Grigorij Klimow «Pieśń Zwycięzcy»

Rozdział 1. AKADEMIA WOJSKOWA

1.

„Kli-i-imow!” – przenika z daleka przez szorstką tkaninę szynela i ołowiane zmęczenie żołnierskiego snu.

Nie, pewnie tylko śnię. Pod płaszczem, który naciągnąłem na głowę, jest tak ciepło. Świeżo połamane gałęzie pod brezentem płaszcza-pałatki są tak miękkie i przytulne. Oczywiście, że tylko śnię!

„Kapitanie Kli-i-imow!” – słychać ponownie w ciszy nocy. Słychać kogoś rozmawiającego półgłosem z wartownikiem chodzącym między sennymi rzędami namiotów.

Stosunkowo łatwo jest obyć się bez jedzenia, ale o wiele trudniej jest obyć się bez snu. Pewnego ranka, przeciągając się słodko i poprawiając granaty ręczne wiszące przy pasie, z zainteresowaniem spojrzałem na moje nocne posłanie. Nocą, wdrapawszy się do zrujnowanego budynku, wyczułem w ciemnościach jakiś kanciasty stos i rozłożywszy go bardziej równomiernie, zasnąłem. Nie pamiętam, co mi się śniło, ale rano odkryłem, że spałem pośrodku porozwalanej sterty bloków TNT. Budynek trząsł się od ostrzału, a ja słodko chrapałem na całej tonie dynamitu. Tak, sen na pierwszej linii frontu to świetna rzecz!

„Rozkazano natychmiast zgłosić się do Sztabu Frontu” – słychać głos mówiący do wartownika, a potem jeszcze głośniej: „Kapitanie Kli-i-imow!”

Oho! Sztab Frontu to nie żart. Tu spod ziemi wyszukają. Zrzucam szynel, który służy za koc. Wilgotne powietrze przesycone wyziewami bagiennymi zmieszane ze specyficznym zapachem żołnierzy, które gęsto wypełnia namiot, uderza w twarz. Niewidzialne komary piszczą. Próbując nie przeszkadzać śpiącym, wyczołguję się z namiotu tyłem.

„A-a-a-a?!” – jęczę, wciąż wpół pijany od snu. – "Kogo dokładnie tu wzywają? Czy to Klimowa?”

„Towarzyszu kapitanie, posłaniec ze Sztabu Frontu” – melduje wartownik z ciemności.

„Gdzie on jest? Co się dzieje?”

„Towarzyszu kapitanie, rozkaz dla Was” – sierżant w skórzanym kasku podaje mi podłużny kawałek papieru.

„Kapitan Klimow G.P. ma zostać oddelegowany do Wydziału Personalnego Sztabu Frontu Leningradzkiego do godziny 8:00 dnia 17 lipca 1944 r.”, przeczytałem w świetle kieszonkowej latarki. Na dole znajduje się notatka pisana ręką dowódcy KUKS: „Rozkazuję natychmiast udać się do Wydziału Kadr Frontu Leningradzkiego”.

„Hmm, musi być coś ciekawego! Przynajmniej nie bez powodu mnie obudzili” – myślę i pytam sierżanta: „Czy są jakieś dodatkowe rozkazy?”.

„Rozkazano natychmiast odwieźć Was do Sztabu” – odpowiada, naciskając stopą na rozrusznik motocykla z koszem.

W przyczepie motocykla odlatują ze mnie ostatnie resztki snu. Przedzieramy się przez wyboje zapuszczonej leśnej drogi, ostrożnie przekraczamy podniszczone mosty z bali i przejeżdżamy przez na wpół spaloną, martwą wioskę. Na tle rozjaśniającego się nieba, kamienne kominy pieców i deski dachów, potrzaskane ogniem artyleryjskim, czernieją. Koła motocykla ślizgają się na piasku, płynny ruch kołysania, warkot silnika, a my przejeżdżamy przez trawiasty rów i z ulgą czujemy pod sobą gładką nawierzchnię asfaltowej szosy Leningradu.

W lekkiej porannej mgle, rozprzestrzeniającej się nad wilgotną ziemią, wśród zielonych drzew migoczą zadbane podmiejskie dacze. Kałuże małych jezior i niezliczone bagna mienią się lustrzaną powierzchnią. Jasnożółte plamy wydm. Na horyzoncie widać kominy leningradzkich fabryk i zakładów, które wznoszą się ku niebu. Równa, jasnoszara wstęga prostej jak strzała szosy leci nam na spotkanie.

Tak, nocna wizyta w Sztabie zapowiada się ciekawie! Nie wysyłają kurierów na próżno i nie wyławiają ludzi z bagien w środku nocy. Moi towarzysze z namiotu już się budzą. Widząc moje puste miejsce, najpierw będą zadowoleni, że wyciągnięto mnie, a nie któregoś z nich. Dowiedziawszy się, że zostałem wezwany do Sztabu Frontu, z zainteresowaniem podrapią się po głowach i wymienią spojrzenia.

Kursy Doskonalenia Kadry Dowódczej Frontu Leningradzkiego – KUKS, gdzie zrządzeniem losu dziś się znajduję, jest dość specyficzną jednostką wojskową. „Sklep z antykami”, jak mówią kadeci.

Można tu spotkać stosunkowo młodych ludzi, z brodami i wąsami w najbardziej ekstrawaganckich stylach. Ci ponurzy ludzie, nawet w upały, noszą na głowach futrzane czapki typu Kubanka z ukośnie przewiązaną czerwoną jedwabną wstążką – oznakę przynależności do partii. Są to byli oficerowie i dowódcy oddziałów partyzanckich, z których obecnie wybijają ducha partyzanckiego i których uczy się wojskowej dyscypliny.

Wkrótce po wyzwoleniu Leningradu z oblężenia, w styczniu 1944 r., wejście partyzantów z obwodu leningradzkiego do miasta zostało uczczone uroczystą paradą. Miesiąc później kilka specjalnych brygad NKWD zostało pospiesznie wycofanych z frontu do Leningradu w celu rozbrojenia rozpraszających się bojowników leśnych. Partyzanci zachowywali się w mieście jak zdobywcy w twierdzy wroga, a do milicjantów, którzy próbowali przywołać ich do porządku, zwracali się wyłącznie językiem granatów ręcznych i serii ognia automatów. Uważali milicjantów za swoich odwiecznych wrogów i otwarcie chwalili się, ile „żab” zabili.

Po paradzie i rozbrojeniu wszyscy partyzanci zostali po cichu zapędzeni do bydlęcych wagonów i przewiezieni do specjalnych obozów NKWD. „Dzikich” partyzantów opiewają w gazetach jako bohaterów narodowych i patriotów, ale gdy wychodzą z lasów na światło Boże, pierwszą rzeczą, jaka ich dotyczy, jest przywołanie ich przed jasne oczy NKWD. Co dokładnie robiliście, obywatele partyzanci?

Jedno – to mieć regularne oddziały partyzanckie składające się z zamaskowanych jednostek Armii Czerwonej lub jednostek półregularnych, z dowódcami wysyłanymi z centrum oraz centralnej łączności radiowej i lotniczej. Ale jeśli kręcisz się po lesie i wychodzisz zbierać jedzenie tylko wtedy, gdy kończy się bimber i smalec... To poczekajcie, nawet czerwone wstążki na łbie wam nie pomogą!

Wystraszywszy i obmywszy byłych partyzantów w dziesięciu wodach, NKWD wysyłało ich do regularnej armii, a dowódców – na przekwalifikowanie do KUKS-ów, podobnych do KUKS-ów Frontu Leningradzkiego.

Na KUKS-ie moje uszy często pieszczą tajemnicze słowa:

„Skąd pochodzisz – z G8?” – pyta ktoś.

„Nie, od dziewiątki” – odpowiada niechętnie drugi.

Okazuje się, że „ósemka” i „dziewiątka” to 8. i 9. Batalion Szturmowy Frontu Leningradzkiego. Tak nazywano oficerskie bataliony karne, do których oficerowie byli wysyłani na wojnę jako szeregowi żołnierze. Jeśli przeżyją, otrzymają ponownie swój poprzedni stopień oficerski. Jeżeli przeżyją... Straty w batalionach szturmowych wynoszą zazwyczaj 90-95% składu po każdej operacji bojowej.

Gdy Armia Czerwona przeszła do ofensywy i zaczęła wyzwalać tereny okupowane przez Niemców, wszyscy byli oficerowie radzieccy, których tam znaleziono, zostali aresztowani i, podobnie jak partyzanci, wysyłani do specjalnych obozów NKWD. Ci, których NKWD uznało za niegodnych szubienicy, po przejściu takiego przedsionka byli odsyłani do następnej części czyśćca – do batalionów szturmowych. Tam dostali możliwość krwawego odpokutowania za swoje winy wobec Ojczyzny. Walcz dalej! Po wojnie będzie czas, aby porozmawiać bardziej szczegółowo.

Ci, którzy przeżyli krwawy chrzest, z reguły ze szpitali – z batalionów szturmowych można było wyjść tylko za cenę dosłownie przelanej krwi – byli wysyłani do KUKS-u na ostateczną reedukację. Często widywałem wśród towarzyszy broni z KUKS-u książeczki żołnierzy batalionu szturmowego, gdzie po słowach „szeregowy” i „piechur” na odwrocie znajdował się dopisek „komisarz pułkowy” lub „dowódca szwadronu”.

Tak, ciekawy materiał o ludziach na naszym KUKS-ie! W praktyce jest to długoterminowa rezerwa Frontu Leningradzkiego. Aby zapobiec tyciu i bezczynności oficerów, zmusza się ich do zabawy z żołnierzami o poważnym doświadczeniu. Były dowódca kompanii karabinów maszynowych uczy się, jak składać i rozkładać karabin maszynowy Maxim, a dowódca batalionu strzelców poznaje budowę zamka karabinu niezrównanego modelu 1891.

W KUKS-ie jest duży odsetek „nowych Ukraińców”. Gdy Armia Czerwona wycofywała się z Ukrainy, wielu miejscowych żołnierzy, przechodząc obok swoich rodzinnych wiosek, po prostu wrzucało karabiny do rowu i wracało „do domu”. "Do diabła z tą władzą!" – pluli za wycofującymi się oddziałami.

Gdy Armia Czerwona zaczęła wypierać Niemców z Ukrainy, „domowników” szybko zebrano – nie zrobiły tego nawet wojskowe biura rejestracyjne i rekrutacyjne, ale sami dowódcy wysuniętych jednostek – wciśnięto im karabiny z powrotem do rąk i nawet nie zmieniając płaszczy, które mieli na sobie – wysłano ich na pierwszą linię bitwy! I tak ich nazywano – „kurtkowicze”. Brzegi Dniepru, niczym wiosenne kwiaty, były pokryte trupami ubranymi w wielobarwne cywilne ubrania.

Szeregowi żołnierze, zazwyczaj nie poddani kontroli NKWD, byli włączani do czynnej armii. Drobne porachunki osobiste między państwem a jednostkami będzie można rozstrzygać później. Na tym etapie zapotrzebowanie na żołnierzy dla armii było większe niż na siłę roboczą dla koncłagrów.

W KUKS-ie, choć nie mówiono o tym głośno, wyczuwalne było pewne napięcie między Ukraińcami i Rosjanami. Ukraińcy milczeli, niczym winni młodsi bracia. Rosjanie czasami życzliwie zauważali: „Och, wy chochły…”.

„Och! Ci Niemcy..!” – wzdychali Ukraińcy. – „Nie zasłużyli na nasze zaufanie, te skurwysyny!”

Pewnego dnia wysłano listy do batalionów KUKS. Szukali Tatarów krymskich wśród kursantów. Pamiętam zdenerwowaną twarz starszego porucznika Chajfutdinowa, gdy wypełniał kolumny tej listy obok swojego nazwiska. Z plotek wiedzieliśmy, że cała bez wyjątku ludność Krymskiej ASRR zmieniała mieszkania na rozkaz Kremla. Za nielojalne zachowanie wobec władz radzieckich w czasie okupacji niemieckiej kilka milionów ludzi zostało przesiedlonych na Syberię, a same republiki zostały zlikwidowane.

Wśród kursantów rozkaz ten wywołał następującą rozmowę:

„Czy wiesz, jak pracowali Kałmucy pod Stalingradem?” – powiedział jeden. – „Niemcy nacierają z przodu, a tamci z tyłu. W nocy wycinają całe pułki!”

„Ciekawe, dlaczego Kozacy Dońscy i Kubańscy siedzieli bezczynnie?!” – dodał inny.

„Co zostało z Kozaków? Rogi i nogi” – odpowiedział trzeci. – „W końcu te obecne oddziały kozackie – nie ma tam ani jednego Kozaka. Jedyną kozacką rzeczą tam, są lampasy!".

Oficerowie nie byli oburzeni tym, że Kałmucy wymordowali ich pułki. Zastanawiali się tylko, dlaczego Kozacy nie poejmowali żadnych działań. Regiony kozackie Doński i Kubański od dawna uważane są za siedliska antyradzieckie. Tam sztucznie wywołany głód w 1933 r. zastosowano ze szczególnym okrucieństwem. Do 1936 roku Kozacy, jako jedyna grupa narodowościowa, nie byli powoływani do regularnej służby wojskowej. Ludzi dziwiło, że Kozacy, którzy od niepamiętnych czasów słynęli ze swego ducha miłości do wolności, nie wystąpili przeciwko władzy radzieckiej.

Wśród kursantów jest wielu byłych politruków armijnych. Większości osób z tej kategorii ścięto głowy w specjalnych obozach NKWD. Ale ci, którym udało się przejść przez oba obozy i batalion szturmowy, okazali się naprawdę cholernie odporni. Przybywszy do KUKS-u, z prawdziwie komunistycznym, wilczym uściskiem, trzymali się zębami i pazurami swojego dawnego zajęcia, dzięki któremu zarabiali na życie – pozycji pasterzy ludzkiego stada. Mimo wszelkich sit i wód NKWD, nawet w zabawkowych warunkach KUKS-u, udało im się niewiadomymi sposobami dostać na stanowiska dowódców naszych jednostek kursowych. Podchorążowie nigdy nie przepuszczają okazji, by jakby przez pomyłkę, sarkastycznie zwracać się do nich „Towarzyszu Politruku” lub „Towarzyszu Komisarzu”, choć tytuły te zostały już w armii zniesione.

Pomimo zróżnicowanego składu, „sklep z antykami” jest żywym miejscem targów. W KUKS-ach niemal każdego dnia pojawiają się tajemnicze komisje – „kupcy”, jak nazywają ich podchorążowie.

Na przykład w Jugosławii potrzebni są partyzanci. Warunki: 25 tys. rubli na boku, miesiąc wakacji, a potem lądowanie na spadochronie w Jugosławii. Nie ma potrzeby uczyć ludzi, bo są już dość doświadczeni. Są zarejestrowani w kolejce. Zwłaszcza byli partyzanci, których prześladuje dyscyplina wojskowa. Potem niespodziewanie nastąpiła masowa akcja poszukiwawcza osób o polskich nazwiskach – rekrutacja do polskiej armii „narodowej”, nie wiem, do której. Następnym razem poszukiwani będą kandydaci do Wyższej Szkoły Wywiadowczej Armii Czerwonej. Warunki: stopień nie niższy niż major i ukończone wyższe wykształcenie. Nawet w tak trudnych warunkach kandydatów jest wystarczająco dużo.

Przyczyną tak ożywionego handlu jest dotkliwy niedobór wyspecjalizowanej kadry w armii. Tutaj, w KUKS-ie, jest masa świeżego, jeszcze nie posegregowanego materiału ludzkiego, który do niedawna, w partyzantce lub na terenach okupowanych, nie był dostępny do rejestracji.

Większość moich towarzyszy z KUKS-u to dosłownie ludzie z innego świata. Młody człowiek o siwych skroniach spokojnie, choć z pewną niechęcią, opowiada swoją historię. O tym, jak uciekł z niemieckiej niewoli we Francji przez całą Europę, o swoim ponownym schwytaniu na okupowanym terytorium Rosji, a następnie o obozie koncentracyjnym i ponownej ucieczce. Jak został postrzelony dwa razy, jak wyczołgał się z grobu, ciężko ranny, spod ciał swoich towarzyszy. Około dwóch lat życia partyzanckiego na bagnach i lasach Leningradu. A w nagrodę za wierność Ojczyźnie – czyściec obozów NKWD, krwawa krynica batalionu szturmowego i wreszcie spokojne zacisze KUKS-u.

Prawie każdy kadet KUKS-u ma za sobą podobną drogę. To były jednostki. Setki z nich leżały wzdłuż drogi. Charakterystyczne jest to, że ci ludzie nie lubili opowiadać swoich historii.

W tej grupie byłem prawdziwym frajerem, niewinnym jak noworodek. Do KUKS-u trafiłem z 96. Specjalnego Pułku Oficerów Rezerwy (OPROS 96) po tym, jak zostałem ranny w walkach o Nowogród i spędziłem trzy miesiące w szpitalu.

To było właśnie w czasie mojego pobytu w szpitalu w byłym Zamku Inżynierskim, zwanym dawniej Pałacem Pawłowskim, Leningrad huczał od niespodziewanych wieści. Dekretem Rady Leningradzkiej wszystkie najważniejsze historyczne ulice i place Leningradu zostały przemianowane – przywrócono im ich poprzednie, przedrewolucyjne nazwy. Prospekt Newski z „Prospektu im. 25 Października” znów zmienił się w Newski. Pole Marsowe pozbyło się swojego równie niezrozumiałego przydomka i znów stało się Polem Marsowym. Przyjrzeliśmy się temu wszystkiemu i byliśmy po prostu zdumieni. Być może niedługo kołchozy zostaną zlikwidowane…

Sztab Frontu Leningradzkiego mieści się w ogromnym budynku w kształcie podkowy. Budynek Sztabu Generalnego naprzeciwko Pałacu Zimowego. Wejście do Działu Personalnego, do którego się udam, prowadzi do słynnego, historycznego Łuku Sztabu Generalnego. W 1917 roku przez ten łuk rewolucyjni marynarze i Czerwona Gwardia z Piotrogrodu szturmowali Pałac Zimowy.

W recepcji kilku oficerów siedzi na grubych, metrowych parapetach okiennych, zwieszając nogi.

„Kapitanie, pan też idzie?” – zwraca się do mnie jeden z nich. Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą, zadał mi nieoczekiwane pytanie: „Czy znasz jakiś obcy język?”

„Co właściwie tu się kupuje i sprzedaje?” – pytam z kolei.

„Na razie przeprowadzają egzamin z języków obcych. A dlaczego ja, głupiec, nie uczyłem się ich wcześniej?!” – porucznik wzdycha smutno, patrząc na drzwi.

„Rekrutują do jakiejś szkoły specjalnej, a nawet akademii” – wyjaśnia mi ktoś inny. „Pierwszym warunkiem jest znajomość jakiegoś języka obcego i ukończone wykształcenie średnie. Coś solidnego, podobno. Podobno nawet w Moskwie” – dodaje w tonie ukrytej żądzy, beznadziejnie cmokając.

Spocony i czerwony oficer wyskakuje zza zasłoniętych drzwi.

- "O, cholera... Jak się nazywa "ściana" po niemiecku? Znałem "okno", znałem "stół", ale zapomniałem "ściana"... O, jaka szkoda! Teraz mój interes prawdopodobnie nie wypali", mruczy rozczarowany, ocierając pot z czoła czapką. – "Słuchajcie, chłopaki! Szybko dowiedzcie się wszystkiego, co jest w pokoju. Wskazuje palcem dookoła i pyta, jak to się nazywa."

Spośród funkcjonariuszy czekających w recepcji, dwóch zna język fiński, jeden zna język rumuński, a pozostali mają szkolną znajomość angielskiego i niemieckiego. Jaką wiedzę posiadłem dobrze? Im mniejsze są szanse, tym większe jest pragnienie dotarcia do tajemniczego miejsca, w którym wymagana jest znajomość języków. Wszystko, co wiąże się z językiem obcym, automatycznie łechce Twój nos i pobudza wyobraźnię. Poza tym, mali ludzie na pewno coś wywęszyli i wszyscy próbują to przed sobą ukryć – żeby ktoś nie zajął ich miejsca. Nic dziwnego, że wszyscy są tak zmartwieni.

Nie mogę powstrzymać uśmiechu. To nie jest pięć części modelu śruby z 1891 roku! Podczas prowadzenia rozpoznania taktycznego spokojnie padam na ławkę w najdalszym kącie i, zakrywając twarz czapką, kontynuuję przerwany nocny odpoczynek. Wojsko przytępia zmysły i zamienia człowieka w automat. Niech inni walczą o swoje szczęście, mnie ono nie opuści.

Kiedy moje nazwisko zostaje wywołane, wchodzę przez drzwi biura i zgodnie ze wszystkimi zasadami armii hitlerowskiej, tupię obcasami i składam meldunek po niemiecku tak donośnym głosem, że siedzący przy stole major wzdryga się ze strachu.

Patrzy na mnie ze zdziwieniem, prawdopodobnie zastanawiając się, o co mnie zapytać – „o stół” czy „o okno”, po czym pyta o coś po rosyjsku, odpowiadam po niemiecku. Starszy egzaminator przemówił ponownie po rosyjsku, a ja ponownie przemówiłem po niemiecku. W końcu major nie wytrzymuje, śmieje się i, oferując mi krzesło, pyta: „Gdzie się tego nauczyliście, kapitanie?”

Wyjmuję z kieszeni dokumenty sprzed służby wojskowej, które jakimś cudem udało mi się zachować, i kładę je na stole przed majorem.

„Aha, to wspaniale” – mówi – „i na początku myślałem, że jesteś Niemcem. Więc zabiorę cię prosto do pułkownika”.

Prowadzi mnie przez drugie drzwi do następnego biura i przedstawia szefowi Działu Personalnego: „Towarzyszu pułkowniku, oto niezawodny kandydat! Nie musicie się martwić o język – on już mnie wystraszył. Myślałem, że jest sabotażystą”. Zostawia teczkę z moimi dokumentami na stole i wychodzi.

Pułkownikowi tak naprawdę nie zależy na języku. Natychmiast rozpoczyna analizę moralną. W przypadku oficerów cechy moralne i polityczne są bardzo ważne i podlegają bardzo rygorystycznej kontroli.

„No więc, kapitanie Klimow” – zaczyna pułkownik. – „Chcemy wysłać cię do bardzo odpowiedzialnej i uprzywilejowanej Wyższej Szkoły Edukacyjnej Armii Czerwonej”. Ton pułkownika był wyraźnie uroczysty.

„Abyś mnie zrozumiał, przedstawię ci sytuację” – kontynuuje. „Moskwa żąda od nas co miesiąc pewnej liczby kandydatów. Wysyłamy ich do Moskwy, wszyscy tam idą do piekła, a potem odsyłają ich z powrotem do nas z obelżywymi listami. Następnie wysyłamy tych przegranych do karnych kompanii” – zauważa jakby mimochodem, rzucając mi znaczące spojrzenie.

Klepnąwszy dłonią w stos papierów ozdobionych podwójną zieloną linią na stole, kontynuuje: „Moskwa bombarduje nas szyframi każdego dnia – „dajcie nam ludzi”! Ale my ich nie mamy. To jedna strona sprawy! Teraz – druga strona. Jesteś z KUKS, jest tam wielu ludzi z zaszarganą przeszłością. Nie pytam cię, jaki masz ogon – zszargany czy nie. W każdym razie musisz być nieskazitelnie czysty. Bez tego nie dostaniesz się tam, gdzie chcemy cię wysłać. A musimy cię wysłać! Rozumiesz?!”

Podoba mi się oryginalna szczerość pułkownika. Oto, na czym polega znalezienie właściwego nabywcy! Tutaj nawet podmoczone towary będą uważane za pierwszej klasy. Zapewniam go, że ze mną wszystko jest w porządku.

„Nie obchodzi mnie, czy u ciebie wszystko w porządku, czy nie” – odpowiada. „W tym KUKS-ie jest wielu dziwaków. Wczoraj jeden z twoich byłych pułkowników przysięgał mi, że był porucznikiem piechoty. Chcemy wysłać go do Szkoły Wywiadu, ale jest uparty jak koza – mówi, że nie umie pisać”.

Przykład pułkownika mnie nie dziwi. Ludzie, którzy wcześniej piastowali odpowiedzialne stanowiska, przechodząc przez etapy, które zwykle poprzedzają KUKS, tracą ochotę na stopnie i odpowiedzialne stanowiska i marzą tylko o jednym – o tym, żeby ich zostawiono w spokoju.

„Być może przyjdzie ci do głowy taki kaprys” – mówi głos szefa Działu Kadr. – „Powtarzam – to poważna sprawa. Jeśli trzeba będzie was wysłać – to was wyślemy! Żadne sztuczki wam nie pomogą. W przeciwnym razie możemy odwrócić sprawę tak, że nie będziecie chcieli służyć w wojsku. Wiecie, czym to śmierdzi? Trybunał!” – kończy pułkownik poważnym tonem. On już wie, że podchorążowie KUKS-u po batalionach szturmowych nie dadzą się zastraszyć żadnymi kompaniami karnymi. Tutaj pomóc może tylko Trybunał, czyli pewna egzekucja.

Komizm tej sytuacji wywołuje u mnie uśmiech. Tam, za drzwiami, ludzie pocą się i drżą, marząc o dostaniu się do nieznanego, kuszącego sanktuarium. A tu pułkownik grozi mi, że mnie rozstrzela, jeśli odmówię z jakiegokolwiek powodu. Innymi słowy, dał mi jasno do zrozumienia, że jeśli w przeszłości posiadałem jakieś kompromitujące dane, to powinienem o nich zapomnieć i nie wpisywać ich do kwestionariusza. Pułkownik zajmie się resztą.

Rzuciwszy mi krytyczne spojrzenie, pułkownik podnosi słuchawkę i dzwoni do Sztabu KUKS: „Więc wysyłamy waszego Klimowa. Przygotujcie wszystkie papiery według Formularza 12-a. Żeby mógł wyjechać do Moskwy pociągiem o dwunastej” – mówi do Szefa Sztabu. – „Bo dlaczego u was biegają oberwani jak włóczędzy? Natychmiast przebrać! Żeby nie hańbili naszego frontu w Moskwie”.

Kilka minut później, w sąsiednim pokoju, wręczono mi paczkę zapieczętowaną pieczęciami lakowymi zawierającą moje dane osobowe i dokumenty podróży do Moskwy, do jednostki wojskowej o numerze takim i takim.

W recepcji otacza mnie grupa podekscytowanych kandydatów. Pytania napływają ze wszystkich stron: „No i jak było? Nie udało ci się? Ostro pytają?”.

Wzruszam ramionami i wskazuję na podróż służbową do Moskwy.

„Więc oni naprawdę werbują do Moskwy?” – słychać głosy. – „Och, ludzie mają tyle szczęścia! No cóż, miłej podróży!” – Ludzie ściskają mi dłoń ze wszystkich stron.

Spod zimnych sklepień Łuku Sztabu Generalnego wychodzę na zalany słońcem Plac Pałacowy. Nadal nie mogę uwierzyć, że to wszystko jest rzeczywistością, a nie snem. Że za trzy godziny wsiądę do moskiewskiego pociągu, a nie będę się czołgał z karabinem maszynowym przez piaski i bagna wokół Leningradu. Takie szczęście, takie fenomenalne szczęście, jest naprawdę trudne do uwierzenia. Wielu oficerów, mieszkańców Leningradu, spędziło trzy lata na froncie leningradzkim i przez cały ten czas nie otrzymało ani jednego urlopu do Leningradu. Nawet w KUKS-ie oficerom z Leningradu nie wolno było wracać do domu; zabierano ich do łaźni lub do miasta tylko w szyku. Dla mieszkańców Moskwy wyjazd służbowy do Moskwy na kilka dni uważany jest za nierealne marzenie. Czy naprawdę wracam teraz do Moskwy?

Rozglądam się. Tak, wokół mnie jest Leningrad, w mojej kieszeni szeleszczą papiery, a ja, stojąc pośrodku pustego Placu Pałacowego, czytam jeszcze raz. Tak! Nie ma wątpliwości! Moskwa... Mrugam do brązowego anioła na granitowych wysokościach błękitnego nieba i uśmiecham się od ucha do ucha. Ty i ja jesteśmy prawie braćmi! Czuję, jakby za moimi ramionami wyrosły skrzydła. Nie, życie naprawdę jest dobre! Naprawdę dobra rzecz!

Świadomie podchodzę do patroli w zielonych czapkach tkwiących na wszystkich mostach i skrzyżowaniach. Leningrad jest uważany za strefę przygraniczną i jest kontrolowany ze szczególną surowością przez patrole straży granicznej NKWD. Zielone czapki są największym wrogiem wszystkich ludzi w mundurach wojskowych. Niedawno sam spędziłem dwa dni w zimnej celi w gabinecie komendanta bez jedzenia i papierosów, dopóki nie przysłano eskorty z automatem od KUKS-u, również oficera-kursanta. Pod taką eskortą wróciłem do KUKS-u przez cały Leningrad bez szelek i bez pasa.

Moją zbrodnią było to, że opuściłem łaźnię i wyszedłem na zewnątrz. Podczas gdy nasza drużyna korzystała z łaźni parowej, ja szybko się umyłem i opuściłem duszną szatnię, aby zaczerpnąć świeżego powietrza na wiosennej ulicy. Tuż za progiem zielone czapki chwyciły mnie jak dezertera. Teraz pluję na nich z wysokiego drzewa. Teraz jadę do Moskwy! Ze wszystkimi pieczęciami lakowymi i podpisami!

Jakże dorosły może zwariować z niespodziewanej radości! Więc tak sobie ciągniesz żołnierską służbę i cieszysz się, gdy słońce zbliża się do obiadu. A potem nagle, niespodziewanie... Moskwa! To tak, jakby słońce spadło z nieba!

W siedzibie KUKS, w dawnych budynkach Wojskowej Akademii Inżynierii Elektrycznej im. Budionnego, w Leśnym witają mnie jak solenizanta. Pół godziny później jestem ubrany od stóp do głów – mam nowe buty, nowy mundur, a nawet nowy worek podróżny, szczelnie wypełniony puszkami i papierosami.

Dokładnie w południe podchodzę do kasy biletowej na stacji Oktiabrskaja i wrzucam dokumenty podróży przez okienko.

„Pięćdziesiąt sześć rubli” – mówi krótko potargana głowa za oknem.

Zaczynam pospiesznie przeszukiwać kieszenie. O cholera – pieniądze! To jest ostatnia rzecz, której potrzebujemy! Służąc w wojsku, zapomniałem, jak to jest, gdy cała moja pensja jest automatycznie przesyłana do domu.

Czy uważasz, że to sytuacja beznadziejna? Nic podobnego! W socjalizmie wszystko jest bardzo proste, życie jest łatwe, aż do granic śmieszności. Ja, niczym meteor, zrzucając po drodze kilku powolnych lunatyków, wyskakuję na plac dworcowy. Następnie rozwiązuję worek podróżny i gwiżdżę. Jak dobrze jest handlować w socjalizmie! Wystarczy rozwiązać worek, a kupujący zbiegają się na złamanie karku.

Pięć minut później, lżejszy o kilka puszek jedzenia, ale z kieszeniami pełnymi pieniędzy, ale z kieszeniami pełnymi pieniędzy, ponownie podchodzę do kasy. Dziesięć minut później koła pode mną zaczynają stukać. Jadę do Moskwy. Czym są opowieści arabskie? Bzdury!

Za oknem pociągu, z wysokości prostego jak strzała nasypu Kolei Październikowej, powoli rozwijają się panoramiczne widoki krytych strzechą wiosek, karłowatych pól otoczonych jeziorami lśniącymi od wody i wysadzonych w powietrze stacji kolejowych leżących w stosach zwęglonych cegieł. A jednak moja dusza czuje się lekka. Mimo wszystko nasza armia posuwa się naprzód. Szala historii powoli, ale nieubłaganie przechyla się na naszą korzyść.

Niedawno byłem naocznym świadkiem naszego potężnego przełomu na Przesmyku Karelskim w czerwcu. Przez wiele godzin ziemia trzęsła się od nieustannego ryku przygotowań artyleryjskich. Bombowce i samoloty szturmowe krążyły w ciągłej linii, ciągnąc koła nad naszymi głowami. Zbombardowali, zrównali betonowe bunkry z ziemią, a następnie wrócili na ląd po nowy ładunek bomb.

Jeszcze niedawno cały KUKS huczał z radości, gdy doniesiono o tym, że wojska alianckie w końcu wylądowały na wybrzeżu Atlantyku. Przez kilka dni śmiertelnie obawialiśmy się, że siły desantowe zostaną zrzucone do morza lub że jest to po prostu kolejny manewr dyplomatyczny, a nie wojskowy. Nie konsultowałem się z ludźmi na Kremlu i nie wiem, co oni myślą. Ale wszyscy czytaliśmy radzieckie gazety, a w nich uporczywe prośby o pomoc, a czasem nawet oskarżenia sojuszników o celową bezczynność.

Znajdując się w bezpośrednim sąsiedztwie frontu, doskonale wiemy, ile kosztuje ofensywa, a nawet krótki raport z Biura Informacyjnego: „Na odcinku narwańskim frontu bez zmian”. Tymczasem całe dywizje kładą się do ostatniego żołnierza, bezowocnie próbując przełamać obronę Narwy. Estońskie oddziały armii niemieckiej stoją na granicach swojej ojczyzny do śmierci, silniejsze od Niemców. Front Leningradzki krwawi, ale Biuro Informacyjne nie widzi żadnych zmian. Liczą się wyniki, a nie ludzkie życie. Podobnie na tę sprawę patrzą politycy zachodni.

Jesteśmy tylko żołnierzami, a krew jest gęstsza niż woda w karafce na stole Wielkiej Trójki. Dyplomaci przysięgają sobie wieczną przyjaźń, trzymając cegłę w rękawie i czekając na właściwy moment, by uderzyć nią swego wiecznego przyjaciela w tył głowy. Właśnie od tego są dyplomatami! A my jesteśmy tylko żołnierzami…

Aż do lądowania w Normandii, my, żołnierze radzieccy, byliśmy bardzo wdzięczni Aliantom za guziki. Tak, najzwyklejsze zielone guziki! Oprócz milionów par butów, wełny i materiału na mundury, cudzoziemcy, przyzwyczajeni do składania zamówień, przysłali nam również bezpłatnie guziki do mundurów. Prawdziwe radzieckie guziki z gwiazdą, sierpem i młotem, ale wyprodukowane za granicą. Często zdarza się, że żołnierze zrywają sobie nawzajem te guziki podczas snu. Rzecz w tym, że te guziki są wykonane z plastiku i nie wymagają czyszczenia.

Teraz z uwagą śledzimy każdy ruch wojsk alianckich w Normandii. W miarę rozwoju przyczółka nasza wiara w sukces i bliskie zwycięstwo staje się coraz silniejsza. W codziennych zmaganiach i pracy uczucia stają się stępione, ale gdy istnieje ku temu powód, uczucia te wybuchają z dziesięciokrotnie większą siłą. Aż do kapitulacji Niemiec żadne inne wydarzenie nie wywołało większej radości wśród armii niż lądowanie aliantów we Francji. Często zwykli żołnierze zwracali się do oficerów i prosili ich, aby opowiedzieli im, „co dzieje się na Zachodzie”.

Teraz jesteśmy wdzięczni naszym sojusznikom nie tylko za góry konserw, płaszczy i guzików, ale także za przelaną krew. Żelazne imadło zacisnęło się na gardle hitlerowskich Niemiec! Choć jest ciężko, choć głodne dzieci i kobiety wyciągają ręce przez okno pociągu na każdym przystanku, my zmierzamy ku zwycięstwu. Jesteśmy pewni zwycięstwa i jeszcze bardziej pewni czegoś innego, czegoś jasnego, co pojawi się dzień po zwycięstwie.

Mówi się, że Stalin tupał nogami ze złości na Kremlu, gdy dowiedział się o lądowaniu aliantów. Nie wiem, jak w to uwierzyć... Nie piłem wódki ze Stalinem. My, żołnierze, przynajmniej klaskaliśmy w dłonie.

Politycy dzielą Europę, a my dzielimy się naszym chlebem i naszą krwią.

Wracam więc do Moskwy... Myślę o tym i przypominam sobie, jak ją opuściłem.

To było nieskończenie dawno temu. Pewnego chłodnego jesiennego poranka jechałem z Żenią pociągiem podmiejskim, wracając z daczy. Wyjąłem z kieszeni wezwanie z Wojskowego Biura Rejestracji i Poboru z nakazem stawienia się w celu ponownej rejestracji i powiedziałem:

„Jutro rano pójdę nakleić znaczek, a potem wpadnę do ciebie – coś tam wymyślimy…”

„Grisza, ale oni mogą cię zabrać…”

Głos Żeni był pełen niepokoju, a jej brązowe, błyszczące oczy rzuciły mi zaniepokojone spojrzenie. Za te kilka słów i drugie spojrzenie byłem tej dziewczynie nieskończenie wdzięczny.

„O, bzdura! To nie pierwszy raz” – odpowiedziałem.

Następnego ranka, ubrany w watowaną kurtkę wojskową, grzejącą ciało, niebieskie spodnie wpuszczone w żołnierskie buty z brezentu i w niepowtarzalnej czapce na głowie, poszedłem do wojskowego biura rejestracji i poboru. W czasie wojny ubierałem się jak dżentelmen. Taki był szyk wojskowej Moskwy i nie wywoływał wrogich spojrzeń. W kieszeni miałem fascynującą książkę Conana Doyle'a „The Sing of Four”, którą czytałem w metrze, żeby ćwiczyć angielski.

Złożywszy dokumenty w II części Wojskowego Biura Rejestracji i Poboru, usiadłem w kącie i zacząłem czytać fascynującą powieść, która pomagała mi zabić czas. Pomieszczenie było pełne dziwnych ludzi – blade, kredowe twarze, zarośnięte, nieogolone policzki, pomarszczone, nietypowo jasne ubrania. Dwóch milicjantów leniwie opierało się o drzwi. Czytam o tajemniczym Pigmeju z zatrutymi strzałami, o kalekim złoczyńcy i cierpliwie czekam, aż zwrócą mi moją wojskową legitymację ze stemplem „ponownie zarejestrowany”.

Po pewnym czasie w pokoju pojawia się szef 11. sekcji z listą w ręku. Odczytuje nazwiska i gdzieś pośrodku znajduje się moje nazwisko. Nawet nie wiem, co to za lista. Gdy szef znika z pokoju, słychać komendę milicji: „Wyjdźcie i ustawcie się na ulicy!”

Każda osoba w pokoju, łącznie ze mną, który trzymam palec między stronami książki, zostaje wyrzucona na podwórze. Co to za przedstawienie? Przecież mnie to nie dotyczy – mam wszechmocną „zbroję”! Próbuję przesunąć się na lewo, ale lufa rewolweru jest skierowana na mnie. Skręcam w prawo – znowu rewolwer.

„Nie gadać!” – krzyczy jeden z milicjantów. „Na razie wszyscy są tu więźniami! Przekażemy was do punktu przejściowego – tam będziecie wolni…”

Przeszedłem więc całą Moskwę pod ochroną milicjantów z rewolwerami w rękach. Pieśni my, co prawda, nie śpiewaliśmy.

Błąd, mówisz?! Nic podobnego. Po prostu dialektyka! Niedobór rezerw na froncie był kolosalny. Potrzeby tyłów nie są mniejsze. Tył zapewnia ludziom ochronę w przypadku mobilizacji. A front kradnie tych ludzi wraz z ich „rezerwacjami”. Podstawą wszystkiego jest plan.

Zgodnie z planem, wojskowe biuro rejestracyjne i poborowe powinno dziś przekazać do punktu tranzytowego pięćdziesiąt osób. Zaczynają kręcić się po kątach – wyprowadzają z więzień więźniów z krótkimi wyrokami, głównie za nieobecności i spóźnienia, eskortują ich do Wojskowego Biura Rejestracji i Poboru, a potem z tą samą eskortą dalej do punktu tranzytowego. Jeśli mimo to plan nie zostanie wykonany, wówczas braki uzupełnia się przemycając wśród więźniów kilka osób z „rezerwacją”. Nie da się uciec spod eskorty, a obóz przejściowy ma swoich ludzi, nie wspominając o drucie kolczastym, wartownikach i plakacie nad bramą: „Witamy nowe posiłki!”

W ten sposób powściągliwy pracownik naukowy Instytutu Energetycznego Lenina z Instytutu Mołotowa stał się żołnierzem. Ani Lenin, ani Mołotow nie pomogli. Przygoda lepsza niż Conan Doyle! Szkoda tylko, że nie zdążyłem pożegnać się z Żenią.

Już wkrótce dzielnie maszerowałem naprzód i wrzeszczałem na całe gardło: „Słowiczku, słowiczku, pta-a-aszyno! Czemu nie śpiewasz radośnie, mały sło-o-owiczku!”

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęły z armii wszystkie przedwojenne piosenki z „wodzami, proletariuszami” i innymi bzdurami. A rosyjskie pieśni marszowe, pochodzące niemal z czasów Izmaiła i Szipki, rozkwitły niczym dziki, baśniowy klejnot. Wtedy żołnierze, którzy nie potrafili śpiewać, krzyczeli z całych sił. Po prostu dlatego, że po raz kolejny pozwolili nam śpiewać o wstążkach końskich, starej matce i młodej dziewczynie. Kremlowski magik zrozumiał, że serce żołnierza ceni bardziej końskie wstążki, starą matkę i młodą pannę niż brodę „Karla Marksa”.

Dotarłszy na front, wcale nie żałowałem, że nie wróciłem na tyły. Na froncie byli prawdziwi ludzie, naprawdę cała zdrowa część narodu. Na froncie żuliśmy suchary, popijając je roztopionym w garnku śniegiem, w dzień wykuwaliśmy zwycięstwo, a w nocy, jeśli nie było marszu, marzyliśmy o dalekiej ukochanej. To było życie, za które warto było umrzeć.

I tak oto dziś wracam do Moskwy. Wczoraj nawet nie odważyłem się o tym marzyć. Przed moimi oczami mimowolnie pojawia się obraz, kiedy myślałem o Moskwie po raz ostatni.

Pewnego słonecznego wiosennego dnia, na opuszczonej polanie w lasach Przesmyku Karelskiego, natknąłem się na głęboki krater pozostawiony przez pocisk, porośnięty młodą trawą. W głębi dołu stała zielonkawa woda bagienna, wyglądająca jak przezroczysta misa. Leśna woda, czysta jak kryształ, którą często piliśmy, ostrożnie nabierając ją czapkami, aby nie zabrudzić mułem. Na dnie leja znajdował się miniaturowy świat leśnego jeziorka, mieniącego się szmaragdowymi barwami w promieniach słońca. Z głową zanurzoną w wodzie i rozłożonymi w ostatnim spazmie życia rękami, leżało ciało wrogiego żołnierza.

Gdy schodziłem po stromym zboczu, orząc skraj obcasami butów, do wody wpadały grudki ziemi. Cicha leśna woda wirowała w kółko, powoli poruszając włosy trupa w smutnym, martwym dotyku. Przykucnąłem, przytłoczony tą przyjaźnią życia i śmierci. W końcu ciekawość wzięła górę nad szacunkiem dla zmarłych. Ostrożnie rozpiąłem kieszeń na piersi szarozielonego munduru i wyciągnąłem zniszczony plik papierów.

Zwykłe dokumenty żołnierskie z orłem siedzącym na wieńcu dębowym, listy z domu i na koniec fotografia ślicznej blondynki w jasnej sukience. Zdjęcie zostało starannie zawinięte w osobny kawałek papieru. Na odwrocie, cienkim, płynnym pismem, widnieje napis: „Mojemu ukochanemu od ukochanej”, data i nazwa odległego niemieckiego miasta na południu Rzeszy. Spojrzałem na włosy zmarłego, muskane przez zieloną wodę, na młodą twarz nieznanej dziewczyny z brzegów Renu. Obecnie kwitną tam sady jabłoniowe, a na zboczach wzgórz zielenią się winnice. Dawno, dawno temu, w majowe noce, głaskałaś włosy swojego ukochanego, teraz głaszcze je woda lasu na rozległych terenach Rosji.

Tak, ścieżki życia są ze sobą ściśle powiązane. Spojrzałem na słońce w perłowej barwie bladego nieba, na łąkę kwitnącą białą kaszką, w przenikliwej ciszy otaczającego mnie lasu. Życie nie zmieniło się z powodu tego, że serce niemieckiego żołnierza przestało bić.

Wyjąłem notes z mapnika i siedząc na skraju krateru napisałem bardzo smutny list do Żeni:

„...Może jutro będę leżeć gdzieś twarzą do góry i nikt mnie nie pogłaszcze... Nawet leśna woda...” Kobiety kochają romans. A ja też nie jestem z żelaza. Przecież jestem tylko człowiekiem, chociaż noszę mundur żołnierza.

Nie sądziłem wtedy, że wkrótce zobaczę Żenię. Napisałem po prostu, tak jak wszyscy żołnierze piszą do swoich bliskich. W końcu listy żołnierskie są niemal jedyną radością dla duszy. Wiele osób, które nie otrzymują listów, jest smutnych i po cichu zazdrości swoim szczęśliwszym towarzyszom.

Wychodząc z moskiewskiego Dworca Komsomolskiego, gwiżdżąc jakąś frontową pieśń, od razu wskoczyłem do metra. Oddałem państwu cały wiek. Teraz nie będzie wielkim grzechem, jeśli wygospodaruję parę minut dla siebie. Każdemu, kto postąpiłby inaczej, powiem prosto w twarz: albo jesteś superkarierowiczem, albo po prostu głupcem! A Żenia nigdy mi nie wybaczy, że wolałem jakąś N-tą jednostkę wojskową od niej.

Zastałem drzwi do mieszkania Żeni zamknięte. Wsunąwszy notatkę w szparę, ponownie zarzuciłem swoje rzeczy na ramiona i powiedziałem sobie: „I na okrągło!” Załatwiwszy sprawy osobiste, przeszedłem do spraw państwowych.

2.

Pół godziny później dotarłem pod adres podany w rozkazie podróży.

Idę długim korytarzem i jestem zaskoczony. Ludzie w mundurach wojskowych biegają wokół mnie podekscytowani, ale cała atmosfera bardziej przypomina atmosferę uniwersytetu w czasie gorączki egzaminacyjnej niż wojska.

Rozłożywszy otwarte książki na parapetach okiennych, ludzie z zapałem obradują, szybko coś powtarzają, piszą ściągi i natychmiast wysyłają je do miejsca przeznaczenia. Nikt nie patrzy na niczyje naramienniki i nie myśli o salutowaniu. Każdy ma coś innego na myśli. Wyraz twarzy większości ludzi na korytarzu znacząco różni się od wyrazu twarzy zwykłych oficerów armii, gdzie musztra koszarowa pozostawia oszałamiający ślad na duszach i twarzach ludzi. Można tu dostrzec także nutę inteligencji.

Tuż obok dwaj oficerowie poruszają ustami i mówią jakimś małpim językiem. Pagony u wszystkich są bardzo różnorodne, zaczynając od lotniczych, kończąc na piechocie. Gdzieniegdzie przebłyskują czarne kurtki floty wojenno-morskiej. Ale najbardziej zaskakująca jest znaczna liczba kobiet i dziewcząt w mundurach. Do tej pory kobiety były przyjmowane do niektórych szkół wojskowych indywidualnie, w celach reklamowych. Wygląda tu na coś innego. Gdzie wylądowałem?

Czuję się trochę niezręcznie i postanawiam zacumować przy brzegu. Zaczynam rozglądać się w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Przy jednym z okien zauważam starszego lejtnanta w jasnym, piaskowym mundurze i spodniach. Tak, to jeden z naszych! Mam na sobie dokładnie taki sam mundur. Oprócz Leningradu nie widziałem nigdzie takiego munduru.

Kiedy oszczędni Amerykanie przygotowywali się do lądowania w Afryce Północnej, zaopatrzyli się w ogromne ilości chłodnej, jedwabistej tkaniny kauczukowej w kolorze jasnopiaskowym, aby wyposażyć swoich żołnierzy. Był nadmiar afrykańskiej tkaniny i uprzejmie przekazali ją swoim rosyjskim sojusznikom. Nasze pomysłowe dowództwo podarowało kombinezony tropikalne najzimniejszemu rejonowi – Frontowi Leningradzkiemu. Po tych egzotycznych ubraniach bez problemu rozpoznajemy naszych przyjaciół z Leningradu.

„Słuchaj, starszy” – mówię do piaskowego munduru – „Ty też jesteś z Leningradu?”

„Tak, od Karelskiego” – odpowiada szybko starszy porucznik. Najwyraźniej on również czuje się zagubiony w tym hałaśliwym otoczeniu i cieszy się nawet z rozmowy z nieznanym rozmówcą.

„No więc, jak sprawy?”

„Jeszcze nie wiem. Chyba już to ogarnąłem” – mówi, ale mimo twierdzącej odpowiedzi w jego głosie słychać nutę rozczarowania.

„Gdzie trafiłem?” – pytam z sympatią, – „A tak w ogóle, co to za szkoła z internatem dla szlachetnych dziewcząt? Dopiero dziś przyjechałem i nic nie rozumiem”.

„Sam diabeł nie może tego rozgryźć. Na przykład, zostałem określony jako Węgier. Do diabła z tymi Węgrami!” – piaskowa bluza ciągnie dalej z jeszcze większym rozczarowaniem.

Moje zdziwienie jest jeszcze większe.

„Och, gdybym tylko dostał się na wydział angielski!” – wzdycha starszy lejtnant. – „Bez znajomości nie można się tam dostać. Trzeba być synem generała. Widzisz, jak się kręcą?! Wszyscy mają notatki w kieszeniach”.

Kiwa głową w stronę drzwi, na których widnieje tabliczka z napisem: „Szef jednostki szkoleniowej”, wokół których zgromadziła się grupa oficerów w eleganckich chromowanych butach i szytych na miarę kurtkach. Naprawdę wyglądają inaczej niż oficerowie pierwszej linii.

„No więc, no... Gdzie właściwie mam tu wsadzić głowę? Żeby nie przeliczyć się...” pytam.

„Jakie znasz języki?”

„Trochę niemieckiego, trochę angielskiego. Trochę rosyjskiego…”

„Nie bądź głupcem i nie mów, że znasz tylko angielski. Wydział angielski jest najlepszy” – poucza mnie przyszły Węgier.

Z rozmów wynika, że tajemnicza placówka edukacyjna zajmuje się kształceniem kadr do pracy za granicą. Żaden z nowo przybyłych nie zna nazwy tej placówki edukacyjnej. Po rozmowie z oficerem pilotem, studentem Akademii Sił Powietrznych im. Żukowskiego, który korzystając ze swoich znajomości, stara się o przeniesienie z trzeciego roku akademii do pierwszego roku tajemniczej szkoły z internatem, jestem przekonany, że to miejsce jest rzeczywiście uprzywilejowane.

Przez następne kilka dni wypełniam liczne kwestionariusze, które mają na celu zbadanie mojej przeszłości aż do dziesiątego pokolenia i pytają, czy mam krewnych lub znajomych za granicą, czy mam krewnych na „terytoriach czasowo okupowanych przez nazistowskich najeźdźców”, czy należałem do grup antypartyjnych lub czy miałem zamiar sympatyzować z nimi, czy wątpię w słuszność linii Partii. O wiele więcej jest pytań na temat moich ewentualnych negatywnych stron niż na temat pozytywnych cech, jakie dana osoba może posiadać. Przywiozłem już z Leningradu wszystkie te formularze w zapieczętowanej paczce, ale oto wręczono mi je do wypełnienia jeszcze raz.

Pamiętam skandal związany z ankietą, którą jeden z moich byłych kolegów, studentów, wypełnił dla Wydziału Specjalnego instytutu. Zapytany o datę urodzenia, odpowiedział: „1918”. Na kolejne pytanie: „Co robiłeś w czasie rewolucji w 1917 roku?” wyraźnie odpisał: „Prowadziłem działalność podziemną”. Przy tej okazji wzywano go kilkakrotnie na przesłuchania do NKWD.

Przez kilka dni zdawałem egzamin z języka niemieckiego i angielskiego. Osoby, które nie zdały egzaminów językowych, były natychmiast zawieszane w dalszych egzaminach i odsyłane do poprzedniego miejsca służby. Wyjątkiem byli eleganccy „blatyrzy” {"блатыри" – informatorzy ze środowiska złodziei – przypis tłumacza } z mocnymi rekomendacjami. Wszyscy przystąpili do pierwszego roku, a wymagania wobec nich były złagodzone. Pozostała część grupy była ściśle segregowana według warunków przyjęcia: w przypadku wiedzy gruntownej – na kursy zaawansowane, w przeciwnym razie – wydalenie.

Po czyśćcu kwestionariuszowym w postaci Komisji Kwalifikacyjnej i teście językowym, następowały, według kolejności ważności, egzaminy z marksizmu-leninizmu. W wieku dwudziestu sześciu lat zdałem pół tuzina egzaminów normalnych i trzy egzaminy państwowe z tego przedmiotu. W instytutach cywilnych, gdzie studenci byli dość liberalni, zamiast „marksizmu-leninizmu” często można było usłyszeć określenie „marksizm-onanizm”.

Potem nastąpiły zupełnie trywialne, z klasowego punktu widzenia, egzaminy z filozofii i materializmu dialektycznego, historii powszechnej i historii sztuki wojennej, języka rosyjskiego i geografii ekonomicznej.

Wszystkie te procedury wykonywałem raczej obojętnie. Nie wiadomo, kiedy wojna się zakończy, ale w każdym razie przekroczyła już punkt krytyczny i zbliża się ku końcowi. Moim celem jest pozbycie się munduru wojskowego możliwie jak najszybciej po zakończeniu wojny. Z drugiej strony, ta szkoła mogłaby mnie opóźnić, a nawet związać mnie z armią. Dla większości młodych ludzi studia były sposobem na zdobycie zawodu, który pozwoliłby im utrzymać się po wojnie. To pytanie mnie nie interesowało. Ale armia to armia, tutaj rządzi rozkaz i jeśli rozkaz zostanie wydany, to należy go wykonać.

Lato jest czyste i gorące. Na rzece Moskwie zastygnięte karawany barek wyładowanych drewnem – przez całą wojnę Moskwa była ogrzewana wyłącznie drewnem, nawet parowozy jeździły na drewnie. Jakoś jest tu za cicho i spokojnie. Jedyną rozrywkę zapewniają patrole komendantury, sprawdzające na każdym kroku dokumenty. Patrzą na mnie szczególnie podejrzliwie – mam na ramionach obronne frontowe pagony, a chodzę i wyglądam jak luzak.

Pewnego dnia poszedłem do swojego starego mieszkania i dla odmiany przebrałem się w cywilne ubranie. Po przejściu kilku kroków ulicą poczułem dziwne uczucie niestosowności, odwróciłem się i ponownie włożyłem mundur wojskowy. Kraj z bronią w ręku, kraj w żołnierskim płaszczu. Mundur jest jakoś lepszy.

Kiedy trafiłem z Moskwy do wojska, wszystkie moje osobiste plany legły w gruzach. Kiedy tu wróciłem, podświadomie założyłem, że życie wróci do normy. Ale życie toczyło się dalej, a ja, widząc front, odrodziłem się wewnętrznie. Teraz, błąkając się bez celu po ostrych murach Kremla, senny i bez życia w mgiełce letniego słońca, czułem w duszy jedynie nudę i pustkę. Jedno było jasne: Trzeba kończyć wojnę. Ale dopóki wojna trwa, nie ma i nie będzie miejsca na życie osobiste i osobiste interesy.

Po przejściu przez Komisję Kwalifikacyjną i zdaniu egzaminów zostałem wezwany do Szefa Wydziału Szkolenia, pułkownika Gorochowa. Przy dużym stole siedział niski mężczyzna w niebieskich, kawaleryjskich naramiennikach i z czaszką ogoloną na kształt kuli bilardowej. Na chytrej lisiej twarzy szczurzyły się bezbarwne, wodniste oczy.

„Usiądź, towarzyszu kapitanie” – odpowiedział uprzejmie na mój raport i skinął głową w stronę krzesła naprzeciwko stołu.

Przyjęcie jest zupełnie inne niż w zwykłej dyscyplinie wojskowej. Zapach przypomina wydział uniwersytecki i roztargnionych profesorów. Pułkownik przegląda moje liczne cechy moralne i polityczne, certyfikaty bojowe, kwestionariusze i raporty egzaminacyjne swoimi szczupłymi, chudymi palcami i płaskimi paznokciami.

„Więc jesteś inżynierem?! Miło cię poznać” – zaczyna uprzejmie. – „Generalnie rzecz biorąc, nie lubimy inżynierów. Mamy ich już kilku. Zbyt duże poczucie własnej wartości i za mało dyscypliny. Jak wyobrażasz sobie swoją przyszłą karierę?”

„Jak wymaga państwo” – odpowiadam ostrożnie, ale bez chwili wahania. Nie możesz mnie przyłapać na zadawaniu takich pytań.

„Czy wiesz, co to za placówka edukacyjna?” – pyta pułkownik.

Otrzymawszy ode mnie niejasną odpowiedź, powoli i rozważnie mówi: „To jest Wojskowo-Dyplomatyczna Akademia Sztabu Generalnego Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. Powinieneś wiedzieć, że zgodnie z Ustawą, osoby z wyższym wykształceniem wojskowym, które ukończyły akademie wojskowe, mają obowiązek pozostać w armii do końca życia. Państwo wydaje dużo pieniędzy na twoją edukację i nie może pozwolić ludziom robić, co chcą później. Państwo już wrzuciło w ciebie osobiście sporą sumę pieniędzy”. Jednocześnie spogląda na rubrykę, w której jest napisane, że ukończyłem Instytut Przemysłowy.

„Przykro mi, znów marnować na ciebie czas i pieniądze” – kontynuuje pułkownik z miną oszczędnej gospodyni domowej. – „Więc do tego zmierzam – jeśli zostaniesz przyjęty do Akademii, to wyrzuć z głowy wszystkie cywilne bzdury i nie marz o demobilizacji”.

Pułkownik jest najwyraźniej dobrym psychologiem i z góry wie, o czym myślą wszyscy. Siedzę prosto na krześle z pustym wyrazem twarzy.

„Niektórzy z was myślą – wojna się skończy, więc ogon będzie wisiał na boku. Zapomnijcie o tym! My już przywiązaliśmy ogon do takiego! Jesteśmy tobą zainteresowani, ponieważ sądząc po twoich dokumentach i wynikach egzaminów, masz solidną bazę wiedzy, której potrzebujemy. Z tobą będzie mniej zamieszania niż z innymi. To jedyny powód, dla którego rozważamy twoją sprawę”.

Po takim wstępie pułkownik przechodzi do szczegółów: „Dlaczego po ukończeniu Instytutu Przemysłowego nadal uczyłeś się języków obcych?”

„Uważałem, że ta wiedza jest niezbędna dla inżyniera”…

„Tak, ale dlaczego, do cholery, skończyłeś…”, patrzy na papiery, „Pierwszy Moskiewski Instytut Języków Obcych, a co więcej, Instytut Pedagogiczny? Co, nie podobała ci się praca inżyniera?”

Pułkownik doskonale orientuje się w zawiłościach przepływu interesów i zawodów we współczesnym społeczeństwie sowieckim. Ze względu na stosunkowo łatwą dostępność wyższego wykształcenia technicznego, w czasie moich studiów na uczelniach technicznych trafiała znaczna ilość odpadów. Stając w obliczu konieczności podjęcia praktycznej pracy i braku satysfakcji moralnej i ekonomicznej, schowali dyplomy głęboko na piersi i wyruszyli na poszukiwanie bardziej dochodowego lub mniej odpowiedzialnego zawodu. Można to było wytłumaczyć jedynie częstymi aresztowaniami inżynierów za najdrobniejsze błędy techniczne i stosunkowo niskimi płacami zwykłych inżynierów. Wiele kobiet, mając wyższe wykształcenie, wolało wyjść za mąż i pracować przy piecu, niż pracować jako weterynarze czy agronomowie. Oczywiście, jeśli pozwala na to pensja współmałżonka. W przeciwnym razie zaczną szukać od nowa. I tak ludzie z dyplomami rzucali się z kąta w kąt radzieckiego kraju. Państwo odpowiada na to odpowiednimi środkami – przydzieleniem młodego specjalisty do jednego zakładu produkcyjnego na pięć lat bez prawa do przeniesienia bez zezwolenia oraz karą pozbawienia wolności za złamanie tego prawa.

„A skąd znasz języki?” – kontynuuje pułkownik. „Czy mieliście nianie lub guwernantki?”

Przesłuchanie jak w NKWD! W czasach mojego dzieciństwa posiadanie guwernantki oznaczało, zgodnie z ówczesnymi zasadami, przynależność do „dawnych ludzi”. Dziś słowo „guwernantka” nie jest już tak kompromitujące – w Moskwie w parkach można zobaczyć mnóstwo dzieci kremlowskiej arystokracji, którym towarzyszą guwernantki, rozmawiające z maluchami po francusku lub angielsku. Nowa arystokracja, odtrącając i przeklinając starą arystokrację, wkrótce podążyła tą samą drogą.

„Równolegle studiowałem języki obce jako ekstern. Później zdałem maturę i egzaminy państwowe w Instytucie Moskiewskim” – odpowiadam.

„Aha, więc studiowałeś w dwóch instytutach jednocześnie. To znaczy, że jesteś pilną osobą...” – kończy pułkownik i zamyślony pociera ogoloną głowę, jakby przyszła mu do głowy jakaś nowa myśl.

Nie wiem, dlaczego właściwie zająłem się językami. Każdy ze studentów ma jakieś ulubione hobby – jeden konstruuje perpetuum mobile lub gra na skrzypcach, inny błyszczy na boisku piłkarskim i spędza na każdym kierunku dwa lata, trzeci interesuje się fotografią, radiem lub czymś innym. Język obcy był dla studentów przedmiotem sprawiającym najwięcej trudności. Niektórzy z nich mieli problemy z językiem, z którym zmagali się przez pięć lat zaniedbań, zanim obronili pracę dyplomową. Ja, w tajemnicy przed otoczeniem, aby mnie nie ośmieszali, uczyłem się języków obcych.

Miejska biblioteka posiadała ogromne, niewykorzystane archiwum języków obcych. Nie było nikogo, kto mógłby to analizować i cenzurować, a bez weryfikacji nie wolno było wprowadzać tego do obiegu. Wkrótce uzyskałem dostęp do tych archiwów i otworzył się przede mną nowy świat, niedostępny dla innych. Dało mi to poczucie satysfakcji.

Moja znajomość języków obcych była daleka od znakomitej, ale w warunkach sowieckich nawet to było rzadkością. Możliwości ich praktycznego wykorzystania przez społeczeństwo radzieckie są tak znikome, że nikomu nie przychodzi do głowy, by się nimi zainteresować. „NKWD też to zauważy” – myślą ludzie.

„No więc, więc…” pułkownik stuka ołówkiem w moje papiery. – „Więc, towarzyszu kapitanie. Niemieckiego mamy pod dostatkiem. Angielskiego też wystarczy. Ale widzę, że jesteś pilnym człowiekiem a nie chłopcem... Oferuję ci coś lepszego.”

Robi znaczącą pauzę i obserwuje, jak reaguję na wszystko, co zostało powiedziane.

„Zapiszę cię do niezwykle odpowiedzialnego wydziału. Mało kto się tam dostaje. Ponadto gwarantuję ci, że po ukończeniu studiów będziesz pracować w San Francisco lub Waszyngtonie. Co na to powiesz?”

Spoglądam na drugą stronę stołu, nie zmieniając wyrazu twarzy. Do czego on dąży? Nie Anglik, nie Niemiec, pracujący w Waszyngtonie... Czy chce mi zaproponować pracę operatora windy w jakiejś ambasadzie? Krajem ucha słyszałem, że takie funkcje istnieją.

„Więc zapiszę cię na Wydział Wschodni” – mówi pułkownik w tonie protekcjonalnym.

Automatycznie wkładam język do lewego policzka. Nagle poczułem gorąco i zimno.

„...Do działu japońskiego!” – kończy pułkownik, wkładając w te słowa resztki patosu. – „Co więcej, język angielski jest tam wymagany bardziej niż gdziekolwiek indziej”.

Trzęsę się, trzęsę się i czuję się bardzo niekomfortowo.

„Towarzyszu pułkowniku, czyż nie ma nic prostszego...?” – mówię słabym głosem. – „Wiecie, jestem w szoku…”

„To nie jest sklep. Wybór jest ograniczony” – twarz pułkownika natychmiast się zmienia, stając się zimna i twarda. Jest mu przykro z powodu czasu, który mi poświęcił.

„Jedna z dwóch rzeczy: albo japoński wydział, albo wracasz tam, skąd przyszedłeś. Kwestia zamknięta! Daję ci dwie godziny na przemyślenie tego…”

„Pułkownik w Leningradzie grozi mi Trybunałem, jeśli wrócę, a tutaj to dożywotnia ciężka praca po japońsku. Wygląda na to, że ty, Klimow, wpadłeś w kleszcze?!” – fragmenty myśli przelatują mi przez głowę.

Wychodząc z biura Kierownika Wydziału Naukowego, otacza mnie żywa grupa moich nowych znajomych. Każdy jest zainteresowany wynikiem tak długiej rozmowy:

„No więc, jak się masz? Gdzie wylądowałeś? Na Zachodzie?” – słychać ze wszystkich stron.

„Banzai!” – odpowiadam smutno.

Wszyscy na moment zamierają, po czym wybuchają dzikim śmiechem. Dla nich to brzmi jak żart, dla mnie to brzmi jak dramat.

„Czy wiesz, ile znaków mają w alfabecie?” – pyta ktoś ze współczuciem. – „Sześćdziesiąt cztery tysiące! Kulturalny Japończyk zna około połowy... Dlatego wszyscy noszą okulary”.

„W zeszłym roku doszło tu do trzech samobójstw” – uprzejmie informuje mnie ktoś inny. – „Wszyscy są w dziale japońskim. Niedawno jeden z nich rzucił się pod tramwaj”.

Tak, zapewne nie bez powodu pułkownik interesował się moją wytrwałością. Na moim czole pojawia się pot. Piaski i bagna Frontu Leningradzkiego nagle wydają mi się znajome i bliskie. Lepszy front niż sześćdziesiąt cztery tysiące hieroglifów.

Oficerowie wokół mnie wyraźnie czerpią przyjemność z mojego zagubienia. Jeden z nich ciągnie mnie za rękaw:

„Chodźmy! Pokażę ci Japończyków”.

Zanim wszedłem, mój towarzysz zapukał do drzwi i głośno krzyknął pytającym tonem: „Panowie?”

Zza drzwi dobiega chrapliwy, basowy głos: „Proszę!”

Na łóżku najbliżej drzwi siedzi zaniedbane stworzenie w okularach w rogowej oprawie i bieliźnie, ze skrzyżowanymi nogami. Stworzenie nie zwraca na nas uwagi i dalej szepcze jakieś zaklęcia, jednocześnie rysując palcem tajemnicze znaki w powietrzu. W pokoju jest kilka osób. Wszyscy znajdują się w różnym stopniu w tym samym buddyjskim transie i obnażają swoje nagie ciała i bieliznę. Nie bez powodu mój towarzysz ostrożnie zadawał pytania za drzwiami.

„Tutaj możesz podziwiać swoich przyszłych kolegów” – radośnie informuje mnie mój przewodnik. – „To jest skarbnica mądrości naszej Akademii. A tak przy okazji, wszyscy są epileptyczni. Uważajcie!”

Ciemnoskóry, chudy porucznik siedzący przy stoliku pod oknem, jedyny, który ma jeszcze na sobie naramienniki, ze skręconym łokciem i trzymanym pionowo między palcami piórem z okrągłą stalówką, pilnie rysuje skomplikowane obrazki na papierze. Znaki biegną od dołu do góry i od prawej do lewej. Za oknem rozpala się moskiewskie lato, korytarze kipią od młodzieńczych nadziei, a tu, obok śpiących much, siedzą ci nieszczęśnicy i obgryzają granit wschodniej mądrości, aż w końcu zdurnieją.

Przez kolejne dni błąkam się po Akademii jak oszukany pan młody. Obiecywali bajkową piękność, a pod welonem kryła się ropucha! I to jaka!

Pewnego dnia jeden z moich szczęśliwszych przyjaciół podszedł do mnie i położył mi na dłoni jakiś mały, ciemnozielony przedmiot.

„To prawdziwy japoński amulet dla ciebie. Ostatnio jeden z tych samurajów” – puszcza oko w kierunku japońskich pokoi – „uciekł na front. Wypluł przez okno i chciał wyrzucić tam także tę rzecz. Ledwo udało mi się to z niego wyciągnąć.

„Teraz chcę ci to dać na szczęście” – kontynuuje. – „Ten Japończyk postawił tylko jeden warunek. Słuchaj! Mówi – ktokolwiek przeczyta hieroglify na odwrocie, bez problemu ukończy wydział japoński. Jest tu nawet dziura – możesz ją zawiesić na szyi”.

Na mojej dłoni podłużny prostokąt wielkości znaczka pocztowego ciemnieje jak zielony brąz. Na przedniej stronie znajduje się gruby i śpiący bożek siedzący na skrzyżowanych nogach. Na odwrocie, przez warstwę zieleni, można dostrzec pół tuzina hieroglifów. Na górze naprawdę jest otwór na sznurówkę.

Zwilżyłem palec i delikatnie potarłem śpiącego bożka. Palec zmienił kolor na zielony, ale bożek się nie poruszył. Potem zacząłem bezceremonialnie obrabiać śpiącego bóstwo piaskiem. Wkrótce brąz zaczął lśnić jak czerwone złoto, bożek stał się sympatyczniejszy, a tajemnicze znaki na jego plecach stały się jeszcze bardziej niezrozumiałe.

Amulet i tajemnicze hieroglify naprawdę mnie zainteresowały. Postanowiłem zwrócić się o pomoc do „Japończyka” z pierwszego roku. Młody człowiek, którego poprosiłem o odczytanie hieroglifów, nie patrząc na amulet, natychmiast sięgnął po słowniki. Wszystkie słowniki były japońsko-angielskie.

Po przejrzeniu słowników szybko przyznał, że praca ta przekracza jego siły.

Potem poszedłem dalej. Student drugiego roku nie próbował sięgać po słowniki. Najwyraźniej był już przekonany o ich bezużyteczności. Zaczął intuicyjnie odczytywać hieroglify, mrucząc pod nosem: „słońce”, „drzewo”, „ptak”. Potem powiedział mi: „Po pierwsze, jest drzewo... A pod drzewem siedzi ptak... A pod ptakiem świeci słońce... A najlepiej, jeśli pójdziesz i zapytasz gdzieś, co to jest”.

Gdy zacząłem coś rozumieć, poszedłem dalej, aż dotarłem do studentów ostatniego roku. Było ich tylko czterech. Ci ludzie naprawdę dobrze znali język japoński i dyplomację. Rzuciwszy szybkie spojrzenie na amulet, spojrzeli na siebie i jednogłośnie oświadczyli, że nie są to japońskie litery, lecz chińskie. Poparli swoje oświadczenie kilkoma japońskimi słowami i odniesieniem do Konfucjusza.

W końcu znalazłem profesora języka chińskiego i japońskiego. Uczony luminarz rzucił zamyślone spojrzenie na mój amulet i bez najmniejszego wahania powiedział: „Te hieroglify nie są ani japońskie, ani chińskie. To bardzo rzadkie hieroglify. To koreańskie hieroglify! Tak, tak... najbardziej autentyczne koreańskie”.

W ten sposób tajemnica amuletu została dla mnie rozwiązana. Moja dusza stała się cicha i spokojna, jak w buddyjskiej świątyni. Teraz rozumiem słowa człowieka, który uciekł na front: „Ktokolwiek zrozumie te hieroglify, będzie miał dość języka japońskiego”. Najwyraźniej poszedł z amuletem tą samą drogą co ja, a potem uciekł na front. Amulet naprawdę pomógł. – Zarówno jemu, jak i mnie. Postanowiłem pożegnać się z językiem japońskim przy pierwszej możliwej okazji.

Chociaż taka możliwość jeszcze nie jest dostępna, zaczynam się zapoznawać z nowym miejscem służby.

Akademia niedawno wróciła z ewakuacji. Tymczasowo rozmieszczono ją w kilku czteropiętrowych budynkach szkolnych wokół placu Tagańskiego. Poszczególne wydziały rozsiane są gdzieś na obrzeżach Moskwy. Nasz budynek położony jest w spokojnej uliczce na wysokim zboczu, schodzącym do granitowego nabrzeża rzeki Moskwy. Z okien wychodzących na rzekę można zobaczyć Kamienny Most i mury Kremla po drugiej stronie rzeki.

Wieczorami często podziwiamy radosny i czarujący spektakl – pokazy fajerwerków na cześć zwycięstwa pod Moskwą. Szczególnie piękna jest panorama wieczornej Moskwy, uwieńczona pokazem fajerwerków, którą można podziwiać z okien naszej Akademii. Baterie rozmieszczone są w koncentrycznych kręgach wokół Kremla i w tym miejscu widok jest szczególnie majestatyczny. Mówią, że Stalin często wspinał się na jedną z kremlowskich dzwonnic, aby podziwiać fajerwerki.

Akademia Wojskowo-Dyplomatyczna powstała w czasie wojny, gdy zmieniająca się sytuacja międzynarodowa wymagała rozszerzenia stosunków wojskowo-dyplomatycznych z innymi państwami, a na arenie międzynarodowej pojawił się Związek Radziecki, walcząc z nazistowskimi Niemcami. Często zmieniające się programy nauczania Akademii pozwalają przewidzieć kroki naszej polityki zagranicznej z kilkuletnim wyprzedzeniem.

Wojskowo-Dyplomatyczna Akademia powstała na bazie Wyższej Szkoły Dyplomatycznej, Wyższej Szkoły Wywiadu, Instytutu Kultur Wschodnich i szeregu innych wojskowych i cywilnych placówek edukacyjnych. Aby wyobrazić sobie trudności związane z selekcją, wystarczy wspomnieć, że do Wyższej Szkoły Dyplomatycznej przyjmowane są wyłącznie osoby z ukończonym wykształceniem wyższym – nawet jeśli jest to instytut weterynaryjny – oraz z co najmniej pięcioletnim stażem partyjnym.

Wydział Orientalistyczny Akademii, oprócz wydziałów japońskiego i chińskiego, posiada również wydziały arabski, turecki, perski, hinduski i afgański. Wydział Zachodni, oprócz języka angielskiego, niemieckiego i francuskiego, oferuje także języki norweski, szwedzki, fiński, holenderski, włoski i inne itp. działów. Następnie mamy Wydział Marynarki Wojennej, który posiada filie we wszystkich krajach położonych u wybrzeży mórz i oceanów. Wydział Sił Powietrznych został tymczasowo przekształcony w Grupę Spadochronową skupiającą się na narodowościach, z którymi w najbliższej przyszłości spodziewany jest bezpośredni kontakt.

Od czasu niedawnej organizacji Akademii, na pierwszym roku uczestniczy w niej kilka tysięcy osób, na drugim setki, na trzecim dziesiątki, a na ostatnim, czwartym roku jesteśmy w trakcie organizacji. Wydział Wschodni oferuje dodatkowy piąty rok studiów. Na kursy dla starszych studentów, gdzie zapotrzebowanie jest duże, a kandydatów niewielu, poszukuje się odpowiednich osób z całego kraju. Cudzoziemcy nie są akceptowani, a obywateli rosyjskich znających języki obce jest niewielu. Około połowa studentów pierwszego roku to dzieci generałów lub wyższych rangą urzędników partyjnych i związkowych. Dla osoby o niskim pochodzeniu prawie niemożliwe jest dostanie się na pierwszy rok. Wyjątkiem są Bohaterowie Związku Radzieckiego, młodzi oficerowie, którzy szczególnie wyróżnili się w czasie wojny, lub ogólnie „celebryci”.

Cała Akademia zna młodą Tadżyczkę Mamlakat. Pewnego razu, w latach trzydziestych, jej dziecięce portrety z bukietem kwiatów na rękach samego Wodza, latały po Związku Radzieckim. W dalekim Tadżykistanie małej Mamlakat udało się zebrać rekordową ilość bawełny. W tym czasie w Moskwie odbywał się zjazd stachanowców kołchozów i potrzebna była sensacja. Mamlakat została przywieziona do Moskwy na zjazd, odznaczona Orderem Lenina, sam Przywódca podarował jej złotą bransoletę-zegarek i wziąwszy ją w ramiona, zrobił sobie z nią zdjęcie w ojcowskiej pozie.

Minęło kilka lat. Od tamtej pory Mamlakat nie zbierała bawełny, ale nadal cieszy się chwałą i przychylnością Wodza. W Akademii z uśmiechem rozmawiają o szczegółach jej kariery. W luksusowym apartamencie hotelu „Moskwa”, rozgrzana sławą i złotym podarunkiem, zanurzyła się w wannie, zapominając o zdjęciu cennego zegarka. Zegarek stanął, a mała Tadżyczka zaalarmowała cały wielopiętrowy hotel swoim dzikim, trwającym godzinami wyciem. Według opowieści wyła jak bieługa kaspijska.

Mamlakat ma teraz około dwudziestu lat. W tym krótkim czasie udało jej się w tempie stachanowskim zmienić cztery instytuty i w końcu trafić do naszej Akademii. Po każdej sesji egzaminacyjnej musi zmieniać placówkę edukacyjną. Chociaż order leninowski i zegarek Stalina nie poprawiają aktywności zwojów mózgowych, to z łatwością otwierają wszelkie drzwi. Mówią, że Mamlakat już planuje przeprowadzkę w nowe miejsce. W Akademii jest kilku takich pasożytów byłej sławy.

Gdzieś na przedmieściach Moskwy znajduje się inna placówka edukacyjna, podobna do naszej Akademii. Studiują tam wyłącznie cudzoziemcy, na podstawie rekomendacji i legitymacji oficjalnie rozwiązanego, lecz kontynuującego swą działalność Kominternu. Jest to masowa wylęgarnia agentów wywiadu radzieckiego za granicą. Nie posiadają paszportów dyplomatycznych, ale ich praca jest ważniejsza, a w każdym razie bardziej aktywna, niż praca oficjalnych dyplomatów.

Ponadto wielu wybitnych zagranicznych komunistów, takich jak Rakosi, Dimitrow, Anna Pauker, ukończyło szkolenie na Uniwersytecie Komunistycznym Sun Jat-Sena lub Akademii Politycznej im. Lenina. Nie da się wszystkiego poznać! Niewiele też mówi się o naszej Akademii, choć jej działalność jest całkowicie legalna – polega na szkoleniu kadr dla radzieckich misji wojskowych poza granicami kraju. Profesja jest interesująca i bezpieczna. Jeśli w najgorszym wypadku wsypiesz się, odeślą cię do domu. Co będzie się działo w domu, to już zupełnie inna kwestia!

Co ciekawe, nasza Akademia jest całkowicie zamknięta dla Żydów. Tutaj po raz pierwszy spotykam się z oficjalnym potwierdzeniem plotek, które od pewnego czasu uporczywie krążą po kraju. Kreml podjął dość nieoczekiwany krok w kwestiach polityki narodowej. Do niedawna Żydzi odgrywali i nadal odgrywają ważną rolę w radzieckiej dyplomacji i ogólnie w służbie zagranicznej. Jak wytłumaczyć fakt, że drzwi Akademii Dyplomatycznej zostały przed nimi zamknięte? Być może Stalin nie mógł wybaczyć faktu, że w procesach moskiewskich w latach 1935–1938 większość oskarżonych stanowili Żydzi.

Mimowolnie przypominają mi się pewne plotki z niedawnej przeszłości. W Moskwie mówiono wówczas, że podczas odwrotu w 1941 r. Żydzi nie zostali ewakuowani z opuszczonych terenów i zostali świadomie skazani na zagładę przez Niemców. Mieszkańcy Moskwy doskonale pamiętali jesienne dni 1941 roku. Powiedzieli, że w tym czasie prawie żaden z moskiewskich Żydów nie dostał pozwolenia na ewakuację, a gdy 16 października Niemcy jednym susem dotarli do podejść do Moskwy, tysiące ludzi w panice szukało ratunku w ucieczce. Większość z nich stanowili Żydzi, gdyż ewakuacja działaczy partyjnych odbywała się w sposób planowy, a zwykli mieszkańcy Moskwy nie mieli ani możliwości, ani ochoty uciekać. Następnie Stalin rzekomo wysłał oddziały blokujące NKWD na szosę Moskwa-Gorki-Czebokasy i wydał rozkaz rozstrzelania na miejscu każdej osoby uciekającej bez zezwolenia na ewakuację. Rozkaz został rzekomo celowo wydany nieco później niż oddziały blokujące rozpoczęły działania, a ponieważ większość uciekających stanowili Żydzi, skutkiem tego były hekatomby żydowskich ciał wzdłuż moskiewskiej autostrady. Czy tak było rzeczywiście, dowiemy się, gdy archiwa zostaną otwarte.

W czasie wojny jedność narodów Związku Radzieckiego została wystawiona na ciężką próbę. Mniejszości narodowe nie spełniły oczekiwań Kremla. Teraz w armii na każdym kroku słyszysz nowe, nieznane przekleństwo – "Yaldash!" W językach ludów Azji Mniejszej słowo to oznacza „towarzysz”. Zrodzone w czasie rewolucji jako nowa oficjalna forma zwracania się, przerodziło się w pogardliwe przekleństwo.

Drugim azjatyckim słowem dodanym do słownictwa armii w czasie wojny było „belmeydy!” Początkowo mniejszości narodowe masowo dezerterowały do Niemców, strzelając do siebie, a potem przeszły na bierne „belmeydy!” – "Nie rozumiem!". Z typowo azjatyckim spokojem Turkmen lub Tadżyk powołany do wojska na wszystkie pytania odpowiadał krótko: „Belmeydy!” Gdy kazano mu skręcić w lewo, skręca w prawo.

Następnym wyrazem leksykalnym, który powstał dzięki lekkiej ręce Przewodniczącego Komitetu Wszechsłowiańskiego, generała Gundorowa, jest „bracia słowiańscy”. Często w wojsku, gdy opowiadają lub widzą ślady jakiegoś gwałtu, rabunku czy bezsensownej głupoty, dodają: „To nasi bracia Słowianie!” Jest to ocena samych żołnierzy odnośnie pewnych rzeczy, które są promowane przez naczelne dowództwo, a które dają upust ciemnym instynktom i impulsom najbardziej nieodpowiedzialnej części armii. Gdy kolejna „kampania” dobiega końca, to samo dowództwo zrzuca całą winę na sprawców, wydaje potępiający rozkaz, a kozły ofiarne zostają stracone.

Nieśmieszne określenie „bracia słowiańscy” często można usłyszeć w odniesieniu do polskich i bałtyckich formacji w Armii Czerwonej. Żołnierze z wielkim szacunkiem wypowiadali się o Estończykach i innych Bałtach walczących po stronie Niemców. Radzieccy żołnierze nie wiedzą, jaką „niepodległość” ich niemieccy panowie dadzą narodom bałtyckim, ale doskonale wiedzą, jaką „niepodległość” otrzymali od rządu radzieckiego w 1940 roku. Żołnierze rosyjscy, do niedawna starannie wychowywani w duchu abstrakcyjnego internacjonalizmu, otrzymawszy w czasie wojny możliwość postrzegania wydarzeń w sposób narodowy, potrafią podświadomie docenić pragnienie wolności narodowej nawet u swoich wrogów.

„Trzymajcie się mocno, diabły!” – pojawiły się komentarze, w których było więcej ukrytego szacunku niż złośliwości.

Kilka miesięcy po wybuchu wojny spotkałem tysiące obcokrajowców pracujących przy robotach ziemnych z łopatami i taczkami w rękach na placu budowy drugiego pierścienia lotnisk wokół miasta Gorki. Można ich było od razu rozpoznać po ubiorze. Ich twarze były raczej kwaśne. Byli to obywatele Estońskiej, Łotewskiej i Litewskiej SRR, którzy w pewnym momencie przyłączyli się do nowego rządu. Wykorzystując tę sytuację, zostali milicjantami, funkcjonariuszami partyjnymi i radzieckimi w nowych republikach radzieckich. Uciekając przed nadciągającymi hordami hitlerowców do ojczyzny światowego proletariatu, dostali łopatę do ręki i nauczyli się, co znaczy być proletariuszem.

Marionetki były użyteczne u siebie w domu, ale tutaj wykorzystywano je jako zwierzęta robocze. Później wszystkich ich włączono do normalnych koncłagrów NKWD. Gdy zaistniała potrzeba utworzenia narodowych jednostek wojskowych, ich żołnierzy przeniesiono z koncłagrów do estońskich i innych narodowych brygad, gdzie większość zginęła. Taka jest kariera drobnych rycerzy oportunizmu! Nie każdy ma prawo do wygodnej posady w Kominternie, tytułu przywódcy czy operetkowego munduru marszałka. Powinni wziąć to pod uwagę ci, którzy ewentualnie mogą ulec pokusie.

Dni mijają. Na liniach frontu toczą się zacięte walki, a nad Moskwą rozbłyskują fajerwerki. Zbliża się wrzesień a wraz z nim początek regularnych zajęć. Nadal nie mogę pogodzić się z myślą, że jestem skazany na karierę japońskiego dyplomaty. Kiedy opowiadam o tym komuś, kogo znam, śmieje się z tego, jakby to był zabawny żart. Czy los się do mnie nie uśmiechnie?

Pewnego dnia, spacerując po dziedzińcu Akademii, spotkałem kobietę w mundurze wojskowym. Automatycznie zasalutowałem i przeprosiłem. W kręgach wojskowych pierwszą rzeczą, na którą zwracają uwagę, są paski naramienne. Zdziwiony rzadkim dla kobiety stopniem majora, spojrzałem na jej twarz.

„Olga Iwanowna!?” Wykrzyknąłem radośnie, zaskoczony niespodziewanym spotkaniem.

Przede mną stała Olga Iwanowna Moskalskaja, doktor nauk filologicznych, profesor i dziekan Wydziału Germanistycznego I Moskiewskiego Instytutu Politechnicznego. Spotykałem się z nią kiedyś. W tamtym czasie była mile wzruszona moim zainteresowaniem językami i była dla mnie wyjątkowo miła i uważna. Była człowiekiem wysokiej kultury i wyjątkowego uroku osobistego. Nic więc dziwnego, że wydałem okrzyk radosnego zaskoczenia, gdy nagle ją zobaczyłem przed sobą.

„Towarzyszu Klimow?!” – Ona również spojrzała na mnie od stóp do głów ze zdumieniem, – „W mundurze! Co ty tu robisz?”

- „Ojej, lepiej nie pytać, Olgo Iwanowno” – odpowiedziałem zawstydzony.

„Tak, ale mimo wszystko... Czy znów uczysz się niemieckiego?”

„Nie, Olgo Iwanowna. A nawet gorzej... Japończyk!” – odpowiedziałem smutno.

„Co?! Japoński?! Nie ma mowy! Żartujesz.”

„Nie ma czasu na żarty, Olgo Iwanowna.”

„Aha, tak-o-o!” – Moskalskaja pokręciła głową ze zrozumieniem. – Chodźmy do mojego gabinetu i porozmawiajmy.

Na drzwiach pokoju, do którego weszliśmy, przeczytałem napis „Kierownik Sekcji Zachodniej” i jej nazwisko. W związku z tym Olga Iwanowna obecnie pracuje w Akademii.

„Jaki idiota umieścił cię na wydziale japońskim?” – pyta Moskalskaja. Ona doskonale zna zasady Akademii, nawet bez moich wyjaśnień.

„Nie idiota, tylko pułkownik Gorochow” – odpowiadam.

„Czy wyrażacie zgodę na przeniesienie do Departamentu Niemieckiego?” – pyta Moskalskaja krótko i rzeczowo.

„W tej chwili jestem zajęta rekrutacją studentów ostatniego roku i łamię sobie głowę, gdzie powinnam szukać ludzi” – mówi w odpowiedzi na moje oświadczenie. „Jeśli nie masz nic przeciwko, złożę dziś raport generałowi, prosząc o twój transfer. Co o tym myślisz?”

„Tylko, na litość boską, niech pułkownik Gorochow nie podejrzewa, że kryją się za tym moje osobiste intencje... W przeciwnym razie nie mogę ręczyć za konsekwencje” – mówię i z wdzięcznością ściskam jej wyciągniętą dłoń.

„Nie martw się o to. Do zobaczenia wkrótce!” – śmieje się Moskalskaja, gdy wychodzę z biura.

Następnego dnia dzwoni do mnie szef kursu przygotowawczego z języka japońskiego i wita mnie podejrzanym pytaniem, jakby widział mnie pierwszy raz:

„Więc ty jesteś Klimow?”

„Tak jest, towarzyszu majorze!” – odpowiadam.

„Bo przyszedł rozkaz od generała, żeby przenieść jakiegoś Klimowa” – major patrzy na papiery – „na jakiś czwarty rok Wydziału Zachodniego”.

Spojrzał na mnie sceptycznie, a potem na kartkę papieru.

Warunki w Akademii są wyjątkowe. Osoby przyjęte na Kurs Przygotowawczy odczuwają błogość. Studenci pierwszego roku, zwłaszcza ci pochodzący z krajów „solidnych”, są bardzo świadomi siebie. Studentów drugiego roku uważa się za już „utalentowanych ludzi”. O studentach trzeciego roku mówi się szeptem, że mają szczególnie mocną ochronę. Niewiele wiadomo o istnieniu czwartego roku, uważa się go bowiem za siedzibę bogów. To wyjaśnia dziwne spojrzenia i pytania zadawane przez kierownika Kursu Przygotowawczego. Mały, nędzny robaczek, mały kuchcik – i nagle odlatuje gdzieś w niebo.

„Czy wam coś na ten temat wiadomo?” – pyta podejrzliwie.

„Nie wiem nic, towarzyszu majorze” – odpowiadam.

„No więc tak! Oto rozkaz dla was, póki nie mamy innego kapitana Klimowa, idź na Zachodni. Uważam, że to błąd i wkrótce się spotkamy” – kończy.

„Tak jest, towarzyszu majorze!” – Salutuję.

Jestem więc na ostatnim roku studiów Niemieckiego Wydziału Akademii. Wisienką na torcie jest fakt, że bramy wejściowe na front są stamtąd zawsze otwarte. Nie, świat naprawdę nie jest pozbawiony dobrych ludzi! Jednak los się do mnie uśmiechnął.


Następny rozdział
Powrót do spisu treści