Grigorij Klimow «Imię moje Legion»

Rozdział 14. Poza dobrem i złem

Tutaj diabeł walczy z Bogiem, a polem bitwy jest ludzkie serce.

F. M. Dostojewski

Przebiegłemu domowi agitpropu powierzono zadanie wzmocnienia propagandy radiowej na Bliskim Wschodzie. Okazało się jednak, że Arabowie i Beduini mieli za mało radioodbiorników, żeby słuchać radia „Liberty”.

I wtedy Ostap Ogłojedow wpadł na genialny pomysł. Postanowił zrewolucjonizować propagandę i biorąc za pióro, nabazgrał propozycję racjonalizacji w agitpropie. Jak wszystkie genialne odkrycia, pomysł Ostapa był niezwykle prosty.

Przecież każde dziecko w wieku szkolnym wie, że sowieckie jaskółki latają na zimę do ciepłych krajów Bliskiego Wschodu. Trzeba tylko po drodze złapać te jaskółki i pod ogonami umieścić odpowiednie apele do Arabów i Beduinów.

A żurawie i bociany, które kiedyś nosiły dzieci, mogą teraz mieć całe kosze z ulotkami przyczepionymi do szyi jako ładunek imprezowy. Ostap nawet szybko naszkicował rysunek takiego pojemnika w systemie OO, co oznaczało nie dwa zera, ale inicjały wynalazcy, Ostapa Ogłojedowa.

Tak naprawdę pomysł ten zrodził się w głowie Ostapa już dawno temu. Kiedyś, siedząc w syberyjskim koncłagrze, z tęsknotą obserwował zza drutu kolczastego ptaki wędrowne lecące na południe. Potem zamarzyło mu się, jak przy pomocy tych ptaków, niczym słynna żaba wędrowna, mógłby odlecieć z Syberii do cieplejszych krain.

Po przeczytaniu projektu Ostapa, szef agitpropu zadzwonił do wynalazcy w celu osobistej konsultacji i zapytał:

„Jak będziesz łapać te jaskółki?”

„Jak? Bardzo prosto!” – odpowiedział Ostap. – „Pamiętacie te gęsi, które upiły się wiśniami i dały się oskubać żywcem? Trzeba więc tym jaskółkom dać napić się wódki!”

I na kartce papieru Ostap szybko obliczył, ile wódki potrzeba, aby wszystkie sowieckie jaskółki, bociany i żurawie zamienić w międzynarodowych propagandzistów.

Nie bez powodu wydział Agitpropu nazwano Przebiegłym Domem. Projekt Ostapa został wykorzystany nieco inaczej. Za pośrednictwem potrójnego agenta, Żorżika Butyrskiego, projekt ten pod kryptonimem „Jaskółczy Ogon” został przekazany w ręce amerykańskiego wywiadu zaangażowanego w operację „Czarny Krzyż”. Wszystko to rzekomo w imieniu moskiewskich neotrockistów, neochrześcijan bierdiajewowskich i Związku Młodych Geniuszy (SMOG) – z propozycją łapania w Izraelu sowieckich jaskółek i wtykania im pod ogony antysowieckich ulotek. Zainteresowani szczegółami mogą znaleźć ten projekt w archiwach waszyngtońskich. Na ten projekt Amerykanie wyrzucili w błoto pięćdziesiąt tysięcy dolarów.

Dowiedziawszy się o tym, Ostap Ogłojedow chodził po okolicy i narzekał:

„A ja nie dostałem ani centa. Dlatego wszyscy wybitni ludzie umierają w biedzie”.

Rano Ostap przybiegał do pracy, zawsze zdyszany i wyglądający strasznie rzeczowo. Dla ważności niósł nie tylko teczkę, ale całą walizkę, którą wypychał starymi gazetami zmieszanymi z suszonymi skórkami chleba dla kamuflażu. Czasami wzywano Ostapa do władz i pytano:

„Powiedz, czy możesz występować w radiu jako czarny?”

„Oczywiście” – odpowiadał chętnie Ostap. – „W końcu tak się nazywa nasz dział scenariuszy – literaccy czarni. Lumumba! Mau-mau! Gum-hum…”

Dlatego Ostap podróżował po falach radiowych jako czarny radiowiec, który przeszedł z kanibalizmu na komunizm. Potem Ostap zmieniał się w pułkownika radiowego, naukowca atomowego lub sławnego pisarza. Następnie przedstawiał biednego Araba uciekającego przed Żydami lub biednego Żyda uciekającego przed syjonistami – cokolwiek. W ten sposób Ostap Ogłojedow stał się niezastąpionym człowiekiem w radiu „Liberty”. A jego żona ze smutkiem kręciła głową:

„Ostap nakłamał tak bardzo, że i mnie przekonał, że jest naukowcem zajmującym się atomem”.

Doradca polityczny Dawid Czumkin miał trzech ulubionych czarnych literatów – Ogłojedowa, Koriakowicza i Zawaluchina. Aby podnieść ich poziom kulturowy, doradca polityczny od czasu do czasu wymierzał im ideologiczną chłostę:

„Naszym zadaniem jest zepsucie moralne wroga. Co z wami? Nie czytaliście Sartre'a! Nie znacie Bierdiajewa! Nawet nie słyszeliście o Żeńce…”

„Wiem o Żeńce” – Ostap podniósł palec. – „To najsłynniejszy francuski złodziej. Wlatuje przez okna jak nietoperz. Zasłużył na dożywocie jako recydywista”.

„Co-o?” – zawył doradca polityczny. – „I to wszystko, co wiesz o najsłynniejszym francuskim pisarzu egzystencjalistycznym?”

„Poza tym Żeńka jest pederastą” – zauważył nieśmiało Zawaluchin. – „I pisze tylko o pederastach. Bardzo zabawnie”.

„To dlaczego filozof Sartre w takim razie nazywa go Świętym Genetem?”

„Kukułka chwali koguta, ponieważ on chwali kukułkę” – Koriakowicz wzruszył ramionami. – „Przecież Sartre to też chłopiec lewicy.”

„Poza tym Sartre ma zeza” – stwierdził Ostap. – „Jak moja pasierbica. A znam moją pasierbicę. Ma zniekształcenie paralaksy w głowie”.

„Och, co to za idioci!” – doradca polityczny był wściekły. – „Tak, wszyscy muszą to wszystko wiedzieć – i milczeć. I zaprzeczać temu wszystkiemu. I upierać się, że to są święci i geniusze. Przecież Sartre, Bierdiajew i Genet są naszymi najlepszymi ideologicznymi sojusznikami. No cóż, idioci! A za co dokładnie płacą wam pieniądze?”

Zwykle Czumkin przeklinał i naśmiewał się ze swoich czarnych, aż doprowadzał ich do histerii, a czasem do łez. Ale w tym czasie do działu scenariuszy wszedł Boris Rudniew. Doradca polityczny również go zaatakował:

„Dlaczego się tu kręcisz? Podsłuchujesz? Zaglądasz?” Prezydent Domu Cudów był początkowo zaskoczony taką bezczelnością. A Czumkin, zachęcony sukcesem, nadal był niegrzeczny i przeklinał. Zachowywał się jak szczur zarazy, który atakuje wszystkich i wszystko. Wtedy prezydent Domu Cudów wyjął z kieszeni na piersi czarne wieczne pióro, wycelował nim w doradcę politycznego i nacisnął guzik.

Rozległ się głośny strzał z pistoletu, a twarz Czumkina spowita została białą chmurą dymu. A potem... Och, z jaką przyjemnością opowiadali to biedni czarni literaci.

Doradca polityczny opadł na krzesło. Z jego oczu leciały łzy. Z ust płynęła ślina. I też leciało mu z nosa. Płakał, kaszlał, kichał, smarkał i spluwał. Potem Ostap przysięgał, że i ze spodni też mu pociekło.

Prezydent Domu Cudów spokojnie włożył magiczny długopis do kieszeni na piersi. Od dawna krążyły pogłoski, że w celu dalszej liberalizacji, oprócz durdomów, KGB wprowadza wszelkiego rodzaju nowe technologie. Włącznie z wszelkiego rodzaju urządzeniami z gazem łzawiącym „Czeremcha”, aż po te „automatyczne długopisy”. To prawda, w razie potrzeby w ten długopis można również włożyć zwykły nabój pistoletowy ze zwykłym pociskiem.

Potem Ostap skomentował:

„Chciałbym mieć taki długopis. Przeciwko mojej teściowej”.

Wieczorem Ostap położył się w domu na sofie i powiedział: – „Jestem zmęczony życiem”.

„A to dlaczego?” – spytała żona.

„Nazywają mnie oszustem i pochlebcą. Żyję żebraczo, a wszyscy mówią, że kupiecko. Ostap, mówią, skąpiec, kłamca”.

„Nie gadaj bzdur” – poradziła mu żona.

„Wcale nie bzdurzę. Po prostu mam wybujałą wyobraźnię. Jak każdy prawdziwy pisarz. Kiedy Lew Tołstoj miał już wszystkiego dość, splunął i wyszedł z domu. Może ja też powinienem wyjechać?”

Co prawda poza żoną, cudzymi dziećmi i nerwowymi kotami, nie było nic do kradzieży u Ostapa, ale na wszystkich drzwiach i oknach wbudował mnóstwo najróżniejszych rygli, zatrzasków i zamków. Nie tyle od złodziei, ile od własnego tchórzostwa. A drzwi wejściowe były podparte od wewnątrz grubym kijem. Teraz Ostap wstał, wziął ten kij i chodził po pokoju, machając nim jak laską.

„Tak, pójdę tam, gdzie poprowadzą mnie oczy. Pójdę do wędrowców, do pustelników. Przejdę przez deszcz, błoto, śnieg. Będę szukać prawdy. Stanę się mężem Bożym. Zaraz wstanę i wyjdę. Prosto przez drzwi”.

„Idź sobie” – ziewnęła żona. – „Dobrej drogi!” {Скатертью дорожка}.

„Pójdę przez pola, przez lasy” – marzył Ostap, pukając laską. – „Wokoło śpiewają ptaki. Ku-ku! Świeci słoneczko. Trawa zielenieje. I nikt mnie nie karci ani nie krytykuje. Będę pisać wiersze i omówię je z ptakami”. Coraz bardziej się tym ekscytował:

„A bez Czumkina mój wrzód żołądka natychmiast się zagoi. I brzuch nie będzie bolał. Wieczorem położę się na sianie, podniosę nogi i będę patrzeć w gwiazdy. Zastanowię się nad znaczeniem życia”. „A co będziesz żreć?” – zapytała żona.

Ostap myślał-myślał i postanowił zostać w domu. Podparł drzwi kijem i westchnął ciężko:

„Ech, w nogach nie ma prawdy. Daj mi lepiej talerz barszczu”.

„Nie ma już barszczu”.

„Jak – nie? Znowu twoje koty zjadły wszystko. A mnie choćby umrzeć... Dlaczego mój talerz leży na podłodze? Znowu karmiłaś koty z mojego talerza?”

„Moje koty są czystsze od ciebie” – powiedziała Dina. „Koty myją się codziennie, a ty myjesz się raz w miesiącu”.

Ostap rozłożył się na sofie i zaczął narzekać:

„Ech, dlaczego nie jestem ptakiem? Odleciałbym gdzieś w cholerę. W końcu prędzej czy później rzucą bombę atomową na cały świat. I nikt nie będzie wiedział, że poeta i pisarz Ostap Ogłojedow zadymiał tu kiedyś niebo. I dlaczego w ogóle się urodziłem?” – Wydął szyję i zawył żałośnie:

„Umrę ja, umrę ja, pogrzebią mnie i nikt nie będzie wiedział, gdzie jest mogiłka moja…”

* * *

Zagraniczni dziennikarze związani z operacją „Czarny Krzyż” działali głównie wzdłuż trójkąta Przerobiewo – Niedorobiewo – Bieriezowka.

W Przerobiewie, {В Переделкино } gdzie mieszkali radzieccy pisarze, złapali Pasternaka z jego „Doktorem Żywago”.

Kiedy Pasternak zmarł, ożywieni dziennikarze zorganizowali dwunastu młodych mężczyzn, którzy nieśli jego trumnę. To jak w słynnym wierszu Błoka „Dwunastu”. A Pasternak był jakby trzynasty.

Wtedy to symboliczne zdjęcie obiegło cały świat. Cóż, ludzie oczywiście sprzeczali się o to, kim był ten trzynasty. Legioniści z pianą na ustach upierali się, że jest to nowy Chrystus. Chrześcijanie kręcili głowami i mówili, że to typowy Judasz. Radzieccy cenzorzy uważali, że był on zamaskowanym trockistą, głoszącym permanentną rewolucję. A przewodniczący Związku Pisarzy Sowieckich, Aleksiej Surkow, powiedział, że był po prostu pederastą i alkoholikiem.

Bohema literacka z Niedorobiewa {из Недоделкино } dostarczała materiały dla podziemnego „Samizdatu” i rotacyjnego pisma „Feniks”, które wyraźnie trąciły modernizmem – pornografią, narkotykami, homoseksualizmem i zakładami psychiatrycznymi. Część honorariów tym modernistom płacono w naturze – w postaci narkotyków, które pochodziły z piwnicy ambasady amerykańskiej w Moskwie. W zasadzie niedorobieni z Niedorobiewa to nic innego jak radzieccy hipisi. Czasami do Niedorobiewa przyjeżdżała karetka, i następnego idiotę taszczono do durdomu.

Ale przede wszystkim operatorzy „Czarnego Krzyża” interesowali się Bieriezowką, gdzie mieszkały dawne sowieckie szyszki, które ucierpiały podczas Wielkiej Czystki. Prawie pod każdym dachem w Bieriezowce prace szły pełną parą: mieszkańcy Bieriezowki siedzieli i pisali wspomnienia – jak Stalin wsypał im brzozowej kaszy. Niektórzy mieli nadzieję, że ich wspomnienia zostaną opublikowane w ZSRR. Inni pisali w nadziei na wyjazd za granicę. A operatorzy z „Czarnego Krzyża” chodzili i węszyli.

W każdą sobotę Borys Rudniew wsiadał do samochodu i także jechał do Bieriezowki. Tam spędzał czas z rodziną Millerów, która zawsze zatrzymywała się na daczy księcia syberyjskiego. Kiwając głową w stronę schodów prowadzących na drugie piętro, Nina ostrzegła:

„Uważaj, tylko tam nie idź”.

„A co tam takiego?”

„Mieszka tam jego siostra”.

„Siostra?” – Borys był zaskoczony, przypominając sobie wysoką, piękną kobietę w mundurze generała NKWD, – „Zinaida Genrichowna?”

„Tak, Gerszelewna. Kukułcze jajo księcia Szachowskiego. A teraz także Księżniczka Syberii”.

„Dlaczego ona nigdy się nie pojawia?”

„Z nerwami nie jest w porządku. Więc siedzi sama zamknięta”.

„Co jest z nią nie tak?”

„Ach, stara panna. Pewnie z tego powodu – prychnęła Nina i zaczęła pracowicie wyjaśniać, jak stare panny wpadają w panikę i wariują, bo nie wyszły za mąż na czas”.

Któregoś dnia, gdy wszyscy siedzieli na werandzie, nagle na górze rozległ się huk, jakby ktoś mocno trzasnął drzwiami. Potem przenikliwy kobiecy krzyk:

„A-ach-ach... Znowu po mnie przyjechali!”

Wszyscy się zaniepokoili, a książę Syberii wzdrygnął się i zmarszczył brwi.

„O-o-oj, nigdzie nie pojadę!” – z góry dobiegł histeryczny krzyk. – „Lepiej mnie od razu zabić!”

Książę Syberii i Akaki Pietrowicz spojrzeli po sobie i pospiesznie weszli na drugie piętro. Milicja Iwanowna czołgała się ciężko za nimi. Słychać było pukanie mężczyzn do zamkniętych drzwi i przekonywanie Milicji Iwanowny:

„Zinoczka, kochanie, to my. Otwórz!”

„Dlaczego stoi tam czarny kruk?” – krzyknął głos zza drzwi. – „Tam jest, zaraz pod oknem... Z czarną gwiazdą… – Co to za kruk?”

„To jesteśmy my. Uspokój się”.

„Nie, nie oszukacie mnie. Nigdy nie zapomnę tej czarnej gwiazdy. To jest 13-ty Wydział. Znowu mnie tam posadzą – w specjalną izolatkę”.

„Zinoczka, to tylko twoja wyobraźnia. Nie martw się”.

„Nie, nie, on jeździ tym białym krukiem z czarną gwiazdą”.

„Kto jeździ?”

„On... Czerwony Papa... Wielki Inkwizytor…” „Zinoczka, to nie inkwizytor, to ja” – zapewnił siostrę książę Syberyjczyk.

„Nie, lepiej umrzeć od razu, niż znowu tam iść... Do diabła... wśród szaleńców... Podaj mi szybko truciznę!”

Potem rozległ się odgłos spadającego ciała, bulgoczący świszczący oddech i odgłosy stłumionej walki, jakby trzymano epileptyka miotającego się na podłodze. Po chwili Akaki Pietrowicz chwiejnym krokiem zszedł na dół i z zawstydzonym spojrzeniem chwycił Borysa za ramię:

„Mam do ciebie małą prośbę”. – I skierował się w stronę białego samochodu Borysa, który stał obok domu.

„Dokąd?” zapytał ten, naciskając starter. – „Do apteki?”

„Nie, jedź prosto. Widzisz, siostra naszego gospodarza miała ostry atak. To zdarzało się jej już wcześniej. Ale dzisiaj to się stało, kiedy zobaczyła twój samochód pod oknem. Wzięła go za czarnego kruka, no wiesz, te specjalne maszyny KGB. Marynowano ją przez dwadzieścia lat w najstraszniejszych specjalnych izolatkach. A tacy ludzie mają nerwy, wiesz…”

„Ale kiedy ona sama została generałem w CzeKa-GPU-NKWD” – powiedział Borys – „sama rozstrzeliwała ludzi. Okazuje się więc, że kot uroni łzy myszy”.

„Tak, oczywiście” – zgodził się Akaki Pietrowicz. – „Zawsze była trochę psychopatyczna”. I umieszczono ją w specjalnym oddziale izolacyjnym – wśród prawdziwych wariatów. Mówi, że jest gorsze niż piekło Dantego. Więc wyszła na wpół szalona. Nadal znajduje się pod obserwacją KGB. Zapewnia, że teraz działają tam jakieś diabły w białych fartuchach, niczym lekarze. I zalecili jej pisanie wspomnień, aby wyzdrowieć. Ale pisz tylko prawdę. Mówią, że prawda leczy. Teraz też siedzi i pisze”.

„Ale dowiedzieli się o tym amerykańscy dziennikarze. Wszyscy tacy ruchliwi Żydzi. Od razu wyczuli, że też jest troszkę Żydówką, więc ją rozruszajmy, obiecywali jej góry złota. A ona się boi. A kiedy zobaczyła ten twój samochód, pomyślała, że za nią jedzie jakiś wielki diabeł z KGB, z 13-tego Wydziału. Ale najbardziej wystraszyła się tego oznakowania…

Akaki Pietrowicz pochylił się do przodu i zaczął przyglądać się dużej gwiazdce naklejonej w prawym rogu przedniej szyby, gdzie zwykle przyczepiane są przepustki serwisowe. Była to gwiazda podobna do zwykłej radzieckiej, tylko nie czerwona, ale czarna ze złotą obwódką. Wewnątrz zamiast sierpa i młota widnieją skrzyżowane czerwone toporki, przypominające saperskie lub strażackie. A poniżej, pomiędzy promieniami gwiazdy, znajduje się tarcza z brązu z liczbą 13.

„Co to takiego?” – zapytał Akaki Pietrowicz.

Borys zerknął bokiem na emblemat 13 Wydziału, pozostały po czasach, gdy Maksym używał tej maszyny:

„Nie wiem. Jakiś nonsens”.

„Wszystko to oczywiście nonsens” – Akaki Pietrowicz skinął głową – „Ale proszę, zaparkuj ten samochód z dala od domu. Inaczej ta księżniczka Syberii zupełnie oszaleje”.

Od tego czasu Borys starał się jak najrzadziej pojawiać się w domu księcia syberyjskiego i prawie cały czas spędzał z Niną na plaży. Tata szedł smutno za córką, a mama za tatą. Siadali na piasku i obserwowali pływaków.

Aby pozbyć się czujnych oczu rodziców, Nina wymyśliła mały trik: płynęła z Borysem za przewróconą łódkę zakotwiczoną niedaleko brzegu i tam cicho się całowali. A Borys wpadł na jeszcze prostszy pomysł – nurkować i całować się pod wodą. Tuż pod nosem mamy i taty.

Po jednym z tych podwodnych pocałunków Nina wypluła wodę z ust i zmarszczyła nos:

„Całowanie jest łatwe. Ale co potem?”

„A potem się pobierzemy” – powiedział.

„Nie, tak, ale trochę się boję”.

„Jest się czego bać?”

„Widzisz, miałam jedną wielką miłość…”

„No i co w tym złego? I u mnie też były”.

„Tak, ale boję się, że ta miłość może powrócić…”

„A kto to?”

„To tajemnica… Ale wcale nie jest tak, jak myślisz. Widzisz, technicznie rzecz biorąc, nadal jestem dziewczyną. Ale ogólnie jestem dużą b-e-e. Więc boję się, że się pobierzemy, a wtedy cię zdradzę”.

Zanurkował i wciągnął Ninę pod wodę, aby ją pocałować. Zamiast pocałunku otrzymał kopniaka w brzuch.

„Nie żartuję” – uśmiechnęła się techniczna dziewczyna. – „Jeśli cię pocałuję, to nic nie znaczy. Czasami całuję też moją poduszkę”.

Pomimo swojej technicznej niewinności Nina nie była nieśmiała w swoich wypowiedziach. Wieczorem chciała iść na spacer, a tata zaczął narzekać, że na porządne dziewczyny jest już trochę za późno. Nina położyła ręce na biodrach:

„Nie bój się, nie przyniosę dzieci w podołku”. Potrząsnęła wyzywająco rąbkiem i wybiegła z domu.

Techniczna dziewczyna znała wszystkie odosobnione zakamarki Bieriezowki. Biorąc Borysa za rękę, pewnie poprowadziła go w ciemności wzdłuż brzegu jeziora, pomiędzy stosami kamieni i drzewami powalonymi przez burzę. Dotarli więc do małego piaszczystego przylądka.

Po drugiej stronie jeziora dysk księżycowy wisiał cicho. Połyskująca, oświetlona księżycem ścieżka błyszczała po czarnej wodzie. Nina opadła na piasek, podciągnęła spódnicę do kolan i westchnęła z żalem:

„Och, kiedyś całowałam się tutaj z moją wielką miłością. Jak mawiają poeci:

„Ze wszystkich niemożliwych-możliwych możliwości, jesteś najbardziej niemożliwą ze wszystkich – i najmilszą ze wszystkich”.

„Co jest takiego niemożliwego?” – zapytał Borys.

„Nadal tego nie zrozumiesz. Dla ciebie to wszystko jest takie proste. Ale dla innych nie jest to takie proste. No cóż, znowu te cholerne komary”. Poklepała się po nagim ramieniu i słodko ziewnęła.

„No cóż, trochę dobrego. Chodźmy do domu!”

Czasami po pracy Borys wpadał do radia „Liberty” i zabierał Ninę do domu. W Zaułku Entuzjastów było jak zawsze cicho i pusto. Za dachami domów piętrzyły się chmury zachodu słońca niczym baśniowe góry, za którymi zaczyna się kraina marzeń. Ze stygnącej ziemi, z zapachu włosów Niny, z chmur na niebie – z tego wszystkiego emanowało odległe, ponętne wołanie.

Borys czuł się jak istota niebiańska i unosił się w wiecznej błogości, po drugiej stronie dobra i zła. Rozłożył ramiona i przeciągnął się, jakby miał odlecieć. Potem jego dłonie, niczym dwa duże i delikatne skrzydła, zamknęły się wokół Niny. Do tego stopnia, że zaparło jej dech w piersiach.

„Spokojniej, ty” – szepnęła. – „Zmiażdżysz mnie”.

„Ech, dobrze jest być ulubieńcem bogów” – powiedział.

„To właśnie jest złe, że jesteś ulubieńcem bogów. Obawiam się, że ty i ja jesteśmy obcym klasowo elementem”.

„Teraz mamy społeczeństwo bezklasowe”.

„Nie żartuję” – szepnęła. – „Mówię całkowicie poważnie”.

„Co takiego?”

„Jeśli jesteś ulubieńcem bogów, to bogowie nie lubią ludzi takich jak ja”.

„Dlaczego?”

„Boję się, że jestem trochę wiedźmą”.

„Sprawdzimy to teraz. Mówią, że czarownice nie potrafią kochać. Czy mnie kochasz?”

„Tak, wydaje się… trochę”.

„No cóż, świetnie” – zdecydował ulubieniec bogów. – „W takim razie będziesz moją ulubioną wiedźmą. To nawet interesujące”.

Aby sprawdzić, czy Nina jest wiedźmą, Borys opierał ją o każde drzewo i całował. Całowała całkiem nieźle. Ale z jakiegoś powodu ciągle mrużąc oczy, patrzyła w bok. Gdy tylko oparli się o kolejne drzewo, Nina wzdrygnęła się i odskoczyła na bok.

O zmierzchu pojawiła się smutna postać Akakiego Pietrowicza. Nina parsknęła niezadowolona:

„Dlaczego się tu kręcisz?”

Tata zwiesił głowę z poczuciem winy i przemknął przez bramkę.

„To on nade mną czuwa” – wyjaśniła Nina. – „Boi się, żebym cię nie zepsuła”.

Dusza Niny łączyła w sobie dziecięce marzenia i zimną skuteczność, przyjemną czystość i jeszcze przyjemniejszą bezwstydność, niepewność w jednym i nieskończoną pewność siebie w drugim. Dziś ze spuszczonymi oczami ćwierka, że poślubi najprostszego Wańkę i pójdzie za nim na krańce świata. A jutro zapewnia, że nie wyjdzie za mąż, ale zostanie karierowiczką. Potem znowu zmienia zdanie:

„Nie, wolę bawić się w nierządnicę”.

„Nie widzę twojego cudzołóstwa” – zauważył Borys.

„Dobrze, że nie widzisz” – uśmiechnęła się ukochana wiedźma.

Jej głos błyszczał taką pewnością siebie, jakby wszyscy mężczyźni leżeli u jej stóp jak głodne krokodyle. Potem zaczęła pieścić Borysa i mówić:

„Moja mała, moja mała myszeńka, mój głupieńki. I dlaczego tylko mnie, taką niedobrą, pokochałeś?”

Zakochani z poważnymi intencjami uwielbiają chodzić do muzeów, aby podkreślić ich powagę. Zapewne dlatego Nina i Borys poszli także do Muzeum Rewolucji Lenina, tego przy wejściu na Plac Czerwony.

Szklane pojemniki zawierały relikty Rewolucji Październikowej. Oto czarny płaszcz Lenina, stary i kusy, wielkości jakby na chłopca. Na płaszczu starannie zaznaczono małe dziury – nie od ciem, ale od kul Dory Kaplan. Właśnie tam, na specjalnej tablicy z napisem, znajduje się jedna z tych kul wielkości grochu, wyjęta z ciała Lenina. W następnej gablocie znajduje się czerwone pióro z trzema kopiejkami, taki, jakim zwykle posługują się uczniowie szkół podstawowych. Tym piórem Lenin podpisywał pierwsze dekrety rządu sowieckiego.

Dotarli więc do sali z połowy lat 30-tych, gdzie na ścianach wisiały obrazy przedstawiające różne etapy władzy sowieckiej. Nagle Nina ożywiła się i zaprowadziła Borysa do dużego monumentalnego płótna:

„Spójrz na to”.

Obraz był portretem zbiorowym i nosił tytuł „Kobiety – bohaterki rewolucji”. Grupa kobiet wokół stołu nakrytego czerwonym obrusem. Ale to nie jest świąteczny stół z kwiatami i wesołymi napojami. A te kobiety nie są w sukienkach z głębokim dekoltem, tylko w mundurach wojskowych. Niektóre miały ostre romby błyszczące na naramiennikach mundurów, co w tamtych czasach odpowiadało stopniom generałów.

Rząd sowiecki mocno podkreślał udział kobiet w rewolucji i korzystał z każdej okazji, aby uczcić ten wzruszający fakt. Na przykład Anka, strzelec karabinu maszynowego w filmie „Czapajew” czy kawalerzystka w „Żmii” Aleksieja Tołstoja. Ale to wszystko drobnostka. A tutaj nagle cała grupa generałów – kobiet, o których nic nie wiadomo (zdjęcie to do dziś wisi w Muzeum Rewolucji w Moskwie).

„Interesujące” – powiedział Borys. – „Dziwne jest tylko to, że nigdzie o nich nie napisano”.

Bohaterki rewolucji były w średnim wieku. Twarze poważne, powściągliwe, nawet trochę surowe. Gładko zaczesane włosy, ordery na piersi, szerokie wojskowe pasy z klamrami. Mundury wyglądały jak zwykłe mundury wojskowe, z jednym małym wyjątkiem: naszywki nie były czerwone, tylko malinowe. Noszono je w CzeKa i GPU.

Choć rewolucjonistki w Armii Czerwonej nie zaszły daleko, dotarły jednak do rangi generałów w organach terroru. W tamtych latach romb CzeKa-GPU każdego generała oznaczał tysiące, tysiące i tysiące zrujnowanych ludzkich istnień. Z tego powodu rząd sowiecki milczał na temat tych bohaterów rewolucji.

„Czy wiesz, kto to jest?” – Nina skinęła głową na piękną kobietę o zimnym spojrzeniu i generalskich rombach na naramiennikach. – „To dawniejsza księżniczka Szachowska. Teraz księżniczka Syberii. Ta, która pisze wspomnienia w Bieriezowce”.

Nina ćwierkała wesoło, ponieważ kiedyś w młodości, jeszcze przed rewolucją, jej matka przyjaźniła się z księżniczką Szachowską. I jak po rewolucji Zinaida Gerszelewna, pracująca już w CzeKa i GPU, pomagała matce i ojcu w trudnych czasach.

„Była bardzo dobrym człowiekiem” – podsumowała Nina. – „Dla naszej rodziny była po prostu aniołem stróżem. Dlatego nadal się z nimi przyjaźnimy”.

„To wszystko prawda”, powiedział Borys, – „Ale CzeKa nie daje rombów za darmo”.

To dziwne, że kiedy jest z Niną, ma wrażenie, że nawiedzają go cienie swojej przeszłości. Najpierw Bieriezowka, gdzie budzą się umarli. A teraz także tutaj. Przypomniał sobie swoje odległe dzieciństwo, mieszkanie Maksyma w nowych domach dla pracowników NKWD, jak ta sama Zinaida Gerszelewna we wzruszający sposób pomagała żonie Maksyma w pracach domowych, jak zajmowała się jego dzieckiem, a nawet zmieniała pieluchy. Potem tajemnicza śmierć Olgi i czerwone woskowe pieczęcie NKWD na drzwiach.

„Słuchaj” – zwrócił się do Niny – „powiedziałaś, że książę syberyjski miał romans z żoną funkcjonariusza NKWD…”

„Tak, z tego powodu biedna Zinoczka została później aresztowana. Jednak później wszystkie zostały uwięzione. – I Nina wskazała palcem dwie małe dziurki od gwoździ, do których kiedyś przyczepiono brązową tabliczkę z nazwiskami i imionami tych bohaterek rewolucji. Tablicę tę dlatego również usunięto, ponieważ większość tych nazwisk była pochodzenia żydowskiego: Róża Ziemliaczka, Maria Chaikina i tak dalej. Teraz był to po prostu bezimienny artefakt historyczny.

„Rewolucja to okrutna rzecz” – powiedział Borys. – „Przede wszystkim idą tam wszelkiego rodzaju sadyści. I strzelają do ludzi, dopóki sami nie zostaną zastrzeleni. Zatem rewolucja pożera własne dzieci, jak świnia pożera prosięta”.

Pamiętał, że jako chłopiec siedział w swoim pokoju i odrabiał lekcje. Za oknami szeleści liśćmi stary orzech. Na stole leżą zeszyty szkolne dotyczące historii ruchu rewolucyjnego. A niedaleko, oddzielone jedynie na wpół przymkniętymi drzwiami, tworzą się rewolucyjne zasady o wiele bardziej klarowne niż te w jego szkolnych zeszytach.

W sąsiednim pokoju siedzi pijany Maksym, w luźnej bluzie bez paska, z takimi samymi malinowymi naszywkami na kołnierzyku. Ale na rękawie ma nowy emblemat NKWD z okresu Wielkiej Czystki: wąż unoszący się na ogonie – i miecz unieruchamiający tego węża. Oszalały od wódki, z zaszklonymi oczami, starszy brat mamrocze, że jest czerwonym kardynałem i specjalnym przedstawicielem Stalina do walki ze złymi duchami, wiedźmami i wiedźminami, wilkołakami i goblinami i że nie spocznie, dopóki ich wszystkich nie zniszczy jako wrogów klasowych.

Potem czerwony kardynał huśta się na krześle, strzela z pistoletu we własny cień na ścianie i śpiewa kozim barytonem:

- Za ka-a-arę zadrży cały świa-a-at, sam sza-a-atan będzie prze-erażo-o-ony…

Kiedy wraz z Niną wyszli na ulicę i podeszli do samochodu, Borys spojrzał na przyklejoną do przedniej szyby czarną gwiazdę z czerwonymi toporami – emblemat 13 Wydziału KGB. Dlatego Zinaida Gerszelewna dostała ataku, gdy zobaczyła pod swoim oknem złowieszczy znak – symbol złego dobra. Podobno w 13 Wydziale, bohaterce CzeKa wsypano takiego pieprzu, że pamięta go nawet przez mgłę szaleństwa. Jej przenikliwy zajęczy pisk zabrzmiał w uszach Borysa:

„Lepiej mnie od razu zabijcie…”

Ech, i dlaczego ludzie rujnują sobie życie? Sami sobie? Albo sobie nawzajem?

Aby się uspokoić, pochylił się w stronę Niny i wdychał zapach jej skóry – takiej dobrej, czystej, wołającej do szczęścia.

* * *

Podczas gdy grzeszny święty Serafin Allilujew siedział w domu wariatów, nieszczęście spotkało także świętego grzesznika, Bartłomieja Kukaraczę. A to wszystko zaczęło się od kompletnej bzdury.

Rysownik Bartłomiej, domagając się podwyżki, przyszedł do komisarza Domu Cudów, Sosji Gilruda, i powiedział, że jego dzieciom nie starcza na mleko, a tatusiowi na wódkę. Ale Sosji to się nie spodobało i postanowił dać Bartłomiejowi nauczkę. I zrobił to bardzo prosto. Skłamał w agitpropie, że Bartłomiej zaczął pić i odmawiał pracy. A Bartłomieja okłamał, że zamiast podwyżki, agitprop wywala go z pracy.

W rezultacie Bartłomiej siedział w domu w Niedorobiewie i pił w niekontrolowany sposób, organizując tam wieczorki św. Bartłomieja. Więc pił i pił. Wkrótce dopił się aż do delirium tremens, białej gorączki i został zabrany do specjalnego szpitala dla ciężkich alkoholików. Kiedy pijanego w dym Bartłomieja sadzano do karetki, krzyczał do swoich dzieci:

„Najmilsi, nie zapominajcie o tatusiu! Na widzenie nie przychodźcie bez butelki!”

W szpitalu Bartłomiej, zgodnie z oczekiwaniami, został najpierw zabrany do łazienki i poproszony o kąpiel. Ale pod marynarką miał ukrytą litrową butelkę wódki. Wiedząc, że wódka na oddziale zostanie zabrana, Bartłomiej usiadł w wannie i aby dobro nie poszło na marne, zaczął pospiesznie opróżniać swój litr. A co nie mogło przejść mu przez gardło, wylał na głowę jak wodę kolońską.

Gdy sanitariusze weszli do łazienki, niemal udusili się oparami alkoholu. A nagi Bartłomiej pluskał się w wannie i upierał się, że jest kapitanem dalekomorskiej żeglugi. Potem nagle zakukaraczał radośnie.

Komentator radiowy Ostap Ogłojedow tak to skomentował:

„Wiecie, przecież Bartłomiej został umieszczony na oddziale dla alkoholików w tym samym domu wariatów imienia Kaszczenki, w którym więziony jest nasz Serafin”. Wielki mistrz Zarem analizował to w ten sposób:

„Mówią, że wojna psychologiczna to wojna psycholi. Więc zamiast szpitali wojskowych są tu domy wariatów”.

Kiedy Bartłomiej poczuł się trochę lepiej, poprosił o przeniesienie na oddział nr 7, gdzie siedział już Serafin Allilujew. Resztę można przeczytać w książce znanego dysydenta, Walerego Tarsisa „Oddział nr 7”.

Zamiast Bartłomieja, w Domu Cudów pojawił się nowy artysta, starszy mężczyzna z Niemców bałtyckich, a także jeden z byłych członków grupy zadaniowej Gilruda. Nowy artysta był wysoki i chudy jak składana miara oraz miał tak długi i czerwony nos, że od razu nadano mu przydomek Dzięcioł. Trzeba powiedzieć, że nos Dzięcioła nie bez powodu stał się czerwony. Uwielbiał pić i pijany wkrótce przyznał, że jego prawdziwym powołaniem jest fałszowanie banknotów.

Za te talenty Dzięcioł spędzał czas we wszystkich więzieniach Europy, aż trafił do tajnego wydziału wywiadu, gdzie przez wiele lat legalnie zajmował się fałszowaniem zagranicznych paszportów i walut obcych. W Domu Cudów Dzięcioł ciągle ziewał i narzekał, że się nudzi.

„A co z rublami sowieckimi?” – dociekał zapracowany geniusz finansowy, Sarkisjan.

„Nie, nie daj Boże!” – Dzięcioł potrząsnął nosem. – „Teraz przerzuciłem się na święte ikony namalowane przez Andrieja Rublowa. Dla amerykańskich turystów. Robota jest tak czysta, że nie jestem w stanie rozróżnić, który jest oryginałem, a który kopią. Aż szkoda je sprzedawać”.


Następny rozdział
Powrót do spisu treści