Grigorij Klimow «Imię moje Legion»

Rozdział 21. Małpa Pana Boga

Rosja jeszcze powie światu swoje nowe słowo.

F. M. Dostojewski

Istnieje książka zatytułowana „Szerszeń” napisana przez wiedźmę Wojnicz. Opisuje, jak pewien kardynał miał syna, owoc grzechu, który stał się rewolucjonistą. Kardynał odprowadza syna na egzekucję, a potem popada w obłęd.

„A córka czerwonego kardynała, Maksyma Rudniewa, Nina, okazała się wiedźmą” – pomyślał generał sowieckiej inkwizycji, Borys Rudniew, podpisując rozkaz wydalenia swojej bratanicy za granicę. „Tak, nie ma nic nowego pod słońcem”.

Chociaż rodzina Niny von Miller została wydalona z ZSRR na izraelskiej wizie, z jakiegoś powodu oni, jak większość im podobnych, zamiast do Izraela, trafili do Ameryki. Och, najwyraźniej nie bez powodu ten specjalny projekt nazwano „Ahasfer”, czyli „Wieczny Żyd”.

W Krainie Cudów, Ameryce, stary wiedźmin, papa Miller, zapisał się przede wszystkim do tej tajnej partii, która na Zachodzie odgrywa niemal taką samą rolę – jak w ZSRR partia komunistyczna. W ZSRR zdarzało się, że kompletny głupiec, jeśli był członkiem partii, dostawał dobrą pracę. Zatem tata Miller jako członek partii, również dostał dobrą pracę. Były moskiewski męczennik Goniało, który ukrywał swój analfabetyzm za celowo nieczytelnym pismem, nagle został nauczycielem języka rosyjskiego w Akademii Marynarki Wojennej w Annapolis pod Waszyngtonem, gdzie wykuwane są najwyższe kadry dowódcze amerykańskiej floty.

Stary wiedźmin Akaki Pietrowicz swoimi zaspanymi oczami widział wszystkie wady przyszłych admirałów znacznie lepiej, niż amerykańska admiralicja. I co widział Akaki Pietrowicz, wiedział także 13 Wydział KGB, gdzie na pożegnanie pogrozili mu palcem i powiedzieli:

„Słuchajcie, 13 Wydział nie lubi żartować…”

Z biegiem lat, stary maniak, Akaki Pietrowicz, stał się jeszcze chudszy i szlachetniejszy, stara wiedźma Milicja Iwanowna stała się jeszcze grubsza i nieprzyzwoitsza, a młoda wiedźma Nina stała się jeszcze słodsza i bardziej uwodzicielska.

I potem były homo sovieticus, Akaki Pietrowicz, został monarchistą. Trzeba przyznać, że Goniało Męczennik wyglądał jak prawdziwy dworski szlachcic: starannie przystrzyżony siwy wąs, przedziałek na głowie, uczciwe, zmęczone, opadające oczy i lekka flegma we wszystkich ruchach. Ogólnie rzecz biorąc, biała kość i niebieska krew. Wkrótce został nawet wybrany na sekretarza generalnego Najwyższej Rady Monarchicznej.

Na swoich spotkaniach monarchiści, uczciwi 70-letni porucznicy, gorliwie przeklinali Żydów, którzy zniszczyli rosyjską monarchię. A biedni porucznicy nie wiedzieli, że ich sekretarz generalny, szanowany Akaki Pietrowicz, był z krwi Żydem czystej krwi, co starannie ukrywał.

Jednak nie ma w tym nic dziwnego. W końcu mówią, że nawet zagraniczny pretendent do tronu Romanowów, również miał żydowskie korzenie. Najpierw zapisał się do jakichś tajnych stowarzyszeń kabalistycznych, gdzie szatan zwąchuje się z antychrystem, a potem ożenił się z pół-Żydówką, pół-księżniczką, z rodu byłych królów gruzińskich. Od tego czasu ten Romanowicz żyje z pieniędzy pierwszego męża swojej żony, jednego z tych samych żydowskich bankierów, którzy finansowali rewolucję rosyjską.

I jeszcze pisali też, że zagranicznym pretendentem do tronu Romanowów jest szwagier szefa sowieckiej tajnej policji, Berii, który był pół-Żydem o nazwisku Berman i który poślubił drugą siostrę z rodziny półkrólów, półksiążąt i pół-Żydów. Z tymi memzerami jest takie zamieszanie, że i sam diabeł tego nie rozbierze.

A potem niewinnie oskarża się biednych Żydów, że zajmują się wszelkiego rodzaju figlami – miglami i szacher – macherami i pchają się do władzy zarówno z przodu, jak i z tyłu, z prawej i lewej strony. Tak, Żydzi po prostu zbierają spadające owoce ze zgniłych drzew, zgniliznę, padlinę. Nie bez powodu Żydzi wędrowali po świecie przez cztery tysiące lat i nauczyli się kilku rzeczy.

W takich warunkach krypto-Żyd, Akaki Pietrowicz, był w pełni nadającym się na sekretarza generalnego Najwyższej Rady Monarchicznej. Szczerze pisał wiernopoddańcze listy do swojej carycy, wiedząc, że ona też „z naszych”, a car był po prostu szabes-gojem.

Jeśli spojrzeć na świat przez pryzmat socmodernizmu, to na świecie jest tyle dziwnych rzeczy, że aż kręci się w głowie.

Stara wiedźma, Milicja Iwanowna, nie pozostawała w tyle za swoim mężem-wilkołakiem i wkrótce została członkinią charytatywnej fundacji literackiej, rzekomo mającej na celu pomoc biednym literatom, gdzie od wszystkich zbierano pieniądze i rozdzielano je tylko „swoim”, czyli członkom partii, braciom i siostrom. Zręczność ręki – i żadnego oszustwa. A w niedzielne dni wiedźma i wilkołak chodzą do cerkwi i żarliwie się żegnają.

Ale i ta cerkiew nie jest zwyczajna, tylko wyjątkowa – autokefaliczna. Służy tam autokefaliczny biskup Teofan, który w wolnym czasie pisze wiersze pod dwuznacznym pseudonimem Teofan Dziwny. Próbując rozwikłać ten dziwny pseudonim, niektórzy parafianie nazywają go arcybiskupem San-François {Сан-Французским}, podczas gdy inni nazywają go arcybiskupem San-Chrençois {Сан-Хренцузским}. Niektórzy mówią, że to były książę Żoch-Żochowski, inni, że to były Żyd.

Nie wiadomo, co stanie się z nim w następnym świecie, ale w tym świecie autokefaliczny arcybiskup, Teofan San Chrençois, wyraźnie się rozwija. Publikuje nawet w „Nowym Słowie”, a czasami przemawia w „Głosie Ameryki”.

W Ameryce, homo sovieticus Nina von Miller udawała rosyjską szlachciankę. I mało kto wiedział, że nie była szlachcianką, tylko lesbianką. Kiedy w społeczeństwie pojawiała się czasem kwestia lesbijstwa, Nina robiła naiwne oczka:

„A co to takiego? Lissabonki? Nawet nie znam tego słowa…”

Wkrótce, dzięki rekomendacji innych „lizbońskich” kobiet, wiedźma Nina dostała pracę w radiu „Głos Ameryki”, gdzie pracowała już jej ukochana francuska Liza, obecnie księżniczka Goremykina. Wiecie, kruk leci do kruka, kruk przyzywa kruka.

W końcu, jeśli w dawnych czasach czarownice latały okrakiem na miotłach, to w naszych czasach są one transmitowane przez fale radiowe. Tak więc wiedźma Nina została zatrudniona w radiu, jako najnowsza przedstawicielka 3-ciej emigracji z ZSRR, aby wzburzać sowieckich dysydentów, odważnych bojowników o wolność sił zła w ZSRR.

Mówią, że Ef-Bi-Ai rygorystycznie sprawdza kandydatów zgłaszających się do „Głosu Ameryki” i wydaje na każdego po 5000 dolarów. Tak, sprawdzają. Tylko nie w taki sposób, w jaki myślicie. Dbają o to, aby normalny człowiek nie dostał się przypadkowo do „Głosu Ameryki”. To samo podejście partyjne, co w ZSRR, tylko wszystko troszkę odwrotnie.

Dlatego niektórzy znający się na rzeczy ludzie, nazywają „Głos Ameryki” – „Głosem Atlantydy”, bardzo kulturalnego i pięknego kraju, który rzekomo utonął podczas globalnej powodzi – jako kara za pewne bezbożne grzechy i utajone występki.

Tak czy inaczej, chociaż wiedźma Nina jak najdłużej odkładała małżeństwo, nie chciała pozostać starą panną. Fu, żeby ludzie potem wytykali palcami? Od tego zaczynają się wszystkie grzechy – od pychy. Dlatego mówią, że pierwszym grzechem śmiertelnym, grzechem szatana, jest pycha.

Jeśli dotyczyłoby to tylko wiedźmy Niny, to oczywiście byłaby to błahostka. Ale jeśli wierzyć amerykańskim statystykom doktora Kinseya, 37% populacji USA jest mniej więcej w takiej samej sytuacji jak wiedźma Nina. Jeśli zrównamy prawa kobiet z mężczyznami, czego zwykle żądają wszystkie lizbonki, okaże się, że co trzecia panna młoda w Stanach Zjednoczonych to mniej lub bardziej zatrute jabłko. Ale żadna z nich oczywiście się do tego nie przyznaje.

Dlatego nie zaszkodzi panom młodym, jeśli sami są normalni, wiedzieć, co jest grane. Spośród 37% córek Ewy, które zatruły jabłko, tylko 4% to uczciwe, otwarte lizbonki. Niech im czort da zdrowie. Z pozostałych 33% niektóre przestrzegają praw natury, lub, jak kto woli, Pana Boga – i powstrzymują się od dalszego wytwarzania kąkolu. Niech im Bóg da zdrowie. Ale wiele, och, tak wiele podąża tą samą ścieżką pychy, jak wiedźma Nina.

Rozważywszy wszystkie swoje możliwości, wiedźma Nina postanowiła pójść w ślady swojej przybranej matki, starej wiedźmy, Milicy Iwanowny. Ponieważ Nina była aktywnym typem homo, wybrała swojego pana młodego i sama mu się oświadczyła. Był to dwubiegunowy wilkołak typu pasywnego, taki, który ssie mężczyzn i liże kobiety. Po prostu minetczyk z francuskich dowcipów. A są ich też legiony. Co prawda jest to namiastka kawy, ale... Można zamknąć oczy i pomyśleć, że to nie mężczyzna, a kobieta.

Dlatego wielki poszukiwacz prawdy, Dostojewski, który znał te wszystkie figle-migle, powiedział, że prawdziwa prawda jest zawsze nieprawdopodobna.

Dlatego filozofowie mówią, że prawda o diable jest tak brudna, że jedna jej kropla mąci życie, tak jak kropla wody mąci szklankę absyntu. I przez to można zostać oszołomionym. A niektórzy nawet poczują się chorzy.

Jednakże w naszych grzesznych czasach musimy poznać tę grzeszną prawdę. Przecież grozi nam wojna nuklearna, która według Apokalipsy jest potrzebna jedynie do zniszczenia grzesznej 1/3 populacji, czyli tych samych 37% doktora Kinseya. Lecz przy tym zginą nie tylko grzesznicy, ale także wielu sprawiedliwych. Dlaczego my, normalni ludzie, mamy odpowiadać za grzechy wszelkiego rodzaju wiedźm i wiedźminów, w których kryją się demony sadyzmu i masochizmu, freudowskie kompleksy zniszczenia i samozagłady, morderstwa i samobójstwa?

Wiedźma Nina dość dokładnie przemyślała swoje małżeństwo. Choć starannie ukrywała fakt, że jest pół-Żydówką, memzerką, nie chciała, żeby mąż się kiedykolwiek dowiedział i nazwał ją czortowską Żydówką. Dlatego szukała pana młodego, który sam byłby jednocześnie pół-Żydem memzerem. Jego matka była Żydówką, która wyszła za Amerykanina, urodziła dziecko, natychmiast rozwiodła się, a potem przez 18 lat pobierała od męża alimenty. To także jedna ze sztuczek, z których często korzystają wiedźmy. I niczego nie udowodnisz w żadnym sądzie. W rezultacie narzeczony Niny miał amerykańskie nazwisko, Marvin Clark, wszystko już załatwione.

Aby Żydzi się nie obrazili, możemy powiedzieć, że wiedźma Nina i jej narzeczony-wilkołak myśleli tylko, że są pół-Żydami. Ale tak naprawdę... Przecież ich przodkowie zajmowali się takimi samymi figlami-miglami, czyli z pokolenia na pokolenie mieszali się z degeneratami z otaczającego ich środowiska. I dlatego jest to po prostu skrzyżowanie degeneratów ze wszystkich krajów, w których Żydzi przebywali przez cztery tysiące lat. Po prostu pozbawieni korzeni kosmopolici. Marsjanie. Jak w historii memzera Siniawskiego „Fents”.

Ale jeśli pójdzie się tą drogą, okaże się, że wielu Żydów też tylko myśli, że są Żydami. Przecież wielu pół- i ćwierć-Żydów często potem wraca na łono swoich przodków i miesza się w małżeństwach z czystymi Żydami, jak to miało miejsce w przypadku całej trójki dzieci Stalina. Rezultatem jest permanentna mieszanka degeneratów ze wszystkich krajów, w których Żydzi przebywali od czterech tysięcy lat. W ten sposób wydawało się, że biedni Żydzi dźwigają na swoich ramionach grzechy całego świata.

Ponieważ marsjanka Nina udawała rosyjską szlachciankę, a jej przybrany ojciec był monarchistą, wzięli ślub według starego rosyjskiego zwyczaju – na Krasnej Górce…

Ten zwyczaj pochodzi z dawien dawna. Dawno, dawno temu, na przedchrześcijańskiej Rusi, Krasną Górką nazywano święto wiosny, odrodzenia przyrody i wszystkich żywych istot. Na wzgórzach zaczynał topnieć śnieg. I właśnie wtedy Słowianie zbierali się na jednym z tych pozbawionych śniegu wzgórz – na Krasnej Górce – i wychwalali boga miłości Leliję, tańczyli i śpiewali: „Oj, liuluszki-liuli, razliuli da razliuli…”

Kiedy na Rusi pojawiło się chrześcijaństwo, zamiast Krasnej Górki, chrześcijanie zaczęli obchodzić kolejne święto odrodzenia życia – święto Zmartwychwstania Chrystusa – Wielkanoc. Ale niektórzy nadal woleli świętować Krasną Górkę, która trochę się zmieniła i zaczęła przypominać starożytne rzymskie saturnalia i bachanalia. Wszystko tam było – aż do oralnego erotyzmu Freuda.

Gdy chrześcijanie zobaczyli, jacy to są ludzie i co tam robią, z prostoty duszy nazywali ich poganami, czyli obciągaczami. Znalazło to odzwierciedlenie w semantyce: z łaciny pochodziło słowo „języcznik” – „pagan” {“язычник”}, które przeszło na język ukraiński – „POGANEC” {“ПОГАНЭЦЬ”}, skąd narodziło się rosyjskie słowo „poganyj”, czyli „paskudny”.

W procesie formowania się chrześcijaństwa, pogańska Krasna Górka została przesunięta o tydzień, i dla chrześcijan stała się Antypaschą, czyli niedzielą św. Tomasza – dniem pamięci o zmarłych. Tego dnia prawosławni chrześcijanie udawali się na cmentarze i zgodnie ze starożytnym zwyczajem składali wielkanocne smakołyki – kolorowe jajka i ciasta wielkanocne – na grobach swoich bliskich i przyjaciół.

A uparci poganie, których teraz nazywano wiedźmami i wiedźminami, nadal obchodzili Krasną Górkę jako święto płodności i celowo organizowali w tym dniu wesela. Tam, gdzie chrześcijanie widzieli śmierć, poganie widzieli życie. Choć Pismo mówi: „Ducha żywego nie szukajcie wśród umarłych”. Jak to robi marsjanin i pedrik Pasternak w swoim „Doktorze Żywago”. Żadni lekarze w tej sytuacji tobie nie pomogą.

Swoją drogą, po angielsku niedziela Fomino { Tomasza – przyp. tłum. } nazywa się niedzielą Quasimodo { kończąca Oktawę Wielkanocną – przypis tłumacza }. Dlatego legionista Victor Hugo w „Katedrze Notre Dame” nazwał swojego dziwacznego bohatera nie inaczej, ale Quasimodo.

Lecz teraz nawet nie wszyscy teolodzy znają takie subtelności. Ale teolodzy sowieckiej inkwizycji z 13 Wydziału KGB dobrze o tym wiedzą. Faktem jest, że niektóre wiedźmy i wiedźmini nadal kochają swoją Krasną Górkę.

Dlatego wiedźma Nina von Miller postanowiła wziąć ślub na Krasnej Górce. Wybrała nie tylko niedzielę Fomino, ale także kościół św. Tomasza, jedną z parafii autofekalicznych wyznania protestanckiego, w której służył sam autofekalny arcybiskup, Teofan San Chrençois, o którym niektórzy mówili, że to były książę Żoch-Żochowski a inni twierdzili, że był to były Żyd.

Nina dokonywała aktu zaślubin, a mama i tata śpiewali w chórze. Stara sziksa Milicja Iwanowna śpiewała głośno swoim głębokim barytonem, a stary przechrzta, wilkołak Akaki Pietrowicz śpiewał razem z nią cienkim falsetem:

„W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego... sługa Boży Marvin poślubił służebnicę Bożą Ninę... Panie, Boże nasz, ukoronuj ich chwałą i czcią…”

Niewiele osób wie, co kryje się za fasadą tego fikcyjnego małżeństwa. Czasami sługa Boży Marvin skarży się swoim przyjaciołom, homo americanus, że jego żona jest zbyt zapatrzona w siebie, że jest narcystyczna. Tańczy nago przed dużym lustrem w sypialni i kocha się z własnym odbiciem. Ociera się o lustro i szepcze z pasją: „Ze wszystkich niemożliwych-możliwych możliwości – Ty jesteś najbardziej niemożliwą ze wszystkich – i najsłodszą ze wszystkich!..”

Czasami Nina zmienia kochanków. Po prostu bierze i zakłada maskę goryla (ilustrację takiej miłości znajdziesz w książce Klimowa „Sprawa nr 69” na str. 28). Podobne gumowe maski sprzedawane są w specjalnym sklepie dla wszelkiego rodzaju żartownisiów i ekscentryków. Potem Nina bierze długi nóż kuchenny i tańczy przed lustrem wszelkiego rodzaju tańce modernistyczne. Patrzy na goryla w lustrze, jedną ręką macha nożem, a drugą namiętnie pieści własne piersi i inne miłosne sprzęty. A resztę dopełnia wyobraźnia.

Dawno, dawno temu królowa Atlantydy zamrażała swoich kochanków i umieszczała ich w specjalnych szafkach do kolekcji – jak w muzeum. A Nina ma też ukrytą całą kolekcję kochanków. Maska wampira ze śmiertelnie bladą twarzą i zakrwawionymi ustami. Maska ogra z obnażonymi zębami. Maska masowego mordercy z twarzą wyglądającą, jakby właśnie zszedł z szubienicy. Istnieją również maski świń, psów, kóz i tak dalej.

Tylko nie myślcie, że Nina jest szalona. Tyle, że na tym etapie historycznym, wiedźma Nina nie ma możliwości prawdziwego rozwoju, jak kiedyś rozwinęła się w CzeKa–GPU–NKWD generał Zinaida Gerszelewna Szachowskaja, kukułcze jajo księcia Szachowskiego, także wiedźma i marsjanka, której sława została uwieczniona w słynnym obrazie „Kobiety – bohaterki rewolucji”. Dlatego wiedźma Nina musi zastąpić prawdziwe sprawy niewinną grą fantasy.

Jeśli ktoś w Waszyngtonie chce zobaczyć wiedźmę Ninę, niech obejrzy „Głos Atlantydy”. Pamiętajcie tylko, że takich wiedźm jest tam mnóstwo. Jeśli chcecie mieć pewność, że to wiedźma Nina, spójrzcie na jej podbródek. Tam, po lewej stronie, będzie biała plama martwej skóry wielkości śliwki, a ciało wpada tam, jakby było puste. Jest to znak wyciętego czarnego znamienia, które kiedyś nazywano znamieniem diabła.

Ale jeśli zadasz Ninie kilka wrażliwych pytań, ta słodka dama stanie się dla ciebie strasznie niegrzeczna. Jak prawdziwa wiedźma. I tutaj trzeba wiedzieć, co robić. W końcu kryje się w niej demoniczny inkub, który zamienia kobiety w mężczyzn. I tak naprawdę to nie jest kobieta, ale mężczyzna. I nie ma tu potrzeby nadmiernych ceremonii.

Możesz bezpiecznie przekląć ją wszystkimi niedrukowalnymi przekleństwami. I zobacz, jak ta wiedźma będzie się miotać. Przecież ona robi dosłownie wszystko to, co mówią te przekleństwa. Coś, czego nawet psy nie robią. A jeśli rzuci się na ciebie z pięściami, po prostu walnij tę hermafrodytę w zęby – jak mężczyzna mężczyznę.

No cóż, dlatego filozofowie mówią, że diabeł to małpa Pana Boga, która naśladuje Pana Boga, ale… wszystko wychodzi odwrotnie.

Z biegiem czasu wiedźma Nina zyskała nie tylko męża, ale także dzieci. Jeśli teraz spotkacie Ninę w Waszyngtonie, zobaczycie szczęśliwą matkę z całym miotem homo jewrycanus. Ale jak je stworzyła i co z nich wyjdzie – wie tylko małpa Pana Boga, towarzysz szatan.

Aby zamaskować się i wyglądać normalnie, wiedźma Nina wybłagała u diabła krótką zwłokę – do czasu, gdy dzieci osiągną dojrzałość płciową, kiedy pojawiają się urojenia seksualne i związane z nimi psychozy, wszelkiego rodzaju demony i chochliki, które rujnują życie człowieka. Wtedy dzieci będą starannie ukrywać to przed rodzicami. A rodzice równie ostrożnie będą ukrywać to samo przed swoimi dziećmi.

Nina zadbała także o karierę swojego męża-wilkołaka. Teraz przechwala się, że jej Marvin wkrótce będzie pracować w Kongresie. I rzeczywiście, wieczorami memzer Marvin błąka się po kongresie – z oczami podkrążonymi i z lekka przypudrowany.

Oczywiście, wiedźmin-monarchista, Akaki Pietrowicz, ze swoimi przyszłymi admirałami, wiedźma Nina z mężem-wilkołakiem i podrastające homo jewricanus – wszyscy są w specjalnej kartotece, zarejestrowani przez 13 Wydział KGB. I nie ma w tym nic specjalnego. W końcu wszystkie służby wywiadowcze na świecie tak robiły i robią.

Tak zakończyła się smutna historia wskrzeszonej córki czerwonego papy, Maksyma Rudniewa, który był zaślubiony z wiedźmą. Smutna historia małej dziewczynki, za którą kiedyś odprawiono nabożeństwo żałobne, aby ocalić jej duszę. Choć zmartwychwstała, okazała się być żywym trupem.

* * *

Profilaktyka sanitarno-polityczna dotarła także do niedorobionych z Niedorobiewa, którzy pracowali w Domu Cudów jako „Związek Zawodowy Świętych i Grzeszników”. Następny w kolejce był rysownik Bartłomiej Jakowlewicz Kukaracza, który zapewniał, że jest nie tylko świętym, ale wręcz wielkim męczennikiem i nosicielem Męki Pańskiej.

Bartłomiej nadal pił i organizował wieczory św. Bartłomieja. Potem gdzieś zniknął, a jego dzieci wyjaśniały:

„Znowu wsadzili tatusia do durdomu”.

Ponieważ Bartłomiej był pół-Żydem, memzerem, także on trafił na przenośnik taśmowy specjalnego projektu „Ahasfer”. Prosto z linii montażowej specjalnego projektu „Golem”, czyli z durdomu, z oddziału dla chronicznych alkoholików, zawieźli go we właściwe miejsce i klepnęli izraelską wizą. Razem ze swoją rosyjską żoną, sziksą Manieczką, córką czerwonego generała, który został rozstrzelany podczas Wielkiej Czystki.

Trójka ich dzieci udała się z nimi do Izraela. Najstarszy syn, adoptowane dziecko, którego rodzice zostali rozstrzelani przez hitlerowców w Babim Jarze. I jeszcze dwójka dzieci, które niczym dwa groszki w strąku, przypominały blondyna, niebieskookiego i o zadartym nosie Stiopkę, która mieszkał obok i pomagał Manieczce w sprawach rodzinnych. Zadartonosy Stiopka wzruszająco pożegnał ich wszystkich na stacji, a na pożegnanie nawet wybuchnął płaczem.

Chociaż wszyscy udali się do Izraela, do ojczyzny swoich przodków, tylko Jehowa wie, dlaczego trafili nie do Izraela, ale do Niemiec Zachodnich. Teraz grzeszny święty Bartłomiej pracuje w amerykańskiej rozgłośni radiowej „Wyzwolenie” w Monachium. Występuje jako przedstawiciel sowieckich dysydentów, niewinnie pakowanych do durdomów. Czasem jednak Bartłomiej gdzieś znika.

„Teraz Niemcy zapakowali tatusia do durdomu” – mówi Manieczka. – „No wiecie, szpital psychiatryczny w Haar”.

Bartłomiej skrycie miał nadzieję, że jego adoptowany syn stanie się jakąś sławną osobą. Cóż, jak Ivan Rebrov, słynny śpiewak umiejący wyć, który, jak mówią, pochodzi z rumuńskich Żydów. Ale kiedy jego adoptowany syn dorósł, został uczciwym hydraulikiem. A Bartłomiej ze smutkiem pokiwał głową:

„Taki utalentowany ojciec jak ja, a ma takiego nieroba syna. Chociaż jest Żydem, jest jakimś nienormalnym Żydem. Hydraulik! Nawet nie pije wódki! I za co jestem tak karany?”

Chociaż Manieczka, z pomocą sąsiada Stiopki, spłodziła jeszcze dwójkę dzieci, one także, już w trzecim pokoleniu, zostały dotknięte klątwą patriarchy Tichona. A może klątwa była we krwi ich dziadka, czerwonego generała, który został rozstrzelany podczas Wielkiej Czystki.

Tak czy inaczej, kiedy te dzieci dorosły, córka uzależniła się od narkotyków i została prostytutką, a syn stał się pijakiem i złodziejem. Okazali się niemieckimi hippisami, menelami i włóczęgami. To prawda, że oboje są trochę nienormalni, sprawiają wrażenie biseksualnych, jak to mówią, ani Bogu świeczka, ani diabłu pogrzebacz.

A Manieczka ze smutkiem rozkłada ręce:

„Tacy dobrzy rodzice, a dzieci takie łajdaki! I za co jesteśmy tak karani?”

* * *

Niektórzy sceptycy mogą zapytać: „Gdzie są prawdziwi święci?” Faktem jest, że w życiu zawsze jest mniej prawdziwych świętych, niż grzeszników. Dlatego mówi się, że nasz świat jest pogrążony w grzechach, że świat tkwi w złu. A poza tym nie przystoi plotkować o prawdziwych świętych.

Weźmy na przykład arcymistrza Zarema Wołkowa, człowieka-komputer i mistrza szachowego w grze z zawiązanymi oczami. Zarem mieszka spokojnie w Moskwie, a raczej w Niedorobiewie. Gra sobie w szachy, porusza królami i królowymi. Jednocześnie pracuje jako konsultant arcybiskupa Pitirima w 13 Wydziale KGB, gdzie poruszają się także królowie i królowe, prezydenci i premierzy.

Pewnego dnia arcybiskup Pitirim, jednocześnie generał bezpieczeństwa państwowego, zaproponował swojegomu konsultantowi – analitykowi przeniesienie się z Niedorobiewa do Przerobiewa, gdzie kiedyś mieszkał legionista Borys Pasternak. Ale Zarem odmówił, twierdząc, że wśród niedorobionych z Niedorobiewa, wśród nieudaczników i wyrzutków, czuje się lepiej. Czyż nie jest to święty człowiek?

Wieczorami Zarem czasami chodzi na spotkania swoich katakumbowych chrześcijan, gdzie omawiają problemy ratowania świata przed szatanem i antychrystem. Nie zamierza się ożenić, dlatego jego sumienie jest całkowicie czyste. Aby znaleźć spokój ducha i udać się do klasztoru, niekoniecznie potrzebny jest klasztor z dzwonnicą. Do klasztoru można dostać się, tak jak Zarem. Oto prawdziwy święty dla was.

Tak więc Zarem Wołkow nie spełnił nadziei swoich rodziców, którzy kiedyś nadali mu to imię – Zarem – na cześć świtu rewolucji świata.

* * *

Muszer Dunduk, zastępca przewodniczącego Domu Cudów, i jego żona Diana, czyli Fufoczka, zostali wysłani do Izraela. Choć sam Muszer był z pozoru zupełnie normalnym człowiekiem, po prostu gojem, jego żona Fufoczka była pół-Żydówką, pół-lesbijką i pół-szaloną. Jest to rodzaj nierównego małżeństwa pomiędzy osobą normalną i nienormalną, co jest połączeniem dość rzadkim. W przypadku takich małżeństw mieszanych z domieszką krwi żydowskiej, zazwyczaj obie strony składają się z legionistów i wówczas powstaje coś w rodzaju małżeństwa równorzędnego.

Tak czy inaczej, Fufoczka była już raz w wariatkowie. A jeśli dotrze tam drugi raz, już nigdy nie wyjdzie. Ta sama historia przydarzyła się jej starszej siostrze, która mieszkała w Niemczech Zachodnich i przez 12 lat przebywała w szpitalu psychiatrycznym.

Ponadto u Fufoczki dorasta córka, która prawdopodobnie pójdzie w ślady matki. Przecież profesor Lombroso twierdzi, że według większości naukowców, 90% szaleństwa jest wynikiem dziedziczności. Po co trzymać takich ludzi? Lepiej wysłać ich do Izraela i zbić na tym kapitał polityczny. Aby międzynarodowi syjoniści nie krzyczeli, że biednym Żydom nie wolno powracać do domu, do ojczyzny swoich przodków.

Cóż, memzerka Fufoczka została odesłana do domu. A potem – zwykła historia. Pojechali do Izraela, a przyjechali do Ameryki. Tam znaleźli się na farmie fundacji tołstojowskiej. Gospodarstwo to należało kiedyś do zamożnej amerykańskiej humanistki, która prowadziła tu kolonię dla ułomnych dzieci, w tym prawdopodobnie także własnych. Następnie amerykańska humanistka przekazała to gospodarstwo córce wielkiego humanisty, hrabiego Lwa Tołstoja, którego sam towarzysz Lenin nazywa zwierciadłem rewolucji rosyjskiej. W swoich młodzieńczych pamiętnikach, humanista Tołstoj szczerze przyznał się do pederastii (Dziennik Tołstoja z 29 listopada 1851 r.); w schyłkowych latach, nieco szalony, głosił celibat i bezdzietność, lecz on sam, jakby celowo, postępował odwrotnie – i spłodził 13 dzieci.

To właśnie ten trzynasty odprysk Tołstoja prowadzi teraz gospodarstwo tołstojowskie. Pomagała jej energiczna żydowska kompanionka o sowich oczach, o której, sądząc po manierach, mówiono, że jest byłą funkcjonariuszką CzeKa. Te starsze panie były tak humanitarne, że nawet opiekowały się córką Stalina, kiedy ta uciekła do Ameryki, i zajęły się nią. Cackały się z nią, zupełnie jak z ukochaną siostrą w szatanie i antychryście. No i rozbierz tu więc, gdzie są grzeszni święci i gdzie są święci grzesznicy.

Tak czy inaczej, teraz ferma tołstojowska służyła jako schronienie dla dezerterów z Izraela – takich jak goj Muszer i memzerka Fufoczka. Za wszystkie te dobre uczynki, tołstojowska fundacja otrzymywała czeki z podziękowaniami od jakiejś dziwnej organizacji, która nazywała się „Święci i Grzesznicy”, a o której pisano nawet w „Nowym Słowie Rosyjskim” (03.04.1958, rozdział „Kronika”).

Być może, nie warto byłoby o tym wszystkim pamiętać, gdyby humanista Tołstoj nie był zwierciadłem rewolucji rosyjskiej i gdyby jego córka-humanistka nie cackała się tak z córką Stalina. Przecież gazety piszą, że ten humanizm kosztował naród rosyjski 50 milionów istnień ludzkich. I dlatego warto przyjrzeć się temu zwierciadłu uważniej.

Po fermie tołstojowskiej ślady Muszera zaginęły. Mówi się, że Muszer Dunduk, były mistrz sztuk wyzwolonych, były major armii Jego Królewskiej Mości i były zastępca przewodniczącego Domu Cudów, podjął pracę jako malarz i maluje domy. Fufoczka jest pewnie w domu wariatów. A co z ich córką? Szukajcie jej gdzieś wśród milionów amerykańskich hippisów.

Przypadek? Wpływ środowiska? O nie, matka Diany-Fufoczki już to wszystko przewidziała, nadając córce tak specyficzne imię – Diana. A biedny Muszer wypalił się przez to. Cierpiał za cudze grzechy. A może to Bóg ukarał go za porzucenie swojej pierwszej żony.

* * *

U Doki Bondariewej-Zalman, amerykańskiej wiedźmy, wydarzyła się tak okropna historia, że nawet nie chce się jej opowiadać. Wszystko to było w gazetach. Prawie wszystko.

Po tym, jak sziksa Doka i jej jewrykański mąż-wilkołak zostali wyrzuceni z ZSRR, podobnie jak większość wsypanych agentów Si-Ai-Ei, ostatecznie wylądowali w Waszyngtonie. Mieszkali w małym dwukondygnacyjnym domku na obrzeżach Waszyngtonu. Jak przystało na dobre rodziny, ojciec wiedźmy Doki, stary wiedźmin Koka, mieszkał na górnym piętrze ze swoją żoną wiedźmą, która w domu zawsze go karciła i dokuczała, a w miejscach publicznych, dla zamaskowania, nagle zaczynała go pieścić i przytulać się jak czuły gołąb.

Teraz szabes-goj Koka był szefem amerykańskiego oddziału organizacji emigracyjnej „Związek Ludzi Pracy” {“Союз трудового народа”}, w skrócie STN. To prawda, że osoby zorientowane, ten STN rozszyfrowywały nieco inaczej – jako skrót słowa „SaTaN”. Szczerze mówiąc, było to po prostu tajne stowarzyszenie degeneratów, zboczeńców seksualnych, z których połowa była chora psychicznie, a których w średniowieczu po prostu palono jako wiedźmy i wiedźminów.

Ale amerykański wywiad Si-Ai-Ei wiedział bardzo dobrze, że wszyscy prawdziwi rewolucjoniści – Lenin i Kiereński, Stalin i Hitler, a nawet George Washington – byli ludźmi dokładnie tego typu. Ten sam kompleks władzy, jaki mają czarni czarownicy i syberyjscy szamani. Poza tym, powiedzmy szczerze, na Zachodzie te tajne stowarzyszenia odgrywają niemal taką samą rolę jak partia komunistyczna w ZSRR. Dlatego Si-Ai-Ei finansowała tych STN-istów, którzy za pośrednictwem prasy i radia wychwalali sowieckich dysydentów na wszelkie możliwe sposoby, a zwłaszcza „rosyjskiego nacjonalistę”, Sola Żenickera, memzera głoszącego rozczłonkowanie Rosji i bredzącego o wojnie z Chinami, w której Rosja zostałaby całkowicie zniszczona.

Noblowski dysydent, Sol Żenicker, nazywany gleboznawcą {почвенником*}, w swoim „Jednym dniu” pisze tak: „...i wyru..ają cię w usta... pie.dol się... Zostaniesz prze..bany, mówi, zgubisz się... pie.dol się... szakal, podessany... wyrąbany, wystawia swój umysł…” {“...а тебе хрен в рот... да на фуя... Будешь залупаться, говорит, пропадешь... хуб хрен... шакал, подсосался... залупается, ум выставляет...”}.

Używając języka gleboznawcy Sola Żenickera, jego koledzy z STN trzymali się siebie jak wszy mokrego g..na. Dlatego też nazywali siebie solidarystami.

Arcykapłan tych solidarystów STN był uczciwym otwartym pederastą. W ciągu dnia planował rewolucję w ZSRR. A nocami, wraz z bandą pederastów, napędzany niekontrolowaną psychozą, zajmował się najzwyklejszymi rozbojami. Ale marszałek Stalin, marszałek Piłsudski, a nawet premier Castro mieli też takie grzechy młodości.

Aby wypracować sobie podstawy teoretyczne, solidaryści STN-iści ogłosili jakoby własną rewolucyjną teorię – teorię molekularną, w której działały tajemnicze molekuły pięcioosobowe, swego rodzaju „piątki”. Oczywiście solidaryści milczeli, że po prostu ukradli tę nową teorię molekularną „piątek” z „Biesów” Dostojewskiego. Zerknijcie na moskiewskie wydanie „Biesów” z 1957 r., s. 709. Oto „Związek Ludzi Pracy”. Dlatego filozofowie mówią, że diabeł jest piątą kolumną wszystkich stuleci i narodów.

Stary STN-ista i wiedźmin, Koka, jeździł między innymi do obozów harcerskich, gdzie robił patriotyczne odczyty o sowieckich dysydentach. Po drodze wywąchiwał wśród nastolatków rosnących degeneratów, których mógł najpierw wykorzystać, a następnie wykuć z nich kadry przyszłych STN-istów.

Ogólnie, wiedźmin Koka był całkiem zadowolony z siebie i swojego życia. Ale filozofowie mówią, że diabeł często płaci swoim sługom nie złotem, ale połamanymi odłamkami. I tak właśnie się wydarzyło.

Bardziej od wszystkich wiedźmin Koka kochał swoją najstarszą wnuczkę Simę, która miała już 13 lat. Uczyła się w bardzo dobrej szkole prywatnej, dokąd została zawożona i odwożona samochodem.

Ale pewnego dnia Sima nie wróciła ze szkoły. Powiedzieli, że wybrała się na przejażdżkę rowerową po szkole i nikt jej nie widział.

Kiedy zapadła noc, a Sima nadal nie powróciła, jej rodzice wezwali policję. Podnieśli alarm, wezwali oddział ochotników i przeszukali całą okolicę. Ale nic nie znaleźli.

Następnego dnia wiedźmin Koka zabrał psa i sam poszedł jej szukać. Szkoła stała na wzniesieniu, a od niej prowadziła droga prowadząca przez mały lasek. I w tym lasku Koka znalazł swoją ukochaną wnuczkę. Sima była przywiązana do drzewa. Była naga, całe jej ciało było pokryte zaschniętą krwią, a jej głowa zwisała bezwładnie.

„Sima!” – krzyknął wiedźmin Koka. „Simoczka!” – i zaczął nią potrząsać. Ale ciało dziewczyny było już zimne.

Potem policja naliczyła 28 ran kłutych na ciele Simy. Kolejne dzieło jakiegoś sadystycznego maniaka seksualnego. Zwykła amerykańska historia, o których niemal codziennie piszą gazety.

Ale i tutaj wiedźmin Koka pozostał wierny zasadom STN-istów. Syn jednego z ich przywódców popełnił samobójstwo po dwóch nieudanych małżeństwach. Ale STN-iści, chcąc zdobyć kapitał polityczny, upierali się, że jest to dzieło sowieckich agentów. Koka powiedział także reporterom, że Sima, walcząc o prawa dysydentów w ZSRR, została zamordowana przez agentów KGB.

Jednak kilka dni później policja złapała zabójcę. I natychmiast wszystkie szczegóły pojawiły się w gazetach. Zabójcą był 24-letni mężczyzna nazwiskiem Bobby Foster, z zawodu murarz. W wieku 15 lat Bobby zabił swoich dziadków młotkiem. Z tego powodu trzymali go przez jakiś czas w szpitalu psychiatrycznym, następnie wypuścili go za kaucją i zamieszkał z matką. Po pewnym czasie Bobby zabił swoją matkę i jej przyjaciółkę, i dla pewności nawet odciął im głowy. Ponownie umieszczono go w domu wariatów i ponownie wypuszczono.

Teraz wyjaśniło się, że przez ten czas Bobby zabił jeszcze 17 osób, w większości młodych studentów. Okazuje się, że jest on jakimś niezrównoważonym homoseksualistą o skłonnościach sadystycznych, typu bardzo rzadkiego i złożonego. Kopulował z kobietami, mężczyznami i zwierzętami. Ale pełną satysfakcję otrzymywał dopiero podczas morderstwa.

Oprócz tego, że Bobby zajmował się głównie erotyzmem oralnym, był też trochę kanibalem-ludojadem i jako przysmak wycinał swoim ofiarom genitalia i piersi. Na prawym ramieniu miał tatuaż z napisem „Urodzony dla piekła”.

Potem zaczął się amerykański humanizm. Jak zwykle, prasa amerykańska z wielką radością rozsiewała na swoich łamach wszystkie szczegóły morderstwa. Prasa wcale nie była oburzona morderstwem, ale zajęła pozornie neutralne stanowisko. I, co dziwne, prasa bardziej współczuła szalonemu maniakowi niż tym, których zabił.

Szabes-goj Koka znał to wszystko bardzo dobrze. Ale wcześniej to dotyczyło innych. A teraz dotyczyło jego samego. I on podniósł krzyk:

„Dlaczego tego degenerata nie posadzono od razu na krześle elektrycznym? Dlaczego dwukrotnie został zwolniony z zakładu dla obłąkanych? W końcu to nie humanizm, tylko satanizm!”

Dalej poszło jeszcze gorzej. Murarz Bobby wcale nie zaprzeczył morderstwu Simy, ale stwierdził, że sama Sima go obraziła i niejako uwiodła. A potem wszelkiego rodzaju psychoanalitycy, adwokaci diabła, zaczęli złośliwie domyślać się, że skoro Sima miała 13 lat, jest to niebezpieczny wiek, kiedy budzi się seks. A skoro w wieku 13 lat skrzywdziła mężczyznę, to znaczy, że jest Lolitą. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że lolitczycy i ich lolitki to zazwyczaj osoby uprawiające seks oralny, co oznacza ukryty homoseksualizm, z którym często wiążą się kompleksy destrukcji i autodestrukcji. A jeśli tak, to z punktu widzenia Freuda, Simą podświadomie kierował kompleks samozniszczenia. Ogólnie rzecz biorąc, to wina Simy, że zginęła.

A niektórzy adwokaci diabła posunęli się jeszcze dalej. Żartowali, że skoro Bobby zwariował, to może po prostu to wszystko zmyślił i sam siebie oczerniał. A skoro Koka odnalazł zamordowaną Simę, to może sam ją zabił.

Po przeczytaniu tego wszystkiego, stary STN-ista Koka wpadł we wściekłość. Wcześniej modlił się o wolną prasę amerykańską i przy pomocy moskiewskich dysydentów prowadził kampanię na rzecz takiej samej wolności prasy w ZSRR. Teraz biegał po domu i krzyczał histerycznie:

„I to się nazywa wolna prasa?! Dla kogo jest ta wolność? Dla zabójców! Wyrodków! Jest tu taka przestępczość, jak nigdzie indziej na świecie! To nie demokracja, to satanokracja!”

Wcześniej demokrata Koka zaciekle walczył z nazizmem i stalinizmem. A teraz wrzeszczał ze złością:

„Diabelska demokracja! Degeneracja! Powinniście mieć tutaj Stalina! Razem z Hitlerem! Od razu by wszystko wam uporządkowali!”

Żona Koki, stara wiedźma, nagle z żalu i szeptów popadła w mistycyzm:

„Koka, ten przeklęty Bobby z zawodu jest murarzem... A przecież ty też... Może to dla ciebie sygnał z nieba? Palec Boży…”

Ojciec biednej Simy, memzer Jerry Zalman, był typowym jewrykańskim liberałem, który utykał na lewą nogę. Teraz ten liberał zgrzytał zębami:

„Dlaczego Sąd Najwyższy zniósł karę śmierci? Takich sędziów trzeba wsadzić do pudła i rozstrzelać. Chore społeczeństwo?! Potrzebują tu Karola Marksa i Trockiego – oni ich natychmiast wyleczą!”

Sziksa Doka, była moskiewska agentka Si-Ai-Ei, płakała i krzyczała:

„W Moskwie byłam bezpieczniejsza niż tutaj, w Waszyngtonie. Przecież to kraj szaleńców! Przecież w Ameryce przestępczość jest siedmiokrotnie wyższa niż w Europie! Nie można już wyjść na ulicę! Przerażające! Mordercy!”

Biedna mała Sima została pochowana w cerkwi św. Tomasza, gdzie kiedyś wiedźma Doka brała ślub. A cerkiew była pełna wiedźm, które były znajomymi. Była też wiedźma Nina von Miller, była córka czerwonego papy, Maksima Rudniewa, a obecnie pozbawiona korzeni kosmopolitka Nina Clark, ze swoim mężem-wilkołakiem. Była też wiedźma Liza Czernowa-Szwarc, była pozbawiona korzeni kosmopolitka, a obecnie księżniczka Goremykina-Oboleńska, także ze swoim mężem-wilkołakiem. I cała masa najróżniejszych wiedźm i wiedźminów, diabłów i diablic, wilkołaków i goblinów, memzerów i sziks, szabes-gojów i po prostu gojów.

Uroczystości pogrzebowe prowadził sam Władyka Feofan, autofekaliczny arcybiskup San-François, bywszy książę Żoch-Żochowski i tajny marsjanin, który był także wiedźminem i tylko przymaskował się jako arcybiskup. Wiedźmin-arcybiskup palił kadzielnicę, a wiedźmy gorzko płakały i żarliwie się żegały.

Wszystkie te czarownice miały dorastające dzieci. I wszyscy wiedzieli, że te dzieciaki wciąż mogą przemienić się w takiego potwora, jak masowy morderca Bobby. Albo może wydarzyć się taka okropna historia, jak w przypadku biednej małej Simy.

Chociaż wszystkie te czarownice zostały ochrzczone, do kogo się modliły: do Pana Boga czy do diabła, który tylko małpuje Pana Boga?

* * *

Były instruktor agitpropu, Borys Rudniew, który uważał się za inżyniera ludzkich dusz, nigdy nie napisał swojej książki o idealnym narodzie sowieckim nowego typu – homo sovieticus. Życie lub, jak kto woli, Pan Bóg, dał sowieckiemu Tomaszowi Niedowierzającemu surową lekcję.

Przebywając w oślej skórze prezydenta Domu Cudów, Borys Rudniew, jak obiecał czarnoksiężnik Apulejusz, nabył prawdziwej mądrości. Potem, z pomocą wiedźmy Niny, wzlatując na skrzydłach niczym ulubieniec bogów, wyjrzał poza dobro i zło i ujrzał tam to drzewo poznania dobra i zła, które znają tylko wiedźmy i wiedźmini, którzy jednak za to płacą najwyższym darem Bożym – darem miłości.

A ulubieniec bogów zapłacił za to swoją boginią, która przemieniła się w wiedźmę. W ten sposób, gorzką i trudną drogą, otrzymał klucze poznania dobra i zła, szczęścia i nieszczęścia, rozsądku i szaleństwa, życia i śmierci. Ale te klucze są zatrutymi kluczami i zatruwają duszę człowieka.

Zamiast idealnego homo sovieticus, Tomasz Niedowierzający zobaczył biblijny legion homoseksualistów wszelkich odmian i odcieni: otwartych i ukrytych, uczciwych i nieuczciwych, pełnych i częściowych, utajonych i stłumionych, aktywnych jak czarownik Sosja i pasywnych jak jego sługus, książę Goremykin. Wszystkich, których dręczą demony inkub i sukkub, które zamieniają mężczyzn w kobiety, a kobiety w mężczyzn. Ogólnie rzecz biorąc, 37% doktora Kinseya.

Zamiast żelazobetonowych sowieckich ludzi nowego typu, inżynier ludzkich dusz ujrzał ukryty legion doktora Freuda: legion neurotyków i psychotyków, świrów i psychopatów, w których duszach roiło się od najróżniejszych freudowskich demonów i chochlików. Zwodnicze demony schizofrenii i paranoi, takie jak te u bajstruka Ostapa Ogłojedowa i jego rodziny. Natrętne demony sadyzmu, jak u szalonego szabes-goja Artamona, lub wątłe demony masochizmu, jak u flegmatycznego goja Filimona. Podstępne demony męskiej impotencji, jak u nieszczęsnego cygańskiego barona-memzera, lub żeńskiej oziębłości, jak u wiedźmy-memzerki Niny. Wesołe diabły satyriozy, jak u Żorżika Butyrskiego, lub nimfomanii, jak u poetki Iriny Zabubiennoj. A za tym wszystkim kryją się złożone demony zniszczenia i samozagłady, morderstwa i samobójstwa, które rujnują życie człowieka, począwszy od najprostszej kłótni między mężem a żoną, a skończywszy na wojnach światowych i rewolucjach.

Zamiast wesołych cudaków z Domu Cudów i niedorobionych z Niedorobiewa, Tomasz Niedowierzający dostrzegł, z pominięciem specjalnego projektu, prawdziwy zawodowy związek grzesznych świętych i świętych grzeszników. A za tym związkiem zawodowym kryje się inny związek zawodowy – tajny związek szatana i antychrysta, którzy, tak, nie tylko istnieją, ale nawet pobierają się. I także się rozmnażają. Tylko owoce ich związku są zawsze złe.

W ten sposób, za pomocą czarów wiedźmy Niny, członek Związku Pisarzy Radzieckich, Borys Rudniew, nauczył się w praktyce tego, co w literaturze od niepamiętnych czasów nazywano diabłem, którego nazwa – legion: to jest książę tego świata i książę ciemności, który wszystko robi w ciemności, od tyłu i odwrotnie; to jest anioł śmierci i wróg rodzaju ludzkiego, który nie potrafi kochać i nie kocha tych, którzy kochają; który jest początkiem wszelkich sporów i konfliktów, ekstremistą, anarchistą i nihilistą, źródłem wszelkich występków i zbrodni – zarówno karnych, jak i politycznych; który jest kłamcą i ojcem kłamstwa i który teraz zamieszkał w farbie drukarskiej; który uwielbia przybierać postać anioła światłości, a teraz przebiera się dla niepoznaki za humanistę i liberała, za demokratę i dysydenta, za opozycjonistę lub głos sprzeciwu; i który jest piątą kolumną wszystkich wieków i narodów. Ogólnie rzecz biorąc, to ten sam diabeł, który często obiecuje karierę, sławę i bogactwo, ale zazwyczaj przynosi smutek i nieszczęście.

Tak czy inaczej, w rezultacie tego wszystkiego, Borys Rudniew rozpoczął tak szybką karierę, jakby on też dosłownie podpisał kontrakt z diabłem.

Jeśli na Zachodzie wyższe wykształcenie jezuity trwa 13 lat, to w 13 Wydziale KGB i Instytucie Badań Naukowych – NII-13, gdzie wykuwano nową sowiecką inkwizycję, zrobiono to nieco szybciej. NII-13 zastąpił teraz dawny Instytut Czerwonej Profesury i czasami był przez stowarzyszenie nazywany Instytutem Czarnej Profesury. Tam wykładano Wyższą Socjologię, którą niektórzy bywalcy nazywali czarną socjologią, a notatki z wykładów zatytułowano „Protokoły sowieckich mędrców”.

Po ostatecznym dopracowaniu na NII-13, zamiast swojej książki o homo sovieticus, Borys Rudniew napisał coś w rodzaju rozprawy naukowej, w której opracował specjalną pomysłową tabelę. Coś jak układ okresowy Mendelejewa.

Jednak to nie była tabela pierwiastków chemicznych, tylko tabela pierwiastków ludzkich, wszelkiego rodzaju demonów i chochlików, które żyją w ludzkiej duszy i tworzą szczególne typy ludzi, którymi interesuje się KGB. I ta tablica Rudniewa okazała się dla KGB równie przydatna jak tablica okresowa dla chemików. Wszystko jest ułożone jak na półkach. Wystarczy sięgnąć, a od razu znajdziesz to, czego potrzebujesz.

I tak Borys Rudniew został tajnym radcą stanu, geheimratem i generałem 13 Wydziału KGB. Tak hartowała się stal nowej sowieckiej inkwizycji. Przecież słynny filozof-mędrzec Bierdiajew-Berdyczewski zapewnia, że w Rosji nastało nowe średniowiecze. Cóż, skoro jest średniowiecze, to nie da się obejść bez inkwizycji.

Mówią, że generał-inkwizytor Borys Rudniew ma teraz oczy takie jak Wij – kiedy patrzy na człowieka, widzi wszystko na wskroś i jeszcze głębiej. Inni mówią, że generał Rudniew w ogóle nie lubi patrzeć na ludzi, tylko woli zajrzeć w ich sprawy osobiste, co jest o wiele pewniejsze, niż polegać na ludziach.

Filozofowie mówią, że diabeł jest antytezą Boga, że jest małpą Pana Boga. A z punktu widzenia materializmu dialektycznego, diabeł jest po prostu złożoną chorobą społeczną, zwyrodnieniem, degeneracją, perwersją seksualną i chorobą psychiczną, czyli powolną śmiercią rozciągającą się na kilka pokoleń.

Ale jeśli Bóg jest przeciwieństwem tej choroby, to czym jest Bóg? Z punktu widzenia dialektycznego chrześcijaństwa okazuje się, że Bóg to po prostu zdrowy ludzki duch, zdrowa dusza i umysł. Bóg – to po prostu to, co nazywa się normalnym człowiekiem, zdolnym do życia i kochania w prawdziwie boski sposób.

Ale jeśli Bóg jest po prostu duszą normalnego człowieka, a diabeł jest duszą chorą, to... Przecież tylko po to dokonano rewolucji: aby zgniłe społeczeństwo mogło się odnowić, aby chorzy odeszli i zostali zastąpieni przez zdrowych. Dlatego też wielki poszukiwacz prawdy, Dostojewski, napisał w swoich „Biesach”, że Rosja będzie cierpieć na poważną chorobę rewolucji, i wtedy wszystkie te demony, wszystkie te złe duchy znikną, a wtedy Rosja, młoda i zdrowa, znów zasiądzie u stóp Chrystusa – i cały świat będzie patrzył ze zdumieniem.

Ale jeśli Bóg – to po prostu normalni ludzie, to są to idealni ludzie sowieccy nowego typu, ci homo sovieticus, których niegdyś tak daremnie szukał Borys Rudniew. I znalazł, jak okulary – na własnym nosie.

Mądrzy ludzie mówią, że trzeba znaleźć Boga w sobie, w swoim sercu. I tak oto dawny Tomasz Niedowierzający, ku swojemu największemu zdumieniu, odkrył Boga... w sobie! Tak, drogą dialektyki, Borys Rudniew stał się dialektycznym chrześcijaninem. A nawet w pewnym stopniu wojującym chrześcijaninem.

Dawno, dawno temu, krzyżowcy wymachiwali mieczami, a teraz generał-inkwizytor Rudniew machał stemplami „Golem” i „Ahasfer” i gnał do durdomów lub za granicę bardzo złe duchy, tę samą nieczystość, tę samą zgniliznę, te same biesy, o których pisał Dostojewski.

Ponadto Dostojewski powiedział także, że Rosja sama się uratuje – i uratuje cały świat. I że Rosja jeszcze powie światu swoje nowe słowo. No cóż, oto właśnie wypowiadamy to nowe słowo. Ale kto i kiedy je usłyszy?

Póki co, Zachód, rozdziawiając usta, słucha noblisty Sola Żenickera, który w swoim „Jednym dniu” krzyczy do całego świata: „...a tobie ch... w usta…” { “...а тебе хрен в рот…” }.

Właśnie za to – „ch... w usta” – w naszych grzesznych czasach są przyznawane nagrody Nobla.

Dlatego też, gdy generał-inkwizytor Rudniew przesłuchiwał jakichkolwiek dysydentów, opozycjonistów lub inaczej myślących, czyli nowych Kiereńskich, Leninów i Trockich, on, podobnie jak dr Freud, przede wszystkim pytał prozaicznie:

„Ty jak – bierzesz w buźkę, czy podajesz? Ty jak – Ssiesz czy liżesz?”

Czego się wstydzić w naszych grzesznych czasach. W końcu wszyscy żyjemy teraz pod bombą atomową. A światem, jak powiedział Lew Tołstoj, rządzą szaleńcy. Najgorsze jest to, że to takie szaleństwo, na wpół szaleństwo, że nie widać tego od razu. Na przykład Kiereński i Lenin, Stalin i Hitler oraz sam Tołstoj. Zobaczycie to dopiero z perspektywy czasu, gdy dzieło zostanie już dokonane.

Ponieważ generał Rudniew został wpisany na listę członków Związku Pisarzy Radzieckich, z czasem ponownie zainteresował się literaturą – wiadomo, swędziały go ręce – i napisał uczony traktat „Diabeł w literaturze”. Za tę pracę naukową, w której rozwinął teorię modernizmu społecznego, uzyskał stopień naukowy doktora Socjologii Wyższej i mianowany profesorem w Instytucie Badań Naukowych – NII-13.

Teraz generał-profesor Rudniew prowadzi na NII-13 wykłady z teorii literatury, na przykład filozofii Kierkegaarda, na temat tego, w jaki sposób diabeł zamieszkał w farbie drukarskiej. A w zakresie pracy praktycznej, generał-doktor Rudniew decyduje, który z braci pisarzy zadaje się z niegodziwcem, z szatanem czy z antychrystem, który z tych inżynierów ludzkich dusz jest w rzeczywistości trucicielem dusz ludzkich, którego z nich należy zamknąć do durdomu i którego należy wyrzucić za granicę. Jak kulawego szaleńca Tarsisa – Tarsismana z sinymi muchami w głowie. Sine muchy to trupie muchy. I rozsiewają trupi jad.

Jednocześnie profesor Rudniew ze smutkiem wspominał swojego zmarłego ojca, niech osiągnie Królestwo Niebieskie. Stary Rudniew, ginekolog, jeśli mucha dostała się do jego herbaty, wyjmował ją łyżeczką, wynosił na balkon i przeprowadzał musze sztuczne oddychanie. Dmuchał na muchę tak długo, dopóki nie odleciała. To był człowiek, który dosłownie nie skrzywdziłby muchy.

Pamiętając o tym, generał-inkwizytor myślał: „Ech, mam też złą dziedziczność – nadmierną życzliwość. W końcu Stalin po prostu rozstrzeliwał wszystkie te sine muchy lub wywoził je do koncłagrów”.

Za takie człowieczeństwo i liberalizm, za specjalne zasługi w dziedzinie literatury radzieckiej, profesor Rudniew został nawet wybrany na członka honorowego Związku Pisarzy Radzieckich.

Tak więc skosztowawszy biblijnego drzewa poznania dobra i zła, poznawszy Boga i diabła, generał-profesor Borys Rudniew, tajny radca państwowy ZSRR, trafił do tego trustu mózgowego, do tego syndykatu sowieckich mędrców, gdzie na samym szczycie zasiada czerwony papa Maksym Rudniew.

Oczywiście nie ma w tym nic szczególnego. Przecież podobna historia wydarzyła się w Ameryce z braćmi Kennedy, na Kubie z braćmi Castro, a w Moskwie z braćmi Rudniew. Nie ma nic nowego pod słońcem.

Dlatego mówią, że w Rzymie siedzi papież rzymski, antypapież kryje się gdzieś za złotym cielcem, a w Moskwie za czerwonym tronem, za przywódcami sowieckimi, siedzi czerwony papież. I nie bez powodu mówi się, że na Zachodzie też działają jacyś tajni radcy, którzy szepczą coś do ucha prezydentom, premierom i innym książętom tego świata. I tam też często cuchnie nie tylko szatanem, ale nawet i antychrystem.

Tak zakończyła się niezwykła historia Borysa Rudniewa, byłego sowieckiego Tomasza Niedowierzającego, któremu wydawało się, że wie wszystko i o wszystkich. Ale tak naprawdę, chociaż miał oczy i uszy, nie widział ani nie słyszał połowy tego, co działo się wokół niego. Dlatego Tomasz Niedowierzający przez swoją niewiarę wpadł w oślą skórę.

A jeśli ktoś nie wierzy w Pana Boga, to niech uważa, aby i jego to nie spotkało, aby i sam nie musiał przebywać w oślej skórze.

Dlatego ja, sowiecki sługa Boży, niech moje imię zostanie zapomniane, dla zbudowania innych, aby jako chrześcijanin pomóc bliźniemu, ze smutkiem i żalem w duszy, spisałem te niezwykłe, lecz prawdziwe historie krwią mojego serca. I najwyraźniej dlatego mądrzy ludzie powiadają, że prawdziwa prawda jest zawsze nieprawdopodobna.

I przekonacie się sami, że to jest prawdziwa prawda, gdy wszystkie nieczyste siły będą się kulić i uciekać od tej prawdy, jak diabeł od kadzidła.

I wtedy zobaczycie, że ich imię to – legion.

Amen

Wariant pierwszy: 1955-1958
Wariant drugi: 1962-1965
Wariant trzeci (obecny): sierpień 1972 – sierpień 1974, Nowy Jork.


Następny rozdział
Powrót do spisu treści