Diabeł jest niebezpieczny nie wtedy, gdy się ukazuje i nas przeraża, lecz tylko wtedy, gdy nie możemy go zobaczyć.
Denis de Rougemont. Rola diabła
Gdy tylko Borys Rudniew został prezydentem Domu Cudów, zaczęły mu się przytrafiać wszelkiego rodzaju cuda. Przede wszystkim zadzwonił do niego generał porucznik Malinin, który jest też profesorem pewnych ciemnych spraw w 13 Wydziale KGB. Ten sam Malinin, który lubił narzekać, że ma tylko słodkie nazwisko, lecz pracę raczej gorzką.
Profesor ciemnych spraw zadzwonił w pewnej kwestii i poprosił o spotkanie. Ale nie na służbie, tylko w domu Złego Dobra, gdzie pod złotym kogucikiem mieszkał Czerwony Papa, Maksym Rudniew. Kiedy Borys przybył, generał-profesor Malinin natychmiast zabrał się do sprawy:
„Nasz czerwony papa narzeka, że ty, jak Tomasz Niewierny, w ogóle go nie słuchasz”. Dlatego Maksym Aleksandrowicz poprosił mnie o rozmowę z tobą. Chodzi o to, że teraz to ty dowodzisz Domem Cudów. Jak już wiesz, Dom Cudów to nasz nowy projekt specjalny „Związek Zawodowy Świętych i Grzeszników”, który zrodził się ze specjalnego projektu «Oset».” – Profesor Ciemnych Spraw skrzywił się trochę: – „Ale w tym całym oście są jakieś, em-em-em... małe ciernie, którymi hm-hm-hm... można się ukłuć. Dlatego zostałem ci przydzielony jako, że tak powiem, anioł stróż. Zatem jako środek zapobiegawczy przydatne będzie zapoznanie się z tym, co oficjalnie nazywamy wyższą socjologią. A nasi rozpuszczeni studenci nieoficjalnie nazywają to czarną socjologią.
Nasi studenci to wybrani członkowie rządu ZSRR, atomowi generałowie i admirałowie, członkowie Komitetu Centralnego partii, dla których prowadzimy specjalne kursy w naszym Instytucie Socjologii Wyższej lub NII-13. Ale nasi studenci wygłupiają się i przez analogię z dawnym Instytutem Czerwonej Profesury nazywają naszą placówkę Instytutem Czarnej Profesury”.
Profesor Ciemnych Spraw wyciągnął ze swojej teczki gruby skoroszyt z twardą czerwoną okładką. Zamiast spisu treści oprawa miała dużą pieczątkę „Ściśle tajne” i numer seryjny do rejestracji.
„To konspekt wykładów na temat Czarnej Socjologii” – wyjaśnił Malinin. „Nasi studenci-żartownisie nazywają te konspekty „Protokołami Sowieckich Mędrców”. Ponieważ Ty, Borys Aleksanycz, pracujesz teraz w Domu Cudów, że tak powiem, wśród tych wszystkich ostów, abyś nie chodził tam na ślepo i nie potykał się, przeczytaj te «Protokoły».”
Generał-profesor ostrzegł, że materiały te są ściśle tajne i dlatego będą przechowywane tutaj, w domu naczelnika 13 Wydziału KGB, w siedzibie sowieckiej Świętej Inkwizycji.
„Czy wiesz, że wywiad amerykański zapłacił dokładnie milion dolarów za tajne przemówienie Chruszczowa na XX Zjeździe Partii. A za te „Protokoły mędrców sowieckich” chętnie zapłacą znacznie więcej”.
Według starych rosyjskich wierzeń, rzeźbiony kogut na dachu służył do ochrony przed złymi duchami. Jednak domu Maksyma strzegł nie tylko złoty kogut na dachu, ale także inne, bardziej nowoczesne metody. Moskiewskich złodziei i rabusiów, włamywaczy i polujących na grubego zwierza z góry ostrzeżono, że do tego domu będzie znacznie trudniej dostać się niż do Banku Państwowego ZSRR i że powinni omijać ten dom tak samo, jak słynne więzienie Butyrki.
„Jeśli masz jakieś pytania” – powiedział Malinin – „zawsze jestem do twoich usług”.
„Ach, studenckie lata Wilhelma Meistera” – mruknął Tomasz Niedowierzający. – „Jak mawiał czarnoksiężnik Apulejusz, aby osiągnąć prawdziwą mądrość, trzeba najpierw przebywać w oślej skórze”.
Potem profesor mrocznych spraw zajął się swoimi sprawami, a Tomasz Niedowierzający w dalszym ciągu przeglądał „Protokoły mędrców radzieckich”.
Była to mieszanka historii, religii, filozofii i… studiów satanistycznych. Cytaty, tabele, liczby. Ogólnie dość nudne. W folderze napisane, że to tylko pierwszy tom, a potem jest jeszcze kilka tomów.
I wszystko to pod hasłem: „Wcześniej był mistycyzm, a teraz mamy statystykę!”
Borys przeglądał i przeglądał, i potem bawił się złotymi rybkami, które machały ogonami w akwarium na biurku Maksyma.
„Ech, żyj wiecznie, ucz się wiecznie” – pomyślał – „a umrzesz jako głupiec”.
Przypomniał sobie, że tego wieczoru miał randkę, rzucił „Protokoły sowieckich mędrców” i pojechał do domu.
* * *
Nikt tak naprawdę nie wiedział, co Żorżik Butyrski robi w Domu Cudów. Wiedzieli tylko, że głównym zajęciem Żorżika było picie. Co więcej, wiedzieli, że trzymano go w Domu Cudów tylko dzięki patronatowi czarnoksiężnika Gilruda.
W pewnym stopniu Żorzik był przedstawicielem sowieckiej złotej młodzieży. Że tak powiem, drugie pokolenie nowej sowieckiej arystokracji.
Tak jak książę Potiomkin-Tawriczieski czy hrabia Suworow-Rymnikski otrzymali swój tytuł od znanych miejsc lub wydarzeń, tak nazwisko Żorżika Butyrskiego wywodzi się od bardzo znanego miejsca, a mianowicie od najstarszego, największego i najsłynniejszego moskiewskiego więzienia – więzienia Butyrki.
Tak się złożyło, że z pokolenia na pokolenie, wszyscy przodkowie Żorżika prędzej czy później trafiali do tego więzienia. Stało się to swego rodzaju tradycją rodzinną. A władze więzienne były tak zmęczone grzebaniem w pseudonimach swoich złodziei: Sanka Herod, Fiedka Chromow, Mańka Griech, Dimka Kosoj, Zojka Ryżik i tak dalej, że dla uproszczenia dokumentacji urzędniczej zaczęto rejestrować całą rodzinę jako własność państwową – pod nazwiskiem Butyrski (swoją drogą w podobny sposób nazwisko lutowego premiera Kiereńskiego pochodziło z więzienia w Kiereńsku, gdzie siedział jego dziadek-fałszerz).
Oprócz ingerencji z zewnątrz, takiej jak nóż w plecy czy pętla na szyję, śmierć spowodowaną delirium tremens uznawano w rodzinie Butyrskich za śmierć naturalną. Dlatego, aby noworodki nie krzyczały, zamiast smoczka natychmiast podawano im skórkę chleba namoczoną w wódce.
W czasie rewolucji 1917 r., ojciec Żorżika, Stiepan Butyrski, zgodnie z oczekiwaniami, przebywał w więzieniu Butyrka. Stamtąd napisał list do Lenina, w którym uskarżał się na wszelkie niesprawiedliwości reżimu carskiego wobec jego rodziny. Wkrótce nadeszła oficjalna odpowiedź z Kremla: w celu naprawienia niesprawiedliwości reżimu carskiego, mianowano towarzysza Butyrskiego... naczelnikiem więzienia Butyrka! W ten sposób Stiepan Butyrski przeniósł się z celi więźnia do mieszkania naczelnika więzienia, które znajdowało się pod tym samym dachem. Tak więc jego syn, Żorżik Butyrski, zgodnie z tradycją rodzinną, urodził się nawet w więzieniu Butyrka.
Z okazji narodzin syna, naczelnik więzienia zorganizował wielką uroczystość z piciem, którą dawniej nazywano chrzcinami, a obecnie – październikiem. Ponadto w tamtych czasach, w latach dwudziestych, wśród nowej radzieckiej arystokracji modne było nadawanie dzieciom imion podczas tych październikowych wydarzeń, nie tak po prostu, ale z nowego kalendarza sowieckiego. Na przykład Żores lub Roy – na cześć słynnych międzynarodowych rewolucjonistów.
Dlatego Żorżik otrzymał oficjalnie imię Żores – na cześć słynnego francuskiego socjalisty Jeana Zhoresa, założyciela komunistycznej gazety L'Humanité.
Kiedy jednak mały Żores trochę podrósł, uliczni chłopcy zaczęli go drażnić różnymi nieprzyzwoitymi przezwiskami, takimi jak Żopes { Żopes – ros. żopa to dupa } i jeszcze gorszymi. Wtedy Żopes zbuntował się i zmienił imię z Żores na Żorżik.
Starzy ludzie mówią, że przez cały okres swojego istnienia, Butyrki nie znały bardziej podłego naczelnika, niż towarzysz Butyrski. Potem przyszła Wielka Czystka i w 1935 roku towarzysz Butyrski, jak wielu nominatów Lenina, zniknął bez śladu. Ale gazety o tym nie pisały. Przecież niewygodnie jest pisać, że szef największego moskiewskiego więzienia był jednocześnie szefem jednej z największych szajek moskiewskich bandytów.
Nie było ceregieli z towarzyszem Butyrskim, jak za czasów reżimu carskiego. Po prostu zabrali go do piwnicy i zastrzelili jak psa. Co prawda, mówią, że jego czaszka z dziurą w tyle głowy przechowywana jest w specjalnym muzeum kryminologii na Butyrkach.
Tymczasem Żorżik rósł i rósł. I tak dorósł do wieku, w którym chłopcy zaczynają marzyć o dziewczynach. Ale sny Żorżika były trochę inne: zamiast dziewcząt zaczął śnić o chłopcach. Tak, chłopcy nie tak po prostu, tylko nadzy chłopcy. I dokuczają mu jak diabły – pokazują Żorżikowi gołą pupę, a potem język. Żorżik wspominał, jak chłopcy sąsiedzi dokuczali mu odbytem i budził się zlany zimnym potem.
Aby pozbyć się nocnych chłopców, Żorżik starał się opiekować dziewczętami w ciągu dnia. Tak, tak mocno, że wkrótce wszyscy uznali go za prawdziwego Don Juana. I tylko Żorżik wiedział, że nie jest to prawdziwy Don Juan, tylko fałszywy.
Wraz z przebudzeniem seksu w postaci nagich chochlików, w Żorziku obudziła się kolejna osobliwość – nieodparte pragnienie kradzieży. Ręce go tak swędziały, że zaczął okradać nawet młode damy, z którymi donżuanił.
Wkrótce, zgodnie z rodzinną tradycją, Żorżik Butyrski trafił do więzienia na Butyrkach. Lecz teraz zasiadali tam już nie doldoni z czasów carskich, tylko nowi specjaliści, którzy studiowali kryminologię na dziurawej czaszce papy Butyrskiego. I spotkali Żorżika, jakby czekali na niego od dawna.
Przesłuchanie prowadzili pułkownik służby medycznej, profesor Lunts, któremu spod białego fartucha wystawał mundur MSW. A u pasa profesora wisiał pistolet, który najwyraźniej także miał swoje zastosowanie. Profesor Lunts postawił następującą diagnozę: – „Kleptomania. Jako reakcja na tłumiony homoseksualizm. Kompleks Don Juana. Dziedziczna predyspozycja do alkoholizmu. Jeśli pójdziesz dalej tą ścieżką, zastrzelimy cię, tak jak twojego ojca. W międzyczasie będziesz w naszym specjalnym rejestrze. Umieśćcie go w kartotece do dalszego wykorzystania w przyszłości”.
Potem Żorżik został zwolniony, a profesor Lunts zapalił papierosa i zwrócił się do swojego asystenta:
„Oto typowy przykład. Ojciec był naczelnikiem więzienia Butyrka, a syn kleptomanem. I dokładnie ten sam przypadek miał miejsce w więzieniu w Nowoczerkasku. Zastanów się więc, co to jest: los, karma, dziedziczność? A może marksistowskie prawo jedności i walki przeciwieństw?
Nawiasem mówiąc, oficjalne imię tego faceta to Żores. I to jest trochę symboliczne. Że Jaurès był nie tylko członkiem francuskiego parlamentu, ale także członkiem tajnych stowarzyszeń degeneratów. Taki sam pseudonim jak ten. Bez tego trudno będzie dostać się do parlamentu we Francji. Potem tego Żoresa zastrzelił jakiś inny legionista. I ten Żores też źle skończy”.
„Przepowiadasz ludziom losy jak stara Cyganka” – asystent uśmiechnął się z niedowierzaniem.
„Mówi się o tłumionym homoseksualizmie, że jeśli wypędzisz diabła drzwiami, wejdzie oknem” – profesor Lunts potrząsnął głową.
Ale nie należy od razu zdradzać wszystkich najskrytszych tajemnic Żorżika. Inaczej nawet Dostojewski się skrzywi. Dlatego lepiej spójrzmy na Żorżika trochę z zewnątrz. Aby i on mógł odpocząć i abyśmy i my mogli trochę odpocząć.
Na zewnątrz Żorżik Butyrski był szczupłym, długonogim blondynem o powłóczystym chodzie, łzawiących oczach i orlim nosie. A z charakteru był jak łagodny bezdomny pies, który podchodzi do ludzi na ulicy i macha ogonem, czekając na jałmużnę.
Żorżik nauczył się tej życzliwości w tramwajach, kiedy spokojnie przytulał się do ludzi i szperał w ich kieszeniach. Później, po rozmowie z profesorem Luntsem, pomogło mu to zostać drobnym informatorem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gdzie musiał po cichu zbliżać się do nieznajomych. Dlatego to uczucie stało się u niego nawykiem.
Żorżik służył w marynarce wojennej, gdzie grał na harmonijce ustnej i stepował w amatorskich przedstawieniach. Po tym pozostał mu chwiejny marynarski chód i niezaspokojony głód sztuki. W głębi duszy Żorżik marzył o zostaniu artystą filmowym.
Po wielu latach uważnej obserwacji, Żorżik otrzymał za pośrednictwem profesora Luntsa pierwsze poważne zadanie. Otrzymał dokumenty porucznika sowieckiego wywiadu i dla zamaskowania legitymację fotoreportera TASS. Następnie został wysłany do pracy w Niemczech Wschodnich. I tam zdecydował się wybrać wolność i pobiegł do Amerykanów w Niemczech Zachodnich.
Żorżik biegł całkiem wygodnie: prowadzony był pod ramię przez słomianą blondynkę, a blondynkę ciągnął do przodu duży biały pudel na smyczy. Ponieważ Żorżik był kompletnie pijany, całą wyprawę najwyraźniej prowadził biały pudel.
Blondynka obiecała Żorżikowi, że na Zachodzie zostanie gwiazdorem filmowym. A scenariusz został przedstawiony tak realistycznie, że nawet sam Żorżik nie rozumiał, co się z nim dzieje. Gdy tylko Żorżikowi zabrakło pieniędzy, blondynka zniknęła z kinową szybkością. Biały pudel zniknął wraz z nią. A Żorżik znalazł się w sytuacji psa.
Jednak pozostawiony na ulicy z pustymi kieszeniami Żorżik nie zagubił się i zaczął przeszukiwać kieszenie innych ludzi. I tak w końcu trafił do niemieckiej policji, która następnie przekazała go amerykańskiemu kontrwywiadowi. Właśnie tego oczekiwano od Żorżika. A całe poprzednie zamieszanie służyło jedynie zmyleniu oficerów amerykańskiego wywiadu.
W amerykańskim wywiadzie sytuacja wyglądała tak:
Jeśli radzieccy uciekinierzy mówili, że uciekli z powodów politycznych, było to dla oficerów amerykańskiego wywiadu na tyle niezrozumiałe, że takich cudaków natychmiast klasyfikowano jako potencjalnych agentów sowieckich i wysyłano do słynnego obozu koncentracyjnego Camp King w Oberursel pod Frankfurtem. Tam sowieckich poszukiwaczy wolności najpierw uwalniano od wszelkich sowieckich dokumentów, które później Amerykanie wykorzystywali do fałszowania dokumentów w celach szpiegowskich.
Potem tych poszukujących wolności trzymano miesiącami w izolatce i grożono im wydaniem z powrotem na rozstrzelanie. Po takim przygotowaniu psychologicznym, oficerowie wywiadu amerykańskiego, niczym doświadczeni gangsterzy, obrabowawszy tych ludzi od stóp do głów, brali od nich pokwitowanie, że wszystko im zwrócono, i wyrzucali na ulicę, na wolność.
W tym samym czasie w Monachium działały amerykańskie rozgłośnie radiowe „Głos Ameryki” i „Wyzwolenie”, które na antenie kłóciły się z moskiewskim radiem „Liberty” i na wszelkie możliwe sposoby nawoływały obywateli radzieckich do wybrania amerykańskiej wolności.
Mając na uwadze doświadczenia własnych dezerterów, oficerowie amerykańskiego kontrwywiadu przyjmowali za prawdziwe jedynie następujące przyczyny dezercji: kobiety, pijaństwo i kradzież. I dlatego Żorżik nie wzbudził wśród nich najmniejszego podejrzenia.
Oficerowie wywiadu amerykańskiego szczególnie cenili uciekinierów z wywiadu sowieckiego. I co za radość – Żorżik ma dokumenty porucznika sowieckiego wywiadu.
Dla agentów amerykańskiego wywiadu CIA, za najlepsze zamaskowanie uważa się zawód dziennikarza. I co za radość – Żorżik ma także legitymację fotoreportera TASS.
Oficerowie amerykańskiego kontrwywiadu w Camp King, gdzie znajdowała się główna siedziba amerykańskiego kontrwywiadu w Europie, byli między innymi w większości przypadków złodziejami. A Żorżik też był złodziejem. Wszystko to stworzyło poczucie wzajemnej sympatii.
Ponadto Żorżik miał jeszcze jedną tajną broń: te same demony, nagich chłopców, którzy dręczyli go w nocy. Instruktorzy wywiadu sowieckiego zdradzili Żorżikowi największą tajemnicę zachodniego wywiadu. Żorżikowi powiedziano, że w zachodnich służbach wywiadowczych pederaści i inni degeneraci odgrywają niemal taką samą rolę, jak członkowie partii komunistycznej w sowieckim wywiadzie. I to jest najpewniejszy sposób na karierę w zachodnim wywiadzie i w ogóle na Zachodzie. Trzeba tylko wiedzieć, do kogo podejść i z jakiego końca. I Żorżikowi powiedziano też to: komu i jak.
W rezultacie Żorżika nie trzymano w izolatce, nie grożono mu odesłaniem, nawet go nie okradli. Chociaż nie było mu nic do zabrania. Ale, co najważniejsze, Żorżika natychmiast zatrudniono do dość delikatnej pracy z agentami spadochroniarzami, którzy byli wówczas przygotowywani do wysłania do Związku Radzieckiego. Dla takich agentów bardzo ważne jest natychmiastowe zdobycie autentycznych sowieckich dokumentów, które najłatwiej ukraść. I to tutaj Żorżik, jako specjalista, został mianowany instruktorem kradzieży kieszonkowej.
Kiedy ci spadochroniarze, znani jako grupa STN-1, zostali zrzuceni w Związku Radzieckim, wszyscy zostali aresztowani po wylądowaniu, poddani pokazowemu procesowi i rozstrzelani. Następnie grupa STN-2 pogrążyła się w ten sam sposób. A grupa STN-Z, nauczona doświadczeniem, po wylądowaniu sama udała się do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Prasa radziecka zrobiła zamieszanie na całym świecie, a Amerykanie byli zaniepokojeni i zaczęli sprawdzanie. I dopiero gdy sprawa była już dokonana, okazało się, że blondynka, która sprowadziła Żorżika na Zachód, wraz z pudlem, bezpiecznie wróciła na Wschód i pracuje jako aktorka filmowa w Bebelsbergu.
Kiedy zajęto się Żorżikiem, szczerze przyznał, że jest sowieckim agentem. Ale nie mogli go osądzać, ponieważ nie można było oficjalnie przyznać tego, o czym trąbiły już wszystkie sowieckie gazety, a czego oficjalnie nie przyznawał rząd amerykański. Ponadto w tym czasie Żorżik przy pomocy swoich chochlików, które pojawiały się przed nim w nocy, zabezpieczył już tyły wśród swoich amerykańskich przełożonych.
Potem zdecydowano, że skoro nie można wprowadzić agentów do Związku Radzieckiego, to dlaczego zamiast tego nie przewerbować na swoją stronę upadłego sowieckiego agenta? Tak więc czuły Żorżik został podwójnym agentem. Jego obowiązki były proste: po prostu informować Amerykanów o wszystkich zadaniach, które otrzymał od wywiadu sowieckiego, za co otrzymywał podwójną pensję.
Po pewnym czasie Żorżik przekazał swoim nowym przełożonym rozkaz swoich starych przełożonych – wrócić do Moskwy i z łagodnym uśmiechem zaproponował Amerykanom, udać się tam, w samą paszczę lwa, jako amerykański agent.
Oficerowie amerykańskiego wywiadu żuli gumę i myśleli. Jeśli go nie puścić, sowiecki wywiad natychmiast wyczuje, że coś jest nie tak i połączenie zostanie zerwane. Bez względu na to, co myśleć, nie ma innego wyjścia. Chociaż Żorżik jest pionkiem, ten, który go poruszył, z pewnością grał.
Tak Amerykanie bez żadnych spadochronów wysłali swojego agenta do Moskwy, a nawet bezpośrednio do służby w sowieckim wywiadzie. Tak więc Żorżik Butyrski został potrójnym agentem. To wciąż jeszcze pestka w porównaniu z Berlinem, gdzie spotykają się cztery wielkie mocarstwa i gdzie każdy szanujący się agent działa na rzecz wszystkich czterech stron.
W Moskwie Żorżik znalazł się w tym ponurym domu w Zaułku Aleszin, gdzie kiedyś wygrzewała się ukochana kupca, a teraz czarnoksiężnik Gilrud chodził na randki. Najpierw Żorżik przeszedł test włosów – tak nazywają procedurę sprawdzania powracającego agenta. Następnie Żorżik, jako potrójny agent, musiał stworzyć pozory jakiejś pracy, aby kontynuować grę. Umieścili go więc w Domu Cudów pod przykrywką fotoreportera. W ten sposób czarnoksiężnik Gilrud stał się kimś w rodzaju przybranego ojca dla bezdomnego Żorżika.
Od tego czasu agent trójki całymi dniami kręci się po Domu Cudów z fotoaparatem na ramieniu, udając, że załatwia jakieś tajne interesy, których nikt nie widzi. Jedyne, co robił, to przeszkadzał innym w pracy.
Geniusz finansowy Sarkisjan, dowiedziawszy się o przeszłości Żorżika, poufnie ostrzegał:
„Najważniejsze to dbać o kieszenie!”
Z czasem Żorżik zmienił się z młodego, łagodnego psa, w długonogiego, szczupłego psa stróżującego. Przez przerzedzające się żółtawe włosy na głowie widać było wczesną łysinę. Po każdej sesji alkoholowej Żorżik wpakowywał swój orli nos we wszystko, co napotykał na swojej drodze. Dlatego zwykle miał świeże otarcia na nosie.
Komentator radiowy Ostap Ogłojedow skomentował: – „A jego lutownica jest już fioletowa – jak wszystkich alkoholików”.
Beztroskie, wodniste, niebieskie oczy Żorżika były prawdziwym zwierciadłem jego duszy. Po każdej sesji picia, niczym papierek lakmusowy, stawały się one zdradziecko czerwone. A ponieważ Żorżik ciągle pił, jego oczy były zawsze czerwone jak u królika. I jego wyniszczona twarz również miała trwały, ceglasty kolor.
„To ma swoją zaletę” – skomentował Ostap. – „W żadnej sytuacji Żorżik nie będzie już się rumienił”.
Każdego wieczoru tajny agent amerykańskiego wywiadu, Żorżik Butyrski, wykonywał tajną pracę – zwiedzając tawerny. Rano portier Nazar, przestępując z nogi na nogę, meldował swojemu przybranemu ojcu:
„Żorżik to znowu ten tego... Oczy ma jak u psa chorego na zarazę... I od razu widać, że noc spędził w rowie…”
„Co on teraz robi?”
„Zamknął się w ciemni i powiedział, żebym nie pukał. Mówi, że praca jest pilna”.
„No dobrze” – Sosij Iwajewicz uśmiechnął się protekcjonalnie – „niech się prześpi”.
„Dobrze” – zgodził się Nazar. – „Przynajmniej nie będzie przeszkadzać innym”.
Jeśli w stosunku do mężczyzn Żorżik był łagodnym bezdomnym kundelkiem, to w stosunku do kobiet był prawdziwym psim samcem. Jedyna różnica polega na tym, że u samców do cudzołóstwa dochodzi o określonej porze roku, podczas gdy w przypadku Żorżika cudzołóstwo trwało przez cały rok.
„Żorżik, dość kłopotów” – powiedzieli mu.
„Cóż, przecież chcę się ożenić” – Żorżik uśmiechnął się czule.
O Żorżiku i jego narzeczonych krążyły całe legendy. Tak więc pewnego dnia Żorżik zamierzał poślubić Sofoczkę. Z tej okazji urządzili przedślubną ucztę, której głównym daniem była pieczona świnia – hojny prezent od pana młodego. Ale w najbardziej uroczystym momencie do zabawy wkroczyła milicja. Okazuje się, że Żorżik ukradł tę świnię. Gdzie? U sąsiadów!
Aby zatuszować tę sprawę, zorganizowali składkę i posadzili przy stole zarówno milicję, jak i sąsiadów. I wszyscy razem zjedli tę świnię. A potem wszyscy grupowo pobili Żorżika. Wszyscy dobrze się bawili – tylko panna młoda płakała. Cóż, ślub, oczywiście, został odwołany.
Któregoś dnia w Domu Cudów wybuchła dyskusja: dlaczego Żorżik zawsze kradnie?
„Czy on ma świerzb?” – powiedział potomek Czyngis-chana. – „Gdy tylko wypije, swędzą go ręce. Ma nawet zaświadczenie lekarskie”.
„Co to za zaświadczenie?” – zainteresował się geniusz finansowy Sarkisjan.
„To nie jest zaświadczenie, ale kura, co znosi złote jajka. Oficjalne pozwolenie na kradzież. Jeżeli zostaniesz złapany przez milicję, pokażesz to zaświadczenie, a natychmiast cię wypuszczą. Powiedzą też: przepraszamy, że przeszkadzamy!” „Na Kaukazie mieliśmy dobre lekarstwo na taki świerzb” – powiedział były milioner. – „Złapią – odrąbią rękę. A nie pomoże, to i drugą”.
Oprócz rzeczy innych ludzi, Żorżika pociągały także żony innych ludzi. Pewnego dnia flegmatyczny Filimon, znawca piłki nożnej i sutków, wybrał się w podróż służbową. A Żorżik postawił kołnierz i poszedł do jego żony, Fimoczki. I mówi: pozwól mi, pani, zastąpić twojego męża, jeśli twój mąż będzie w podróży służbowej. Ale Fimoczka poczuła się urażona i doniosła o tym Filimonowi.
Wszechwiedzący Ostap opisał, co stało się później: – „Fimoczka poczuła się urażona, bo Żorżik nazwał Filimona impotentem. A potem Filimon upił się wódką i poszedł do Żorżika, żeby go objąć. A potem ja-a-ak go zafutboli kolanem w jedno miejsce!
„A co to za jego głupi zwyczaj?” – Serafin Allilujew skrzywił się.
„Oprócz kompleksu niższości ma też kompleks kastracji. Z zazdrości. Dlatego jest zezowaty. I Fimoczka zezowata. A pierwszy mąż Fimoczki, pamiętacie, również był zezowaty. Mają też w głowach paralaksę-zniekształcenie. Dlatego ludzie mówią: „Bóg piętnuje łotra”.”
„A gdzie ty, Ostap Ostapowicz, nauczyłeś się tej całej mądrości? Od twojej cygańskiej babci?”
„Och, bracie, przerobiłem takie uniwersytety, zaliczyłem takie akademie” – Ostap westchnął ciężko. – „Po prawej stronie pryczy profesor, po lewej akademik. Siedzą i łapią wszy. I wyjaśniają mi teorie Freuda”.
Jako potrójny agent Żorżik powinien był nieźle zarabiać. Ale nie miał nic oprócz długów. I te długi wisiały na nim jak rzepy na bezdomnym psie. Psy zbierają rzepy w chwastach, świętując swoje psie zaślubiny. W ten sposób Żorżik narobił długów u swoich licznych narzeczonych.
Pewnej zimy Żorżik przyszedł do pracy bez płaszcza.
„Żorżik, gdzie jest twój płaszcz?” – pytali ludzie.
„Płaszcz?” – Żorżik zaczął szperać po kieszeniach. – „Gdzie to do cholery jest?”
„Co, szukasz płaszcza w kieszeniach?”
„Nie płaszcza, tylko pokwitowania z lombardu. To wszystko wina Tomoczki”.
A było tak. Żorżik zamierzał poślubić Tomoczkę. Pożyczył od niej trochę pieniędzy, żeby założyć gospodarstwo domowe. A potem Żorżik ciągnął i ciągnął, aż Tomoczka poślubiła jakiegoś bandytę. I ten bandyta, dowiedziawszy się o długach, po prostu zdjął Żorżikowi płaszcz, zastawił go w lombardzie, wziął pieniądze i dał Żorżikowi pokwitowanie.
„A teraz wygląda na to, że zgubiłem też ten paragon” – poskarżył się Żorżik. Potem wykrzyknął radośnie:
„Och, przypomniałem sobie! Wczoraj spotkałem jedną pyszną dziwkę. Ale nie miałem pieniędzy. Zapłaciłem jej więc tym paragonem”.
Aby usprawnić życie osobiste adoptowanego syna, komisarz Gilrud zdecydował się na wprowadzenie kontroli rubla. Wynagrodzenie Żorżika zaczęto wypłacać nie jemu, ale sekretarce Gilruda, Kapitalinie. Kiedyś nadano jej takie imię na cześć „Kapitału” Karola Marksa. Została także narzeczoną Żorżika. Kapitalina płaciła za mieszkanie Żorżika i codziennie dawała mu trochę kieszonkowego. Pozostałą część przeznaczono na spłatę długów, które Żorżik pozostawił Kapitalinie na pamiątkę swojej miłości.
Tak zaczęło się nudne życie Żorżika. I wkrótce spotkało go prawdziwe nieszczęście.
Niedaleko Domu Cudów znajdował się klub szachowy im. Szymkiewicza, mała piwnica z cementową podłogą, w której przeważnie pili wódkę i dla odwrócenia uwagi grali w szachy, i gdzie Żorżik był częstym gościem. Nawiasem mówiąc, chociaż wyczyny wywiadowcze Żorżika uznano za tajemnicę wojskową, on oczywiście przechwalał się nimi i wielu o tym wiedziało.
Pewnego wieczoru Żorżik, jak zawsze pijany, siedział w tym klubie szachowym i przeszkadzał tym, którzy próbowali grać w szachy. Tego wieczoru w klubie pojawił się jeszcze jeden gość, który również trochę zaniepokoił stałych bywalców: odznaczony medalami kapitan czołgu, którego nikt nie znał. Ale kapitan siedział cicho i pił wódkę, jak to mówią, bez oszustwa, co rozwiało wszelkie podejrzenia.
Potem kapitan podszedł do Żorżika i powiedział głośno:
„Nazywam się kapitan Lebiediew. To znaczy, że ty, Żorżik, wsypałeś spadochroniarzy STN?” – Żorżik uśmiechnął się łagodnie. „Czy wiesz, Żorżik” – powiedział stłumionym głosem kapitan – „że doprowadziłeś do rozstrzelania mojego brata?”
Wokół zrobiło się cicho. Wszyscy wiedzieli, że w czasie wojny wiele rodzin znalazło się po różnych stronach frontu. A gazety pisały, że nieszczęśni spadochroniarze zostali zwerbowani spośród rosyjskich uchodźców w Niemczech Zachodnich. Amerykanie hojnie obiecali im po 100 dolarów za każdy dzień spędzony w Związku Radzieckim, wiedząc z góry, że szanse na powrót są bardzo nikłe.
Żorżik siedział i mrugał oczami. Wtedy kapitan w milczeniu wziął pustą butelkę i walnął nią Żorżika w głowę. Zalany krwią potrójny agent upadł na cementową podłogę. A pijany kapitan wpadł w szał i kopał go butami w żebra i przygadywał: „Teraz ja, suko, też odbiorę ci życie!” Żorżik leżał na podłodze i nie ruszał się. Kapitan usiadł przy stole i zamówił sobie kolejny kieliszek wódki. Kiedy Żorżik opamiętał się i wstał na czworakach, kapitan wyciągnął pistolet: „Teraz, skurwielu, stań pod ścianą!”
Żorżik, czołgając się na czworakach, ponownie upadł na podłogę. Kapitan podskoczył i uderzył go obcasem w zęby. Bił go, aż Żorżik przestał dawać oznaki życia. Następnie splunął Żorżikowi w zakrwawioną twarz i wyszedł. Wszyscy pozostali szachiści po cichutku wyszli również za nim. Kierownik klubu upewniwszy się, że Żorżik żyje, wyciągnął go za nogi na ulicę i rzucił pod płot.
* * *
Oprócz Żorżika Butyrskiego w Domu Cudów było kilka innych osobistości, może nie tak bystrych, ale też zasługujących na uwagę.
W piwnicy Domu Cudów, jak to bywa w rezydencjach arystokratycznych, znajdowała się dobrze wyposażona kuchnia. Teraz przygotowywano domowe obiady dla pracowników. Kucharzem w tej kuchni był rudowłosy chłopak, który nazywał się Żenia Jużny, który twierdził, że w czasie wojny był osobistym kucharzem Waśki Stalina, generała porucznika lotnictwa, który zasłynął głównie z pijackich bójek, a po śmierci ojca sam nagle gdzieś zniknął. Mawiano, że przez pewien czas Waśka przebywał w więzieniu, a potem z żalu w końcu zapił się na śmierć i zmarł przez alkoholizm.
Oprócz obiadów, kucharz Waśki Stalina pędził w nocy w kuchni bimber i po cichutku sprzedawał go miłośnikom. I sam był wielkim fanem tego bimbru. Kiedy Żenia Jużny się upił, czynił próby, aby całować mężczyzn z taką pasją, a nawet z języczkiem, że za te sztuczki kilka razy został uderzony w twarz. Być może nie warto byłoby wspominać o takich drobiazgach, gdyby Żeńka nie był osobistym szefem kuchni Waśki Stalina. W tym przypadku takie szczegóły należą do historii.
W Domu Cudów była jeszcze jedna gwiazda: były towarzysz picia Waśki Stalina, Misza Geim-Daniłow, dość sympatyczny człowiek o inteligentnym wyglądzie, który twierdził, że podczas wojny służył w jednostce lotniczej dowodzonej przez syna Stalina. Misza uwielbiał się przechwalać, że był po imieniu z Waśką Stalinem i często pił w jego towarzystwie.
Lecz w sercu Miszy Geima pojawił się mały cierń. Faktem jest, że miał bogatych wujków w Ameryce. W czasach Stalina starannie ukrywał ten fakt. Ale po śmierci Stalina, Misza napisał wzruszający list do swoich bogatych wujków, w którym poprosił o małą paczkę, przynajmniej ze starymi rzeczami, bo sam miał tylko jedną kurtkę, która była już postrzępiona na łokciach. Oczywiście Misza miał też inną, całkiem przyzwoitą kurtkę. Ale czy wujkowie muszą o tym wiedzieć?
Wujków jednak nie udało się oszukać. Bezlitośnie odpowiedzieli, że nie uważają Miszy za swojego krewnego. Wcale nie dlatego, że są kapitalistami, a Misza jest komunistą. Nie, nie, sprawa jest zupełnie inna. Ojciec Miszy a ich brat, Moses Geim, popełnił niewybaczalny grzech, gdy poślubił Rosjankę, sziksę. Ponieważ Misza jest owocem tego grzechu, jest tylko pół-Żydem, nawet nieobrzezanym, nie uważają go więc za swojego krewnego.
I wbili drugi cierń w serce Miszy. Chodził po Domu Cudów i głośno narzekał, że aby ocalić tych wujków, przelewał krew z Moskwy do Berlina. Tymczasem niewdzięczni wujkowie zaszyli się w Nowym Jorku i zarabiali dolary. A teraz nawet nie chcą go znać.
Od tego czasu pół-Żyd Misza stał się prawdziwym antysemitą. Wyciągając drzazgi z serca, klął na swoich wujków jak ostatni żydożerca:
„Diabelni milionerzy! Żałują, aby przysłać mi starą kurtkę. Ponieważ jestem nieobrzezany. Jacy czortowscy Żydzi!”.
Z urazy i podniecenia Misza jąkał się jeszcze bardziej niż zwykle, a jego twarz drgała konwulsyjnie. Misza twierdził, że był kontuzjowany przez bombę na froncie. W rezultacie zaczął się jąkać, a na jego twarzy pojawił się dziwny tik: usta ciągle drgały, jakby ciągle coś ssał i próbował przełknąć, ale nie udaje mu się.
Być może nie warto byłoby wspominać o tym drobnym szczególe, gdyby Misza Geim-Daniłow nie przechwalał się, że jest towarzyszem picia Waśki Stalina. A jeśli tak, to te szczegóły należą do historii. I niech wszelkiego rodzaju psychoanalitycy, którzy lubią zagłębiać się w takie szczegóły, wyciągają z tego wnioski.
Trudno powiedzieć, co Misza Geim robił w Domu Cudów. Przyjął literacki pseudonim „Dębowy”, ale szybko okazało się, że jest głupi jak dąb i nie umie pisać. I poza tym jest leniwy. Może wujkowie mieli rację, że go odrzucili.
Dlatego niektórzy twierdzili, że Misza pomaga Żorżikowi Butyrskiemu w nicnierobieniu. Inni wierzyli, że czarownik Gilrud, jako filantrop, zabrał towarzysza picia Waśki Stalina po prostu do kolekcji – jako muzealny rarytas.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści