Sprawdźmy zatem naszych dzielnych dysydentów, śmiałych bojowników o wolność i prawa człowieka, pod kątem tych znamion, o których mówi generał-profesor Toptygin z 13 Wydziału KGB w swoich „Protokołach mędrców sowieckich”.
Jak nauczał nasz słynny Koźma Prutkow, spójrzmy na korzeń. Ponieważ diabeł zamieszkał teraz w farbie drukarskiej, rozpoczęła się w literaturze cała ta dysydencja. I zgodnie z sojuszem szatana i antychrysta, wg Bierdiajewa, pierwszym apostołem tych dysydentów był Żyd Pasternak ze swoim „Doktorem Żywago”.
Na Zachodzie przyznano mu za to nagrodę Nobla, a szef Związku Pisarzy Radzieckich, Aleksiej Surkow nazwał Pasternaka pederastą i alkoholikiem. Nie donosi o tym żaden antysemita, lecz sam stuoki Semita Argus z „Nowego Słowa Rosyjskiego” (8.11.1958).
Hmm, dziwne... Od razu wynika to z formuły profesora Nathana Leitesa! A przecież Pasternak jest prekursorem wszystkich innych dysydentów.
Żyda Pasternaka zastąpili dubletem pół-Żyd Siniawski i Żyd Daniel, także dysydenci, których prasa zachodnia od razu uznała za genialnych innowatorów w literaturze. Andriej Siniawski wysyłał swoje pisma za granicę pod żydowskim pseudonimem Abram Terc, a Juliusz Daniel pod pseudonimem Nikołaj Arżak, za to, za co byli osadzeni w koncłagrze w ZSRR, za to samo na Zachodzie objawieni jako męczennicy za wolność i prawa człowieka.
I tutaj przede mną jest książka amerykańskiego profesora slawistyki, Edwarda Browna „Literatura rosyjska po rewolucji” (Crowell-Colliers Publishing House, Nowy Jork 1963), która została opublikowana w Nowym Jorku i przeznaczona dla amerykańskich uniwersytetów. O twórczości Siniawskiego-Terca profesor Brown pisze tak: „zawsze z dominującymi tonami impotencji i perwersji seksualnej… z eksploracją paranoidalnych fantazji… historie nie są sukcesem artystycznym… Terc, talent perwersji seksualnych…”
(Podkreślenie moje, G. K.)
To jest ta wolność, której brakuje Siniawskiemu-Tercowi! Według profesora Browna, to po prostu psychicznie chory legionista, zboczeniec seksualny, perwersyjny degenerat, typowy harwardzki „leninista” według formuły profesora Nathana Leitesa.
Wielkie Nieba! Kim więc oni są: dysydenci czy impotenci? W końcu paranoiczne fantazje – to samo, co było u Stalina i Hitlera. I izolowanie takich osób jest jak najbardziej słuszne. Swoją drogą, dlaczego ci dysydenci-impotenci również pochodzą z obrzezanego plemienia? Co to jest: bunt obrzezanych czy obrzezany bunt?
Kiedy Siniawskiego i Daniela uwięziono, trzynastu (!) przedstawicieli francuskiej intelektualnej elity wysłało petycję do rządu ZSRR i podnieśli wrzawę na cały świat, żądając uwolnienia tych dysydentów. Ale zauważcie symbolikę – 13, diabelski tuzin. To sygnały, którymi wymieniają się legioniści. Ech, francuska miłość 69.
Teraz biorę pod uwagę „Nowe Słowo Rosyjskie” z 16.10.1966 r., artykuł uczciwego syjonisty (mieszkającego w Izraelu) J. Margolina „Myśli z zaskoczenia Abrama Terca”, czyli Siniawskiego. Margolin szczerze wierzy, że Siniawski-Terc jest z przechrztów {из евреев-выкрестов}. Ale nasz literacki kameleon Michaił Koriakow, jak zwykle świętoszkowato zapewnia, że twarz Siniawskiego jest pełna „szczególnej, rosyjskiej łagodności” i że u niego „dużo rosyjskiego, słowiańskiego”.
Bez względu na to, jak bardzo nasz Koriakow się przypochlebiał, został jednak zmuszony do opuszczenia Komitetu Amerykańskiego na wcześniejszą emeryturę, czyli na śmietnik, aby zwolnić miejsce dla tych samych dysydentów, świeżych przedstawicieli 3-ciej jewmigracji z ZSRR, których Koriakow tak wychwalał na własny koszt.
Margolin pisze: „Ale Abram Terc nie zwrócił się przeciwko samej sowieckiej rzeczywistości, ale przeciwko całej naszej rzeczywistości, a także przeciwko dobrobytowi Zachodu”. To typowe dla nihilistów i anarchistów. Nawiasem mówiąc, jeśli odwrócimy pseudonim „Terc”, otrzymamy „Cret”. A potem samemu przeanalizujcie, jak to wygląda”.
Margolin pisze: „Myśli z zaskoczenia” są ciągłym przyciąganiem do śmierci... Książka zaczyna się od słów: «Jak śmiecie bać się śmierci?!» i kończy (na s. 146) słowem «śmierć»… Motyw śmierci ulega różnorodnym wariacjom”.
„Na śmierć trzeba zasłużyć” (s. 49).
„Panie, zabij mnie!” (s. 74).
„O, jak powolne jest zbliżanie się śmierci!” (s. 108).
Margolin pisze: „Za osobowością Siniawskiego czaił się Terc – nieskończenie nieszczęśliwy człowiek, który nie akceptuje życia. Wszystko w nim jest nienawistne. To nie jest kwestia «antysowietyzmu»… To jest, mówiąc najprościej, osoba chora psychicznie”.
Siniawski-Terc pisze: „Wolałbym umrzeć szybko, żeby nie brudzić się i się nie ubrudzić”
(s. 64). Z tej okazji Margolin pisze: „Terc w swoich opowieściach przekonująco pokazał ten brud i straszliwy „patologiczny” pociąg do tego, co nieczyste”
.
Następnie Margolin pisze: „Seksualność jest przez niego przeklinana i demaskowana na wszelkie możliwe sposoby... Seks jest morderczy. W nim” – pisze Terc – „koniec, zbrodnia, piekło, śmierć…” (str. 68)... „Miejsce seksu jest już mordercze” – pisze Terc. „Bezwstydność kopulacji, oprócz wstydu i strachu, musi przezwyciężyć mdłości spowodowane nieczystościami” (s. 66).
Jak wytłumaczyć bełkot tego szaleńca z punktu widzenia materializmu dialektycznego? To bardzo proste. Według Freuda, ci degeneraci stosują erotyzm oralny, fellatio i cunnilingus, lub prościej, po rosyjsku, są to ch---ssacze i pi---lizy. I jeśli włożysz w to wszystko nos, to oczywiście zrozumiesz, co pisze Terc.
W przerwach między tymi bredniami, dysydent-impotent Siniawski-Terc w każdy możliwy sposób wychwala pedrika Borysa Pasternaka. Jak zwykle, kukułka chwali koguta...
Ale ogólnie rzecz biorąc, gdyby sowieccy sędziowie sądzący Siniawskiego i Daniela przeczytali ten artykuł Margolina w „Nowym Rosyjskim Słowie”, mogliby wlepić obu dysydentom znacznie większy (wyrok), niż otrzymali.
Z kolei w USA, zgodnie z literą prawa, wiedźmińska miłość, fellatio i cunnilingus oficjalnie nazywane są „zbrodnią przeciw naturze” i zagrożone są karą kilku lat więzienia. Jedynym problemem jest to, że nie będzie wystarczającej liczby więzień.
Niedawno amerykańskie gazety opisywały, jak pewna żona pokłóciła się z mężem i chcąc mu przysolić, doniosła w miejsce, gdzie należy, że kopulował z nią w to miejsce, gdzie nie należy. Myślała, że po prostu zhańbi męża. Lecz zgodnie z literą prawa, mąż został skazany na kilka lat więzienia. A żona, pozostawiona bez męża i co najważniejsze, bez pieniędzy, wyrywa sobie włosy z głowy.
Jednocześnie w amerykańskich szkołach uczy się dzieci, że każdy rodzaj seksu, łącznie z wiedźmińską miłością 69, jest czymś zupełnie normalnym. I mówią, że już czas zmienić nazwę miłości francuskiej, na miłość amerykańską.
Ale, jak uczył nasz słynny pisarz, Koźma Prutkow, nie dajmy się ponieść emocjom. Wróćmy do naszych dysydentów.
Przyjrzyjmy się opowiadaniu Abrama Terca-Siniawskiego zatytułowanemu ”Fents”. Fents to jakiś międzygwiezdny wędrowiec, Marsjanin, weneryk czy lunatyk, w ogóle, jakiś wykorzeniony kosmopolita, który z jakiegoś powodu znalazł się w sowieckiej Moskwie. Fents zamaskował się jako człowiek, lecz wewnątrz jest kimś zupełnie innym. Jednak autor nie mówi kim.
Fents nie żyje, tylko męczy się. Nic mu się nie podoba. Wszystko jest mu nie tak. Wreszcie jedna współczująca Marusia zlitowała się nad biednym marsjaninem i położyła go w swoim łóżku. Głupia Marusia oferuje mu najsłodszą rzecz na świecie. Ale dla Fentsa wszystko, co słodkie, jest gorzkie. A Fents kuśtyka dalej, narzekając, jęcząc i marudząc. Generalnie typowy dysydent.
Po przeczytaniu tego, wszyscy kinseyanie zakrzykną: „Symbolika! Genialne!” Tak, to jest symbolika, tajemne pismo, dzięki któremu złe duchy rozpoznają się. Teraz ta symbolika jest zamaskowana jako modernizm. Formuła tego modernizmu jest następująca: stworzony przez degeneratów, o degeneratach i dla degeneratów.
Należy przypomnieć, że wielu z tych symbolistów rozwinęło się w Rosji przed rewolucją. I krakali, jak czarne wrony czekające na trupy. Ostatecznie ta rewolucja kosztowała Rosję 50 milionów istnień ludzkich. Dlatego zdegenerowany Stalin, wiedząc o tym wszystkim, wypędził tych symbolistów i innych degeneratów do koncłagrów. A zdegenerowany Hitler zagnał ich do komór gazowych. Wszystko to jest dokładnie zgodne z pierwszym prawem dialektyki marksistowskiej o jedności i walce przeciwieństw.
Jeśli więc wierzyć profesorowi Brownowi i syjoniście Margolinowi, to przypadek Siniawskiego i Daniela jest typowym przypadkiem 69, w którym jest wiele sprzeczności, półprawd i zwykłych kłamstw. Ale dlaczego nasza księżniczka prasa – Princess Press, przyjaciółka księcia tego świata, przedstawia tych chorych psychicznie ludzi jako genialnych innowatorów w literaturze? Co to za bojownicy o wolność i prawa człowieka? Jakiego człowieka? Marsjanina Fentsa? Phi – phi…
Może na to skromne pytanie odpowie mi księżna literacka Szachowska, zwana też księżną Achowską, redaktorka paryskiej gazety „Myśl Rosyjska”, w której ci Fentsowie są przedstawiani jako nowi Złotouści? Ale odpowiedzią będzie jedynie milczenie lub gniewne przeklinanie.
Och, tak, czym są „księżniczka” i „księżniczkowata”? Tak, naśladuję Sołżenicyna. Wiadomo, neologizmy.
A może na to pytanie odpowie mi książę literacki Oboleński, garbaty redaktor paryskiego magazynu „Odrodzenie”{”Возрождение”}, zwanego jeszcze „Wyrodzenie” {”Вырождение”}, i gdzie ci Fentsowie również są przedstawiani jako kurskie słowiki? Ale paryżanie mówią, że mogiła wyleczy garbatego.
Na świecie jest mnóstwo zabawnych rzeczy. Zwłaszcza jeśli spojrzeć na świat przez pryzmat socrealizmu.
Dlatego filozofowie mówią, że diabeł jest niebezpieczny tylko wtedy, gdy go nie widać. A kiedy go widzisz, staje się zabawny i żałosny. Dlatego zawsze się ukrywa.
Następnie Siniawski-Terc-Fents został wyrzucony z ZSRR drogą izraelską. Ale tylko Jehowa wie, dlaczego ten Fents trafił do Paryża, a nie do Izraela. I już wykłada literaturę rosyjską na Sorbonie, gdzie dostał etat, poprzez koneksje francuskich fentsów. A Bunin i Kuprin mieszkali w Paryżu i byli biedni.
Charakterystyczne jest to, że ojciec Daniela, Marek Naumowicz Mejerowicz-Daniel, także był rewolucjonistą, pisarzem w języku jidysz i został zlikwidowany w czasie Wielkiej Czystki. Oznacza to, że jest dziedzicznym rewolucjonistą. A żona Daniela, Larisa Bogoraz-Daniel, również pochodzi z rodziny dziedzicznych rewolucjonistów: W.G. Bogoraz-Tan przebywał na zesłaniu na Syberii z Leninem, gdzie bardzo interesował się homoseksualizmem wśród szamanów (kompleks władzy, kompleks Lenina), a następnie opisał to w swoich książkach.
Dlatego wielki szaman Stalin, najlepszy uczeń towarzysza Lenina, podczas Wielkiej Czystki zniszczył tych „leninistów” wraz z całymi rodzinami. A teraz znowu szaleją całymi rodzinami. Ale teraz do nich nie strzelają, tylko umieszczają ich w durdomach. To jeszcze bardzo humanitarne!
Po aresztowaniu Siniawskiego i Daniela, 5 grudnia 1965 r., grupa Fentsów i Fentsicz zorganizowała demonstrację protestacyjną pod pomnikiem Majakowskiego w Moskwie, w imieniu „Najmłodszego Towarzystwa Geniuszy” – SMOG. Ci SMOG-owcy rozdawali ulotki korespondentom zagranicznym, w których pojawiały się następujące nazwiska: Radiszczow (wybitny mason, przebywał w zakładzie dla obłąkanych, popełnił samobójstwo), Bierdiajew (neo-satanistyczny poszukiwacz diabła, skazany przez Święty Synod w 1915 na wieczne wygnanie na Syberię), Majakowski (samobójstwo), Cwietajewa (samobójstwo), Pasternak (pedryl z Noblem) i Tarsis (szlachetny mieszkaniec domu wariatów) {знатный дурдомщик}.
Należy tutaj zauważyć, że chociaż większość geniuszy (w tym Lenin, Stalin i Hitler) rzeczywiście jest psychicznie nienormalna, nie oznacza to, że każdy psychopata jest geniuszem. Poza tym, geniuszy jest tylko kilku, a psychopatów są miliony. A megalomania to bardzo powszechna choroba psychiczna. Opierając się na tym aksjomacie, 13 Wydział KGB szybko umieścił tych samozwańczych geniuszy w domu wariatów. I zagraniczne Fentsy zaczęły wyć na całym świecie.
Trzeba powiedzieć, że ci Fentsowie i Fentsikowie są bardzo zjednoczeni. Przecież filozofia solidaryzmu jako taka nie wywodzi się z NTS, ale z tajnych stowarzyszeń tych Fentsów, którzy nazywają siebie humanistami, podczas gdy inni nazywają ich satanistami. I używając gleboznawczego języka naszego „gleboznawcy” Sołżenicyna („jak kula z g-wna ”, Gułag-2) możemy powiedzieć, że ci fentsyjscy solidaryści przylegają do siebie jak wszy do mokrego g-wna. A jeśli ktoś tego nie rozumie, niech zwróci się do „gleboznawcy” Sołżenicyna.
Nasi prasowi harcownicy {дурноплясы} wykonali w prasie prawdziwy taniec św. Wita wokół Sołżenicyna, czyniąc go drugim Mesjaszem. A w rzeczywistości nie jest to drugi Mesjasz, tylko drugi Mojżesz, wyprowadzający Żydów z ZSRR. Jak ten anegdotyczny syjonistyczny Żyd, który za pieniądze drugiego Żyda wypędza trzeciego Żyda do Izraela.
Nasi tępi harcownicy {дурноплясы} z NTS-owskiego „Posiewu”, nazywają Sołżenicyna „najbardziej rosyjskim z Rosjan” („Posiew”, 03.1974, s. 1), choć doskonale wiedzą, że jest on pół-Żydem, synem Żyda – samobójcy, którego pierwsza żona jest pół-Żydówką, a druga – Żydówką zupełną. Oznacza to, że w głębi serca nie jest nawet w połowie Rosjaninem, tylko po prostu zamaskowanym krypto-Żydem, tym samym przebranym Marsjaninem, wykorzenionym kosmopolitą, tym samym Fentsem, których opisał Siniawski. Nie jest to więc „najbardziej rosyjski z Rosjan”, ale najbardziej fentsowy z Fentsów.
Aby nie obrazili się durni tancerze NTS-owcy, przypomnę, że słowo „durni tancerze” {”дурноплясы”} zostało wymyślone przez słynnego kulawego świra z domu wariatów, Walerego Tarsisa, bratanka Sekretarza Komitetu Wykonawczego Kominternu, Józefa Aronowicza Tarsisa-Piatnickiego, wokół którego od 10 lat pląsają tępi NTS-owscy, niemal tak samo, jak wokół Sołżenicyna.
Świr z durdomu, Tarsis zapewnia, że na dnie duszy każdego geniusza siedzi kretyn. Spójrzmy na przykład na kiepskich tancerzy-harcowników w naszej prasie. Lecz już wkrótce wszyscy ci starzy, zdurniali tancerze zostaną wyrzuceni, a na ich miejsce zostaną umieszczeni nowi Fentsowie z trzeciej emigracji. Więc nasi durni tancerze tańczą na własnych pogrzebach.
Ale czy nasi zdurniali tancerze z prasy są naprawdę tacy durni? Nie, naprawdę nie. Rzecz w tym, że uczony i uczciwy lord Charles Snow twierdzi, że 9 na 10 pisarzy (i oczywiście także redaktorów) jest politycznie szkodliwych, to znaczy cierpią na tę samą chorobę, co sowieccy dysydenci. To dekadenci i neodekadenci, swego rodzaju bracia. Dlatego właśnie tych neodekadenckich dysydentów wypędza się z ZSRR. Dlatego nasi dekadenccy odmieńcy tak solidaryzują się z neodekadenckimi dysydentami. Dlatego filozofowie mówią, że diabeł degeneracji, dekadencji i dysydencji to nikt i nic, ale ta Nicość jest niszcząca.
Więc kto ostatecznie na tym wszystkim skorzysta? Przeglądając teczkę ze sprawą 69, wśród dysydentów natknąłem się na tak piękne nazwisko jak Irina Biełogorodskaja. Iroczka... A jej nazwisko jest takie samo jak księżniczka Biełosielskaja-Bełozierskaja... Nie kobieta, ale fiołek. Konwalia. A także odważna bojowniczka o wolność i prawa człowieka! I za to, biedactwo, została aresztowana w Moskwie.
Moje serce jest pełne litości i współczucia. Potem czytam dalej i nie mogę uwierzyć własnym oczom: urocza Iroczka Biełogorodska, kwiatek, fiołek, to córka starego czekisty. I to nie tylko prostego czekisty, ale ważnego generała bezpieczeństwa państwa, który do dziś pracuje w KGB! Poza tym, pomimo wszystkich wrzasków o sowieckim antysemityzmie w zachodniej prasie, jej tata jest Żydem! {еврей!}. Oznacza to, że nie jest Biełogorodską, ale jakąś Weissburg. Rzeczywiście, przypadek 69!
Pociągnąłem za ogon mojego dworskiego diabła, który służy mi za komputer i zapytałem:
„Hej, co to za czortostwo?”
„Wei-wei, dlaczego ciągniesz za ogon” – narzeka mój diabeł. W końcu sam to wiesz. Kiedy Pan Bóg musi wykonać jakąś brudną robotę, powierza ją diabłu.
„Nie filozofuj tutaj” – mówię, ale odpowiadaj bezpośrednio na pytanie. Jak w 13 Wydziale KGB. Wiesz, Sekcja 13 nie lubi żartować.
„Wiem, wiem. Towarzysz Biełogorodski-Weissburg wstąpił do KGB najprawdopodobniej dlatego, że jest sadystą. A z sadystów z kompleksem zniszczenia rodzą się masochiści z kompleksem samozniszczenia, tacy właśnie „autodestrukcjoniści” {”самосады”}. Dlatego jego córka Iroczka, fiołek, wpada w kłopoty i prosi się o wywózkę do koncłagru lub do durdomu. I będzie tam, aby zapłacić za grzechy ojców. W najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa. Ta sama historia, co u „samodestrukcyjnego” Krasnowa-Lewitina, którego żydowski dziadek był sadystą, a wnuk okazał się masochistą i raduje się: „Och, jak dobrze, że znowu mnie posadzili!”
„Skąd wzięło się to nazwisko Biełogorodskaja?”
„To jeszcze nic. A teraz w „Nowym Rosyjskim Słowie” pisze jakiś nowy emigrant o nazwisku Biełocerkowiecki! Nazywa się to mimikrą. W ten sposób kameleony zmieniają kolor, gdy zajdzie taka potrzeba. A Żydzi, jeśli zajdzie taka potrzeba, zmieniają nazwiska”.
„Ech, bracie, widzę, że jesteś antysemitą?”
„Nie zadawaj mi prowokacyjnych pytań. Więc powiedz prawdę, a natychmiast zostaniesz nazwany antysemitą”.
Przeglądam dalej teczkę ze sprawą 69. Aresztowano innego dysydenta, buntownika Pimienowa, przyjaciela akademika Sacharowa. Ale już po jego imieniu „Rewolt” mogę stwierdzić, że ten człowiek jest wyraźnie nienormalny. Imiona takie jak Rewolt, czyli „Bunt” czy „Rewolucja”, nadawali swoim dzieciom maniakalni rewolucjoniści w latach dwudziestych XX wieku. Zamiast chrztów, ci psychole organizowali „ceremonie październikowe” i październikowali tam swoje dzieci następującymi imionami: Marlena (Marks + Lenin), Ninel (Lenin na odwrót), Melor (Marks + Engels + Lenin + Rewolucja Październikowa), Zarem (Świt Rewolucji Światowej), Karl i Rosa (na cześć Karola Liebknechta i Róży Luksemburg), Żorès i Roy (na cześć założycieli partii komunistycznych Francji i Indii) i tak dalej.
Wszystkich tych ojców i matki z reguły rozstrzeliwano podczas Wielkiej Czystki, aby położyć kres permanentnej rewolucji, opozycji i obstrukcji wewnątrz partii. Tylko, że dzieci urodzone przez takich rodziców z reguły są również nienormalne. Dlatego zmiatali wtedy całe rodziny, zwłaszcza w przypadku bolszewików. Wyraźnym tego przykładem jest Rewolt Pimienow, a także bracia Żores i Roj Miedwiediew.
Nawiasem mówiąc, Żores Miedwiediew siedział już w domu wariatów. Mimo to nadal twierdzi, że jest zagorzałym marksistą. Z zawodu Żorès jest genetykiem, ale jego własna genetyka jest najwyraźniej bardzo ułomna, ponieważ jego syn jest hippisem, czyli wyrzutkiem. Podobną historię miał jednak sam Karol Marks, którego dwie córki popełniły samobójstwo, jedna z nich, Laura, popełniła samobójstwo w dublecie, wraz ze swoim marksistowskim mężem, Paulem Lafargue, pra-bratankiem Karola Marksa.
W swojej książce „Kto jest szalony?”, Żores, siedząc w durdomu, skarży się, że jest tumaniony przez psychiatrę, dr Liwszica. Tak więc, podczas gdy jeden Żyd, dr Liwszic, naprawia umysł Żoresa, inni Żydzi, jak Jakir i Krasin, krzyczą na cały świat, że jest to psycho-terror KGB. A ponieważ wśród tych kuracjuszy w durdomach jest wiele żydowskich nazwisk, panuje wrzawa na temat antysemityzmu. Ale kim są ci antysemici? Żydowski lekarz Liwszic? Albo główny psychiatra KGB i sam Żyd, profesor Łunc?
Do tej kategorii „nominalnych” dysydentów możemy dodać jeszcze Władlena (skrót od „Władimir Lenin”) Pawlenkowa. Głupcy z „Posiewu” piszą („Posiew”, 04.1970, s. 51), że KGB zdecydowało „...wysłać Pawlenkowa na badania psychiatryczne. Żona Władlena Pawlenkowa, Swietłana (na cześć Swietłany Staliny? G.K.) jest córką rodziców, represjonowanych w latach kultu jednostki (tj. RWN. G.K.). W przypadku uznania męża za szaleńca, Swietłana Pawlenkowa zamierza poddać się publicznemu samospaleniu.”
Tutaj, w Nowym Jorku, mieliśmy całą masę ludzi, którzy dopuścili się publicznego samospalenia przed budynkiem ONZ, protestując przeciwko wojnie w Wietnamie itp. I za każdym razem gazety pisały, że ci samospaleńcy przebywali już do tego czasu kilka razy w zakładach dla psychicznie chorych. „Samopalenie” to jedna z odmian „samouprawy”. Gorzej, gdy strzelają do- lub więżą nie siebie, ale innych. Jak ”samosad” Sołżenicyn, posadził na 10 lat więzienia swojego przyjaciela, Nikołaja Witkiewicza.
Oto kolejny przykład psychoanalizy po imieniu. Głupcy z „Posiewu” marudzą (04.1970, s. 41), że dysydenta W. Borysowa, którego żona ma na imię Gemma Kwaczewska, wsadzono do domu wariatów. Czy imię „Gemma” coś ci mówi? Pomyślcie…
Faktem jest, że „Gemma” jest bohaterką rewolucyjnej powieści „Szerszeń”, której autorką była stara wiedźma Wojnicz. I pod imieniem „Gemma” demony października wywołały październikowe zamieszki wśród swoich demonicznych dzieci. Oto rezultaty – dom wariatów.
Zwolennicy diabła będą protestować: „Ale to nie ją wtrącono do domu wariatów, ale jego?” Tak, ale w tym przypadku powiedzenie ma pełne zastosowanie: mąż i żona – to jeden szatan. Nie zawsze, ale bardzo często.
Szalejący w Moskwie dysydent Roj Miedwiediew w swojej książce „Do osądu historii” przywołuje „Biesy” Dostojewskiego i stwierdza, że do tych biesów należał także Stalin. I mogę dodać, że Stalin nawet to podpisał własnoręcznie: w młodości Stalin niektóre swoje płomienne artykuły podpisywał bardzo charakterystycznym pseudonimem – Biesoszwili {Бесошвили} – {Szwili (shvili) to w gruzińskim „syn” więc „syn biesa” – przypis tłumacza} (patrz książka byłego pracownika CIA, Edwarda Smitha „Młody Stalin”, Nowy Jork 1967 , s. 453). ,
Jedyną złą rzeczą jest to, że tata Miedwiediew, Czerwony Komisarz, który na XI Zjeździe Partii zażądał wypędzenia wszystkich białych do koncłagrów, był takim samym biesem i nadał swoim bliźniakom takie bezbożne imiona Żores i Roj. Dlatego tata Miedwiediew trafił do czyśćca Wielkiej Czystki (dotarł tam i zniknął), jego syn Żores trafił do domu wariatów, a jego wnuk z Żoresa to po prostu hippis, czyli degenerat, łajdak.
Och, jak wiedźmy z naszych imigranckich bagien, których dzieci też są hipisami, będą na mnie syczeć. Ale, jak mawiał słynny wiedźmin Stalin, fakty to upierdliwa sprawa. Ile są warte długie hipisowskie włosy? Przecież to nic innego, jak symbol homoseksualizmu lub biseksualizmu (obciąganie mężczyzn i robienie loda 69), fabryczny znak, po którym się rozpoznają. Najnowszy dodatek do legionu doktora Kinseya. A to wszystko za grzechy ojców. I matek też. Ale który z nich przyznaje się do tego? Spróbuj, zapytaj genetyka Żoresa Miedwiediewa, który w swoich pismach sprzeciwia się „teorii środowiska” i „teorii dziedziczności”. Tak, w teorii... A co z praktyką?
W domu starców na farmie Tołstojowej dożywa swoich dni były rewolucjonista Nikołaj Żiguliew, czasem pisząc artykuły w obronie anarchistów i ojca Machny, z którym się kiedyś przyjaźnił. W jednym z tych artykułów Nikołaj Żiguliew szczerze przyznaje: „Byłem we wszystkich partiach i organizacjach lewicowych. Dalej na lewo może być tylko dom wariatów”
. Bardzo cenne wyznanie. Nie mógłbym tego powiedzieć lepiej. W ten sposób stary rewolucjonista Żiguliew potwierdza, że większość rewolucjonistów to z reguły ludzie chorzy psychicznie, z czego logicznym wnioskiem jest dom wariatów. A co z nowymi dysydenckimi rewolucjonistami których osadzają w domach wariatów?
Nawiasem mówiąc, A. Tołstaja, trzynaste dziecko, córka Lwa Tołstoja, którego sam Lenin czule nazywał „zwierciadłem naszej rewolucji”, otrzymała to gospodarstwo w prezencie od bogatej humanistycznej filantropki pani Harkness. Ale czy wiecie, co było wcześniej na tej farmie? Kolonia dla dzieci ułomnych! A teraz tam, pod wrażliwym przywództwem A. Tołstoj i jej towarzyszki, T. Schaufuss-Rappoport, obok domu starców, w którym dożywa życia stary rewolucjonista Żiguliew, otworzył się cały obóz dla nowych rewolucjonistów.
W domach, w których kiedyś raczkowały i chrząkały ułomne kretyńskie dzieci, obecnie prężnie działa ośrodek przyjęć i tranzytu dla sowieckich dysydentów, świrów, nowych emigrantów z ZSRR i dezerterów z Izraela. Mówią, że wielu z nich to też jakieś dzieci ułomne, tylko starsze. Cykl dialektyczny!
Aby zrozumieć wszystkie te tajemnice, wystarczy przypomnieć sobie kontrowersyjną formułę słynnego żydowskiego psychiatry, profesora Caesara Lombroso:
„To wśród Żydów spotyka się więcej wykształconych i utalentowanych ludzi, ale też wśród Żydów jest 4-6 razy więcej szaleńców niż wśród ludzi wokół nich. W Niemczech było osiem razy więcej obłąkanych Żydów niż Niemców”.
Ogólnie rzecz biorąc, podczas gdy mądrzy Żydzi coś budują, na poły szaleni i bezrozumni Żydzi to wszystko burzą. I myślicie, że główny psychiatra KGB i sam Żyd, profesor i pułkownik KGB doktor Łunc o tym nie wie? Oczywiście, że wie. Dlatego w 13 Oddziale KGB postanowiono tak: dobrych, mądrych Żydów zatrzymamy dla siebie, a półrozumnych i obłąkanych wypędzimy za granicę. Niech walczą dla wielkiego Izraela od Nilu po Eufrat lub zbierają pomarańcze w kibucach. A ilu z nich uda się do Izraela i ilu ponownie rozprzestrzeni się po świecie, to inna sprawa.
Oto tajemnica 3-ciej emigracji z ZSRR. W ten sposób bunt obrzezanych stopniowo przekształca się w obrzezany bunt.
14.X.1974.