Grigorij Klimow «Imię moje Legion»

Rozdział 9. Zimny ogień

Diabeł nie może kochać i nie kocha tych, którzy kochają.

Denis de Rougemont, Rola diabła

Kierowca Domu Cudów, Liusia Szelaputin, nieudany potomek poezji i prozy, mieszkał w Niedorobiewie z matką, poetką Iriną Zabubienną. Jeśli w sprawach miłosnych Irina słynęła z frywolności, Liusia zakochiwał się tylko na poważnie. Równie poważnie zakochał się w Kapitalinie, sekretarce czarownika Sosji Gilruda, mieszkającej w sąsiednich koszarach.

Przy każdej okazji Liusia wyjmował z kieszeni portret ukochanej i dumnie pokazywał go innym:

„Spójrzcie, moja wybranka!”

„Była już panną młodą wszystkich” – zauważył flegmatyczny Filimon.

Aby stworzyć piękne życie dla swojej narzeczonej, Liusia postanowił zbudować sobie wiejski dom. Zaczął od kupna od portiera Nazara na wpół spalonego kampera na kołach, który ten kiedyś kupił od cyganów. Następnie Liusia zaparkował swoją cygańską furgonetkę na jakimś bezużytecznym pustkowiu, około dwudziestu kilometrów od Moskwy i czasami jeździł tam na rowerze, aby podziwiać swoją daczę. Teraz czuł się jak baron cygański i chciał jak najszybciej się ożenić. Ale życie na takiej daczy wcale nie podobało się Kapitalinie.

„Słuchaj, dlaczego wyrzucasz pieniądze w powietrze?” – eksmilioner Sarkisjan przekonywał nieszczęsnego pana młodego, – „W końcu ona jest po prostu puszczalska. Jest warta piątaka w dzień targowy. A Żorżik był już tam za darmo, z szybkim numerkiem. Zapytaj Żorżika, jak to się robi”.

Na to baron cygański z dumą oznajmił:

„To się dla mnie nie liczy. Dusza jest dla mnie ważna!”

Aby zdobyć duszę Kapitaliny, Liusia publicznie ogłosił, że wkrótce da jej taki prezent, że wszyscy będą się chwiali z zazdrości. Lecz wkrótce potem on sam zaczął się chwiać. I nie z zazdrości, ale przy każdym powiewie wiatru. Potem niespodziewanie zemdlał. Patrząc na Liusię wyciągniętego na podłodze, zezowaty Filimon szturchnął łokciem rozszalałego Artamona:

„Z takim kierowcą dość łatwo jest pojechać do innego świata”.

Artamon warknął na nieprzytomnego Liusię, tak, że natychmiast obudził się z omdlenia:

„Po co ty du-r-raka udajesz?!”

„Tak, wiesz, kręci mi się w głowie…”

„Zawroty głowy od sukcesu” – stwierdził Żorżik.

„To dlatego, że jest głodny” – wyjaśnił portier Nazar. – „Nauczył się od swojego ojczulka, posila się tylko wodą z kranu”.

Okazuje się, że biedny kierowca postanowił kupić ukochanej astrachański płaszcz i chcąc zaoszczędzić pieniądze, zagłodził się. Księgowy Sarkisjan wziął ołówek i szybko obliczył, że Liusi będzie do tego potrzebne dziesięć lat nieprzerwanego strajku głodowego.

Kapitalina nie miała jednak cierpliwości tak długo czekać na obiecany płaszcz. A przede wszystkim męczył ją fakt, że kiedy przyjmowała gości, Liusia nieustannie kręcił się pod jej oknami, a nawet zaglądał przez szczeliny. Ogólnie rzecz biorąc, panna młoda udzieliła panu młodemu oficjalnej odmowy. Oznacza to, że na oczach świadków wysłała go do stu diabłów.

Baron cygański zamrugał oczami i poszedł do domu, do matki. Ale tam Irina Zabubiennaja przyjmowała także panów, a Liusia znów musiał warować pod oknami. Następnego dnia po Domu Cudów rozeszła się złowieszcza wiadomość:

„Słyszeliście? Nasz baron cygański otruł się!”

„Jak to?”

„Tak, zjadł słoik trutki na muchy i karaluchy. Znalazł to w kuchni. A potem wypił naftę przeznaczoną dla prymusa”.

„Więc coś jest z nim nie tak?”

„Wywrócony na lewą stronę. Teraz jest płukany w szpitalu”.

Tym najmniej martwił się ojciec Liusi. W poczuciu wyższości potomek Czyngis-chana oświadczył:

„Czy tak się trują? Kiedy mnie otruto, to pisali we wszystkich gazetach. Trułem się publicznie – w restauracji”.

„Już truł się dwadzieścia razy” – potwierdził księgowy Sarkisjan. – „I przeżyje nas wszystkich”.

„Nie tylko się trułem” – powiedział z dumą potomek Czyngis-chana – „próbowałem wszystkich sposobów”.

„A jaki jest najprzyjemniejszy sposób?” – zapytał Filimon.

„Najlepiej wyskoczyć z domu. Kiedyś wspiąłem się na dach, na szóste piętro. Oczywiście zebrało się mnóstwo ludzi. I wszyscy strasznie próbują mnie od tego odwieść.

„Jak przeżyłeś?”

„Jak? No cóż, odradzali, odradzali – i odradzili”.

Ponieważ próba samobójcza jest problemem społecznym, wiceprezes Domu Cudów ds. problemów społecznych, Muszer Dunduk, postanowił poznać tę historię i zwrócił się o pomoc do matki Liusi.

„Liusia ma te same problemy, co jego tata” – odpowiedziała Irina Zabubiennaja.

„Jakie problemy?”

„Zła dziedziczność” – odpowiedziała wymijająco poetka. I Muszer nie dostał od niej nic więcej.

Jednak los wkrótce zlitował się nad nieszczęsnym Liusią. A może w końcu trafił na swój szczęśliwy los w tej loterii, zwanej życiem. Ogarnęło go takie szczęście, że nawet przyzwyczajeni do cudów mieszkańcy Domu Cudów nie od razu w to uwierzyli.

Rolę dobrej wróżki odegrała w tym przypadku żona portiera Nazara, którą wszyscy nazywali po prostu Nazariką, starsza kobieta, nawet trochę bezzębna i niczym się nie wyróżniająca, o której istnieniu sobie przypomniano dopiero wtedy, gdy przyszła ze skargą, że Nazar pobił ją ponownie.

W młodości Nazarika była fryzjerką. Teraz, zapewne nie bez wiedzy odpowiednich władz, dorabiała sobie prywatnie, robiąc fryzury dla żon pracowników ambasady amerykańskiej. W ten sposób poznała młodą córkę amerykańskiego dyplomaty. Czasami Nazarika jechała do Amerykanki, czasem widywano tę Amerykankę, która przyjeżdżała do Nazariki ogromnym czerwonym Lincolnem. Podczas jednej z takich wizyt, Amerykanka o imieniu Juliet, zobaczyła Liusię i... zakochała się w nim. Rozpoczął się sekretny romans, podobnie jak Romeo i Julia, z Nazariką funkcjonującą w roli swatki.

„Ta Amerykanka prawdopodobnie jest niewidoma” – zachichotał Żorżik.

Ale Nazarika zapewniła, że Julia jest prawdziwą pięknością, a ponadto córką milionera.

„Och, na tym biznesie można zarobić” – Akob Sarkisjan chwycił się za serce. – „Jeśli Liusia nie okaże się kompletnym idiotą, to dopasujemy się do tej milionerki jako partnerzy. Sprzedam jej najróżniejsze pomysły”.

Wokół Domu Cudów zaczęli mówić, że Liusia uchyla się od pracy, ponieważ wkrótce poślubi swoją księżniczkę dolarową i wyjedzie do Ameryki.

„A niech to diabli...” – Żorżik był zazdrosny. – „Najwyraźniej to, co mówią, jest prawdą: głupcy mają szczęście”.

A Nazarika podawała coraz więcej szczegółów. Okazuje się, że ojciec Julii dorobił się milionów jako król konserw.

„Jakie on ma konserwy?” – dopytywał się zapracowany Akob Sarkisjan. – „Mówią, że w Ameryce robią konserwy dla psów. Mam dobry pomysł: robić z nich pierożki dla ludzi. Można nieźle zarobić”.

„Wszystko sprowadzasz do kwestii pieniędzy” – stwierdziła z pogardą Nazarika. – „Ale za pieniądze nie kupisz miłości”.

„Proszę, nie ucz mnie” – były milioner poczuł się urażony. – „Choć jestem żonaty, znam też cenę miłości. Mogę ci powiedzieć dokładnie według stawki. Jak na giełdzie”. – I Akob powiedział coś takiego, że Nazarika zatkała uszy i uciekła. Potem poskarżyła się Nazarowi, że Akob składał jej nieprzyzwoite propozycje.

W miarę rozwoju historii z dziedziczką milionów amerykańskich, wydawało się, że nieszczęsnego Liusię, nawet w szczęściu, prześladują nieszczęścia. Julia mieszkała z ojcem, matką i bratem. Zaczęło się od nagłej śmierci ojca w wypadku samochodowym.

„To amerykański sposób samobójstwa” – autorytatywnie stwierdził potomek Czyngis-chana.

Wtedy brat Julii też zakochał się w Rosjance i też chciał się ożenić. Ale z jakiegoś powodu matka stawiała opór. Następnie, aby przekonać innych, brat wyciągnął dużego colta swojego ojca.

„Aż taki duży?” – Nazarika rozłożyła ręce.

Widząc to, Julia rzuciła się, by zakryć matkę swoim ciałem. W rezultacie matka znalazła się na cmentarzu, Julia w szpitalu, a brat w więzieniu. Sytuacja jest tak skomplikowana, że sam Szekspir nie jest w stanie jej rozwikłać.

Z raną w klatce piersiowej Juliet leżała w szpitalu i walczyła, między życiem a śmiercią. Wszystko to wydawało się raczej fantastyczne i nieprawdopodobne, ale wystarczyło spojrzeć na biednego Romea, który ze szklistymi oczami błąkał się po Domu Cudów, aby przekonać się, że to wszystko była gorzka prawda. Nawet sam rozszalały Artamon, zamiast nakrzyczeć na kierowcę, po prostu chodził pieszo do domu w obawie, że oszołomiony żalem Liusia wpadnie na słup.

Stan Julii okazał się na tyle poważny, że biedaczkę trzeba było przewieźć do jakiegoś specjalnego szpitala, do jakiegoś specjalnego profesora w Leningradzie. Ale pomimo odległości prawie codziennie dzwoniła do swojego Romea na telefon międzymiastowy i wciąż była pewna swojej miłości.

Wszyscy widzieli Liusię, bladego i z wyłupiastymi oczami, mamroczącego coś do telefonu i próbującego chodzić na palcach. Po takich telefonach, całkowicie pogrążony w złym szczęściu, biedny Romeo błąkał się po Domu Cudów jak lunatyk, wpadając na stoły i krzesła, albo siedząc i rozmawiając sam ze sobą.

Przede wszystkim ta historia zaniepokoiła oczywiście zastępcę prezydenta Domu Cudów do spraw społecznych, Muszera Dunduka. W końcu Muszer wszedł do pokoju swojego prezydenta i powiedział:

„Słuchaj, Borysie Aleksanyczu, co myślisz o tej amerykańskiej historii? Z morderstwami i tak dalej...”

„Kiedy byłem w Ameryce” – powiedział prezydent – „codziennie w gazetach pojawiały się takie historie. Ameryka to kraj szaleńców”.

Aby pokazać swoją miłość w działaniu, Amerykańska Julia postanowiła podarować radzieckiemu Romeo swojego czerwonego Lincolna i nawet wysłała mu kluczyki do samochodu pocztą. Brzęcząc tymi kluczykami, Liusia biegał po Domu Cudów, pokazując je wszystkim. I wszyscy szczerze mu zazdrościli, wyobrażając sobie, jak biedny Liusia wkrótce będzie jeździć samochodem dla milionerów. Jedynym problemem było to, że ten Lincoln był z Julią w Leningradzie.

Dlatego Liusia przybył do Muszera i poprosił o pozwolenie na wyjazd do Leningradu po tego Lincolna.

Liusia wyglądał na tak żałośnie przestraszonego, że Muszer również poczuł się nieswojo.

„Czy masz pieniądze na podróż?” – zapytał Muszer.

„Niee…”

„Jak pojedziesz?”

„N-nie wiem…” „Przecież nie masz pieniędzy na chleb. A ten Lincoln zjada więcej benzyny niż twoja pensja. Gdzie zdobędziesz pieniądze?”

„Pożyczę…”

„U kogo?”

„U w-was…”

Muszer był osobą niezwykle łagodną i sympatyczną. Ale Liusia, z rękami w kieszeniach, wpatrywał się w niego tak bardzo cierpiącym wzrokiem, że Muszer poczuł nagle obrzydzenie. Przecież to nie jest człowiek, ale chodząca nuda, prawdziwy nudziarz.

„Wiesz co?” – powiedział Muszer. „Patrząc na twoje matowe oczy, też zaczyna mnie boleć brzuch. Nie oszukuj mnie. I idź do diabła”.

Ale ostatni z Czyngis-chanów wcale się nie obraził, tylko gorączkowo podciągnął spodnie, dziwne drżenie przebiegło jego ciało, a jego cierpiąca twarz rozjaśniła się odblaskami jakiegoś nieznanego złego szczęścia. Muszer wiercił się na krześle, niecierpliwie czekając, aż Liusia w końcu wyjdzie. Ale on, jakby przedłużając przyjemność, przestępował z nogi na nogę.

„Dobrze?” – powiedział Muszer. – „Dlaczego wyciągasz ze mnie duszę? Idź do diabła!”

„No cóż” – ostatni z Czyngis-chanów ponownie podciągnął spodnie. – „Dziękuję bardzo…”

Nie wyjmując rąk z kieszeni, jakby trzymając w nich swoje złe szczęście, Liusia powlókł się do drzwi z taką miną, jakby miał zaraz rzucić się pod tramwaj. Mieszkańcy Domu Cudów patrzyli na niego z żalem, nie wiedząc, jak złagodzić jego smutek.

Miłość amerykańskiej Julii i radzieckiego Romea była naprawdę silniejsza niż śmierć. Czując zbliżający się koniec, dolarowa księżniczka zdecydowała się jeszcze przed śmiercią poślubić swojego cygańskiego barona i powiadomiła go o tym telefonicznie. Na szarym tle socrealizmu rozegrała się nagle tak fantastyczna historia, że nie można już dalej.

W Domu Cudów zaczęli kombinować. Jeśli tata-milioner zabił się, mama zabita, brat w więzieniu, a siostra wyjdzie za Liusię i również umrze, przecież wówczas wdowiec Liusia zostanie spadkobiercą amerykańskich milionów!

„Liusia, postaw chociaż butelkę wódki pod swoje miliony” – prosił przymilnie Żorżik Butyrski.

„Najważniejszą rzeczą jest karma dla psów w puszkach” – martwił się Akob Sarkisjan. – „Nie pozwól tylko, aby nasze pierożki stały się zbyt tanie!”

Ta wspaniała historia zakończyła się smutno. Do wzburzonego Artamona podbiegła zapłakana Nazarika. Kiedy odeszła, Artamon zawołał swojego kierowcę na przesłuchanie i szczeknął: – „Cóż, przyznaj się do wszystkiego!”

Biedny Romeo zalał się łzami i przyznał, że padł ofiarą podstępnej Nazariki. Wszystko zaczęło się od tego, że Liusia faktycznie zobaczył Amerykankę, która przyjechała do Nazariki czerwonym Lincolnem i zgodnie z oczekiwaniami zakochał się w niej. Ale Nazarika interweniowała w tej sprawie: ona też chciała miłości – i zaczęła dzwonić do Liusi przez telefon, udając zakochaną Amerykankę. Ponieważ brakowało jej połowy zębów, całkiem skutecznie udawała amerykański akcent.

Podczas tego telefonicznego flirtu, Liusia tak bardzo zakochał się w swojej księżniczce dolarowej, że gdy poznał bezlitosną prawdę w obliczu Nazariki, nie mógł już rozstać się ze swoim marzeniem. Aby jakoś wybrnąć z tej sytuacji, postanowił zabić Amerykankę. Potem zlitował się nad swoją ukochaną i umieścił ją w szpitalu.

A później Nazarika stała się ofiarą Liusi. Teraz sam zmusił Nazarikę, aby zadzwoniła do niego przez telefon jako umierająca Amerykanka. Potem zapragnął prezentu na pożegnanie – i zmusił Nazarikę, aby przez telefon podarowała mu czerwonego Lincolna. Kiedy kazał Nazarice spisać testament, przestraszyła się i powiedziała wszystko szalonemu Artamonowi.

„Mówią, że to prawda, że czasami jeden głupiec oszukuje dziesięciu mądrych ludzi” – filozofował flegmatyczny Filimon. – „Ale pod pewnymi warunkami Liusia mógłby zostać wielkim artystą. Bardzo wczuwa się w swoją rolę””.

„Kiedy byłem dyrektorem szkoły specjalnej dla dzieci ułomnych” – mruczał rozwścieczony Artamon – „nawet tam nie spotkałem takich idiotów jak ten Liusia”.

Wszyscy byli pewni, że po takiej porażce ostatni z Czyngis-chanów z pewnością popełni samobójstwo i każdego ranka sprawdzali, czy jeszcze żyje, czy nie. Ale okazało się trochę inaczej. Ze swoją zwykłą pasją, niczym baron cygański, który nie może żyć bez miłości, Liusia nagle zakochał się w zdradzieckiej Nazarice, z którą był już trochę zaznajomiony. Chociaż Nazarika była na tyle dorosła, że mogłaby być jego matką, Liusia teraz szarmancko zaprosił ją, aby podziwiała jego wiejską posiadłość na kółkach, którą nabył od portiera Nazara i w której Nazarika kiedyś spędziła swoją młodość.

Zastępca Prezesa Domu Cudów ds. społecznych właśnie drapał się po głowie.

„Co za diabelska karuzela…” I flegmatyczny Filimon potrząsnął głową: „Nie ma na świecie smutniejszej historii niż historia Romea i Julii”.

* * *

W domu pod złotym kogutem, profesor mrocznych spraw Malinin kontynuował prywatne lekcje z czarnej socjologii:

„Borys Aleksanycz, w twoim Domu Cudów niedawno zakończyła się sprawa Romea i Julii. Co o tym myślisz?”

„Kompletny idiotyzm”.

„Wszystko to prawda, ale zwróć uwagę na następujące szczegóły: Liusia, czyli Aleksiej Szelaputin, jest rzeczywiście ostatnim żyjącym potomkiem Czyngis-chana. A nawet więcej. Przed rewolucją jego ojciec, Liuka Pierfiliewicz Timurow, należał do starej arystokracji rodzinnej i nosił nazwisko Gantimurow, a jeszcze wcześniej Chan-Timurow. A Tamerlan nazywał się Chan Timur. Po dokładnym sprawdzeniu, dowiedzieliśmy się, że w tej starożytnej rodzinie szlacheckiej krzyżowali się nie tylko potomkowie Czyngis-chana, ale także potomkowie Tamerlana. Dawno, dawno temu rosyjscy książęta byli dumni z takiego pokrewieństwa.

„Lecz rezultaty są dość smutne” – powiedział Boris.

„Tak, od tego czasu minęły setki lat. To, co teraz widzicie, jest wyraźnym przykładem degeneracji. Zwyrodnienia. Dawno, dawno temu Czyngis-chan i Tamerlan zdewastowali i zniszczyli większość ludności ówczesnej Rusi. A teraz wydaje się, że ich potomkowie płacą za grzechy swoich przodków”.

„Powiedz mi, czy matka Liusi to naprawdę była baronowa Rosenberg?”

„To była Żydówka. Wyszła za mąż za barona bałtyckiego, Rosenberga. I potem została uwiedziona przez potomka Czyngis-chana. Swoją drogą, zwróć uwagę na ten schemat: Żydzi często mieszają się z degeneratami z wyższych sfer. To jeden z aspektów filozofowania Bierdiajewa na temat zjednoczenia szatana i antychrysta, którego efektem ma być rzekomo królestwo księcia tego świata. Teraz spójrz sam na tę rodzinę i jakie tam mają królestwo. Dlatego mówią, że szatan często płaci nie złotem, ale połamanymi odłamkami.

* * *

Radio „Liberty” radziło sobie dobrze. W związku z rozwojem ruchów narodowowyzwoleńczych narodów kolorowych, nasiliła się rewolucyjna propaganda w radiu. Oprócz działów amerykańskich i europejskich otwarto nowe działy dla nowopowstałych krajów azjatyckich i afrykańskich. Amerykańska propaganda radiowa opierała się na separatyzmie w Rosji. W ten sam sposób radio „Liberty” wchodziło na amerykańskie tyły.

Liza i Nina też miały się dobrze. Odkąd francuska Liza dołączyła do radia „Liberty” i zaczęła rywalizować z Niną, rywalizujące przyjaciółki zgromadziły trochę pieniędzy i ubrały się lepiej. Zamiast starego płaszcza swojej babci, Nina, córka niebieskiego kirasjera, kupiła sobie nowe futro z kręconej jagnięciny. A Liza, wnuczka senatora, chcąc dotrzymać kroku rywalce, kupiła sobie podobne futro ze strzyżonej jagnięciny.

Ale później ich gusta się rozeszły. Liza do pracy nosiła sukienki z tak uwodzicielskimi dekoltami, jakby wybierała się na randkę. A Nina wpadła w drugą skrajność. Uszyła sobie garnitur na miarę z szorstkiego materiału i założyła go do biura jako strój roboczy.

„Ta marynarka drapie jak chłystowska włosienica” – skomentował Ostap Ogłojedow. – „Uch, Matka Boża włosiennicza”.

Mówiąc obiektywnie, Liza i Nina nie były oczywiście głupimi dziewczynami i były utalentowane na swój sposób. Wiedziały bardzo dobrze, że reklama jest motorem handlu. Zatem Nina, z miną eksperta, brała czyjś scenariusz, marszczyła nos i z pogardą odrzucała go na bok. I wszyscy od razu widzieli, jaka była mądra. A Liza wprost twierdziła, że radio „Liberty” opiera się tylko na niej. Zrobiły to tak zręcznie i szybko, że dyskusja z nimi była zupełnie bezcelowa.

Naturalnie, ze względu na swoją młodość, trochę zakręciło im się w głowie od sukcesu i wyobrażały sobie, że wszystko wokół nich jest kompletną nicością. Tak więc w kącie siedzi stary, stareńki eser-terrorysta, który już biegał z bombami w rękach, kiedy Lizy nawet jeszcze nie było na świecie, i którego nazwisko jest zapisane we wszystkich annałach rewolucji. I Liza podchodzi do tego czcigodnego starca i mówi najsłodszym głosem:

„Och, wybaczcie mi, proszę, ale zapomniałam, jak wasze nazwisko…”

Zgrzybiały terrorysta wie, że Liza doskonale zna jego nazwisko, ale celowo udaje, że zapomniała. Terrorysta jest zły, a Liza wie, że jest zły i uśmiecha się do niego jeszcze słodko: „Więc przepraszam, jak się nazywacie?”

Albo młoda Nina podchodzi do Ostapa Ogłojedowa, czcigodnego ojca obcej, ale dużej rodziny, i z tak rozkoszną bezczelnością zwraca się do niego jak do ulicznego urwisa:

„Ej, Ostapka, biegnij do towarzysza Czumkina. No dalej, żywo!”

Z powodu takiego bezwstydnego traktowania, Ostap oczywiście obraża się i warczy jak niedźwiedź w barłogu, a Ninie tylko tego trzeba. Ostap narzeka, że znowu boli go wrzód żołądka, a Nina patrzy na niego błyszczącymi oczami i uśmiecha się.

Dzięki swemu żartobliwemu umysłowi i żywiołowości charakteru, Liza i Nina zawsze miały niewyczerpane zasoby takiej rozrywki. Dlatego nigdy się nie nudziły. Nie pozwalały też nudzić się innym.

To prawda, że niektórzy pomrukujący uważali te śmieszne dowcipy za po prostu brudne sztuczki i nazywali pomysłowe dowcipniczki jędzami. Wszystko to, tak czy inaczej, obudziło i ożywiło senną atmosferę socrealizmu w radiu „Liberty”. W przeciwnym razie muchy by tam zasnęły.

Nowy Rok nadszedł niezauważony. Tradycyjnie większość pracowników agitpropu świętowała Nowy Rok na balu maskowym w klubie Aerofłotu na Leningradzkiej Szosie. No i rozpoczęły się wszelkiego rodzaju spotkania i przygotowania.

Monna Nina, jak zazwyczaj, zachowywała się stanowczo i surowo wobec swoich adoratorów. A Liza ze swoim dekoltem zachowywała się jak osoba towarzyska. Nie czekała, aż zostanie zaproszona, ale sama wybierała swoich partnerów. Tym razem wybrała Ostapa i zaprosiła go do świętowania Nowego Roku jako jej partnera.

W głębi duszy Ostap chciał odpocząć od żony, cudzych dzieci i nerwowych kotów. Ponadto zaproszenie francuskiej Lizy schlebiało jego męskiej próżności.

„A Nina nie pójdzie za nami?” – Zapytał ostrożnie.

„Nieee” – zaśpiewała słodko Liza. – „Pójdziemy we dwójkę”.

„Dobrze” – zgodził się Ostap. – „Żeby nie było zamieszania”.

W klubie Aerofłotu bal maskowy trwał pełną parą, i wszystko zapowiadało przyjemny wieczór. Jako kostium maskaradowy Ostap założył swój cenny frak, symbol dobrego życia, owinął głowę turbanem z ręcznika i wyglądał jak prawdziwy maharadża. Liza okazała się na tyle rzeczowa, że nawet zarezerwowała z wyprzedzeniem osobny stolik. Przy stoliku obok siedział Borys Rudniew w czerwonym tureckim fezie na głowie i z jakąś dziewczyną przebraną za tahitankę z hula hula na szyi.

Skoro tylko Ostap i Liza zasiedli do swojego stolika, niczym z podziemi, w pobliżu pojawiła się Nina, w sukni balowej i z pogodnym uśmiechem na twarzy. Ciągnęła za rękę swojego kawalera, ślicznego cherubina, około piętnastoletniego chłopca, który mrugał ze strachu oczami. Nina bez słowa usiadła obok Lizy.

„Prosimy o zajmowanie miejsc zgodnie z zamówionymi miejscami” – przypomniał Ostap.

„To są nasze miejsca” – prychnęła Nina. – „Zamówiłyśmy je dawno temu”.

„Tak, znowu twoje sztuczki” – powiedział ponuro Ostap.

Ale rywalizujące przyjaciółki już rozmawiały zapominając o wszystkim na świecie. Kawaler Niny nie wiedząc co robić, usiadł na czubku krzesła, schował ręce w kolanach i rozglądał się ze strachem, jakby spodziewał się, że zaraz podejdzie do niego milicjant i wyprowadzi go z sali jako nieletniego.

Kiedy Ostap zamówił butelkę wina, biedny chłopiec skurczył się i zbladł. Najwyraźniej wszystkie pieniądze wydał na bilety, ale nie myślał o dalszych wydatkach. Przeklinając w głębi serca Ninę i jej kawalera, Ostap, jak dżentelmen, nalał cztery szklanki. Kiedy nalewał wino, zaczęła grać muzyka, a Nina zapominając o swoim chłopaku, pociągnęła Lizę do tańca. A Ostap pozostał na stanowisku opiekunki do dziecka. Kiedy dziewczyny wróciły, Ostap ściągnął turban na bok i ponuro oświadczył:

„Nina, twoje dziecko chce spać. I zaczynam mieć tego dość…”

„Wy dwoje tańczcie razem” – poradziła Nina. Pomiędzy stołami przeszedł fotograf, a Nina postanowiła zrobić fotografię.

„Po prostu się odsuńcie” – poprosiła obu panów. – „Żeby nie zepsuć zdjęcia”.

Wnuczka senatora usiadła na krześle i uśmiechnęła się uwodzicielsko. A córka niebieskiego kirasjera stała z tyłu, opierając się o oparcie krzesła i wystawiając nogę.

„Tak filmowano naszych dziaduszek za krzesłami babuszek” – zauważył Ostap. – „Nina, do pełnego efektu brakuje wam tylko wąsa i szabli”.

Po wytańczeniu się i napozowaniu do fotografii, wesołe i podekscytowane Liza i Nina w końcu usiadły, aby odpocząć. Podrzutek Niny siedział i nie wiedział, po co go tu przywieziono. I Ostap pochylił się do sąsiedniego stołu, przy którym siedział Borys Rudniew, i zapytał:

„Słuchaj, Boria, możesz mi pomóc? Podwieź mnie i Lizę swoim samochodem do klubu DKA”.

Otrzymawszy zgodę, Ostap zwrócił się do Lizy niczym niezadowolony maharadża:

„Widzę, że tak się sklejacie, że was nawet wodą się nie rozklei. Czy uważasz, że jesteś bardziej przebiegła niż wszyscy inni? Przecież widzę wszystkie twoje sztuczki – i nawet głębiej. Zabrałyście mnie na bal maskowy dla własnego zamaskowania? Chcecie iść na bal za darmo? I pić na krzywy ryj?”

Ostap dopił szklankę i skinął głową w stronę kawalera Niny:

„I nawet wykorzystały tego młokosa. Tak, być może ukradł ojcu ostatnie pieniądze na bilety. To się nazywa deprawacja małoletnich”.

„Co za chamstwo?” – obraziła się córka kirasjera. – „Wyraża się jakby slangiem złodziejskim”.

Maharadża naciągnął turban na oczy:

„Widziałem w łagrze tysiące takich jak ty. Myślisz, że jestem frajerem? Jesteś tutaj na sucho. Zapłaciłem pieniądze { пенензы – slang złodziei } za Lizę, więc z nią tańczę. Dla zasady! Rozumiesz?”

Maharadża wstał i ujął wnuczkę senatora za rękę:

„Idziemy!”

„Dokąd?”

„Gdzie Niny nie ma.” – I poprowadził Lizę do wyjścia. Wnuczka senatora próbowała się opierać, ale jej dłoń została uwięziona, jak w potrzasku na niedźwiedzie. W desperacji Liza zwróciła się o pomoc do Niny. Córka kirasjera chwyciła ją za drugą rękę i ciągnęła w przeciwnym kierunku. Biedna Liza nie mogła złapać tchu. Miała wrażenie, że zaraz zostanie rozerwana na pół.

„Ten potwór siedział w obozie z prostytutkami!” – krzyknęła z wściekłością córka kirasjera. – „Więc teraz on też nas tak traktuje!”

„Tak, jesteście gorsze niż jakiekolwiek prostytutki” – sapnął maharadża. – „Takie, pieniądze biorące – i nic nie dające”.

Ludzie przy sąsiednich stolikach z zainteresowaniem przyglądali się, jak olbrzymi facet w turbanie i fraku przechodzi przez salę i niczym tragarz barki ciągnie za sobą rozczochraną blondynkę, w którą druga dziewczyna wczepiła się jak rak w topielca.

„Zobaczcie, przez Ostapa dwie babki się pobiły!” – powiedział z zazdrością Liusia Szelaputin. – „Ech, ludzie mają szczęście”.

Przy szafie Nina zaczęła krzyczeć, że Ostap nie ma prawa do Lizy. Ostap wyciągnął bilet z kieszeni i potrząsnął nim w powietrzu. Nina krzyczała, że jest darmozjadem, bezczelnym łobuzem, mafiozą i oszustem. Ostap z oburzeniem rozpiął frak i jak goryl uderzył się pięścią w pierś. Wokół zaczął gromadzić się tłum zaciekawionych ludzi. Nie ubierając się, Ostap wziął Lizę na ręce i poniósł ją do wyjścia.

Nina ponownie chwyciła swoją rywalizującą przyjaciółkę, próbując odciągnąć ją od Ostapa. Tak więc w ogniu bitwy cała trójka wybiegła na ulicę w fantazyjnych strojach. Ale nawet mroźne zimowe powietrze nie ochłodziło wojowniczego ducha córki kirasjera.

„Wezwę milicję!” – krzyknęła.

Ostap w milczeniu wepchnął wnuczkę senatora na tylne siedzenie białego ZIŁa prowadzonego przez Borysa Rudniewa, sam usiadł i odetchnął z ulgą:

„Uff, jedźmy szybko, inaczej Nina wskoczy na dach”.

Jednak gdy tylko samochód ruszył, Nina w biegu otworzyła drzwi i wskoczyła obok Lizy. Sytuacja była taka, że w samochodzie mogła wybuchnąć bójka. Borys skręcił z autostrady Leningradzkiej i teraz jechali przez opuszczony Park Piotrowski. Córka kirasjera była wściekła i zażądała:

„Borys, natychmiast zatrzymaj samochód!”

Na wszelki wypadek Maharadża odsunął się od Niny i poradził:

„Borys, jedź na milicję. Zdamy Ninę na wytrzeźwiałkę”.

„Zatrzymaj samochód” – syknęła ze złością córka kirasjera. – „Mówię po raz ostatni. Bo inaczej...”

Wściekła pociągnęła za klamkę i otworzyła drzwi samochodu. Drzwi zagarniały powietrze i nie można było tak jechać.

„To znany numer” – powiedział maharadża głębokim głosem. – „To właśnie robią wszystkie dziewczyny ulicy, kiedy muszą wysiąść z samochodu”.

Widząc, że Nina albo przyklei się komuś do oczu, albo wypadnie z samochodu, Borys zwolnił i powiedział:

„Ej, zamknij drzwi”.

Ale Nina otworzyła drzwi jeszcze bardziej. Po czym rozległ się trzask szkła i metalu. Drzwi zaczepiły się o latarnię i wisiały bezradnie na połamanych zawiasach. Borys zjechał na bok i zatrzymał samochód.

„A za taki wandalizm już biją w mordę” – powiedział złowieszczo Ostap.

„Tego właśnie wam potrzeba, chuligani” – syknęła Nina. – „Żebyście wiedzieli, jak traktować porządne młode damy. Och, ciemniaki z zaułka!”

Podczas gdy Borys przeklinał i oglądał rozpieprzony bok samochodu, ona szybko wyskoczyła i pociągnęła Lizę za sobą. W obawie, że faktycznie zostaną pobite, rywalizujące przyjaciółki uciekły. Maharadża wychylił się z samochodu i splunął za nimi:

„Ech, takie suki powinny być zabijane zaraz po urodzeniu!”

Tak radośnie niektórzy pracownicy Radia Liberty świętowali Nowy Rok. Potem Ostap Ogłojedow usiadł i westchnął ze zmęczeniem:

„Ech, więc to jest całe nasze życie – maskarada, maskowanie, maski…”


Następny rozdział
Powrót do spisu treści