w szpitalu, miał czas na ponowne przemyślenie swoich poglądów na temat komunizmu. Po przejażdżce samochód, jeśli pozostał nienaruszony, był po prostu oddawany następnemu „Fritzowi”, który wydawał się miły dla żołnierzy. Rosyjska dusza żyje impulsami.
Funkcjonariusze KPD-SED, wywieszając czerwone flagi na chłodnicach swoich samochodów i czując, że mają władzę, jeździli po Berlinie, jakby toczył się tam pożar, przekraczając wszelkie ograniczenia prędkości. Tutaj każdy radziecki oficer lub żołnierz za kierownicą uważał za swój krwawy obowiązek zaangażowanie się w ideologiczną reedukację aroganckiego „towarzysza”. Im wyższy stopień partyjny „towarzysza”, tym większym zaszczytem było rozbicie mu kaloryfera i twarzy. „Żeby nie pędził tak bardzo w stronę komunizmu!” – mówiono w takich przypadkach.
Komendant berlińskiego Kremla, Karlshorst, pułkownik Maksimow tylko się roześmiał, gdy opowiadano mu o takich sztuczkach.
Nie były to zwykłe akty barbarzyństwa. Żołnierze radzieccy, mieszkając w Niemczech, wyrażali się o Niemcach z szacunkiem, a nawet z pewną zazdrością. Pod adresem niemieckich komunistów można było usłyszeć określenia „podli i sprzedawczyki”. Człowiek radziecki, który zobaczył Europę, jest głęboko przekonany, że tylko degenerat na liście płac Moskwy może być komunistą.
„A tak przy okazji, co ostatnio robiłeś na Petersburger Strasse?” – niespodziewanie pyta Andriej.
Ze zdziwieniem patrzę na jego nieruchomą postać. Tydzień temu byłem na Petersburgerstrasse. Jedna z moich moskiewskich przyjaciółek, Irina, zaprosiła mnie do siebie. Ukończyła Instytut Języków Obcych w Moskwie i obecnie pracuje w Berlinie jako nauczycielka języka niemieckiego. Kiedy znalazłem dom, który chciałem, nie różnił się on zbytnio od pozostałych. Na zewnątrz nie było żadnego znaku, nawet czerwonej flagi informującej, że w domu znajduje się agencja zajmująca nieruchomości. Idąc ulicą, można by pomyśleć, że to zwykły niemiecki dom. Kiedy jednak otworzyłem drzwi, znalazłem się twarzą w twarz ze strażnikiem w mundurze oddziałów straży granicznej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Mundur oficerski i dowód osobisty niewiele mi pomogły. Irina musiała zejść i potwierdzić moją tożsamość, dopiero wtedy dostałem przepustkę. W budynku tym mieściła się szkoła cenzorów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i to właśnie tutaj mieszkali oni w koszarach. Warunki były bardzo surowe, jak we wszystkich instytucjach podległych Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Nawet w niedzielę, wyjeżdżając gdzieś, Irina, mimo że była pracownikiem cywilnym, musiała uzyskać pozwolenie od szefa, następnie zaznaczyć godzinę wyjazdu i cel w książce meldunkowej, a wracając wpisywała godzinę przyjazdu i ponownie swój podpis. Wszyscy oni żyli, jak sama to określiła, jako półwięźniowie.
„Skąd wiesz, że byłem na Petersburgerstrasse?” – pytam.
„Skąd? Bardzo proste – wcześniej zapytałem o twoją teczkę osobową. Nie myśl, że to ta sama teczka osobowa, którą masz tutaj w Dziale Personalnym. W końcu nie pomylę się, jeśli powiem, że ostatnio słuchałeś „Eugeniusza Oniegina” w Pałacu Admirała i widziałeś balet „Pietruszka”. Mogę ci nawet przypomnieć, z kim tam byłeś”.
Andriej spojrzał na mnie kątem oka, zastanawiając się, jak zareaguję na jego słowa. Nadal lubi tanie efekty.
„Jednak to jeszcze nie jest grzech, Admiral Palace jest w sektorze radzieckim” – mówi. „Ale zalecam, żebyś powstrzymał się od odwiedzania teatrów w innych sektorach – takie rzeczy są obciążeniem. Rozumiesz?! Mamy własne rozliczenia dla każdego oficera SW, aż do marszałka Sokołowskiego. Twoja teczka osobowa jest nadal w idealnym porządku – gratulacje”.
„Tak, w Petersburgstrasse!” – kontynuuje Andriej. – „Jest tam kilka innych ciekawych placówek. Na przykład specjalne przedszkole dla niemieckich instruktorów – przyszłych kadr niemieckiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Niektóre rzeczy łatwiej jest zrobić niemieckimi rękami”.
„Jedno mnie zadziwia – to, co ci ludzie próbują zrobić” – mówi Andriej. „Czasami wydaje mi się, że niektórzy z nich szczerze wierzą, że budują lepsze Niemcy. Wszyscy ci mali ludzie nie dostają nawet dodatkowych racji żywnościowych jak spectrójka”.
„Czy wiesz, co to jest spectrójka?” – Andriej znów na mnie patrzy. – „Niemcy nazywają trio Grotewohl-Pick-Ulbricht w skrócie GPU. A my sami nazwaliśmy ich „spectrójką” dla zwięzłości.”
Andriej zaczął ponownie wygłaszać hasła ze ścian toalet. Najwyraźniej lubi dzielić się ze mną perełkami literackimi z archiwów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
„Czy wiesz co to jest SED?” – rozlega się głos majora Bezpieczeństwa Państwowego. – „Niemcy mówią – „So endet Deutschland” („Tak kończą się Niemcy” – przyp. red.). Może nawet nie podejrzewają, jak bardzo mają rację. Stanie się to jasne, gdy Niemcy przekształcą się w Niemiecką SRR, a obecna SED zostanie przemianowana na KP(b)G. Oczywiście, nie chodzi o nazwy, ale o istotę”.
Andriej ma dziwny wyraz twarzy. Są w nim resztki udawanej tajemnicy – tej potrzeby, tkwiącej w jego duszy, zaspokojenia jasno wyrażonego poczucia własnego ja. Z drugiej strony jest w nim nieskrywana gorycz. Już jako student Andriej miał wysoko rozwinięte, mroczne, podświadome instynkty. A może i tutaj nie jest to po prostu Andriej Kowtun, a jedynie dyżurny major bezpieczeństwa państwowego? A może ta rozmowa jest tylko prowokacją, żeby poznać moją reakcję?
Dla naszego wspólnego dobra mówię Andriejowi: „Bełkoczesz jakieś dziwne rzeczy. Gdyby to był ktoś inny na twoim miejscu, z pewnością powiadomiłbym o tym odpowiednie organy. Ale ponieważ mam przed sobą majora Bezpieczeństwa Państwowego, i to w pełnym umundurowaniu, traktuję wszystkie te sztuczki jako celową prowokację. Na tej podstawie uważam, że nie ma potrzeby nadawania sprawie dalszego biegu. Tnij, aż ci się znudzi.”
Andriej patrzy na mnie i śmieje się: „Ale ty jesteś ostrożny. Nigdy nie zaszkodzi wykupić ubezpieczenia. Kto powiedział, że „nie jest dowódcą ten, kto nie zabezpiecza drogi do odwrotu”. Moltke, może? Żeby uspokoić własne sumienie, możesz traktować wszystko jako prowokację. Z takim założeniem mogę nawet mówić bardziej szczerze”.
Andriej wstaje i zaczyna chodzić po pokoju. Zatrzymując się przy regale z książkami, przygląda się grzbietom książek.
„Spójrz” – wyciągnął książkę o Holandii, przekartkował ją i mi pokazał. – „Holendrzy myją mydłem nawet chodniki przed swoimi domami. Wszyscy są dobrze odżywieni i ubrani. Szczególnie mi żal tych małych krajów. Po co im komunizm? A wystarczy dwa tuziny łotrów – i oni też będą maszerować z czerwonymi flagami. A mycie chodników... Wtedy sami przestaną się myć”.
Andriej bezmyślnie przegląda książki na półkach. Stojąc tyłem do mnie, mówi: „To po prostu zabawne, jak łatwo całe narody wkładają głowy w tę pętlę. Weźmy Niemcy. Gdyby Stalin miał całe Niemcy w swoich rękach, Niemcy już tańczyliby do jego melodii. Wiecie, jak to robią – „Befehl ist Befehl” („porządek to porządek” – przyp. red.). Oczywiście, najpierw jest przesłanka – zostanie stworzona forma niezależnego państwa niemieckiego, z premierami i innymi marionetkami. Będą one łaskotać niemieckie poczucie nacjonalizmu. A potem, gdy już wezmą stery w swoje ręce, Niemcy jednogłośnie zagłosują za utworzeniem Niemieckiej SRR. Nieważne kiedy to będzie, czy to dwudziesty, czy dwudziesty pierwszy".
Chodząc po pokoju, Andriej kontynuuje swoje kontemplacyjne przemyślenia. Najwyraźniej od dłuższego czasu nie miał okazji wyrazić swoich myśli na głos.
„Forma i treść” – mówi, jakby nie zwracał się do nikogo konkretnego. – „Weźmy na przykład socjalizm i komunizm. Według Marksa socjalizm jest pierwotnym stadium komunizmu. Tendencje socjalistyczne są bardzo silne na świecie. Postęp współczesnego społeczeństwa naturalnie wymaga nowych form. Partie socjaldemokratyczne, socjalizacja za Hitlera, dzisiejsze trendy socjalistyczne w Anglii. Widzisz to na każdym kroku. Czy więc wszystkie drogi naprawdę prowadzą do komunizmu?”
Andriej przez chwilę milczy, jakby nie mógł wyrazić tego, co chce powiedzieć.
„A teraz spójrz, co mamy dzisiaj w Rosji” – mówi. – „To się nazywa socjalizm. Formalnie wydaje się być realnym socjalizmem – wszystko należy do społeczeństwa w osobie państwa. A w treści? W treści jest to kapitalizm państwowy lub socjalistyczne niewolnictwo. Ludzie wyrywają sobie ostatnie nerwy dla przyszłego komunistycznego raju. Najbardziej przypomina to osła z przywiązaną do dyszla wiązką siana – osioł ciągnie, ale siano jest nadal w tym samym miejscu. A naiwni idealiści na Zachodzie mylą pojęcia socjalizmu i komunizmu i dobrowolnie wkładają głowy w to samo jarzmo”.
„Pamiętasz baśń Andersena «Nowe szaty cesarza»?” – kontynuuje Andriej. – „Cudowna mała rzecz! Pamiętasz, jak nagiego króla prowadzono ulicami, a wszyscy wokół chwalili, jaką cudowną suknię miał na sobie. Niewidzialna, ale cudowna. Komunizm odgrywa rolę takiej sukni w nowoczesnym społeczeństwie. Niektórzy chwalą ją, bo na niej zarabiają, inni mają nadzieję na zarobek, a jeszcze inni – ze strachu, że zostaną uznani za reakcyjnych głupców. I wszyscy powtarzają chórem: „O, jaka piękna suknia!” I nikt oprócz nas nie wie, co to za suknia. Nie bez powodu kremlowscy tkacze strzegą swoich sekretów za siedmioma zamkami”.
„Istnieją niezmienne prawa ludzkiej psychiki. Jeśli człowiekowi mówi się to samo dzień po dniu, w końcu zaczyna w to wierzyć. Tutaj możemy przypomnieć przykazanie Goebbelsa: „Im bardziej niewiarygodne kłamstwo, tym więcej ludzi w nie wierzy”. Ze wszystkich hitlerowców najbardziej szanuję Goebbelsa – był inteligentnym człowiekiem i otwartym cynikiem”.
Po kolacji siedzimy jeszcze chwilę przy stole. Pomyślałem o słowach Andrieja. Nie musisz często rozmawiać na te tematy, starasz się o nich nawet nie myśleć.
Trzeba przyznać, że nauka komunistyczna ma naprawdę potężną moc. Nigdy wcześniej na świecie nie istniał inny światopogląd, który stanowiłby tak uniwersalną broń w rękach osoby, która go wyznaje. Podstawą poglądów Hitlera była doktryna rasowa, teoria o wyższości narodowej rasy niemieckiej. Słabością doktryny narodowej były jej ograniczenia regionalne. Im bardziej rozrastało się imperium Hitlera, tym trudniej było stosować tę doktrynę. W krajach okupowanych przyniosło Hitlerowi raczej szkodę niż korzyść. Zaletą doktryny komunistycznej jest jej internacjonalizm.
Mussolini pragnął zbudować Nowe Włochy na wzór Cesarstwa Rzymskiego. Jego pomysł był stary jak pył wieków. Jednocześnie historia uczy nas, że skuteczne były tylko te doktryny polityczne z przeszłości, które miały swoje korzenie w przyszłości. Doktryna komunistyczna jest silna właśnie dzięki swoim receptom na uleczenie wszystkich chorób współczesnego społeczeństwa – w przyszłości.
W świecie demokratycznym proletariusze mają nadzieję na poprawę swojego bytu poprzez dążenie do komunizmu – to zupełnie naturalne, że człowiek dąży do tego, co najlepsze. Straciliśmy już wszelkie złudzenia, ale nie widzimy innej drogi, nie mamy żadnych szans. Często próbujemy bezskutecznie przekonać samych siebie do czegoś, w co już nie wierzymy, usiłując znaleźć jakiś kompromis.
„Jakkolwiek dziwne by to nie było, istnieje tylko jedna historyczna analogia, którą można znaleźć w naukach komunistycznych – nauki chrześcijańskie” – mówi Andriej. – „Tylko że były tak ortodoksyjne. Dzięki temu rozprzestrzeniły się na cały świat. Nauka chrześcijańska mówiła do duszy człowieka: „Daj bliźniemu swemu” – czyż nie? Historia posunęła się w kierunku materializmu. Komunizm uderza w instynkty człowieka. Wulgarny prymat komunizmu to „bierz bliźniemu swemu”. Nowe społeczeństwo jest jak pająki w dole. Taka jest zasada. A wszystko inne to tylko dekoracja. Kolorowe szmaty do zakrycia nagości”.
„Człowiek musi w coś wierzyć” – kontynuuje. – „Dlaczego ludzie czcili słońce lub pogańskie bożki i bogów? Z tego samego powodu. Stalin prześladuje religię, ponieważ jest ona jego konkurentem w walce o duszę człowieka. Zabiwszy wiarę w Boga, Stalin postawił na jej miejscu bożka – siebie. Pochodna ameby postawiła się na miejscu Boga”.
„Wiesz, jeszcze przed wojną byłem wściekły na zamiłowanie Stalina do hipokryzji i uwielbienia ze wszystkich stron. Inteligentny i moralnie czysty człowiek sam by temu położył kres. Ponadto ta brudna cecha jego charakteru budzi mój niepokój” – Andriej pstryka palcami, szukając odpowiedniego wyrażenia. – „Z pewnością byłby zadowolony, gdyby cały świat... Nie ma wątpliwości, że gdyby mógł przeprowadzić ten eksperyment bezkarnie, nie wahałby się ani minuty. Ten cel jest tak stary, jak każda dyktatura. Istnieje wiele przykładów, jak kończą się wszystkie te przedsięwzięcia. A przecież stawką jest los naszego narodu”.
Andriej powoli siada na krześle, wyciąga nogi przed siebie i opiera głowę na pluszowym oparciu: „Po kapitulacji myślałem, że weźmiemy to, co najlepsze z Europy – w końcu jesteśmy zwycięzcami – i przywrócimy porządek w domu. Zamiast tego sami roznosimy tu bałagan i wypruwamy ostatnie żyły z naszego ludu. Permanentna rewolucja! Ja tu buduję komunizm na skalę ogólnoniemiecką, Wilhelm Pieck załatwia dla mnie sprawy, a co się dzieje w domu?”
W oczach Andrieja pojawiło się złe światło. Podskakuje i znów zaczyna chodzić po dywanie. Jego głos jest zdławiony wściekłością: „Walczyłem o to?!”
„Słuchaj, Andriej” – mówię. – „Załóżmy na chwilę, że twoje słowa nie są prowokacją, ale twoimi rzeczywistymi myślami. Jak możesz to wszystko pogodzić z pracą w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych?”
Andriej przez chwilę patrzy mi w oczy, po czym znów kieruje wzrok w nieistniejący punkt w półmroku pokoju.
„Myślisz, że dlaczego noszę czerwoną czapkę?” – mówi – „Po prostu dla zabawy. Żeby się rozbawić tym, jak ludzie mnie unikają. To jest teraz jedyna satysfakcja w całej mojej pracy. Jeśli jesteś pusty w środku, to mimowolnie szukasz czegoś na zewnątrz.”
„Miałeś już taką passę, jak Neron” – mówię. „Ale w ten sposób daleko nie zajdziesz”.
„Tak, masz rację. A tak przy okazji, czy znasz choroby zawodowe pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych?” – kontynuuje Andriej z krzywym uśmiechem. – „Alkoholizm jest uważany za najbardziej nieszkodliwy. Większość to narkomani: morfina, kokaina. Statystyki wykazały, że trzy lata pracy w agencjach operacyjnych wystarczają na przewlekłą neurastenię”.
Andriej patrzy na mnie z niezrozumiałym uśmiechem: „Na Krymie jest nawet specjalne sanatorium Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z pierwszorzędnym sprzętem do leczenia narkomanów i impotentów. Ale to niewiele pomaga. Trudno jest przywrócić sprawność układu nerwowego. Ludzie o normalnej psychice nie radzą sobie z tą pracą. Inteligencja jest generalnie przeciwwskazana w naszym zawodzie. Intelektualiści radzą sobie z nią gorzej niż inni”.
„Żeby zrobić karierę w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, trzeba być zawodowym łajdakiem” – kontynuuje. – „Idealiści dawno już położyli głowy, stara gwardia wycofała się w sferę historii Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Zasadniczo pozostały dwie kategorie: albo milczący wykonawcy, którym nie zależy na tym, jak zarabiają na chleb, albo ludzie, którzy są gotowi sprzedać swoje matki dla kariery. Znasz sowieckie przysłowie: bądź niewolnikiem swojego szefa z przodu i wykop mu grób za nim, a zajmiesz jego miejsce. To samo w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, tylko w postępie geometrycznym. Jak to jest, parabola jest kwadratowa, a hiperbola trzeciego stopnia, czy co? Zapomniałem wszystkiego. Wcześniej obliczałem belki jednowspornikowe i sztywne ramy. Teraz analogią jest szubienica i krata. Wykorzystanie wytrzymałości materiałów w aspekcie politycznym”.
„Nic dziwnego, że śledczy sięgają po kokainę. Czy zauważyłeś, że wszyscy detektywi mają woskowe twarze? To od pracy w nocy. Żyją jak sowy. Śpią w dzień i pracują w nocy”.
Andriej jeszcze bardziej zapada się w siedzeniu, odchyla głowę do tyłu: „Kiedy czuję się naprawdę chory, wsiadam do samochodu w środku nocy i pędzę jak szalony po Berlinie. Pełen gaz w dół Ost-West-Axe. Angielskie patrole próbowały się ścigać, ale co mogą zrobić – mam ośmiocylindrową Tatrę. Przyspieszam do setki i z-z-z przez Bramę Brandenburską. Jeden milimetr obrotu kierownicą – i rozlatujesz się na atomy. Czasami nawet mam pokusę... Takie proste... Tylko jeden milimetr…”
„Masz szczęście – jesteś inżynierem. Czuć tu olej i dym” – mówi cicho Andriej, jakby odpowiadał na własne myśli. – „A wokół mnie czuć zapach krwi”.
„Kiedy poszedłem na studia, kariera inżyniera wydawała mi się czymś solidnym. Jak głosi piosenka: „Miedziana płyta i niebieska zasłona w oknie...”. Potem, kiedy odbyłem staż, kiedy spojrzałem na tych inżynierów... ukończyłem studia po prostu z bezwładności. Chciałem czegoś innego. I teraz nie wiem, czego chcę. Wiem tylko jedno – zginę od kuli... mojej własnej lub czyjejś innej”.
Szkoda mi Andrieja. Przez drzwi wkroczył mężczyzna w pełni sił życiowych, pewnie patrzący w przyszłość i zdający się mieć poczucie, że osiągnął swój cel w życiu. Teraz w jego głosie zabrzmiała nuta zguby. Spokój, z jakim wypowiedział te słowa, tylko potęgował wrażenie.
„Ale ty też jesteś inżynierem” – mówię. – „Poza tym jesteś członkiem partii, zasłużonym bohaterem wojennym. Możesz przełączyć się na stare tory”.
„To nie wchodzi w grę” – odpowiada Andriej. – „Z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych nie ma drogi powrotnej. Nawet dla nas. Czy spotkałeś wielu takich ludzi? Wcześniej praca w Czeka na podstawie danych osobowych była czynnikiem pozytywnym. Teraz posunęliśmy się również w tej dziedzinie. Pytanie jest rozpatrywane od strony przeciwnej, ab adversum – jak powiedział profesor Łuzin. Teraz pytają: „Dlaczego odszedłeś z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych?” Teraz to nie zasługa, ale przestępstwo – dezercja z najważniejszego odcinka frontu komunistycznego. Nigdy mnie nie wypuszczą, chyba że sam trafię za kratki”.
„Wtedy, kto raz zakosztował władzy, poczucia siły nad ludźmi, ma trudności z łapaniem motyli i hodowaniem pelargonii na parapetach” – mówi Andriej z paskudnym uśmiechem. „To pikantna potrawa. Tą potrawę wyrywa się z człowieka razem z jego głową”. Słowa Andrieja po raz kolejny ujawniają dwoistość jego dzikiej duszy.
Kiedyś spotkałem żołnierza z kompanii karnej w szpitalu frontowym. Przed wojną był inżynierem lotniczym. Kiedy został powołany do wojska, jako członek partii, został skierowany do pracy w NKWD. Trafił do tajnej części Centralnego Instytutu Aerohydrodynamicznego CAGI w Moskwie. W tym czasie w CAGI prowadzono ściśle tajne prace nad konstrukcją samolotów wysokościowych wyposażonych w turbosprężarki.
Nikt z Moskwiczan nie podejrzewał, że przez niemal całą wojnę, dzień po dniu, samotny niemiecki samolot Henschel wisiał w powietrzu nad Moskwą. Krążył nad Moskwą na dużej wysokości i był niewidoczny gołym okiem. Tylko specjaliści wprowadzeni w tę tajemnicę rozumieli znaczenie białych zygzakowatych pasów, które powoli rozprzestrzeniały się na niebie – był to ślad mrozu pozostawiony przez tajemniczy samolot. Samolot nigdy nie zbombardował terenu, wykonywał jedynie zdjęcia lotnicze za pomocą kamery na podczerwień. Dla Niemców niezwykle istotne było regularne posiadanie zdjęć lotniczych moskiewskiego węzła kolejowego, przez który przebiegał główny strumień towarów ze wschodu na zachód. Kamera na podczerwień pozwalała na robienie zdjęć nawet w nocy, w ciemności. Samolot widmo wisiał nad Moskwą dniem i nocą. Kiedy odlatywał, na jego miejsce przylatywał inny. To działało na nerwy Kremlowi.
Gdy radzieckie myśliwce, wznosząc się powyżej dziesięciu kilometrów, złapały oddech i konwulsyjnie zaczęły piąć się w górę, Henschel spokojnie wspiął się jeszcze wyżej, wykonał zwrot, co oznaczało, że nie osiągnął jeszcze swojego pułapu, i otworzył ogień do Jaków i MIG-ów (rodzajów radzieckich myśliwców) z karabinu maszynowego umieszczonego w konsoli. Zazwyczaj jednak nie zaszczycał ich tą łaską, po prostu śmiejąc się z niedostępnej wysokości z bezradności radzieckich myśliwców.
CAGI otrzymała od Rady Obrony specjalne polecenie pilnego opracowania metod zwalczania samolotów wysokościowych. Świeżo mianowanemu porucznikowi NKWD, byłemu inżynierowi lotniczemu, powierzono zaszczytne zadanie sprawowania wewnętrznej kontroli nad pracą CAGI. Zgodnie z planem wydanym przez Główny Zarząd NKWD, miał on obowiązek co miesiąc przekazywać NKWD określony procent szpiegów i sabotażystów. Plan był stały: co miesiąc tyle samo procent szpiegów, tyle samo sabotażystów i innych wrogów ludu. Niekiedy wydawano pilne zamówienie na dziesięciu „szpiegów” – operatorów frezarek 6 kategorii lub pięciu „sabotażystów” – laborantów – metalurgów. W zależności od wewnętrznych potrzeb NKWD, ludzie o takich specjalnościach byli potrzebni gdzieś na specjalnym placu budowy NKWD.
Po kilku miesiącach pracy nerwy porucznika NKWD nie wytrzymały. Ponieważ nie znał dobrze procedur obowiązujących w NKWD, złożył meldunek z prośbą o przeniesienie do innej pracy. Następnego dnia został wysłany jako szeregowiec do kompanii karnej. Spotkaliśmy go w szpitalu, gdzie leżał po amputacji obu nóg.
Tak, Andriej nie opuści Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
„Gdzie jest teraz Galina?” – pyta niespodziewanie.
„Gdzieś w Moskwie” – odpowiadam.
„Teraz pozostała mi tylko jedna nadzieja” – mówi zamyślony Andriej. – „Może jeśli spotkam Galinę…”
W tym momencie dzwoni dzwonek do drzwi. Idę otworzyć i wracam z Michaiłem Zykowem, który mieszka niedaleko mnie. Zykow towarzyszy swemu pojawieniu się zwykłą tyradą: „Przechodziłem obok, widzę, że u ciebie światło się pali, pozwól mi pomyśleć…”
Zauważa Andrieja siedzącego z tyłu sali i przerywa przemowę w połowie zdania. Twarz Andrieja nie była widoczna w półmroku, jasne światło lampy stołowej pod abażurem oświetlało tylko błękitno-złote naramienniki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i pierś kurtki, gęsto zdobioną wstążkami orderowymi. Michaił Zykow wita Andrieja, który, nie podnosząc się z krzesła, odpowiada mu milczącym skinieniem głowy. Zykow czuje, że przybył w złym momencie. Z majorem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych nie da się rozmawiać tak swobodnie, jak z innymi ludźmi. Nie wiadomo zatem, dlaczego tu jest, być może jest to wizyta oficjalna. W takich przypadkach najlepszym rozwiązaniem jest zniknąć niezauważonym. Poza tym milczący major nie wykazuje zbytniej chęci do zawierania nowych znajomości.
Odmówiwszy przyjęcia krzesła, które mu zaproponowałem, Zykow mówi: "Cóż, chyba po prostu pobiegnę. Zobaczę, co dzieje się w klubie”.
Znika tak nagle, jak się pojawia. Jutro w pracy na pewno rozgłosi, że mam przyjazne stosunki z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i na pewno będzie koloryzował fakty. Moje udziały w oficjalnych kręgach SWA pójdą w górę – bliska znajomość z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych o czymś świadczy.
Andriej siedzi chwilę w milczeniu, po czym wstaje i mówi: „Cóż, czas, żebym wrócił do domu. Jeśli kiedykolwiek będziesz w Poczdamie, zajedź do mnie”.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści